Później, Śniadanie w Wielkiej Sali

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 298

Obserwacja #298) Co się odwlecze, to nie uciecze... zarówno karmicznie, jak i medycznie.

Tak więc, ogólnie rzecz biorąc uważam, że opychanie się ryżem z krówek, kiedy układasz elegancko swoje czerwone róże w nowym wazonie, który przetransmutowała ci twoja przesympatyczna przyjaciółka (naprawdę trzeba powtórzyć rozdział 3!) tuż przed pójściem do łóżka to raczej niezbyt mądra decyzja. A przynajmniej, jeśli nie chcesz spędzić dobrych piętnastu minut nad ranem, klęcząc nad toaletą.

Ble.

Ugh.

Serio, karmo? Serio?

Przypuszczam, że miałam trochę szczęścia (tak, jest tu jakiś promyk) decydując się opuścić wczoraj kolację, wybierając zamiast tego zaszycie się w łóżku Grace i opowiadanie szeptem o istotnych szczegółach mojej randki do wczesnych godzin porannych (chociaż, jak wcześniej już mówiłam, pominęłam wszystkie potencjalnie niecne detale i/albo odkrycia, żeby ochronić wszystkie zamieszane osoby). Gdybym tego nie zrobiła, sytuacja mogłaby być nieco brzydsza podczas porannego tulenia się do toalety. Powinnam być wdzięczna, ale chyba to nie będzie szokiem, kiedy powiem, że - no wiecie – nie jestem wdzięczna.

Przez krótką chwilę podczas tych torsji zastanawiałam się nad kolejną wizytę u mojej najlepszej przyjaciółki Poppy Pomfrey... ale coś mi mówiło, że uzdrowicielka nie byłaby uszczęśliwiona tym pomijaniem-posiłków-i-siedzeniem-do-późna-żeby-pogadać-z-przyjaciółkami-o-chłopakach. Wiecie, biorąc pod uwagę, że kiedy ostatni raz ją widziałam nakazała mi robić właśnie całkiem odwrotnie. Więc naprawdę nie miałam innego wyboru jak pozbierać w sobie ten niezachwiany upór, który z pewnością zapewnił mi miejsce w Gryffindorze, ubrać się, wziąć się w garść i wyjść z dormitorium z lekkimi zawrotami głowy, których nie zamierzałam okazywać.

I zrobiłam tak w dość imponujący sposób.

Teraz już nie jesteś taka wszechmocna, co, karmo?

I jeśli zdołacie uwierzyć, to naprawdę nie było potem wcale gorzej. Gdy wzięłam już swoje ciało pod całkowitą kontrolę, zeszłam szybko na śniadanie, żałując, że nie mogę powstrzymać szalonego bicia serca i przytłaczającej chęci, żeby zemdleć. Choć próbowałam jak mogłam moje tętno przyspieszało im bliżej byłam Wielkiej Sali. Szokujące było to, że to nawet nie było spanikowane bicie serca. Chyba zaskoczyłam nawet samą siebie tym, jak bardzo chciałam znaleźć się na dole. Jak bardzo chciałam...

No wiecie. Zobaczyć jego.

Uwielbiam poranki po genialnych pierwszych randkach. Nawet te genialne poranki po przytulaniu toalety. Wszystko jest takie błyszczące.

Przypuszczam, że to szczęście, że mój nastrój i ogólna perspektywa na świat były wciąż tak naturalnie pozytywne, ponieważ kiedy dotarłam na dół nie miałam czasu na przygotowanie. Ledwo zeszłam po ostatnich schodach do Sali Wejściowej, kiedy zauważyłam Jamesa opierającego się o ścianę obok drzwi Wielkiej Sali. Moje serce podskoczyło na jego widok. Nie zastanawiałam się nawet, co tam robił, po prostu popędziłam przed siebie.

- Dzień dobry - zawołałam, pozwalając sobie na lekki uśmieszek, jak James obserwował moje radosne podejście z wyraźnym zdziwieniem. Nagle byłam niezmiernie wdzięczna, że spędziłam dobre dziesięć minut na płukaniu ust najmocniejszym płynem jaki znalazłam w szafce, bo nie sądzę, że zdołałabym oprzeć się pragnieniu obdarowania go szybkim pocałunkiem, kiedy tylko był wystarczająco blisko.

- Dobry - mruknął. Biedaczek naprawdę wyglądał na rozdartego pomiędzy uśmiechaniem się jak wariat a patrzeniem na mnie ze sceptycyzmem. Efektem końcowym było osobliwe drganie warg ze zmrużonymi oczami, ale trzeba było przyznać mu punkty za zmieszanie emocji.

- Czekałeś na mnie? - zapytałam.

- Żeby cię zaczepić - wyznał James, ale powiedział to w taki sposób, iż stwierdziłam, że to nie było takie zaczepianie, o jakim myślałam.

- To dobra zaczepianie czy złe zaczepianie? - Przedrzeźniłam jego minę.

James wahał się przez wystarczająco długą chwilę, żebym dostała swoją odpowiedź. Uniosłam brwi i mój zdecydowanie wesoły nastrój doznał pierwszego uszczerbku, kiedy patrzyłam, jak przesuwa wzrokiem po mojej twarzy. Przez ułamek sekundy pozwoliłam sobie na przejście zwykłą ścieżką Lily – w mojej piersi nastąpił wybuch paniki, kiedy umysł przeczesywał wszystkie najgorsze możliwości. Ale chyba dorastam, dojrzewam albo może mój poranek przy toalecie wstrzyknął we mnie tymczasową pouczającą wrażliwość, ponieważ nawet moja nieopanowana, nadpobudliwa wyobraźnia nie potrafiła przetrawić myśli, że on czekał tutaj, żeby mnie rzucić albo poinformować mnie o swoim obrzydzeniu co do mojej zdzirowatości, albo wyznać, że w pijackim szale on i Saunders postanowili rozpalić na nowo swój romans i uciec razem do Francji, Ameryki Południowej czy nawet prostego Cardiff.

(Powiedziałam, że w to nie wierzę, a nie, że o tym nie myślę.)

Właśnie miałam zadziałać według tej rzadkiej rozsądnej wrażliwości, ale James poruszył się pierwszy. Nic nie powiedział, tylko złapał mnie za ramiona i zaczął mną kierować aż stanęłam w progu drzwi Wielkiej Sali. Moje plecy były przyciśnięte do jego torsu i czułam jak ciepło jego ciała promieniuje na moje.

- Popatrz na koniec stołu Puchonów - powiedział, a jego ciepły oddech owiał moje ucho. - Na lewo.

Stół Puchonów? Co u diabła miało być przy stole Puchonów...

Och.

Och.

Ojej.

Choć raz cieszyłam się, że nie patrzę Jamesowi w twarz, bo gdyby tak było to raczej nie doceniłby uśmiechu, który automatycznie pojawił się na moich ustach, a policzki zarumieniły się zwycięsko na widok stołu Hufflepuffu. Bo, naprawdę, co innego mogłabym zrobić, kiedy skierowałam wzrok na lewą stronę stołu i zobaczyłam siedzącą tam grupkę trzeciorocznych? Jak miałam powstrzymać uśmiech głupiej dumy, kiedy dostrzegłam mojego ukochanego Thomasa Dunna stojącego na ławce i walczącego na łyżki z tykowatym Krukonem? I jak miałam powstrzymać radosną pieśń mojego serca, kiedy w końcu zauważyłam MJ'a - mojego słodkiego, cichego, dziwnego MJ'a - siedzącego trochę na prawo od sparringujących się chłopaków, obserwując spokojnie trwający pojedynek i od czasu do czasu rozmawiając z tym samym blondwłosym chłopcem, z którym go widziałam innego dnia? No jak, ja się pytam? Jak?

Więc nie, nie sądzę, żeby Jamesowi spodobała się moja reakcja. Ale to mnie nie powstrzymało od radości.

To było naprawdę cholernie irytujące, że James próbował to wszystko zepsuć, ściskając moje ramiona z oczywistym potępieniem, po czym obrócił mnie twarzą do siebie.

- Co ty nawyprawiałaś, Lily? - zapytał krótko.

To było takie głupie pytanie – po pierwsze z powodu swojej całkowicie retorycznej natury. Przecież wiedział, co zrobiłam - ale głównie z powodu czystego idiotyzmu oburzenia Jamesa tą całą sytuacją. Nie powiem, że byłam tym zaskoczona (tak naprawdę byłam zaskoczona, że nie był bardziej wrogo nastawiony), ale to wcale niczego nie ułatwiało. I w ostrym świetle poranka, kiedy opary wspaniałości genialnej pierwszej randki zaczęły się lekko rozmywać, i byłam w stanie spojrzeć na wczorajszy dzień z większą jasnością... cóż, powiedzmy, że miałam dość Jamesa i jego cholernych sekrecików. Myślę, że mógł wziąć moje napinające się ramiona za oznakę nadchodzącej paniki z powodu przyłapania na gorącym uczynku, lecz uczucie, które nagle ściągnęło moje kończyny było niczym więcej jak powstrzymywanym temperamentem.

Chciałam go uderzyć. Serio. Chciałam pożyczyć jedną z łyżek sparringowych Kochanego Thomasa i zacząć nią tłuc aż nie zostanie już nic, co mogłabym okładać. Lecz niestety pozostałe uniesienie po randce i racjonalność po przytulaniu toalety nie pozwalały mi na taki rodzaj przemocy. One chciały, żebym z nim porozmawiała, małe gnojki.

Wzięłam głęboki wdech, rozluźniłam ramiona i wbiłam w Jamesa najmniej nieprzychylne spojrzenie, na jakie było mnie stać.

- Myślałem, że skończyłaś z robieniem z niego swojego charytatywnego przypadku.

MJ nie był charytatywnym przypadkiem!

- Nie mów o nim w ten sposób. I to ty powiedziałeś, że powinnam dać sobie spokój, nie ja. Nigdy niczego takiego nie twierdziłam, a ty nie dałeś mi żadnego uzasadnienia, czemu powinnam to zrobić! Ale czy możemy... - popchnęłam go z powrotem za drzwi, wyciskając kolejny szybki pocałunek na jego skrzywionych ustach nim zacząłby się kłócić - nie kłócić się o to znowu, proszę? Ty i Marley ciągle porzucacie mnie dla quidditcha, a ja muszę z kimś rozmawiać podczas śniadania. Przypadkowi trzecioroczni to praktycznie jedyna opcja. Tak się składa, że przedstawiłam ich sobie. Co to za wielkie halo? Nie zbliża się apokalipsa.

James patrzył na mnie buntowniczo spode łba.

- Nie o to chodzi...

Na brodę Merlina, co się stało z wycałowywaniem kogoś do uległości?

- Przestań, proszę - poprosiłam, zaciskając palce na kołnierzyku jego koszuli i pociągnęłam za niego, żeby znowu go pocałować. - Czy możemy nie kłócić się przez jeden dzień? Jestem teraz szczęśliwa... błogo, nieświadomie szczęśliwa. Dziękuję ci za te róże. Były śliczne... a czy teraz pozwolisz mi jeszcze trochę potrzymać się tego szczęścia? Proszę?

Po raz drugi tego poranka James wyglądał na zdecydowanie rozdartego. Wiem, że jego instynkt zalecał mu sprzeczać się dalej, żeby spróbować przekonać mnie do jego błędnych poglądów bez najmniejszego racjonalnego uzasadnienia, ale inne jego części chyba nie chciały widzieć mnie nieszczęśliwą - co chyba było dobrą rzeczą.

Ostatecznie ta właśnie strona wygrała, ale kiedy odwzajemnił mój pocałunek, to był on trochę mocniejszy niżbym się spodziewała.

