Hoss Cartwright ostrożnie uchylił drzwi wejściowe i omiótł wzrokiem wnętrze. Gdy okazało się puste, odetchnął z ulgą i pchnął drzwi, by otworzyć je szerzej, krzywiąc się, kiedy zaskrzypiały. Już miał skląć w myślach Joego, że zapomniał naoliwić zawiasy, lecz w tej samej chwili przypomniał sobie, że obiecał młodszemu bratu przejąć to zadanie w zamian za dodatkowego pączka, przełknął więc przekleństwo i na palcach ruszył w stronę kominka.
— No nareszcie, już myśleliśmy, że przegapisz obiad! — rozległ się wesoły głos gdzieś za jego plecami i Hoss ciężko opadł na całe stopy.
Odwracając się w stronę części jadalnej, którą zapomniał sprawdzić, zerknął na zegar taty i upewnił się, że do obiadu pozostała jeszcze co najmniej godzina.
— Nie martw się, braciszku, kuzyn Hop Singa też gotuje dość, żeby starczyło i dla was — odgryzł się zatem, zwinnie przenosząc ręce do tyłu, tak by ukryć to, co w nich trzymał.
— Co tam masz? — zainteresował się oczywiście Joe.
Hoss zrobił krok w tył.
— Mam? Gdzie coś mam? — Z teatralną przesadą obejrzał swoje ubranie.
— Za plecami, cwaniaczku. — Dobiegający zza biurka głos Adama sprawił, że Hoss podskoczył i omal nie upuścił swojego cennego ładunku. Cholera, za ten róg pomieszczenia też zapomniał zajrzeć.
— Mi to wygląda na strusie jajo pomalowane na czerwono. — Ben Cartwright pojawił się niespodziewanie na szczycie schodów, skąd miał najlepszy widok na pomieszczenie. — Synu, Wielkanoc już dawno za nami — zażartował.
Hoss zazgrzytał zębami, a następnie zacisnął je, westchnął z rezygnacją i zmusił się do uśmiechu, dobrze już wiedząc, że za chwilę stanie się obiektem rodzinnych kpin.
— To nie jest strusie jajo — odparł z godnością, wyciągając rzeczony obiekt zza pleców. — To jest najprawdziwsze w świecie jajo smoka.
Nie zdziwił się nawet specjalnie, gdy odpowiedział mu śmiech, choć docenił, że przynajmniej tata usiłował opanować rozbawienie, Adam zaś miał przynajmniej dość przyzwoitości, żeby zaśmiać się po cichu. Piskliwy chichot Joego był za to niemal przeszywający. Hoss groźnie zmarszczył brwi i ruszył w stronę najmłodszego brata.
— Hi, hi, hi, uważaj, bo rozbijesz sobie jajo! — Joe nadal zanosił się śmiechem, a gdzieś z tyłu Hossa doszło drwiące parsknięcie starszego brata.
Tego było mu dość. Cofnął się i pieczołowicie ułożył jajo na fotelu – tym niebieskim, ulubionym Adama, bo przecież należała mu się mała zemsta, a poza tym Adam przynajmniej zwykle patrzył, gdzie siada — a potem spokojnie zaczął zakasywać rękawy. Chichot Joego umilkł jak za dotknięciem magicznej różdżki. Hoss uśmiechnął się drapieżnie.
— Chłopcy, chłopcy, nie bądźcie złośliwi — upomniał synów Ben, zupełnie jakby sam dosłownie przed chwilą nie próbował zamaskować rozbawienia. Następnie podszedł do fotela i ostrożnie podniósł jajo.
Hoss odruchowo wyciągnął rękę, chcąc go powstrzymać, ale kiedy ojciec uniósł brwi, natychmiast zmienił zdanie i przeczesał nią tylko włosy. Ben zbliżył się do okna i obrócił jajo w rękach.
— Rzeczywiście na strusie jakby za duże — mruknął po chwili.
— Jeszcze nie widziałem czerwonego jajka w złote cętki — skwitował Joe i wyciągnął palec w stronę trzymanego przez ojca przedmiotu. — Wygląda prawie jak muchomor.
Hoss wykazał się refleksem i złapał brata za nadgarstek, nim ten dotknął jaja, po czym posłał mu ostrzegawcze spojrzenie.
