ROZDZIAŁ JEDENASTY

AUSTRALIA


Nie otrzymała odpowiedzi na list, który wysłała Severusowi. Przez większą część tygodnia zastanawiała się czy powinna się martwić brakiem reakcji.

To nie tak, że zawsze był łatwym w obsłudze czarodziejem, co Granger? Może myślałaś, że pokazanie mu drugiej, bardziej mrocznej części lasu i szalonej szamanki, która sprowadzi go do bełkoczącego bałaganu, to dobry pomysł?

Oczekiwanie na jego obecność w weekend jest jedyną opcją na otrzymanie odpowiedzi. Nie może dobijać się do niego przez sowy, bo zniechęci go jeszcze bardziej.

Spojrzała przez wykuszowe okno w jej salonie i objęła kolana ramionami. Dziś wyrusza do Australii, aby przetestować zaklęcie przeciw Obliviate. Przez ostatnie trzy dni, zawzięcie pracowała nad formułą zaklęcia. Teraz, będzie mogła naprawić swoje błędy.

Pukanie do drzwi wyrwało ją z planowania podróży. Drzwi skrzypnęły cicho.

— Hermiono? — Spojrzała na mężczyznę stojącego w drzwiach.

— Josu? — szepnęła zaniepokojona. — Co tu robisz? Nie powinieneś być w pracy? Coś się stało?

Czarodziej uśmiechnął się uspokajająco i zamknął za sobą drzwi. Wyglądał bardzo elegancko w granatowym garniturze i białej koszuli.

— Czy mógłbym przegapić małą wycieczkę? — zapytał sam siebie, stukając się palcem wskazującym po ustach. Spojrzał na nią z udawaną refleksją. — O nie! Przecież jestem wielkim fanem podróży! Hermiono, informuję, że masz chętnego towarzysza w swojej pogoni za odkrywaniem zakamarków mapy! — Rozłożył ramiona na boki, prezentując dumnie swą osobę.

Niemożliwy.

— Chcesz mi powiedzieć, że porzuciłeś badania nad sproszonym zaklęciem teleportacji, żeby pojechać ze mną do Australii? — Zdumiona Hermiona wstała z parapetu i skrzyżowała ramiona na klatce piersiowej. — Wiesz, że będziesz musiał jutro nadrobić zaległości. Czy jesteś masochistą?

Josu, przewrócił oczami i przeszedł wzdłuż salonu, siadając nonszalancko na kanapie.

— Nie dramatyzuj, mała dziewczynko! Ktoś musi się tobą zaopiekować! Ostatnim razem, gdy poruszałaś się australijską komunikacją miejską, pomyliłaś przystanki.

— Bo zapatrzyłam się na krajobraz za oknem! — wysapała obronnie, robiąc zbulwersowaną minę. — Poza tym, naprawiłam błąd teleportacją i nie spóźniłam się na wizytę! Nie zwierzam ci się z moich wpadek po to, żebyś się ze mnie wyśmiewał i wypominał przy pierwszej lepszej okazji! — Wydęła wargi, dąsając się jak dziecko, któremu nie podobał się kolor własnego ubrania.

— Oj przestań, panno obrażalska! — Zaśmiał się na widok jej grymasu. — Po prostu chcę spędzić z tobą więcej czasu. — Spoważniał na krótką chwilę, marszcząc brwi, jakby zastanawiał się nad ewentualną metodą negocjacji. Nagle, powolny uśmiech wpełzł na jego twarz i podniósł uradowany wzrok. — Jeśli będziesz grzeczna, to kupię ci twój ulubiony Lamingtons... — szepnął z satysfakcją, widząc jej rozszerzone źrenice.

Cholerny manipulant. Wiedział, że oddam życie za ten deser!

— Dobra. — Udawała lekceważący głos. — Zgodzę się, jeśli będzie polany czekoladowym lukrem. Ostatnio dostałam tylko karmelowy i był obrzydliwy.

Josu wstał i podał rękę, aby przypieczętować, jakże istotną umowę. Uścisnęła ją krótko z poważnym wyrazem twarzy i sposępniała.

— Musimy już wyruszać, jeśli chcemy złapać najbliższy świstoklik. Masz wszystko ze sobą?

Poklepał się po kieszeni marynarki i spojrzał na nią z uśmiechem.

— Twoje zmodyfikowane zaklęcie przedłużające działa cuda, zmieścimy tu dużo ciastek na drogę powrotną! — Zachichotał głębokim tonem i wstał z kanapy. — Poczekam na ciebie w sali wejściowej dla gości. Nie spiesz się z pakowaniem. — Patrzyła, jak się odwraca i zamyka za sobą drzwi salonu.