- Cieszę się, że jesteś szczęśliwa - powiedział, opierając czoło na moim. - Ale proszę... proszę, Lil... przestań się wtrącać. Dobrze?

Hmph.

Czy nie zdawał sobie sprawy, że równie dobrze mogłabym przestać oddychać?

- Spróbuję - to było ustępstwo, które zaoferowałam. I tak zrobię. Nie wiem tylko na ile mi się to uda.

Na twarzy Jamesa ukazała się widoczna ulga. Tym razem, kiedy musnął moje usta, jego wargi były cieplejsze, łagodniejsze.

- Dziękuję - powiedział.

Skinęłam krótko głową, próbując zignorować lekki ucisk poczucia winy w żołądku.

Ale kiedy w końcu weszliśmy do środka i dołączyliśmy do Marley przy naszym zwykłym miejscu... czy ja naprawdę powinnam czuć się winna? Jak mogłabym z tym skończyć, kiedy moje wścibstwo przyniosło tak wspaniałe wyniki? Dlaczego miałabym to zrobić? No bo spójrzcie na MJ'a! Nawet teraz wygląda prawie jak normalny młody czarodziej, który siedzi na śniadaniu ze swoimi kolegami. Chyba naprawdę nawiązał kontakt z tym blondynem. Ciągle szepczą coś do siebie konspiracyjnie. Wyobrażacie to sobie? Prawdziwy przyjaciel! Prawdziwy, niewymyślony przyjaciel!

Och, te wszystkie możliwości!

Myślę, że James uważa, że spoglądam tam z ciężkim sumieniem, zastanawiając się jak mogłam być taka głupia, by sprzeciwić się jego mądrym nakazom – a przynajmniej tak mi się wydaje po jego współczujących spojrzeniach i braku ciętych komentarzy. Ale w końcu przejrzy na oczy i zobaczy to wszystko po mojemu. Wiem, że tak będzie.

A w międzyczasie... cóż, czasami dziewczyna musi się cieszyć, że ma mleko na stole, nieprawdaż?


Później Później, Nadal na Śniadaniu

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 298

Błagam, niech ktoś mi powie... dlaczego nie zabiłam jeszcze Grace Reynolds?

- Lily może to zrobić - ogłosiła właśnie niedoszła ofiara przy stole, co może i brzmi dość nieszkodliwie wyjęte z kontekstu, ale to jedna z największych mocy Grace – wypowiadanie rzeczy wyrwanych z kontekstu a ty zbyt późno uświadamiasz sobie, o czym ona właściwie mówi. A biorąc pod uwagę, że byłam zbyt zajęta próbą przekonania Emmy do wzięcia ze mną dodatkowej lekcji zaklęć z Flitwickiem, żeby słuchać ogólnego zgiełku, łatwo wpadłam w jej pułapkę.

- Lily co może zrobić? - zapytałam, myśląc, że usłyszę coś w rodzaju "wyśmienite zaklęcie rozbrajające" a może nawet "niesamowicie dobrą parodię Binnsa omawiającego Bunt Elfów z 1399".

Ale nie, to nie było żadne z tych. Oczywiście.

- Liczyć czas na jutrzejszych próbach prędkości - taką odpowiedź dostałam, która nie miała dla mnie absolutnie żadnego sensu, dopóki Grace nie odwróciła się do reszty załogi, wzięła spokojnie łyk soku dyniowego i powiedziała: - Przyjdzie jutro na trening.

Że co?

- Ja co?

- Ona co? - powtórzył James.

Grace sączyła dalej napój, zwracając na mnie swoje spojrzenie i sprawiała wrażenie, jakbym to ja zwariowała.

- Mówiłaś, że przyjdziesz - skłamała w żywe oczy i tylko ja widziałam diabelski błysk w jej oczach, który zdradzał jej podstęp. - Ostatnio na historii. Nie pamiętasz?

Martwa.

Już jest martwa.

- Wcale nie! - krzyknęłam w dokładnie tym samym momencie, co James chwycił mnie mocno za ramię i zapytał: - Przyjedziesz na trening?

Och, do jasnej cholery. Wyglądał na podekscytowanego.

- Nie mogę - powiedziałam szybko, desperacko. - Jestem szpiegiem dla Krukonów. Wyciągną ze mnie wszystkie wasze ściśle tajne informacje!

- Czy ona w ogóle wie wystarczająco, żeby wydać jakieś informacje? - zapytał Syriusz.

- Już wcześniej to zrobiła. - James stanął w mojej obronie. - Podała fałszywe dane Puchonom.

Po raz pierwszy nie byłam zadowolona, że zaimponowałam Syriuszowi.

Szlag, szlag, szlag, szlag.

- Nie pójdę na trening - spróbowałam jeszcze raz, tym razem z większym autorytetem.

Nikt mnie nie słuchał.

- Wydaje mi się, że chłopak Sophie też przyjdzie - powiedziała Marley. - On też może pomóc.

- Rano jest trochę rześko na boisku - brzmiało uzupełnienie Jamesa. - Możesz wziąć moje szaty.

- Nic jutro nie załatwimy - westchnął Chris Lynch.

I tak to szło przez kolejnych dziesięć minut.

Próbowałam im powiedzieć, że nie przyjdę - próbowałam trzydzieści razy – ale to było jak walenie grochem o ścianę. Nie przestawali nadawać o treningu – James proponował mi więcej części jego quidditchowej odzieży, Marley mówiła, że przedstawi mnie chłopakowi Sophie Cleese, Syriusz zastanawiał się głośno nad tym, co się stało z zasadą "żadnych widzów", którą James tak bardzo starał się wprowadzić?

A przez cały ten czas Grace siedziała sobie zadowolona ze swojego zwycięstwa.

Jeszcze raz zapytam, ile dostaje się lat w Azkabanie za morderstwo?

Nieważne. I tak będzie warto.


Potem, Zielarstwo

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 298

Emma mówi, że to nie w porządku zamieniać skórę Grace na kolor rzygowin, ale ja mówię, że taka ona właśnie jest. O smaku wymiocin. Jak fasolki Bertiego Botta.


Troszkę później, Dalej Zielarstwo

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 298

Choć teraz, kiedy o tym myślę... ten kolor naprawdę nie pomaga mojej już niedomagającej kondycji zdrowotnej.

Ugh.

Fioletowy będzie musiał wystarczyć.


Jeszcze później, Zaklęcia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 299

Szczerze, straciłam do tej dziewczyny cały szacunek. Co za przeklęta skarżypyta.

Ale czy ona naprawdę się spodziewała, że Flitwick zrobi coś innego niż powie: "Panno Evans, może byłaby panienka skłonna wykorzystywać swój talent na innych celach niż pani koledzy?". Jak gdyby mogła rozerwać moją więź z Filiusem. Nigdy.

I co z tego, że dalej ma fioletowe piersi? Chciałabym zobaczyć, jak komukolwiek to udowadnia. No dalej. Spróbuj.


Potem, Historia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 299

Skoro mowa o ludziach zasługujących na fioletowe piersi...

Serio, Saunders? Serio?

Czy ona nie ma nic lepszego do roboty, tylko patrzeć na mnie cały czas z pogardą? Na brodę Merlina, James ledwo mnie obejmował. Trzymał mnie tylko przez sekundę. Przecież nie obmacywaliśmy się przed nią - choć nawet jeśli, to tylko nasza sprawa, nie jej. Co ją to obchodzi? On jest moim potencjalnie-rozważanym-chłopakiem, dziękuję bardzo. Mogę się na nim uwieszać albo on na mnie na wszelkie sposoby jakie chcemy!

Psh. Założę się, że to nawet nie chodzi o dzisiaj, tylko o wczoraj. Wiem, że ona wie, dokąd wczoraj poszliśmy. Wiem, że ona wie, co robiliśmy. Założę się, że wytężała swoje cholerne uszy, żeby usłyszeć każde przeklęte słowo, które powiedziałam wieczorem do Grace i Emmy, nawet jeśli rzuciłyśmy zaklęcie uciszające dla tego właśnie powodu. Założę się, że zabija ją świadomość, że James i ja mamy prawdziwy związek, a nie jakieś smutne, chore przywiązanie zrodzone ze wspólnego nieszczęścia i topione w galonach szkockiej i ognistej whisky. A to cholery pech.

W gruncie rzeczy może sobie...

Chwileczkę.

Czy ona właśnie...

Oj, ona naprawdę robi sobie jakieś jaja.


Parę sekund później, Dalej Historia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 299

Słuchaj lekcji. - LE

Przepraszam, co? - JP

Przestań wymieniać się liścikami i słuchaj lekcji. Na brodę Merlina, James, jesteś Prefektem Naczelnym. A to jest historia. Jest coś niezwykle istotnego w uczeniu się na cudzych błędach - a nawet własnych. Historia jest ważna.

Żartujesz?

Czy to ci brzmi, jakbym żartowała?

Lily.

No co?

Ty wysyłasz mi liściki.

Tak, ale przestanę, jak ty przestaniesz.

Słuchaj, Nieomylna... ta zazdrość? Bardzo mi się podoba. Naprawdę. To bardzo zachęcające. Ale również bardzo niepotrzebne. I ty o tym wiesz.

Jeśli myślisz, że znowu zaproszę cię na randkę, to jesteś szalony.

Słuchaj lekcji, Lily. Historia jest ważna.


Potem, Historia

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 299

Droga mamo,

Dziękuję za ogólnie mało pomocne informacje dotyczące Twoich kłopotów z wędkowaniem. Wyraźnie jesteś bardzo kochającą i oddaną żoną. Słyszałam opowieści o Hettie Clark i Bitsy Simon, i rozumiem twoje cierpienie. Proszę nie daj się przekonać tacie, żeby znowu zapraszał ich na obiad w ferie zimowe. Istnieją bardziej humanitarne sposoby na torturowanie swojej córki.

Jak już o tacie mowa, uważam, że najlepiej by było gdybyś zostawiła diagnozowanie jemu. Twoja wiedza medyczna jest najwyraźniej lekko zaniedbana. Przekaż moje pozdrowienia prawdziwemu lekarzowi, jeśli możesz.

Tutaj wszystko jest w porządku. Obudziłam się dzisiaj trochę skołowana, ale to się raczej samo rozwiąże. Muszę zorganizować jutrzejsze spotkanie prefektów, a w poniedziałek mamy ogromny egzamin, na który w ogóle nie jestem przygotowana, ale jestem pewna, że wszystko się ułoży. A przynajmniej mogę mieć taką nadzieję.

Wczoraj byłam na obiedzie z Jamesem. Było bardzo uroczo. Pamiętasz dzień, kiedy Tunia po raz pierwszy przyprowadziła Vernona na herbatkę? Ciągle nawijał o świdrach, a ty kupiłaś w Harrods tą gęstą śmietanę, którą Vernon całą pochłonął i myślałyśmy, że tata się popłacze? Cóż, James zna się na innych rzeczach niż maszyny naftowe. I choć jestem przekonana, że zdołałby pożreć cały słoik gęstej śmietany, gdyby się do tego przyłożył, sądzę, że jest bardziej skłonny się nim podzielić. To tak dla Twojej wiedzy.

Kocham Cię i tęsknię,

Lily

P.S. - Tata nigdy nie miał w pobliżu jakichś irytujących eks, prawda?


Potem Potem, Transmutacja

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 300

Kurde.

Kurde, kurde, kurde, kurde.

Co do cholery jest ze mną nie tak? Serio, co? Co ja do jasnej, pieprzonej cholery myślałam, że tym zyskam? Czy kiedykolwiek byłam szczęśliwa wiedząc o rzeczach, których on nie chce, bym znała? Czy podsłuchiwanie kiedykolwiek jest najlepszą opcją? Pomyśleć, że zaczęłabym uczyć się na własnych błędach zamiast być na tyle głupią, żeby w kółko je powtarzać. Przysięgam na Merlina, ilekroć wydaje mi się, że w cudowny sposób zaczynam dojrzewać, że nareszcie łapię bycie tym "młodym dorosłym", idę i robię coś takiego i wszystko jest na cholerne marne.