— Patrz, żeby twój nos zaraz nie wyglądał jak muchomor — fuknął.
Tymczasem Adam okrążył ich i zerknął ponad ramieniem ojca, marszcząc brwi.
— Całkiem realistycznie zrobione, ktoś musiał się napracować — stwierdził.
— I musiało być sporo warte. — Ben posłał średniemu synowi na poły pytające, na poły oskarżycielskie spojrzenie.
Hoss z trudem powstrzymał się od przewrócenia oczami.
— Właśnie usiłuję wam to powiedzieć. Nie zapłaciłem za nie ani centa. Wygrałem je w karty od jednego faceta w Wiadrze Krwi*.
— W karty? Od kogo, od świętego Jerzego? — zachichotał Joe.
Hoss wzruszył ramionami.
— Widziałem go pierwszy raz w życiu, mówił, że jest tu tylko przejazdem. Nawet się dobrze nie przyjrzałem, bo miał na sobie taką wielką pelerynę z kapturem jak ci aktorzy z teatru, do którego Adam zaciągnął nas kiedyś w San Francisco. Ale to nie ma nic do rzeczy, bo widzicie — zdecydowanym ruchem odebrał ojcu swoje jajo — to jest najprawdziwsze jajo smoka. Nie! — uniósł dłoń, by uciszyć Adama, który już otwierał usta. — Wiem, co myślicie, ale zaraz wam to udowodnię. Patrzcie.
Odwróciwszy się na pięcie, pomaszerował w stronę kominka i z satysfakcją usłyszał, że trzej pozostali idą za nim. Odłożył na moment jajo — tym razem na stół, ale obłożył je pieczołowicie poduszkami, by nie spadło — i dorzucił drew do kominka. Poczekał chwilę, aż ogień stanie się większy, po czym ostrożnie umieścił jajo w płomieniach.
— Widzicie? — zapytał z dumą. — Ogień w ogóle mu nie szkodzi. Ten facet mówił, że wręcz trzeba je trzymać w płomieniach, bo to imt… imy… przypomina warunki, w jakich trzyma je matka. Rozumiecie. — Wskazał palcem na swoje usta i chuchnął zdrowo.
— Zrób tak jeszcze raz, chętnie bym sprawdził, czy nie jesteś pijany — zadrwił Joe.
Hoss poderwał się, gotów przemówić bratu do rozumu, ale kątem oka zauważył jakiś ruch za swoimi plecami i błyskawicznie odwrócił się do ognia. To Adam wykorzystał jego nieuwagę i zakradł się do kominka, a teraz dźgał smocze jajo trzymanym w dłoni pogrzebaczem.
— Tylko go nie uszkodź — warknął Hoss, uznawszy, że lepiej nie wdawać się w rękoczyny, kiedy brat znajduje się tak blisko ognia.
— Bo co, maleństwo się wykluje, zanim w pełni wykształcą mu się łuski? — zachichotał Joe, który zdaniem Hossa zdecydowanie zbyt dawno już nie oberwał w ucho.
Adam tymczasem ostrożnie przesunął jajo do brzegu paleniska i dla odmiany dźgnął je palcem.
— Hmm, nawet nie jest gorące. Interesujące…
— A nie mówiłem? — Hoss uśmiechnął się tryumfalnie.
Adam uniósł brew i posłał mu kpiące spojrzenie, po raz kolejny udowadniając, że w jakiś magiczny sposób potrafił patrzeć na o głowę wyższego brata z góry, i to nawet klęcząc.
Hoss zgarbił się nieco.
— Odłóż je na miejsce — poprosił z rezygnacją. — Jak się wykluje, sami się przekonacie.
Adam posłał ojcu pytające spojrzenie. Ten przechylił głowę i przez chwilę przyglądał się jaju.
— Chyba nie wybuchnie — stwierdził w końcu i wzruszył ramionami. — Niech leży, a ty, Hoss, idź się trochę ogarnąć, kuzyn numer jeden zaraz poda obiad.
