Rozdział 6

Następnego dnia, mimo, że Snape nie miał doświadczenia w prowadzeniu samochodu, pokonali już dwie trzecie drogi i znajdowali się prawie w połowie Nullabor Plain. Mistrz Eliksirów nie był zbyt szybkim kierowcą, rzadko jechał szybciej niż sześćdziesiąt mil na godzinę, czasami nawet wolniej, co było dość śmieszne: droga była prosta i nie było na niej prawdziwego ruchu, ale Snape był po prostu jak zwykle pedantyczny - prowadził z oczami utkwionymi w drodze, podczas gdy kierowali się do Laverton.

Harry był trochę zdenerwowany wyznaniem, jakiego dokonał wczorajszego dnia, więc się nie odzywał, tylko wyglądał przez okno, unikając kontaktu wzrokowego z mężczyzną siedzącym obok niego. Z drugiej strony czuł, że Snape chce go zapytać o to, co mu powiedział poprzednio, ale on nie był gotowy odpowiadać na żadne pytania.

I było coś jeszcze... od Snape'a promieniowała nerwowość: stukał palcami po kierownicy i od czasu do czasu uśmiechał się drwiąco do siebie, jakby toczył ze sobą jakąś wewnętrzną bitwę. Co mogło wywołać ten nastrój? - zastanawiał się Harry. Ich sytuacja? Wstyd, że ktoś widział jak płacze? Albo... czy było to to poczucie winy, jakie czuł od czasu do czasu od dwóch dni?

Oparł się o swoje siedzenie chcąc, by napięcie znikło. Jego dłoń bezwiednie wsunęła się do kieszeni i w następnej chwili znowu wpatrywał się w okładkę książki z wierszami.

Zacisnął usta i spróbował przełknąć narastający ból... Jakby ból dało się przełknąć...

Wędrujesz po samotnym brzegu
gdzie wiatr szepcze w trawach:
Póki nie pękną osie gwiezdne,
I słońce nie zatrzyma biegu,
Dopóki dłonie nie odepchną
Wschodu i Zachodu sztandarów,
Piersi razem nie odetchną
We śnie - twoja i twej ukochanej.
(1)

- Potter... - znajomy głos zaskoczył go. Odwrócił się do swojego towarzysza.

- Co?

- Będzie lepiej, jeśli odłożysz tę książkę. Tylko się zadręczasz.

Zamknął książkę szybkim ruchem i przełknął ślinę.

- Skąd to znasz?

Snape uśmiechnął się krzywo.

- Naprawdę, Potter. Mógłbym ciebie spytać o to samo.

- To samo? - Harry był wdzięczny za tę rozmowę. Pomagała wypędzić z jego myśli Yeatsa. I nie tylko Yeatsa...

- Docenianie wierszy nie jest popularne wśród czarodziei.

- Zostałem wychowany przez mugoli. Uczyliśmy się o angielskiej literaturze w szkole.

Snape uniósł brew.

- W podstawowej szkole?

Harry wzruszył ramionami.

- A skąd ty go znasz?

- Yeatsa? Moja siostra uwielbiała jego wiersze. Była z niej stara romantyczka...

Przez chwilę obaj siedzieli w milczeniu.

- Nie żyje, prawda? - zapytał niepewnie Harry.

Snape przytaknął znacząco i Harry zobaczył jak napinają się mięśnie na jego szczęce. Stukanie palców w kierownicę również ustało. Po kilku długich, nieprzyjemnych minutach Harry zebrał całą swoją odwagę.

- To po niej się tak smuciłeś?

Obaj wiedzieli, że Harry odwołuje się do załamania Snape'a sprzed dwóch dni.

- Nie - powiedział po długiej przerwie Snape. Później dodał - To było po Draconie.

Harry przytaknął i spojrzał z oczekiwaniem na mężczyznę. Nawet nie myślał o naciskaniu na ten temat, czekał, aby zobaczyć, czy Snape zamierza rozwinąć swoją odpowiedź czy nie. Kiedy się nie odezwał Harry powrócił do patrzenia przez okno. Słyszał echo wersów wiersza dudniące wewnątrz niego: "Piersi razem nie odetchną / We śnie - twoja i twej ukochanej." Czuł się tak nieszczęśliwie, że prawie zapłakał.

Schylając się tak, schylając nad tlejącym ogniskiem,
Pomyśl, trochę ze smutkiem, o tym, jak miłość odeszła.
(2)

Kolejny wers wiersza i jego serce zabiło z fizycznym bólem.

Nie chciał żyć.

- Jak już ci mówiłem, Draco był moją ostatnim z mojej rodziny - odezwał się nagle Snape. - Jego matka była moją kuzynką, ale zanim zapytasz: nie, nie byłem spokrewniony z Blackiem, dzięki Bogu, byłem z nią spokrewniony od strony jej matki. Nie byliśmy sobie zbyt bliscy, głównie dlatego, że moja rodzina była dla niej zbyt biedna, ale Draco... - westchnął. - On to co innego. Czułem się poniekąd za niego odpowiedzialny, kiedy przyszedł do Hogwartu. Staliśmy się sobie wtedy dość bliscy. Starałem się powstrzymać go przed dołączeniem do Czarnego Pana, ale zawiodłem, przede wszystkim dlatego, że musiałem utrzymać swoją façade, nie mogłem ryzykować mojej pozycji...