Dlaczego, karmo? Serio, dlaczego?

Do diabła. Do podwójnego cholernego pieprzonego diabła. Co ja mam teraz zrobić? Jak ja mam... jak mam w ogóle...

Nie powinnam była zostawać.

Naprawdę, naprawdę nie powinnam była zostawać.

Jeszcze lepiej, w pierwszej kolejności nie powinnam była w ogóle iść do sowiarni. Po jaką pieprzoną cholerę ja tam poszłam?

Cóż, to znaczy wiem, czemu tam poszłam - musiałam wysłać list do mamy, a kiedy popędziłam przed obiadem do dormitorium, żeby posłać Winnie, klatka mojego kochanego zwierzaka była pusta. Wiedziałam, że pewnie składa okazjonalną wizytę w sowiarni aby potwierdzić swój status społeczny jako Najlepsza Sowa Na Świecie, udowadniając po raz kolejny innym ptakom, że jest najbystrzejsza z nich wszystkich, ale jej harmonogram spotkań był dla mnie trochę niewygodny. Mogłam zaczekać do końca dzisiejszych lekcji w nadziei, że Winnie skończy do tego czasu swoje przechwałki, ale szybka wizyta w sowiarni nie wydawała się taką ohydną opcją. Spacer może mi dobrze zrobić.

Bo chodzi o to, że... słuchajcie, wiem, że to głupie, dobra? Wiem, że nie powinnam pozwolić, żeby to mnie gryzło, bo to tylko daje jej władzę nade mną i że po wczorajszym dniu powinnam być bardzo pewna swojej pozycji potencjalnie-rozważanej-dziewczyny... ale nic na to nie poradzę. To tak jakby ona po prostu wiedziała, jak doprowadzić mnie do szału. I prawdę mówiąc nie wiem czy moje zamartwianie się nie jest takie niepotrzebne. Nie wiem tego, nie podoba mi się to, a jeszcze mniej mi się podoba jak James ciągle mi wmawia, że powinnam to wiedzieć, bo jeśli faktycznie miałabym się czym martwić, to czy naprawdę ufałabym, że mnie ostrzeże?

Nie, żebym uważała, że on mógłby... no nie tak naprawdę. Ale czy to naprawdę takie oburzające, że nie jestem zachwycona faktem, iż nadal jest niezmiennie lojalny swojej byłej dziewczynie, która - o tak, racja – nie miałaby skrupułów, żeby utopić mnie w Wielkim Jeziorze?

I to nie jest tak, że czuję, że mam prawo dyktować mu, z kim ma się kolegować, czy jak ma sobie radzić z dawnymi związkami. Właściwie to jego lojalność wobec każdego, na kim mu zależy to prawdopodobnie jedna z cech, którą najbardziej w nim lubię i Merlin wie, że nigdy nie odmawiał takich rzeczy mnie. Ale jak mam pogodzić się z faktem, że Elisabeth Saunders jest tu na stałe? Nie cierpię tego. Nie cierpię jej. Nie cierpię tego, nie cierpię jej i nie wyobrażam sobie, żeby to było kiedykolwiek tak jasne, jak teraz.

Ale wyprzedzam fakty. Muszę to dobrze opowiedzieć. Nienawidziłam jej tylko umiarkowanie, kiedy szłam w kierunku sowiarni. Dopiero później wszystko... cóż, sami zobaczycie.

Prawdę mówiąc, chyba miałam rację co do tej wycieczki. Miałam trochę czasu, żeby pobyć sama z dala od faktu, że pomimo moich nie-tak-żartobliwych-jak-sobie-myślał życzeń, James dalej wymieniał się liścikami z Saunders przez większość historii. Nie wspominając o mającej dobre chęci, ale tak naprawdę niepomagającej Grace "Możemy zepchnąć ją ze schodów i sprawić, że będzie to wyglądało na wypadek, Lil. Na serio". Bo prawda była taka, że dalej kiepsko się czułam, nie wiedziałam co mam zrobić z Saunders i im więcej o tym myślałam, tym gorzej się czułam - fizycznie i emocjonalnie. To był kolosalny bałagan.

Moja głowa nieco się oczyściła, kiedy dotarłam do sowiarni. Niemal od razu dostrzegłam Winnie brylującą na jednej z najwyższych żerdzi. Nie miałam żadnych odpowiedzi, lecz miałam plan - obejmował zebranie wszystkich podręczników i notatek z transmutacji jakie trzymałam w dormitorium i skierowanie się po lekcjach prosto do biblioteki, żeby zagłębić się w bardzo potrzebnych powtórkach w próbie zapanowania nad jakąś częścią mojego pokrętnego życia - i to było pocieszające. Nie uważałam za znaczący fakt, że podczas gdy miałam schowane wszystkie wspomniane wyżej materiały w torbie, to trzymałam w ręku książkę Zachowaj czujność.

W końcu musiałam jeszcze przebrnąć przez obiad, prawda? Nikt nie mówił, że nie mogę się trochę zabawić przed Sprawdzianem z Transmutacji.

Umieściłam książkę pana George'a Abbotta w najczystszym miejscu sowiarni, czyli na jednym z gzymsów okiennych, po czym zasygnalizowałam do Winnie, żeby skończyła się puszyć. Na szczęście nie wyglądała na bardzo niezadowoloną z tego powodu (niewątpliwie uważała, że to tylko poprawi jej wysoką rangę, że to właściciel musiał przyjść po nią, a nie na odwrót) i nie stawiała oporu, kiedy przywiązałam jej list do mamy i poprosiłam, żeby dostarczyła go do Surrey tak szybko jak pozwoli jej na to napięty harmonogram. Winnie machnęła dostojnie skrzydłami, jakby mówiła "Hm. Chyba mogłabym cię wsadzić pomiędzy poranną sesję pogaduszek a popołudniową przekąskę" po czym dała pokaz latania przed całą sowiarnią i wyleciała przez wysokie okna.

Hmph. Nie mam bladego pojęcia jakim cudem osoba z kompleksem niższości skończyła ze zwierzęciem z kompleksem wyższości. Naprawdę powinnam przyjąć kilka rad od mojej sowy.

Nic mnie już tutaj nie trzymało, więc opuściłam szybko sowiarnię i nadal poważnie rozważałam ten dylemat (i jak człowiek mógłby ucieleśnić wyniosłe-ale-i-tak-bardzo-pokrewne zadzieranie dzioba Winnie) kiedy w połowie drogi do Wielkiej Sali uświadomiłam sobie, że przypadkiem zostawiłam pana Abbotta na gzymsie.

Co za gówno.

(Eee, dosłownie. Fuj.)

Sowiarnia była tak daleko... ale nie mogłam go tam tak zostawić. To był pan Abbott. Byliśmy spokrewnieni. I potrzebowałam czegoś do czytania podczas obiadu.

Więc mimo tego, że to było okropne utrapienie, już omijał mnie obiad, burczało mi w brzuchu, a Pomfrey urwie mi łeb, ponieważ nie potrafiłam zastosować się do jej najprostszych zaleceń na stworzenie zdrowego stylu życia, obróciłam się na pięcie i poszłam uratować pana Abbotta przed staniem się następnym improwizowanym celem odchodów sów. Naprawdę nie miałam innego wyboru.

Jak teraz o tym myślę, to naprawdę nie wiem, dlaczego nie wparowałam tam jak kobieta z misją. No bo byłam kobietą z misją. Więc dlaczego się ociągałam? Dlaczego wytężyłam słuch i spowolniłam krok, gdy zbliżałam się do drzwi? Szczerze nie wiem. Patrząc z perspektywy czasu nie jestem pewna czy jestem za to wdzięczna. Ale co się stało to się nie odstanie, i wiem tylko, że jak powoli zbliżałam się do wejścia do sowiarni, myśląc jedynie o uratowaniu pana Abbotta, niespodziewany odgłos rozmowy przebijający się przez szparę w częściowo zamkniętych drzwiach spowodował, że się zatrzymałam.

- ...kompletnie absurdalne. Nie mogę uwierzyć, że z nią poszedłeś. Nie mogę.

- Już przerabialiśmy tą rozmowę tysiąc razy, Lizzie. Nie będę się powtarzał.

Lizzie.

Lizzie.

O Boże.

- To była nasza tradycja, James - mówiła Saunders, a chociaż nie widziałam jej przez tą żałosną szparę między drzwiami a framugą, to wiedziałam, że jest gniewnie nadąsana. W jej głosie słychać było rozdrażnienie. - To jest nasza tradycja.

- Nie można przywłaszczyć sobie obiadu, Liz. - Nadeszła oschła odpowiedź Jamesa. - Jesteś niedorzeczna.

Podczas gdy nadal nie widziałam Saunders, James podszedł do gzymsu i oparł o niego – to było jedyne okno widoczne w moim ograniczonym polu widzenia i o ironio, to samo okno, pod którym niewinnie leżała książka Zachowaj czujność. Gdy biodro Jamesa praktycznie dotknęło boku książki, zdusiłam jęk i cofnęłam się w cień drzwi.

Kurde.

Kurde.

Comamzrobićcomamzrobićcomamzrobić?

- Jak długo po tym, jak dowiedziała się, że poszliśmy razem na obiad zażądała od ciebie tego samego? - zapytała opryskliwie Saunders. - Trzy sekundy później? Cztery?

- Czy to ważne? - James brzmiał na zmęczonego, jakby słyszał to już tysiąc razy. Zaczynałam zdawać sobie sprawy, że prawdopodobnie tak było. Mój żołądek ścisnął się nieprzyjemnie, ale ciało pozostało nieruchome. - Powiedziałem ci co się dzieje już Pod Trzema Miotłami, Lizzie. Nie zachowuj się, jakbym cię tym zaskoczył. To nie...

- Ale ona, James? Dlaczego to musi być ona?

Ta myśl była tak bliska moim własnym odczuciom w tym temacie, tak podobna do tego, co myślałam sobie jeszcze kilka chwil temu, że niemal odruchowo cofnęłam się od tego policzka w twarz. To był także policzek, którego potrzebowałam, aby wyrwać się z oszołomienia i wrócić do rzeczywistości. Nie powinno mnie tu być. Tak bardzo nie powinno mnie tu być. Nie powinnam tego słuchać i wiedziałam o tym. Nawet wtedy, kiedy stałam oparta o kamienną ścianę, zbyt przestraszona, żeby choćby zerknąć przez szparę w obawie, że zostanę przyłapana, wiedziałam, że powinnam odejść. Nie powinnam słyszeć tej rozmowy. To nie była moja sprawa. Ale moje przeklęte stopy nie chciały się ruszyć, a co gorsza, uszy wytężyły się, by usłyszeć resztę rozmowy. Intuicja wrzeszczała na mnie, żebym odwróciła się i odeszła w tej chwili, lecz przebiegła część mnie, której nie potrafiłam odmówić miała dosyć napotykania na ceglane ściany tam, gdzie pragnęłam otwartych ścieżek i ujrzała potencjalny skrót jak przysłowiową marchewkę dyndającą przed osłem.

A głupia, głupia ja, dałam się na to nabrać.

- To nigdy nie miało być proste, Lizzie - powiedział potem James cichym głosem, który i tak odbijał się echem w pustej wieży. - Myślisz, że chciałem patrzeć jak w zeszłym semestrze obściskiwałaś się z Grahamem Vaughnem? Oczywiście, że nie. Ale postanowiliśmy w marcu, że to nie zaszkodzi naszej przyjaźni. Tak się dzieje w życiu.

Prychnięcie Saunders było pełne pogardy.