Co byś bez niego zrobiła słaba dziewczynko?

Ukrywanie, że cieszyła się z jego obecności, nie miało sensu. Josu rozróżniał jej nastroje, a sam fakt, że zdecydował się jechać razem z nią... powiedzmy, że wcale jej nie zaskoczył. Miał takie dobre serce. W sumie, mogłaby się w nim zakochać, gdyby nie bała się utraty jego przyjaźni. Jej nędzny humor rozwiał się, jak chęć Rona do nauki przed egzaminami. W najważniejszym momencie od czasu otwarcia Onca, będzie miała ze sobą przyjaciela. Ma wsparcie i pomoc. Czym miała się martwić?

Dopakowała resztę notatek, które były niezbędne w razie silnego stresu i pobiegła korytarzem w stronę sali wejściowej. Świstoklik aktywuje się za pięć minut. Przeszła przez strumień wodospadu i uśmiechnęła się szczerze do oczekującego na nią czarodzieja.

— Jestem! Możemy ruszać! — pisnęła.

— Nie stresuj się, wszystko będzie dobrze. — Poważny ton jego głosu sprawił, że zwróciła na niego pełną uwagę. Nie musiała długo czekać. Po chwili uniósł brew i uśmiechnął się złośliwie. — No chyba, że przejmiesz rolę pilota wycieczki i zgubimy się podczas podróży. — Zaśmiał się głęboko, gdy pacnęła go w ramię. — Ah! Przemoc, panno Granger? Czy tak traktujesz swojego szefa?

— Palant — mruknęła obrażona, ale nie mogła ukryć małego uśmiechu w kącikach ust.

Przeszli przez drzwi z lewej strony sali. Pokój umożliwiał teleportację łączną, więc automatycznie, nadawał się świetnie do międzynarodowych podróży świstoklikiem. Razem z Josu stworzyli kilka zaklęć i uroków, które umożliwiały magiczny transport na drugi koniec świata, bez konieczności przystanków pośrednich. Obróciła się twarzą do Josu i chwyciła go mocno za rękę, w której trzymał kapsel od butelki po oranżadzie. Splotła swoje palce z jego. Ostre szarpnięcie pępka, a później rozciąganie jej ciała wsysanego przez małą rurkę, przyprawiło ją o mdłości. Miała nadzieję, że Josu wykaże się równą wyrozumiałością, co humorem... bo była pewna, że gdy wylądują, zwróci śniadanie na jego piękny, granatowy garnitur. Podróż trwała wyjątkowo długo. Ściśnięcie jej trzewi upewniło ją w przekonaniu, że nienawidziła świstoklików. Trzepotanie jej żołądka powoli ustępowało, gdy zbliżali się do celu.

Okropieństwo.

Jej stopy uderzyły w grunt i od razu straciła równowagę. Josu złapał ją w pół i podniósł z łatwością na nogi.

— Zawsze zastanawiałem się, jak to jest... — Wyszeptał, kontemplacyjnie znużonym głosem.

— Jak co jest? — Ledwo mogła coś powiedzieć, żeby nie zwymiotować na jego buty ze smoczej skóry.

— Jak to jest, gdy kobieta mdleje w twoich ramionach. — Uszczypnął ją pieszczotliwie w blady od złego samopoczucia policzek.

Hermiona spojrzała na niego z niedowierzaniem.

— Jesteś naprawdę niemożliwy, Josu. — Wyprostowała wymięte ubrania, podniosła torebkę z ziemi i ruszyła w stronę wyjścia z pola teleportacyjnego w którym wylądowali. Josu chichotał, jak chłopczyk który ukradł różdżkę ojcu i wycelował w żabę, żeby patrzeć jak rozciąga się w wielki balon. — A tak z ciekawości... — powiedziała, zerkając na rozbawionego mężczyznę przez ramię. — Uważasz, że tego typu teksty robią wrażenie na czarownicach, których inteligencja jest wyższa, niż u dorosłego gumochłona?

— Warto było zasięgnąć rygorystycznych środków, aby zobaczyć twój zdezorientowany wyraz twarzy.

— Zmiłuj się Merlinie, mam do czynienia z drugim Lockhartem — mruknęła pod nosem.

— Czy istnieje jakaś szansa, że właśnie dlatego szalejesz na moim punkcie? — zapytał zaczepnie, odnosząc się do jej nastoletniego zauroczenia byłym profesorem.

— Szaleję w twoim towarzystwie, a to zasadnicza różnica — parsknęła.