Przez kolejny dzień czy dwa Joe i Adam nie szczędzili Hossowi docinków, w końcu jednak temat się im znudził i trochę odpuścili. Po upływie tygodnia do obecności szkarłatnego jaja w kominku wszyscy przywykli do tego stopnia, że niemal już o nim nie pamiętali. Tylko Hop Sing, powróciwszy z Sacramento, spojrzał na palenisko, uniósł brwi i rzucił „O, jajko ze smoka!". Jednak dowiedziawszy się, że to własność pana Hossa, wkrótce i on przeszedł nad tym faktem do porządku dziennego.
Minęły już niemal trzy tygodnie i choć tajemniczy facet z saloonu twierdził, że smoczątko potrzebuje jeszcze trochę czasu, nawet Hoss zaczynał już powoli tracić nadzieję. Jednak mimo spędzenia wielu godzin pośrodku płomieni jajo wciąż wyglądało na nieuszkodzone, nie było nawet osmalone, czego tata ani Adam nie potrafili wyjaśnić. Hoss podsycał więc regularnie ogień i czekał. Właśnie na tej czynności przyłapali go tego wieczora bracia.
— Dobrze, że już jesień, bo inaczej ugotowałbyś nas tu na twardo — stwierdził Adam z przekąsem, opadając na fotel, i zarzucił nogę na podłokietnik.
— Hej, smoczy tatusiu, przygotowałeś już kołyskę i pieluszki? — zakpił Joe, po czym usiadł na kanapie i, upewniwszy się, że ojca nie ma w pobliżu, oparł stopy o kant stołu.
Hoss zazgrzytał zębami, ale postanowił zignorować docinki, wiedział bowiem, że w ten sposób najszybciej się jego braciom znudzą.
— Ciekaw jestem, z czego się robi smoczki dla smoków — mruknął tymczasem Adam.
— Smoczki dla smoków? Ha, ha, ha, dobre! — Joe aż klepnął dłonią o udo z rozbawienia.
— Wystarczy tego! — Zapominając o swoim postanowieniu sprzed chwili, Hoss gwałtownie uderzył pięścią w blat. — Jesteście podli, bo tak naprawdę mi zazdrościcie! To ja będę miał smoka i nawet jak ładnie poprosicie, pozwolę wam co najwyżej go pogłaskać!
Joe i Adam wymienili rozbawione spojrzenia.
— Wiesz, w sumie to nawet przydałby ci się wierzchowiec odpowiedni dla twoich gabarytów — zachichotał Adam bezlitośnie.
Hoss zmarszczył groźnie brwi i zaczął podnosić się na nogi, gdy wtem w głębi zaskrzypiały drzwi.
— Chłopcy, słyszeliście brata, nie bądźcie podli — Ben upomniał synów, choć jego ton był zdaniem Hossa irytująco wesoły. — Joseph, nogi ze stołu! — dorzucił, podchodząc bliżej, by nalać sobie filiżankę herbaty ze stojącego na stole imbryka.
— Wybacz, Hoss, byliśmy okrutni i niesprawiedliwi. — Joe zrobił żałosną minę, która zdaniem Hossa wcale nie była śmieszna.
— Tak, wybacz — poparł go Adam, ale choć brzmiał śmiertelnie poważnie, Hoss podejrzewał, że i jego przeprosiny nie były szczere. — Po prostu martwimy się o interesy. Widzisz, ile może zjeść dziennie taki dorosły smok. Pięć krów? Sześć? — Dalsze słowa Adama udowodniły Hossowi, że miał rację.
— A może i z dziesięć, zależy, czy to będzie samiec, czy samiczka — wtrącił Joe. — I czy będzie mieć apetyt jak jego pan.
— No właśnie. W tym tempie za jakieś trzydzieści lat zostaniemy bez ani jednej krowy. Możemy oczywiście przerzucić się na drewno, zakładając, że pupilek naszego brata nie puści nam z dymem wszystkich lasów, ale… — Adam musiał przerwać i uchylić się, bo Hoss niespodziewanie cisnął w niego kawałkiem węgla, na szczęście chłodnego.
— Chłopcy! — zawołał Ben ostrzegawczo, ale na darmo, bo Adam nie zamierzał pozostać bratu dłużny. Złapawszy węgielek w locie, natychmiast odrzucił go w stronę przeciwnika. Hoss, przygotowany na zemstę, zdążył się uchylić. Bryłka węgla przeleciała więc ponad jego ramieniem i uderzyła prosto w jajo.