- Och, daj z tym spokój, James. Z Grahamem nic mnie nie łączyło. Wcale się tym nie przejmowałeś i dobrze o tym wiesz. To jest... to...

- Co innego, wiem. - Te słowa powinny być pocieszające, ale nie były, co nie powinno być zaskoczeniem. Moje serce drgało boleśnie, kiedy James westchnął ciężko. - Ale Liz... słuchaj, już ci mówiłem... my nie... ja nie mogę...

- Wiem, co powiedziałeś! - Głos Saunders był ostry jak bicz. Brzmiała na wściekłą i musiałam powstrzymać własny grymas. Gdybym nie była sobą, to może nawet bym jej współczuła. - Przepraszam, że trochę trudno mi jest zlekceważyć moje uczucia do ciebie tak łatwo i całkowicie jak ty to zrobiłeś. Przepraszam, że mi zależy.

- To nie jest...

- Czyżby?

Nie mogłam postanowić, kto się czuł bardziej niezręcznie w tej chwili, kiedy nagle zapadła cisza – James, który nie potrafił znaleźć odpowiedzi; Saunder, której wściekły oddech można było słyszeć nawet przez szparę w drzwiach; czy ja, która nie powinna słyszeć tego wszystkiego, a jednak. Chyba można wyłączyć mnie z wyścigu, biorąc pod uwagę, że większość mnie miała ochotę klaskać ze szczęścia. Nie lubię się do tego przyznawać, ale pomimo wielu zapewnień Jamesa chyba po części zawsze sądziłam, że nie był do końca szczery, kiedy twierdził, iż mówił Saunders, że pomiędzy nimi nic już nie ma. Ale oto stał tam, mniej więcej mówiąc jej właśnie te słowa. Moje serce odetchnęłoby z ulgą, gdyby nie było zajęte dudnieniem w mojej klatce piersiowej.

Gdy James odpowiedział prawie tak samo ostro jak Saunders, zabiło jeszcze mocniej.

- Gdyby mi nie zależało myślisz, że byłbym teraz tutaj, Liz? Nie sądzisz, że byłoby cholernie łatwiej powiedzieć ci, żebyś się odczepiła i skończyć z tym wszystkim? Ale nie zrobiłem tego i nie zamierzam. Ale na litość boską, nie każ mi wybierać.

- Czemu? Bo wybrałbyś ją?

O Boże Proszę Powiedz Tak Proszę Powiedz Tak Proszę Powiedz Tak.

Nie mogłam na to poradzić - musiałam zerknąć do środka. Nie było innej opcji. Wstrzymałam oddech i nachyliłam się leciutko do drzwi, prawie natychmiast dostrzegając Jamesa w tym samym miejscu, a za jego plecami Zachowaj czujność. Jednak teraz trzymał rękę we włosach i wyglądał jakby nie potrafił się zdecydować czy jej odpyskować, czy zwiesić głowę w porażce. Gdy w końcu podniósł wzrok, zaciskał wargi w ponurym wyrazie. Nie widziałam go tak poruszonego od naszego spotkania z Carringtonami.

- Nikogo nie wybieram, Liz. Ale to musi się skończyć. - Jego twarz stała się twardsza, surowsza. - Nie mogę was zmusić, żebyście się dogadywały, ale musisz przestać ją atakować - nie, nie kręć tak głową. Myślisz, że jestem głupi? Znam Lily i znam ciebie. Ta dziewczyna nie ma w sobie ani krzty wrogości - tylko atakuje w obronie. Nie mówię, że ta obrona nie może być zabójcza, ale czy naprawdę chcesz mi wmówić, że to ona wszystko zaczyna? Tak właśnie myślałem - dodał po chwili, kiedy Saunders nie przerywała milczenia. Nie wiedziałam, czy czuć zadowolenie, czy lekką urazę. Mam w sobie wrogość! Mam! Ale nie miałam dużo czasu by się nad tym zastanowić, bo James znowu się odezwał.

- Mówiłem ci... to nie jest dla mnie zabawa, Liz. - Musiałam podejść bliżej i wytężyć słuch, żeby go słyszeć. Nawet wtedy jego słowa były słabo słyszalne. - Chcę... ja pieprzę, nie wiem czego chcę. Ale cokolwiek z tego wyniknie, byłbym bardzo wdzięczny gdybyś tego jeszcze bardziej nie utrudniała.

- Ale o to właśnie chodzi, prawda? - odparła Saunders sztywno, defensywnie. - Te rzeczy nie powinny być takie trudne, James. Pozwalasz jej owinąć się wokół palca i po co? To nie powinno być takie trudne. Czy z nami kiedykolwiek tak było?

James prychnął cicho, ale to pytanie sprawiło, że po raz pierwszy lekko się uśmiechnął.

- Myślę, że u nas było zbyt łatwo, Liz. To było częścią problemu.

Wtedy w sowiarni nastała cisza i patrząc jak James wkłada swobodnie ręce do kieszeni spodni i wbija wzrok w czubki swoich szkolnych butów zdałam sobie sprawę, że to mógł być ten moment - mogłam teraz odejść. Już teraz słowa, które usłyszałam powodowały, że mój żołądek skręcał się nieprzyjemnie, grożąc powrotem do sytuacji z porannego przytulania toalety, a nie zostało powiedziane nic szczególnie strasznego. Nie wiedziałam, czy rozmowa dobiegła końca, czy może zostaną tutaj na wieki rozmawiając o wszystkich powodach, dla których ich związek się popsuł czy co tam jeszcze, ale wiedziałam, że już więcej nie zniosę. Musiałam w porę się wycofać zanim by mnie wykryli albo - być może jeszcze gorzej – nie wykryli i usłyszałabym coś, czego bym nie chciała. Wścibska osoba robi to co musi, ale to nie znaczy, że nie może użyć odrobiny zdrowego rozsądku, kiedy wymaga tego okazja. Pan Abbott musiał przetrwać to popołudnie w samotności. Musiałam wyjść. Natychmiast.

I szczerze, gdyby James nie powiedział wtedy tego co powiedział, to naprawdę bym wyszła.

- Widzieliśmy wczoraj w Hogsmeade Carringtonów.

Zamarłam.

Do jasnej pieprzonej cholery.

- Co takiego? - Nie mogłam zdecydować, co dokładnie sprawiło, że moje stopy w jednej chwili przykleiły się do podłogi - początkowe zdanie Jamesa czy niekłamana panika, która nagle pojawiła się w głosie Saunders, kiedy odpowiedziała: - Co takiego?

- Corrine i Cal znaleźli nas Pod Trzema Miotłami... Lily i mnie - wytłumaczył James, chociaż co do tego nie było wątpliwości. Z roztargnieniem zaszurał butami o słomianą podłogę, robiąc chwilę przerwy w rozmowie po czym podniósł głowę i zapewnił ją: - Nie martw się. Ona o niczym nie wie. Corrine nic nie wspomniała, a ja też jej nie powiedziałem. Obiecałem ci, że tego nie zrobię.

- Na Merlina, James - odetchnęła Saunders, a jej głos praktycznie łamał się z ulgi. - Nie mogłeś zacząć od tego? Ja pierniczę, moje serce... a Evans niczego nie podejrzewała?

- Tego nie powiedziałem - odparł ponuro James, po raz kolejny podnosząc wzrok ze swoich butów. Potrząsnął głową. - Musiałaby być ślepa. Nie spodziewałem się ich spotkać, a Cal tak jakby na nas naskoczył. Chyba nie ukryłem zbyt dobrze zdziwienia. Wiedziała, że coś jest nie tak, ale nie naciskała... nie mam zielonego pojęcia, dlaczego, bo to do niej niepodobne, ale nie naciskała.

- Co jej powiedziałeś? - Głos Liz połączył się z jej krokami na posadzce sowiarni i po raz pierwszy stanęła w moim polu widzenia. Zobaczyłam tylko jej plecy, ale były napięte niczym struna. - Musiałeś jej coś powiedzieć. Musiała o coś zapytać.

- Powiedziałem, że to przyjaciele rodziny... chyba teraz już nimi są. - James wzruszył ramionami. - Tylko tyle. Ale potem pytała o moje plecy...

- Dlaczego widziała twoje plecy?

- Liz.

- No co? Ja tylko pytam! Proszę powiedz, że nie powiedziałeś jej o tym tak po prostu.

- Oczywiście, że nie!

- Więc wie?

- Czy nie powiedziałem ci właśnie, że nie?

Rozmawiali za szybko a w mojej głowie kręciło się zbyt mocno, żeby to wszystko przetrawić. Chwileczkę... zatem Saunders wiedziała o Carringtonach? I wcale mi się nie przywidziało, że zachowywał się przy nich dziwacznie (choć szczerze mówiąc, to tylko moje życzeniowe myślenie podpierało tą teorię)? I co miały z tym wspólnego jego plecy? Czy to znaczyło, że to wszystko miało ze sobą jakiś związek? Ale jak? Dlaczego? I co do pieprzonej cholery miała z tym wszystkim wspólnego Elisabeth Saunders? Dlaczego ona mogła wiedzieć, a ja nie?

Jakakolwiek myśl o odejściu była już tak dalece nieaktualna, zamierzałam zostać w tym miejscu, dopóki nie dostanę jakichś odpowiedzi. Mogłam być usatysfakcjonowana lub po prostu pogodzona z myślą, że będę stosowała obustronność z Jamesem... ale to było zanim dowiedziałam się, że po jego stronie drogi porusza się z nim jeszcze inny pojazd. Pojazd o tematyce Elisabeth Saunders. Którego on najwyraźniej nie blokował tak jak blokował mnie.

Nagle poczułam furię. Czystą furię.

- Lizzie. - Głos Jamesa był zmęczony, ale jeśli sądził, że będę mu współczuła, to postradał przeklęte zmysły. - Wiem, obiecałem ci, że tego nie zrobię... ale w końcu będę musiał jej powiedzieć. Zostaliśmy cholernie dotknięci szczęściem Merlina, że to jeszcze nie wyszło w jakiś sposób na jaw. Nawet większość chłopaków nie zna wszystkich szczegółów...

- Nie. - Saunders ruszyła w stronę Jamesa, dysząc wściekle. - Nie.

- Jak myślisz, co ona może zrobić, Liz? Ona nie...

- Jeśli sądzisz - przerwała mu ostro Saunders - że podaruję tej krowie jeszcze jeden stopień do podestu na jej cholernie przeklętego wysokiego konia, to postradałeś pieprzone zmysły, Jamesie Potterze! Poważnie!

- Ona taka nie jest - odparował James i przypuszczam, że mogę przyznać mu nano-punkt za obronę mojej osoby. - Nie zrobiłaby tego. Ona nie...

- Och, czyżby? - Nawet patrząc na nią od tyłu usłyszałam drwinę w głosie Saunders i zobaczyłam jak pogardliwie unosi podbródek. James nie skulił się przed nią jak ja zwykle robiłam, ale to i tak musiało być onieśmielające. - Jeśli naprawdę w to wierzysz, to dlaczego jeszcze jej nie powiedziałeś? Brzmi to tak, jakbyś miał dwie doskonałe okazje. Więc czemu tego nie zrobiłeś?

James zgromił ją wzrokiem.

- Co ty gadasz, Liz? Ty kazałaś...

- Gówno prawda - parsknęła Saunders, a zgorzkniałe przekleństwo odbiło się echem w wysokiej wieży. - Nie waż się udawać, że to ja byłam prawdziwym powodem, dla którego jej nie powiedziałeś. Kiedy pozwoliłeś komukolwiek powstrzymać cię od zrobienia tego, czego naprawdę chciałeś? Gdyby to było dla ciebie naprawdę takie ważne - gdybyś naprawdę chciał, żeby się dowiedziała - zrobiłbyś to, a potem znalazł sposób, żeby jakoś mnie udobruchać. Znam cię tak samo dobrze, jak ty znasz mnie, Jamesie Potterze! Nikogo nie oszukasz!