— Nie bądź nieśmiała, Hermiono. — Uśmiechnął się z wyższością i wydął dumnie pierś. — Jestem Francuzem, wyczuwam romans z kilometra!

— W takim razie, twoja teoria o podrzuceniu cię twojej matce przez Brytyjczyka może być słuszna. — Wszechwiedzący głos był przypomnieniem Hermiony za czasów szkolnych. — Jedyny romans jaki mam do ciebie, to ciastka które mi obiecałeś.

— Od żołądka do serca, tak mówią.

Weszli do holu głównego australijskiego Ministerstwa Magii i skierowali się w stronę Departamentu Transportu Magicznego.

— Załatwię świstoklik powrotny. Poczekaj tu na mnie. — Po chwili dodał z nadzieją w głosie: — Czy możemy się teleportować do twoich rodziców?

Pokręciła głową w zaprzeczeniu. Oczywiście, że mogli się teleportować, ale zawsze gdy odwiedzała Australię miała chęć zwiedzić okolicę mugolską komunikacją miejską. Rzadko gdziekolwiek podróżowała. Możliwość zobaczenia innej kultury w dniu wolnym od pracy, powodowała u niej silną ekscytację.

— Dobrze — Westchnął teatralnie. — Błagam chociaż o taksówkę! Nie zniosę przeciskania się między ludźmi!

— Mogę to dla ciebie zrobić. — Uśmiechnęła się i odbiegła w stronę wyjścia z Ministerstwa, aby zorganizować im transport.

Wychodząc z budynku, znalazła postój taksówek. Klasnęła ochoczo dłońmi, gratulując sobie dobrej organizacji. Nie chciało jej się słuchać kolejnych docinek o zgubieniu się w wielkim mieście. Jej rodzice mieszkali na obrzeżach stolicy Canberra, a ona modliła się w duchu, żeby zdążyli na zaplanowaną wizytę u dentystów. Josu pojawił się po kilku minutach, machając jej przed oczami puszką po ichnim napoju.

— Świstoklik mamy zaplanowany na wieczór w razie komplikacji. — Josu był ewidentnie dumny ze swojej przezornośc.

— Nie zakładajmy komplikacji — szepnęła z paniką w głosie, tracąc resztki pozorów dobrego humoru.

Obserwowanie zmieniającego się widoku za szybą w drzwiach taksówki, rozluźniło jej napięte mięśnie. Josu rzucił chiche Muffliato i spojrzał na nią z uwagą.

— Dlaczego nie planowałaś zabrać ze sobą Harry'ego lub Draco? Są twoimi najlepszymi przyjaciółmi. — zapytał w końcu, zbliżając się do niej o kilka cali.

Westchnęła, odwróciła od niego wzrok i oparła skroń o szybę.

— Nie wiedzą, że próbuje ich odzyskać. Mają świadomość o moich wizytach w Australii, ale nie chciałam dokładać im bagażu. Harry ma za chwilę ślub, a poza tym musi się zajmować ciężarną Ginny. Draco, to inna sprawa. Ma własne sprawy na głowie i problematycznego ojca, wierz mi ... wiem coś o tym.

— Co się stało z Lucjuszem?

— Rozwiązałam układ. Muszę znaleźć mu inną dominującą.

Josu spojrzał na nią z niedowierzaniem i podrapał się po zarośniętej szczęce.

— Aż tak? Słyszałem plotki o zdemolowaniu baru, ale nie sądziłem, że sprawa była poważna. Zrobił ci krzywdę?

— Nie. — Westchnęła, kierując na niego wzrok. — Jedyną osobą która może skrzywdzić Lucjusza, jest on sam. Próbowałam odciąć go emocjonalnie od naszego układu, ale najwyraźniej sobie z tym nie poradził. Upił się do nieprzytomności, a zanim to uczynił, zniszczył nasze bezpieczne miejsce, strasząc przy tym skrzaty i mnie. Wszystko dlatego, że przyjęłam nowego członka.

— On za tobą szaleje, Hermiono. Gdybym miał postawić się na jego miejscu, zrobiłbym to samo. Jest zazdrosny i zaborczy. Nie wiń go za uczucia, które do ciebie żywi. — Josu miał najbardziej posępny wyraz twarzy, jaki kiedykolwiek u niego widziała.

— Co miałam zrobić, Josu? Nie szukam stałego związku, Luc o tym wiedział. Zaczynam myśleć, że masz mnie za złą, bo nie potrafiłam odwzajemnić jego uczuć i dać zamknąć się w złotej klatce, bo Pan Lucjusz Malfoy jest zazdrosny. — Była coraz bardziej wkurwiona. — Odpuść Josu, jestem dorosła i nie potrzebuję opiekuna.