Hoss syknął przez zęby, widząc, jak na skorupce powstaje podłużna rysa, i schwycił pogrzebacz, by wydobyć jajo z ognia. Zabrał się jednak do tego zbyt pospiesznie i przez nieostrożność pozwolił, by jeden z płomieni liznął jego rękę. Syknął z bólu, wypuścił pogrzebacz i pozwolił nieśmiejącemu się już Adamowi odciągnąć się od ognia.
— Uważaj — burknął brat, puszczając jego ramię. — Nie warto, przecież na pewno w głębi duszy sam wiesz, że to tylko zwykły szwindel.
Hoss podmuchał na bolący palec i smętnie zwiesił głowę.
— Wiem, że smoki istnieją tylko w legendach i baśniach, ale myślałem… Legendy też skądś się wzięły, nie? Po tym, jak to jajo zachowywało się w ogniu i w ogóle… — Potrząsnął głową, wyminął Adama i zgarbiony ruszył w stronę schodów. — Zawołajcie mnie, jak kolacja będzie gotowa, dobrze?
Za jego plecami Joe i Adam wymienili spojrzenia.
— Hoss! — zatrzymał go najmłodszy z braci. — Przepraszamy, że tak ci dokuczaliśmy. Teraz już tak naprawdę przepraszamy — zapewnił szczerze.
Hoss odwrócił się niechętnie, w sam raz by zobaczyć, jak Adam z zapałem kiwa głową.
— Byliśmy zbyt złośliwi, wybacz. — Wyciągnął przed siebie rękę i Hoss po chwili wahania wrócił, by ją uścisnąć.
W tej samej chwili wydarzyło się kilka rzeczy jednocześnie. W uszach zadźwięczał im donośny trzask. Płomienie w kominku strzeliły wysoko, tak że kilka iskier spadło nawet aż za stół. Ben zerwał się z kanapy tak gwałtownie, że przewrócił filiżankę, i zaklął głośno, gdy jej zawartość wylała się na jego spodnie. Hop Sing wybiegł z kuchni, gderając coś głośno po chińsku. A potem wszyscy zamarli, wpatrując się jak zaczarowani w kominek, gdzie szkarłatny jaszczur wielkości sporego psa, o złotych rogach i pokrywającej całe ciało lśniącej łusce, rozłożył skórzaste skrzydła, zamrugał wyłupiastymi oczami i ziewnął przeciągle. Gdy z nozdrzy gada buchnął kłębek pary, Ben nareszcie wyrwał się z osłupienia i co prędzej zrejterował za kanapę.
Jeden Hop Sing nie wyglądał na specjalnie przestraszonego.
— 中國火球龍 — oznajmił spokojnie, a gdy cztery pary oczu zwróciły się w jego stronę, litościwie przetłumaczył: — Chiński ogniomiot. Nie bardzo miły smok. Ale dobry w walce. Stryjek szwagra żony trzeciego kuzyna miał takiego.
Hoss opanował się jako pierwszy, przełknął ślinę i nie całkiem jeszcze pewnym tonem zapytał:
— A mógłbyś napisać do niego i poprosić o jakieś porady co do hodowli i tresury?
— Albo raczej zapytać, czy nie przygarnąłby jeszcze jednego — podsunął Adam z przekąsem, nadal nie odrywając oczu od smoczątka, które wyfrunęło już z kominka i, przysiadłszy na stole, usiłowało zlizać z blatu rozlaną herbatę.
— Tato, może jednak poświęcimy chociaż jedną krowę, zanim to bydlę zechce zjeść nas? — Joe posłał ojcu błagalne spojrzenie.
— Mały smok nie je krowy — wtrącił Hop Sing usłużnie. — Mały smok ma delikatny żołądek. To ja zabiję parę kurczaków — zaoferował.
Ben powoli pokiwał głową, wciąż nie przestając mrugać, jakby w nadziei, że za którymś razem widok przed jego oczami okaże się jedynie przywidzeniem.
Hoss natomiast uśmiechnął się od ucha do ucha.
— A widzicie? Mam smoka! — oznajmił tryumfalnie.
* Bucket of Blood to autentyczny saloon w Virginia City, pojawiał się w serialu, ale istnieje też w rzeczywistości.