- Liz...

- Przyznaj się! - Zbliżyła się do niego, ale jej głos stawał się coraz głośniejszy, dzwoniąc mi w uszach. - Nie powiedziałeś jej, ponieważ wiesz, że wtedy spojrzy na ciebie inaczej. Osoby takie jak Lily Evans mają swoje moralne kompasy wsadzone tak głęboko w dupę, że nie mogłyby przyznać po prostu, że każdy popełnia błędy. Ona by cię osądziła. Zobaczyłaby rysy, których się tak cholernie wstydzisz i nazwałaby je swoją ostatnią kroplą. Zrobiłaby to bez mrugnięcia okiem i dobrze o tym wiesz!

- To nie...

Ale Saunders już się rozkręciła. Nie dało jej się zatrzymać.

- Przysięgam na Merlina, James, czasami po prostu cię nie poznaję. - Potrząsnęła głową, a jej gniewny głos nabrał ckliwej nuty. - Pozwalasz jej się omamić... i po co? Dla związku, który nawet nie jest związkiem? Związku, który wisi niepewnie na sznurkach jej przeklętej marionetki, że nawet nie możesz być sobą? Jesteś zadowolony z tego, że ona wodzi cię za nos. Nie obchodzi cię, że musisz ukrywać przed nią sprawy... że musisz ukrywać przed nią siebie. Jaką ty w tym widzisz przyszłość? Jaką czerpiesz z tego satysfakcję? Mam pieprzoną nadzieję, że zdołałeś rozłożyć nogi tej cholernej cnotce, bo to jedyne...

O. Mój. Boże.

- Wychodzę. - Głos Jamesa był tak śmiertelnie wściekły, iż myślałam, że walnie w nią jakimś urokiem. Ale przepchnął się obok niej i ruszył ciężkim krokiem do drzwi.

Kurna.

Kurna!

- Nie! James, stój! - Rzuciłam się z powrotem w cień za drzwiami stosunkowo pewna, że to by mi nie pomogło, gdyby James postanowił wypaść z sowiarni, ale stwierdziłam, że to lepsze niż zostanie przyłapaną dosłownie przy szparze. Jednak Saunders musiała złapać go za ramię czy coś, ponieważ nie wyleciał zza drzwi w napadzie furii. Znowu zaczęła do niego mówić, szybko i gorączkowo. - Przepraszam, w porządku? Ja... nie powinnam tego mówić. To było poniżej pasa. Ja tylko... Merlinie, James, czy ty tego nie widzisz? Dlaczego jej na to pozwalasz? Jak to może być tego warte?

Jej pytania były ciche, ale słyszałam je wyraźnie, doskonale, boleśnie. Nigdy nie czułam się tak bliska zwrócenia zawartości żołądka jak wtedy i wiedziałam, że jeśli będę tam stała dłużej, to w końcu opuszczą sowiarnię i zastaną w progu interesującą niespodziankę - moją schorowaną osobę. I po raz pierwszy nie miałam żadnej ochoty słuchać dalej. Przedłużające się milczenie Jamesa było wystarczającą odpowiedzią na najbardziej znaczące pytania, które już obijały się w mojej czaszce. Było więcej pytań - zawsze miałam więcej pytań - ale szczerze, prawdziwie, najrealniej na świecie nie sądziłam, że zniosę cokolwiek więcej.

Więc zanim James zdołał odpowiedzieć - jeśli w ogóle mógł odpowiedzieć. Miałam wątpliwości - zapomniałam o panu Abbotcie, oderwałam już nieprzyklejone stopy od podłogi i uciekłam tak szybko i cicho, jak tylko mogłam, z dala od sowiarni. I nie obejrzałam się za siebie ani razu.

Wiem, że być może w to nie wierzysz, ale jesteś tego warta.

To mi właśnie powiedział tamtej pierwszej nocy w Pokoju Życzeń.

Teraz zastanawiam się, które z nas bardziej się martwi, że wcale nie mówił tego poważnie.

Kurde.

Kurde.

Po prostu... nie mogę. Nie mogę.

Obserwacja #300) Nigdy nie lekceważ karmy. W końcu zawsze nadrabia za stracony czas.


Potem, Dalej na Transmutacji

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 300

- Na Merlina, Lily, jesteś blada. Co się dzieje? Dlaczego nie było cię na obiedzie? Lil? Lily?

Przestańcie do mnie mówić.

Wszyscy, proszę, po prostu przestańcie się do mnie odzywać.

Moja głowa.

Moja głowa.


Później, Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 300

Ciekawe jaka jest kara za zwymiotowanie na książki z biblioteki.

Tortury? Azkaban? Śmierć?

Co najmniej duży stopień w dół ze swojego wysokiego konia, to na pewno.

Chyba dobrze, że znalazłam ten głupi fotel ukryty za działem zielarstwa. Przynajmniej będę samotna w swoim wstydzie.


Wciąż Później, Wciąż Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 301

Ona ma rację, wiecie. Ma rację.

To nie powinno być takie trudne. Związki nie powinny być takie trudne. I chociaż James nie jest najłatwiejszy w obyciu, to jestem na tyle świadoma siebie, by wiedzieć, że to nie on wszystko utrudnia, tylko ja. To wszystko moja wina. Może gdybym była choć w połowie tak skłonna jak on do zrobienia naszego związku oficjalnym, to nie czułby, że musi mieć przede mną tajemnice. Rzeczywiście owinęłam go sobie wokół palca. Rzeczywiście pociągam za sznurki, których nie mam prawa dotykać, a tym bardziej kontrolować. To nie ma znaczenia, jakie są ku temu moje intencje, i tak to robię.

I koniec końców prawdopodobnie nie jestem tego warta. To James ciągle się upierał, że jestem, ale zaczynam myśleć, że ten chłopak ma większe problemy, których nie pokona nawet najsilniejsze poczucie racjonalności. I bez względu na łączące nas uczucia – czy nawet łączące ich uczucia - może czasami to po prostu nie wystarczy. Sama nie wiem. Boli mnie głowa od samego myślenia o tym. Inne części ciała również, ale na razie zostaniemy przy głowie.

Chociaż wydaje mi się, że nareszcie rozgryzłam tajemnicę kryjącą się za wielkimi zderzającymi się ze sobą sekretami. Szczerze mówiąc czuję się jak totalna kretynka, że nie widziałam tego wcześniej. Ponieważ tylko jednej rzeczy Syriusz nie wyjaśnił mi tamtego wieczoru na szlabanie, twierdząc (choć teraz gdy o tym myślę, to nie było do końca zgodne z prawdą) że sam nie znał szczegółów. Była tylko jedna rzecz, która pozostała największą tajemnicą pośród morza już i tak mętnych wód. Jedna jedyna.

Wielki wyskok Jamesa i Saunders.

Ten, przez który zostali zawieszeni.

Ten, przez który wszystko się posypało.

Ten, który miał miejsce w Hogsmeade.

Carringtonowie mieszkają w Hogsmeade.

Dokładne informacje o tym wszystkim są oczywiście nadal nieco mgliste. Nie mam pojęcia czy Carringtonowie byli po prostu świadkami, czy zostali jakoś wplątani w całą sprawę. Nie wiem też czy to z tego wynikły obrażenia Jamesa, choć Saunders najwyraźniej łączy ze sobą te dwie sprawy. Wielu rzeczy nie wiem, ale wiem wystarczająco. I po raz pierwszy od dawna nie mam ochoty dowiedzieć się reszty. Na serio.

Ponieważ... cóż, no bo co, jeśli ona naprawdę ma rację? We wszystkim?

Co, jeśli... co, jeśli gdybym się o tym dowiedziała, to bym go osądzała? Cokolwiek by to nie było. Co, jeśli to będzie ostatnia kropla? Nawet jeśli nie jestem pewna czy kiedykolwiek była jakaś druga albo trzecia kropla? Co wtedy?

Merlinie. Nie jestem aż tak okropna, prawda?

Chciałabym myśleć, że nie. Nawet siedząc tutaj teraz i o tym myśląc - rozgniewana, zgorzkniała i zdezorientowana – nie wyobrażam sobie nic, co mógłby zrobić James, czego nie potrafiłabym mu wybaczyć. Bo nawet jeśli to jest coś najgorszego – a moja wyobraźnia potrafi zagłębić się w mnóstwo mrocznych zakamarków - nie potrafię sobie wyobrazić Jamesa robiącego coś strasznego w jakiejkolwiek sytuacji. A nawet jeśli, to było niewątpliwie nieumyślne i zdecydowanie gorsze w jego głowie niż dla ludzi wokół niego. I Carringtonowie najwyraźniej mu wybaczyli. Corrine była wobec niego bardzo czuła, prawie jak matka. Chyba, że oni też nie znają wszystkich szczegółów? Ale w takim razie, dlaczego James czułby się przy nich tak dziwnie? I dlaczego Syriusz powiedział, że James miał poczucie, iż musi się przed nimi wykazać?

Jedna tajemnica rozwiązana, czterdzieści przede mną. To jak wyrywanie włosów... wyrwać jeden, pojawi się dwanaście kolejnych. W tym tempie do grudnia zapuszczę brodę.

Ja tylko... chciałabym, żeby to nie było takie trudne. Te rzeczy nie powinny być takie trudne.

Szlag by to.


Nadal Nadal Później, Dalej Dalej w Bibliotece

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 302

Czy to tylko ja, czy tutaj robi się gorąco?

Ugh.

Ugh.


Nadal Nadal Nadal Później, Dalej Dalej Dalej w Bibliotece

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 302

Moje całe ciało... na Merlina, mam zawroty głowy.

Może pow


Później(?), Biblioteka

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 302

Wspaniale.

Wspaniale.

Cholernie zajebiście wspaniale.

Czy ja serio właśnie zemdlałam? Czy to się naprawdę wydarzyło? W jednej chwili byłam przytomna, a w następnej... Merlinie, sama nie wiem. Ale nikt nie zasypia tak szybko, prawda? Chyba, że choruje się na narkolepsję. Albo jest się Śpiącą Królewną. Myślę, że to prędzej to pierwsze. Więc uroczo. Narkolepsja. Kolejne zaburzenie, które można dodać do ciągle rosnącej listy.

Bajecznie. Po prostu bajecznie.

A teraz czuję się jeszcze bardziej gównianie. Równie dobrze mogłabym być martwa. Niech ktoś zadzwoni do domu pogrzebowego. To na pewno nie potrwa długo.

Muszę stąd wyjść. To miejsce nie jest zdrowe.


O wiele później, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 302

Nie wiedziałam gdzie indziej pójść poza powrotem do Wieży Gryffindoru chociaż nie chciałam ryzykować spotkaniem Saunders w dormitorium – a tak naprawdę kogokolwiek w dormitorium oprócz może Winnie, choć ona pewnie była jeszcze z mamą w Surrey. Rozważałam krótki spacer po zamku, ale ostatnim razem nie wyszło mi to na dobre a poza tym nie byłam pewna czy moje rozdygotane ciało zdoła w ogóle wrócić do Wieży, a tym bardziej przeżyć wycieczkę po zamku. Pokój Życzeń również był jakąś opcją, ale nie chciałam splamić wczorajszych wspomnień moim podłym nastrojem, zatem to również skreśliłam z listy. Ostatecznie skierowałam się z powrotem do Wieży, mając wrażenie, że moje stopy są obciążone cementem, a w mojej głowie rozgrywa się koncert zespołu mariachi. Gdy doszłam do Grubej Damy chciałam tylko paść na łóżko i zapomnieć, że ten dzień w ogóle miał miejsce.