— Po prostu się martwię, Hermiono. — Stał się smutny, a ona przeklinała swoją impulsywność.

— Przepraszam. Jestem zdenerwowana — ucięła i wróciła do oglądania widoku za oknem.

— To zrozumiałe, nic się nie stało — szepnął i bezróżdżkowo zniósł zaklęcie Muffliato.

Podróż trwała trzydzieści minut, a Hermiona zaczęła wykręcać materiał sukienki, którą miała na sobie. Prawie straciła przytomność, gdy zobaczyła biały budynek gabinetu jej rodziców.

— Chodź Hermiono. Jeśli teraz nie wyjdziesz, później też nie będzie łatwo.

Przyznała mu cicho rację. Zwlekanie niczemu nie służyło, a mieli przed sobą dużo pracy. Zapłacili za taksówkę ponuremu Hindusowi i podeszli do szklanych drzwi kliniki, wchodząc z szelestem powietrza do środka. Szybko zamknęła drzwi za Josu, pamiętając, że jej mama nienawidziła przeciągów. Szczupła blondynka od rejestracji, siedziała za biurkiem i głośno klikała w klawiaturę komputera. Poprosiła ich o cierpliwość z informacją, że doktor Wilkins wkrótce ich przyjmie.

Usłyszała kroki butów na obcasie i jej serce zaczęło pompować więcej krwi.

— Oh! Pani Granger! Cudownie panią widzieć! — niska, szczupła kobieta o niebieskich, miłych oczach uśmiechnęła się do niej życzliwie. Jej brązowe, kręcone włosy, odrobinę przyprószone siwizną były związane w elegancki kok. Jej biały kitel był ubrudzony długopisem, podobnie jak palce. Hermiona powstrzymała nerwowy chichot. Jej matka była równie ubrudzona tuszem, co jej córka atramentem.

— Doktor Wilkins. — Ciche uznanie jej obecności, było jedynym na co mogła się w tej chwili zdobyć.

— Oh, czy przyprowadziła pani tego przystojnego pana? — powiedziała zalotnie, wyciągając rękę w stronę Josu. — Bardzo mi miło, Monika Wilkins.

Merlinie, moja matka naprawdę jest sztuką.

Nie spodziewała się, że kiedykolwiek jeszcze zobaczy, jak podbija do kogoś innego, niż do ojca Hermiony, po karafce nalewki dziadka. Josu, jak to Josu... wyprostował się na pełną wysokość, chwycił zaoferowaną rękę jej matki i zaszczycił ją tak zniewalającym uśmiechem, że chcąc nie chcąc, majtki Hermiony zrobiły się wilgotne.

— Josu Barbois, również miło mi poznać panią doktor. Jestem narzeczonym Hermiony.

Hermiona była pewna, że jej szczeka usiłowała wylecieć z zawiasów. Zacisnęła usta w niezadowoloną, cienką linię i zmrużyła oczy.

Nadęty dupek!

— Ah, w takim razie zapraszam pana również do gabinetu. Mamy tam wygodne sofy.

Rzuciła zaklęcie zwodzące na recepcjonistkę i podążyła za matką i Josu z ponurym wyrazem twarzy. Musiała się skupić. Gdzie był jej ojciec?

— Czy doktor Wilkins do nas dołączy? — powiedziała cicho. — Moj narzeczony ... - szepnęła z drwiną w głosie. — ... byłby zainteresowany jego usługami.

— Wendell musiał załatwić kilka spraw na mieście, ale wróci za kilka minut. — Odpowiedziała jej matka.

Josu ukradkiem rzucił na Monikę zaklęcie oszałamiające i posadził na krześle.

Jej ojciec zjawił się po dziecięciu minutach z charakterystycznym dla niego, żartobliwym uśmiechem. Krótkie siwe włosy nie odejmowały mu uroku osobistego. Brązowe ciepłe oczy, tak podobne do jej samych wpatrywały się w nią z radością.

— Oho! Kogo my tu mamy! Nasza ulubiona, stała pacjentka! — krzyknął entuzjastycznie i zamknął drzwi gabinetu. — Witaj, moja droga! Dobrze wyglądasz! Pokazuj ząbki! Za chwile okażę się, czy słuchałaś ostatnich wskazówek!

Prawie popłakała się ze szczęścia, gdy go zobaczyła. Zawsze traktował ją, jak największy skarb i musiała zacisnąć mocno pieści po bokach, żeby nie rzucić się w jego ramiona i nie szlochać, jak mała dziewczynka, która zraniła kolano podczas rowerowej przejażdżki.