To był oczywiście tylko plan. A rzeczywistość...

Moje oczy robiły się coraz bardziej załzawione a torba zawieszona na moim ramieniu zaczynała sprawiać wrażenie jakby była pełna kamieni, kiedy postawiłam pierwsze kroki w pokoju wspólnym i rozejrzałam się ostrożnie. Chciałam być przygotowana, wiedzieć przez kogo będę musiała się przepchać w drodze do dormitorium, do diabła z konsekwencjami. I choć pierwsze wyniki nie były takie najgorsze... na początku nie wydawały się też od tego takie dalekie.

Bo oczywiście - oczywiście - czyją znajomą głowę natychmiast zauważyłam wystającą ponad podparciem najbliższej kanapy, gdzie leżał rozłożony czytając sobie książkę, jak nie Jamesa.

Naturalnie.

Naturalnie.

Rzecz w tym, że... mogłabym uciec, gdybym tego chciała. Naprawdę bym mogła. Gdybym skorzystała z ostatniego przypływu energii, aby rzucić się z portretu do klatki schodowej dormitoriów dziewcząt zniknęłabym szybciej niż mógłby coś z tym zrobić. Nawet gdyby mnie zobaczył i zawołał, mogłabym udać, że go nie słyszę i pobiec do pokoju. To mogłoby się udać. Udałoby się. Uciekłabym.

Ale takie rzeczy – te "mogłabym, chciałabym, powinnam" - są bardzo osobliwe. Bo mimo że spędziłam ostatnie kilka godzin chcąc unikać Jamesa Pottera przez następne dwadzieścia, trzydzieści lat... najwyraźniej to nie było takie betonowe pragnienie, jak myślałam. Bo gdy tylko zobaczyłam, że leży sobie tam niewinnie czytając, nie mając pojęcia co się dzieje ani co ostatnio usłyszałam czy nawet, że stoję tuż za nim... nie było mowy o zatrzymaniu moich stóp.

Prawie bez zastanowienia - właściwie naprawdę bez zastanowienia, ponieważ cały cholerny pokój był wypełniony ludźmi i miałam gdzieś, że pewnie wszyscy na mnie patrzyli i szeptali między sobą na mój temat - podeszłam chwiejnie do kanapy, bezceremonialnie zrzuciłam ciężką torbę na podłogę, zdjęłam buty i mniej więcej padłam prosto na jego osobę.

Tak właśnie. Po prostu wtuliłam się w niego niczym kot szukający rozpaczliwie uwagi i pieszczot. I nic mnie to nie obchodziło. Wcale a wcale.

A James – och, mój James – nie wniósł żadnego protestu.

- Hej - przywitał się, przesuwając książkę, żeby zrobić miejsce dla mojej głowy i od razu uniósł rękę do moich włosów. - Siedziałem tutaj, wiesz.

- Ja chyba umieram - powiedziałam żałośnie, chowając twarz w jego szyi. - Zdycham.

- Transmutacja nie może cię zabić, Lily - odpowiedział, co było mniej niż zadowalające, ale współczujący całus w moje czoło był przyjemnym pocieszeniem.

Nagle zachciało mi się płakać.

- Po pierwsze to nigdy nie zostało udowodnione. - Zacisnęłam powieki i wciągnęłam w płuca jego zapach. - Ktoś powinien przeprowadzić badania. Ale nie o to mi chodziło. Ja dosłownie umieram. Właśnie upadłam w bibliotece.

Ciało Jamesa drgnęło gwałtownie.

- Co zrobiłaś?

Obiektywnie, Lily. Obiektywnie.

- Oj, no dobrze. To chyba nie było takie dramatyczne. - Prawie od razu poczułam, jak się rozluźnił. - Siedziałam sobie w fotelu. I tak jakby się osunęłam. Ale w jednej chwili funkcjonowałam, a w następnej zrobiło się czarno, a potem nagle wszystko wróciło do normy. Umieram.

Pomimo mojego wyjątkowego smutnego stanu, moje pospieszne wytłumaczenie sytuacji sprawiło, że James zachichotał a nie wybuchł płaczem. Być może już postanowił, że w ogóle nie jestem tego warta i nie będzie nawet opłakiwał mojej śmierci. Może nawet na nią czekał. W końcu będzie wolny.

- Zobaczmy, czy dobrze zrozumiałem. - Przesunął delikatnie ręką wzdłuż moich pleców. - Ty... zasnęłaś w bibliotece. Śmiertelnie.

Czasami naprawdę go nienawidziłam.

- Zemdlałam w bibliotece. Straszliwie. Przerażająco. Ni stąd, ni zowąd.

- Grace mówiła mi, że cały dzień słabo się czujesz. To nie jest powód?

- Przestań rozmawiać o mnie z Grace - mruknęłam. - Ona wie za dużo.

James zaśmiał się, ale kto tu żartował? Byłam zbyt wyczerpana, żeby mu o tym powiedzieć, ale pozwoliłam, żeby moje niezadowolone prychnięcie powiedziało samo za siebie. Wiem, że nie powinnam była robić tego, co robiłam z bardzo wielu powodów, ale szczerze nie mogłam się powstrzymać. Może dlatego wciąż utrudniałam sprawy, pociągałam za sznurki i wodziłam go za nos, nawet kiedy wiedziałam, że to robię. Bo nieważne, co on robi, nieważne jaka jestem wściekła, nieważne jak bardzo nie jestem tego warta... James Potter jest po prostu jedną z tych osób, których nie możesz wypuścić z rąk. A kiedy jesteś w jego pobliżu, to nawet nie chcesz się go pozbywać.

Leżałam tam zaledwie dwie minuty, ledwie pozwoliłam mu sprawiać, że zapominałam o moim podłym popołudniu, kiedy moje powieki znowu zaczęły opadać.

Niech to szlag. Niech to szlag.

- Obudź mnie przed dziewiętnastą - szepnęłam, zaskakująco kontrolując sprawy nawet w tym kiepskim stanie. - Korepetycje. Dziewiętnasta. Okej?

- Nasze korepetycje są o dwudziestej. Ale powiedziałem ci wcześniej, że mam szlaban. Jutro je zrobimy.

- Jutro jest spotkanie prefektów - wymamrotałam. - I nic mi nie mówiłeś. Kiedy niby?

- Po transmutacji. - Nie brzmiał na choćby lekko zaskoczonego moim zdezorientowanym zaprzeczeniem. - Wiedziałem, że mnie nie słuchałaś. Ciągle powtarzałaś "Idę do biblioteki. Idę do biblioteki".

Nawet tego nie pamiętałam.

- Rzeczywiście poszłam do biblioteki.

- Powinnaś iść do Pomfrey - powiedział James i choć nie byłam w stanie otworzyć oczu, żeby na niego spojrzeć, to praktycznie słyszałam jego krytyczne spojrzenie. - Czy to była drzemka w bibliotece, czy nie, wyglądasz blado. Idź do skrzydła szpitalnego, Nieomylna.

- Nie mogę. Pomfrey na mnie nakrzyczy. - Nawet sama myśl o tym była wyczerpująca. - Wyczerpuję moje ciało. Ty wyczerpujesz moje ciało. Nie jem ani nie śpię tyle ile potrzebuję, za dużo rozmawiam z przyjaciółmi i wszystko idzie do diabła w koszyczku, a Pomfrey jest wredna. Mimo, że jesteśmy przyjaciółkami. Jest wredną przyjaciółką.

- Przykro mi, że wyczerpuję twoje ciało. - To było wszystko, co James wyciągnął z tego zagmatwanego bałaganu. Naturalnie. - Tak jakby.

Idiota.

A może to ja. Może ja jestem idiotką.

- Dziewiętnasta - rozkazałam z resztką autorytetu, który mi pozostał. - Obudź mnie.

- Właśnie ci powiedziałem...

- MJ o dziewiętnastej. Nie ty. Obudź mnie. Przyrzekasz?

- Lil...

- Przyrzekasz?

Nawet mój kompletnie zamglony mózg był w stanie zarejestrować, że James nie był zadowolony z takiego rozkazu. Ale przypuszczam, że moje marudzenie albo żałosność, albo fakt, że byłam tak wyraźnie tego nie warta, że musiał mi coś podarować złamał jego opór, bo pomimo oczywistych wątpliwości ostatecznie się poddał.

- Dobra, w porządku - westchnął niezadowolony. - Obudzę cię.

Wymamrotałam jakieś podziękowanie - a przynajmniej tak myślę. Wtulając się mocniej w tors Jamesa niemal natychmiast straciłam świadomość. Dopiero co zgodził się na moją prośbę, kiedy cały świat stał się przyjemnie czarny.

Dopóki, oczywiście, już taki nie był.

Na początku nie zauważyłam, żeby coś było nie tak. Może to z powodu tych niezręcznych zamglonych chwil tuż po przebudzeniu, kiedy trzeba zebrać się w sobie, bo nie wiesz, gdzie jesteś, co się dzieje i czy ten ostatni sen był na pewno snem, ale tak czy inaczej miałam kilka sekund spokoju. Nie miałam żadnych szalonych snów, ale jedna część mojego umysłu mówiła "Hmm. Kanapa. Pokój wspólny. Przytulnie" podczas gdy druga mówiła "Guh. Głowa. Brzuch. Ugh". Walczyłam z chęcią otwarcia oczu tak długo jak to było fizycznie możliwe - było mi zbyt wygodnie, byłam zbyt zmęczona, zbyt... wszystko, żeby zawracać sobie głowę czymś tak głupim jak pobudka. Być może poddałabym się impulsom i podryfowała z powrotem w błogi sen, ale nawet w mglistym otumanieniu coś... coś było...

James.

Gdzie był James?

Otworzyłam oczy.

Grace siedziała na sofie naprzeciwko mnie, opierając stopy na stoliku do kawy pomiędzy nami, przeglądając ostatnie wydanie Quidditch Weekly. Po chwili spotkała mój wzrok ponad stronami magazynu.

- Dzień dobry, szkrabie - wyszczerzyła się.

- Która jest? - wybełkotałam, dopiero wtedy orientując się, że miałam pod głową poduszkę i byłam przykryta kocem. Zsunął się ze mnie, kiedy się uniosłam. - James?

Grace zadarła nos do góry i udała świętobliwe oburzenie.

- To ja czuwam przy twoim łożu, a mimo to prosisz o cholerny zegarek i swojego niegrzecznego żigolaka? Zraniłaś mnie, Lily Evans. Jestem zdruzgotana tą zniewagą.

- Kocham cię, Gracie - odpowiedziałam posłusznie, ale miałam większe problemy. - Dokąd poszedł?

Grace mruknęła zadowolona, ale okazała się zdecydowanie niepomocna, kiedy odparła:

- Nie wiem. Wyszedł jakiś czas temu i kazał mi pilnować, żebyś nie umarła w międzyczasie. Chyba przestraszyłaś go swoim szalonym gadaniem o chorobie.

- To nie jest żadne szalone gadanie o chorobie. Jestem chora. - Pocieszające było wiedzieć, że ktoś w końcu traktuje poważnie moje dolegliwości. Nie dziękuję, Gracie. - I nie masz pojęcia jaki miałam dzisiaj dzień.

- Wiem, że od obiadu pławisz się w Klasycznym Dole Rozpaczy Lily - odpowiedziała Grace i wiedziałam, że traktuje sprawę poważnie, kiedy złożyła swój magazyn i odłożyła na kolana. Przyjrzała się mojej twarzy. - Co się dzieje, Melancholijna Marie? I nie dawaj mi tych bzdur z chorobą. Masz dość uporu, żeby zbudować sobie żelazną kondycję zdrowotną, gdybyś chciała. Co się stało?

Chciałam jej powiedzieć. Szczerze mówiąc w tym momencie, kiedy drzemka rozwiązała mój język, a popołudnie spędzone na stresowaniu się nie zrobiło nic prócz pogorszeniu sytuacji, nie potrafiłam wyobrazić sobie nic lepszego niż zwinięcie się na kanapie z Grace i ponarzekanie na to jaką podłą jędzą jest Elisabeth Saunders, i jak to świat byłby bez niej lepszym miejscem, a potem chciałabym sobie popłakać, póki nie zabrakłoby mi łez. Wiedziałam, że nie mogłam opowiedzieć Grace wszystkiego - ryzykowałabym ujawnieniem znacznie więcej niż byłam obecnie skłonna, nawet w moim wyczerpanym stanie – ale mogłam wyznać tyle, żebyśmy były obie zadowolone. Może nawet uda mi się przekonać ją do pójścia po Emmę. Albo miskę ryżu. Albo jedno i drugie.

Ale na takie rzeczy był czas i miejsce. Miałam to drugie - kanapę - ale pierwsze...

- W porządku. Ale najpierw naprawdę potrzebuję znać godzinę. O dziewiętnastej mam korepetycje z MJ'em. James miał mnie obudzić. Ile mamy czasu?

Grace powoli uniosła brwi.

- Eee... o dziewiętnastej?

- Tak, dziewiętnastej. - Moje serce przyspieszyło. - Czemu? Grace? Czemu? Która jest godzina?

Ujrzałam odpowiedź w jej twarzy zanim mi odpowiedziała.

Cholera.

Cholera.

- Eee... no wiesz, dopiero siedem po dziewiętnastej, więc naprawdę...

- Och, niech to diabli... co z nim jest nie tak, do cholery jasnej? - wrzasnęłam i natychmiast podniosłam się z kanapy. Walczyłam wściekle z kocem, który nagle stał się bardziej przeszkodą niż komfortem, bo zaczepił się o moje kostki i groził mi upadkiem. Walczyłam z nim w ślepej furii. - Miał przecież... na Merlina... nie mogę uwierzyć...

- Lil, uspokój się...

- Nie, nie uspokoję! Przysięgam, że go...

Ale nie potrafiłam nawet dokończyć zdania, bo byłam tak rozjuszona.

Jak on mógł... przecież obiecał!

Nie pamiętam, jak ubrałam buty, poprawiłam ubrania ani większości rozwścieczonej drogi z Wieży Gryffindoru do biblioteki. Widziałam na czerwono, odczuwałam ten palący, przytłaczający gniew, że James wybrał sobie teraz – akurat teraz! - by powrócić do roli Dupkowatego Oszczercy MJ'a i postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, które nie należały do jego przeklętych rąk! Nie obchodziły mnie jego powody ani czy zechce się ze mną nimi podzielić. Nie miał prawa mnie okłamać. Miałam dosyć jego kłamstw. I może to było coś małego, a ja tak naprawdę przejmowałam się czymś o wiele większym, ale w tym momencie wszystko to zlewało się w jeden wielki, brzydki bałagan. I tylko na tym mogłam się skupić, na tym wielkim i brzydkim bałaganie.

To adrenalina musiała podtrzymywać mnie na nogach, które stąpały wściekle przez drzwi biblioteki, przyciągając uwagę większości ludzi znajdujących się w środku (choć jak teraz o tym myślę to nie wiem, czy patrzyli na mnie przez tupanie, czy dlatego, że wyglądałam jak chodząca śmierć). Zignorowałam zainteresowanie moją osobą, nawet go nie zarejestrowałam, dopóki nie było za późno i szkoda została wyrządzona, a ja byłam zbyt wściekła by się tym przejąć. Jedyne co mną chwilowo wstrząsnęło było ujrzenie MJ'a, który dalej siedział przy naszym stoliku, czekając pomimo mojego spóźnienia.

A obok niego stał plecami do mnie James.

Być może wtedy troszkę straciłam rozum.

- Wynoś. Się. Stąd - wysyczałam wściekle, bo choć byłam rozsierdzona, to tylko kretyni wrzeszczą na terytorium Pince, a ja nie byłam kretynką. Pozwoliłam, żeby moje mordercze spojrzenie wyręczyło krzyki. - Pogadamy później. Idź. Już.

- Co ty wyprawiasz? - James miał czelność zapytać, a kiedy położył rękę na moim ramieniu, natychmiast się odsunęłam. Zmrużył oczy. - Lily...

- Wyjdź - wycedziłam i ponieważ wiedziałam, że jeśli nadal będę na niego patrzeć - na jego znajomą twarz, tak zszokowaną i oburzoną, zachowującą się tak jakbym to ja była w błędzie, kiedy dzisiejszy dzień udowodnił tylko, że to on mylił się w bardzo wielu sprawach – to stracę samokontrolę. Wypowiem słowa, których nie powinnam – nie mogłam - wypowiedzieć, a nawet w moim wrzącym temperamencie wiedziałam, że wcale tego nie chciałam. Dlatego oderwałam od niego oczy i skoncentrowałam się na MJ'u, który wyglądał tak, jakby nie miał nic przeciwko, żeby otworzyła się pod nim ziemia i pochłonęła go w całości. Celowo złagodziłam napięte rysy twarzy, starając się naprawić szkodę wyrządzoną przez Jamesa. - Tak mi przykro, MJ - przeprosiłam szybko, robiąc krok do przodu. - Przez cały dzień nędznie się czułam i zasnęłam...

- Co właśnie mu mówiłem - przerwał mi James, znowu łapiąc mnie za ramię. - Nie powinno cię tu być, Lily. Wracaj do dormitorium. Prześpij się. Nie byłaś...

- Poprosiłam cię, żebyś wyszedł - warknęłam i cholera, powstrzymywanie się od podniesienia głosu było czystą torturą. Po raz kolejny próbowałam strzepnąć jego dłoń, ale James mocno mnie trzymał, co jeszcze bardziej mnie rozdrażniło. Wbiłam w niego swoje najgorsze spojrzenie. - Wiem, że wyjątkowo ciężko jest ci słuchać moich słów, przejmować się tym co mogą oznaczać słowa wypowiadane przez ciebie czy jaki wpływ mają na inne osoby ani że mogę nie pasować do twoich wszystkich okropnych oczekiwań, bo nie jestem...

Och, szlag by to.

- O czym ty mówisz, do diabła? - James wyglądał na skonsternowanego i nie mogłam mu mieć tego za złe.

- Eee... - Szlag, szlag, szlag. Szukałam odpowiedzi – jakiejkolwiek odpowiedzi – i nie jestem dumna przyznać, że przyszła mi do głowy najbardziej żałosna opcja. Podniosłam rękę do czoła i przybrałam najżałośniejszy wyraz twarzy. - Teraz nie dam sobie z tobą rady, okej? Czuję się jak gówno, muszę pomóc MJ'owi i nie chcę się z tobą kłócić. Więc możesz nas zostawić? Proszę?

Tak, w porządku.

No więc wykorzystałam moją chorobę.

Wiem. Zasługuję na każdy poranek z przytulaniem toalety.

James wyglądał na rozdartego.

- Lil... posłuchaj, przepraszam, że cię nie obudziłam, ale sama to powiedziałaś! Źle się czujesz! I przyszedłem tutaj, żeby powiedzieć o tym Rosierowi. Nie zostawiłem go na lodzie! A mogłem, myślałem o tym.

Zerknęłam krótko na zegar wiszący nad biurkiem Pince – kwadrans po.

- Cóż, albo się nie spieszyłeś idąc tutaj, albo to była najdłuższa przemowa "Ona źle się czuje" w historii. - Spojrzałam szybko na MJ'a, który wciąż wpatrywał się w blat stołu. - Co on ci powiedział, MJ?

Kudłata głowa trzeciorocznego poderwała się do góry, a te wielkie błękitne oczy zamrugały do mnie niewinnie.

- Eee... to... on... to co powiedział. Powiedział to, co powiedział. Że jesteś chora. Kiedy kichasz, zatrzymują się wszystkie twoje funkcje cielesne - dodał, powracając do czegoś bardziej dla niego komfortowego. - Nawet serce się zatrzymuje. Wiedzieliście o tym?

- Co? - zapytał James.

- Fascynujące - mruknęłam.

MJ skinął głową, po czym wbił spojrzenie z powrotem w stół.

Do diabła.

Cholera, cholera, cholera.

- Mam nadzieję, że go nie terroryzowałeś - powiedziałam cicho do Jamesa, panując nad swoim temperamentem, ponieważ jakaś część mnie - jakaś dziwnie racjonalna, uporczywie rozsądna część mnie - zdołała spojrzeć na tą sytuację z góry i zdała sobie sprawę, że tu nie chodziło o to, że James mnie nie obudził czy nawet o jego prawdopodobną rozmowę z MJ'em. Nie chciałam myśleć o co naprawdę chodziło, bo nie zamierzałam pozwolić sobie na ponowne wpadnięcie do tego Klasycznego Dołu Rozpaczy Lily, jeśli mogłam na to poradzić, lecz to nie zmieniało faktu, że niesprawiedliwe było krzyżowanie go za całkiem co innego. To nikomu nie pomagało.

Bo prawda była taka, że nienawidziłam - nienawidziłam - Elisabeth Saunders. Nienawidzę tego, co robi, nienawidzę tego, co mówi i nienawidzę faktu, że nigdy nie mam pewności czy nienawidzę jej, bo ma rację we wszystkim co robi i mówi, czy dlatego, że jej nie ma.

Pewnego dnia - być może pewnego dnia w bliskiej przyszłości - będę musiała odbyć z nią poważną rozmowę. I naprawdę musiałam odbyć poważną rozmowę z Jamesem. Ale wtedy nie było na to czasu. Wtedy nie mogłam wyładować swoich frustracji związanych z Saunders na MJ'u i Jamesie tylko dlatego, że byli pod ręką, a ja chciałam poprawić sobie samopoczucie. Ostatecznie tylko ja będę cierpieć, a już wystarczająco cierpiałam przez moje ciało, które nadal odmawiało współpracy z lepszymi stronami zdrowego usposobienia. Nie potrzebowałam więcej bólu. Szczerze.

Wciąż byłam zła - nie mogłam pozbyć się całego gniewu – ale poczułam, że straciłam większość ognia, więc mogłam obrócić się do Jamesa i zmierzyć go na tyle poważnym spojrzeniem, iż wiedziałam, że będzie musiał mnie posłuchać. Wyglądał na zmartwionego, marszczył brwi i mrużył krytycznie oczy, kiedy ostrożnie szukał na mojej twarzy jakichś oznak, chociaż nie mam pojęcia czego. Odetchnęłam krótko, ale byłam zdecydowana strząsnąć z siebie resztki popołudniowej goryczy, żeby naprawdę tego nie spieprzyć.

- Proszę, idź już - powiedziałam cicho, a całe ciało miałam spięte. - Spędzę godzinę z MJ'em, a potem pójdę prosto na górę, dobrze? Nie mogę... nie możemy teraz... Po prostu idź. Proszę.

Nie spodobało mu się to.

- Lily, ja nie...

- James. Proszę.

Chyba to ostatnie "proszę" załatwiło sprawę. Nie wyglądał na zadowolonego, ale złapał się za włosy sfrustrowany, zacisnął ponuro usta i skinął krótko głową. Musiałam powstrzymać westchnienie ulgi, bo poważnie nie wiem co bym zrobiła, gdyby się opierał. Wszystkie moje emocje były zbyt blisko powierzchni jak na mój gust a znając moje zdradzieckie usta nie miałam żadnej gwarancji, że te emocje nie wypłyną na wierzch w najbardziej nieodpowiednim momencie. Poczułam zarówno ulgę jak i odprężenie, że mnie posłuchał.