Wendell był w trakcie zakładania odzieży roboczej, gdy Josu pojawił się za nim i podobnie, jak w przypadku jej matki, rzucił zaklęcie oszałamiające.

— Teraz Hermiono, nie ma na co czekać. Nic więcej nie wymyślę — szepnął napiętym głosem.

Ręce trzęsły się niemiłosiernie. Ledwo utrzymała różdżkę. Chwyciła drewniany patyk w mocniejszym uścisku i skierowała jego koniec na nieprzytomnych rodziców. Inkantacja była skomplikowana, więc staranie rzeźbiła wzory w powietrzu szeptając cicho formułę zaklęcia. Niebieskie światło wyleciało z jej różdżki i zagnieździło się w skroniach Moniki i Wendella Wilkinsów. Czekali na efekt w napiętej ciszy, a gdy światło zgasło, odetchnęła z ulgą.

Josu podszedł do leżących dentystów i z machnięciem różdżki mruknął:

— Rennervate.

Otworzyli oczy. Ich oszołomiony wzrok skierował się najpierw na siebie nawzajem, a później na ich pacjentów.

— Co się stało? — szepnęła jej matka. — Trochę słabo się czuję.

Jej ojciec chwycił palcami nasadę nosa, a następnie rozmasował skronie.

— Mamo? Tato? — szloch wydostał się z jej piersi i nie była w stanie ustać na nogach.

Josu chwycił ją za talię i ścisnął pocieszająco.

— Co mówisz, dziewczyno? — odezwał się jej zdumiony ojciec. — Nie jesteśmy twoimi rodzicami.

Ich zdezorientowane twarze majaczyły przed jej wzrokiem, gdy wybiegła z kliniki nie oglądając się za siebie.

Nie udało się.

Biegła na oślep, omijając przejeżdżającą obok osobówkę, która niemal rozpłaszczyła Hermionę na jezdni. Dobiegła do pobliskiego parku i upadła na kolana. Chwyciła włosy w pieści i zaczęła je szarpać z urywanym szlochem.

Kurwa! Kurwa! Kurwa! Nie udało się!

Straciła poczucie miejsca i czasu kołysząc się, jak zranione przez drapieżnika zwierzę. Jakiś czas później, poczuła na talii męskie ręce, które chwyciły są w objęcia i podniosły z ziemi.

— Już, kochanie. Mam cię. Zabiorę cię w bezpieczne miejsce.

Wtuliła twarz w szyję Josu i rozpłakała się jeszcze bardziej. Zanim zdążyła zarejestrować dokąd ją zabiera, straciła przytomność.

Obudziło ją ciepło innego ciała, w które była mocno wtulona. Ktoś gładził ją po włosach i mamrotał pocieszające słowa. Otworzyła oczy, patrząc na pięknego czarodzieja, który uśmiechał się do niej smutno. Jego dotyk był bardzo delikatny, co było dość zaskakujące... miał duże, silne, męskie dłonie.

— Rzuciłem zaklęcie Confundus na twoich rodziców. Będą zbyt zdezorientowani, żeby cokolwiek pamiętać — wymamrotał cicho. — Jesteśmy w pobliskim hotelu. Nie mogłem cię trzymać na zewnątrz w takim stanie. Mamy sporo czasu do świstoklika. Chcesz wracać jeszcze dziś?

Zastanowiła się nad tym. Nie wyobrażała sobie zostać w obcym miejscu, po tak tragicznym dla niej wydarzeniu.

— Tak. Chcę być w Onca, chcę wrócić do domu.

— Dobrze, zajmę się tym. — Wstał z łóżka i odszedł w stronę łazienki.

Po raz kolejny wykazał się swoją lojalnością. Nie wiedziała, gdzie by skończyła gdyby nie było go przy niej. Wrócił po chwili i wyciągnął z kieszeni małą torbę, którą powiększył do naturalnych rozmiarów

— Zgadnij co ja tutaj mam? — zapytał z zachęcającym uśmiechem.

— Lamingtons? — szepnęła. — Jak je zdobyłeś? — dodała z niedowierzaniem.

— Bingo! — krzyknął triumfalnie, jakby rozwiązała zagadkę stulecia. — Okazuję się, że hotelowa recepcjonistka zna świetną cukiernie. Zamówiła je dla nas. Chcesz trochę?

Skinęła głową na zgodę.

Co jak co, ale mogłabym wpierdalać Lamingtons nawet na łożu śmierci.

Skubiąc deser stwierdziła, że musi po prostu zaktualizować badania nad zaklęciem odwracającym Obliviate. Nie powinna się poddawać po jednej, nieudanej próbie. Zachowa łzy na inny dzień.