- Dobra. Dobra - powiedział zrezygnowany i opuścił rękę po boku. - Porozmawiamy później... bo porozmawiamy?

Um, nie.

- Tak, porozmawiamy później - skłamałam.

James pokiwał jeszcze raz głową, po czym posłał mi ostatnie przenikliwe spojrzenie, obrócił się na pięcie i skierował się prosto do drzwi biblioteki. Byłam wdzięczna, że nie oglądał się za siebie.

Do diabła. Kiedy to wszystko znowu zrobiło się takie skomplikowane?

- Strasznie cię przepraszam za to wszystko - powiedziałam MJ'owi i poczułam niezmierną ulgę mogąc w końcu zająć krzesło naprzeciw niego, choć wiedziałam, że nadal mam przed sobą wyczerpujące rozmowy. MJ nadal nie odrywał wzroku od blatu. - W porządku, MJ? Posłuchaj, cokolwiek on powiedział... co tak naprawdę mówił?

- Nic - odparł szybko MJ, ledwo podnosząc głowę. Zbyt szybko. - Na świecie jest więcej kurczaków niż ludzi. Wiedziałaś o tym?

Świetnie. Czy teraz wszyscy mnie okłamywali?

- MJ, proszę. Naprawdę chcę wiedzieć. - To mogło być trochę podstępne, ale spojrzałam na niego najbardziej błagalnym i desperackim spojrzeniem. - Co on ci powiedział?

- Że jesteś chora - nadeszła cicha odpowiedź i gdybym nie była w tak fatalnym stanie to zatrzymałabym go, widząc na jego twarzy smutny wyraz. Ale jestem okropną osobą i tego nie zrobiłam, więc mówił dalej: - A potem zapytał o Thoma. I Jonah.

O Boże.

Więcej ludzi, których nie znam?

- Eee... a to...?

MJ wyglądał na zdezorientowanego.

- Thom Dunn. I Jonah Riess. Puchonowie? No wiesz, z tamtego poranka...

- Och! - Cóż, to była ulga. Przynajmniej w pewnym sensie. Całkowicie zapomniałam o porannym napadzie Jamesa. Miałam wrażenie, że to było wieki temu. - Jasne. Widzieliśmy was dzisiaj na śniadaniu. Jonah to ten blondyn? Chłopiec, obok którego siedziałeś?

MJ potaknął.

- On też lubi Damiena: Pogromcę smoków. I nie przepada za zaklęciami. Więc...

- Zakolegowaliście się - dokończyłam i niech mnie diabli, ale uśmiechnęłam się po raz pierwszy od kilku godzin. Chciałam go przytulić, ucałować lub po prostu... uszczypnąć w policzki. Zwycięstwo! Przyjaźń! Hurra! - To cudownie, MJ. Naprawdę cudownie. Tak się cieszę.

- Są mili - powiedział MJ i może targanie włosów jest cechą rodzinną, bo wsadził rękę do włosów tak jak James i szybko je zmierzwił. Zerknął na mnie niepewnie. - Chyba... chyba miałaś rację. Co do niedawania im szansy. Może.

- Zaufanie ludziom może być trudne - odpowiedziałam cicho po chwili. - Ale czasami... czasami warto. Nawet jeśli to straszne. Nawet jeśli nie jest idealnie przez cały czas. Wiesz?

MJ znowu kiwnął głową.

Wykręcałam ręce na kolanach, wpatrując się w niespokojne palce i czując jak żołądek zaczyna mi się skręcać z wyrzutów sumienia.

Nie byłam hipokrytką. Wiedziałam, że to co przekazywałam MJ'owi... że w końcu będę musiała wysłuchać własnej rady. To nie było takie proste, ale czy w moim życiu cokolwiek było proste? Dlaczego ta sprawa z Jamesem miałaby być inna? Szczególnie, kiedy była taka... taka...

No wiecie.

Taka wielka.

Taka namacalna.

Taka... warta wszystkiego.

Potem próbowałam się skupić na MJ'u, próbowałam otrząsnąć się ze zmęczenia, fatalnego stanu zdrowia i problemów z Jamesem na tyle długo, żeby pomóc MJ'owi z zaklęciem powiększającym, ale to nie było łatwe. Minęło zaledwie dziesięć minut korepetycji, kiedy musiałam przestać mówić, żeby dać odpocząć chwilę oczom, mając nadzieję, że ból głowy w końcu odejdzie. Gdy zniknęła cała adrenalina oraz gniew nic nie mogło powstrzymać mojego ciała od skoncentrowania się na tym jak bardzo nie chciało... nic robić. Poza spaniem. I jeszcze więcej spania. I może jeszcze odrobinę.

Ugh. Jasna cholera.

- Ludzie mogą robić sobie turbo drzemki z otwartymi oczami - powiedział MJ, kiedy nareszcie otworzyłam oczy, ku niezadowoleniu każdej cząsteczki mojego ciała. - Czasami nawet nie są tego świadomi. Wiedziałaś o tym?

Hmmm. Turbo drzemka.

- Mój egzamin jest dopiero za kilka tygodni. - Zaczął zbierać swoje podręczniki. - Nie musimy...

- Nie, nie, nie. To nie...

- James mógł mieć rację - powiedział MJ i fakt, że znowu wspomniał Jamesa był oczywistym znakiem, że mój stan był powodem do zmartwienia. MJ wyglądał na wyraźnie zaniepokojonego. - Może skrzydło szpitalne...

- O nie. To nic strasznego. Naprawdę. Obiecuję. - Ale nawet jak potrząsałam głową i wylewałam z siebie zaprzeczenia, wiedziałam, że to na nic. Moja duma ucierpiała, ale chyba James rzeczywiście miał rację. Zaczynałam widzieć czarne kropki przed oczami, mój żołądek gwałtownie protestował i ledwo potrafiłam skupić się na oddychaniu, tym bardziej na zaklęciach powiększania. To żałosne, ale taka była rzeczywistość. Czułam się paskudnie - osobiście i za wciągnięcie w to wszystko MJ'a.

- Bardzo przepraszam, MJ. Przełożymy to na niedaleki termin. Ja tylko... całe ciało mnie boli i...

- Nie ma sprawy. - MJ zdobył się na leciutki uśmiech. - Będę ćwiczył.

Był tak cudownie miły co do całej sytuacji i szczerze chciałabym posiedzieć trochę dłużej, żeby się nim zachwycać, ale moje ciało nie zamierzało na to pozwolić. Udało mi się jeszcze parę razy mu podziękować i skomplementować, ale głównie chwiałam się na nogach i miałam nadzieję, że zdołają mnie utrzymać w pionie. Musiałam okazać wspaniałe opanowanie, ponieważ MJ zaproponował tylko trzy albo cztery razy, że pomoże mi dojść do Wieży zanim pozwolił mi iść samej... a wtedy potykałam się i wspinałam chwiejnie po schodach na siódme piętro. Dojście do dormitorium to jedna wielka plama i gdybym nie chciała spisać tutaj tego wszystkiego to bez wątpienia już bym smacznie spała. Ale chcę to zapisać i nie mogę cały czas spać, więc kilka dodatkowych minut nikogo raczej nie zabije.

Więc w zasadzie cały dzień był cholernym bałaganem.

Nie powinnam się dziwić. Czego się spodziewałam po takim dniu jak wczorajszy? Losy świata nie są takie uprzejme. Traktują swoją pracę bardzo poważnie i jeśli mają jakiś dług do spłacenia, to go spłacą. Domyślam się, że czekają mnie jeszcze co najmniej trzy podobnie paskudne dni, żeby odrobić mój wczorajszy nie-tak-straszny dzień. Jeżeli wyjdę z tego cało, to może faktycznie będzie warto.

Hm. Warto.

Zabawny zwrot, prawda? Taki, który może być zaskakująco szkodliwy.

Bo, no wiecie, może nie jestem tego warta. I może tak naprawdę James też nie jest tego warty. Ale razem...

Może możemy być razem tego warci. Jako jednostka. Dwa uszkodzone towary tworzące jeden warty tego pokaz. Nigdy nie wiadomo. Wszystko może się zdarzyć.

Ja tylko...

Oj, cholera jasna.

Jeżeli to list od mamy, to ta kobieta ma fatalne wyczucie czasu.


Najpóźniej, Dormitorium 7-rocznych Dziewcząt

Spostrzegawcza Lily: Dzień 44

Suma Obserwacji: 303

Lil,

Nie wiem czy nadal się na mnie gniewasz (pewnie nadal się na mnie gniewasz), ale jest dopiero za piętnaście dwudziesta, a ty już wróciłaś do dormitorium. Martwię się. Powiedz tylko czy wszystko z tobą dobrze, okej? Nawet jeśli nadal się gniewasz. Zwykłe "dobrze" ujdzie... to znaczy byłoby miło gdybyś napisała więcej, ale zadowolę się "dobrze".

Przepraszam, że cię nie obudziłem. I przepraszam, że rozmawiałem z Rosierem. Przede wszystkim przepraszam, że znowu cię zdenerwowałem. Nigdy tego nie chcę, ale jakoś zawsze to się dzieje. Chyba też mam jakąś złą karmę. Może zaczyna mi się udzielać?

J.


James,

Dobrze. Wyszłam wcześniej z korepetycji. Zmęczona. Czuję się paskudnie.

Karma się nie udziela.

L


L,

Cóż, to było kilkanaście słów więcej niż się spodziewałem.

Dalej jesteś zła?

J.


J,

Nie wiem. Część mnie chce być - czuje, że powinnam być - ale chyba masz szczęście, że jestem cała w rozsypce. Posortowanie tego wszystkiego wymaga zbyt dużego wysiłku.

Po prostu czasami ciężko mi cię zrozumieć. Nie mówię, że ja jestem otwartą książką czy coś, więc raczej nie mam prawa się czepiać, ale... och, sama nie wiem. Mówię bez sensu. Czy wspomniałam, że boli mnie głowa? Właściwie nie tylko głowa. Moja cała osoba. Zignoruj mnie. Gadam bzdury.

Brakuje mi wczorajszego dnia. Wczoraj wszystko wydawało się prostsze, prawda? Nie brakuje ci wczorajszego dnia?

L


Może wczoraj nie musi być jeszcze stracone.

Załączam paczkę. Otwórz.

J.


Czy to... Jamesie Potterze, błagam, powiedz, że nie pokroiłeś swoich miętowych krówek na ryż z krówek!


Podoba ci się?


Nie o to chodzi! To było twoje!

Ale podoba mi się róża. Dołączyłam ją do reszty. Wszystkie są na stoliku nocnym.


Twoje, moje... to mówi czarownica, która przetrzymuje mój szczęśliwy szalik jako zakładnika?

No i mam kota. Nie tutaj – prowadzi światowe życie w Cardiff. Nie opuściłby tego miejsca nawet gdybyś przekupiła go śmietanką - ale jeśli nadal Poznajemy Siebie Nawzajem stwierdziłem, że dobrze o tym wiedzieć.


To dwie zupełnie różne rzeczy. Kupię ci więcej. Wiesz, że teraz już wiem, jak zakraść się do Hogsmeade. Niezła ze mnie dewiantka.

Lubię koty.

Nie, żeby taka dewiantka jak ja przejmowała się czymś takim... ale czy ty nie masz szlabanu?


Cholera.

Jakie są szanse, że McGonagall mnie nie zabije?


Niewielkie. Ale jeśli to ma jakieś znaczenie, to chyba już nie jestem na ciebie zła.

Kładę się spać. Baw się dobrze na szlabanie. Postaraj się nie dać zabić McGonagall. Trudno teraz o przyzwoitych potencjalnie-rozważanych-chłopaków.

Wybacz, że jestem nierozgarnięta. Ale ty też jesteś trochę nierozgarnięty, więc myślę, że wszystko się ułoży.

Dobranoc.