Och, jakie znajome, pomyślał sarkastycznie Harry. Malfoy musiał umrzeć, ponieważ Dumbledore potrzebował szpiega... Zaśmiał się niewesoło. Kiedy Snape spojrzał na niego pytająco, tylko wzruszył ramionami.

- Pomyślałem tylko o Dumbledorze i jego planach... Gdybyś nie został zmuszony do szpiegowania, możliwe, że Malfoy by żył.

Twarz Snape'a pociemniała i nabrała zimnego, ostrego wyrazu.

- To była moja decyzja, Potter.

- Och, wygląda na to, że znowu zapomniałem, że musisz odpokutować - odparł gorzko Harry. - Mimo, że jak twierdzisz, nikogo nie zabiłeś.

- Wystarczy! - krzyknął gniewnie Snape. - Nie przyciskaj mnie, chłopcze!

- Nie jestem już chłopcem, Snape - odpowiedział spokojnie Harry. - Dlaczego powróciłeś do szpiegowania?

- Ponieważ to było słuszne, Potter. Ponieważ ja znam swoje obowiązki, w przeciwieństwie do ciebie!

- Och - uśmiechnął się Harry krzywo. - Wygląda na to, że znasz również moje obowiązki. Więc proszę, oświeć mnie, ponieważ ja nie mam pojęcia, czego się ode mnie wymaga!

Snape otworzył usta by odpowiedzieć, ale po głębokim wdechu, ku zaskoczeniu Harry'ego, zamknął je z powrotem.

- Przepraszam, Potter.

Fala poczucia winy zalała Harry'ego. To on pierwszy zdenerwował Snape'a, więc to on powinien przeprosić.

- Nie, Severusie - powiedział kładąc akcent na imię mężczyzny. - To ja muszę przeprosić. Nie powinienem wspominać o Dumbledorze. I proszę, mów do mnie Harry.

- Wiem: by nie mylić ciebie z twoim ojcem...

- Taak. Nie jestem nim. A nawet więcej, nie sądzę, abym był do niego podobny.

Harry wzdrygnął się, kiedy Snape odwrócił głowę w jego stronę. Jego oczy płonęły intensywnym, wcześniej nieznanym ogniem.

- Nie. Nie jesteś - powiedział stanowczo.

Strach Harry'ego powoli ulotnił się. Snape czasami zachowywał się naprawdę przerażająco. Chwilę temu Harry był przekonany, że zostanie uderzony (Snape był zawsze przewrażliwiony na punkcie Jamesa Pottera), ale ten znowu zdołał go zadziwić.

- Jesteś przerażający - powiedział wreszcie. Mężczyzna pokręcił poirytowany głową.

- Nie bardziej niż ty, Potter.

- Harry.

- Wszystko jedno.

Następna chwila ciszy nie była długa, Snape najwyraźniej nie chciał, aby Harry dąsał się czy pogrążał w depresji.

- Kiedy tu się przeprowadziłeś, tak przy okazji?

Harry szybko policzył w głowie.

- Jakoś tak w lipcu, chyba. Nie pamiętam dokładnej daty. Pogrzeb odbył się dwudziestego piątego, do Stanów wyjechałem następnego dnia... Zostałem tam kilka dni...

- Dywersja, jak podejrzewam - wtrącił Snape i Harry uśmiechnął się.

- Ależ oczywiście. A potem przybyłem tutaj.

- To nie był przypadek, że zamieszkałeś tu, prawda?

Harry spojrzał na Snape'a w zamyśleniu. Podzielił się tyloma rzeczami z tym mężczyzną w ciągu ostatnich dni... Większą ilością niż zamierzał, i był dość pewny, że nie jest gotowy, aby znowu się otworzyć. A szczególnie nie na ten temat.

- Nie chcę o tym rozmawiać - powiedział wreszcie. Oczekiwał, że Snape zacznie nalegać, ale ku jego zdziwieniu ten tylko skinął głową.

- Pytałeś mnie, co robiłem od czasu, kiedy odszedłeś - ton jego głosu powiedział Harry'emu, że Snape myślał o pewnej wymianie informacji, kiedy zdecydował się powrócić do tego osobistego tematu, ale nie przejął się tym. To pomagało odwrócić uwagę od smutku. Był głupi, że otworzył Yeatsa. - Kontynuowałem szukanie moich zaginionych krewnych. Jak już wspomniałem, miałem siostrę - Harry przytaknął, kiedy zobaczył, że Snape spogląda na niego - była jedynym członkiem mojej rodziny, który nie przyłączył się do Czarnego Pana, chociaż jej mąż należał do Wewnętrznego Kręgu, tak jak ja.

Harry zbladł i nagle przypomniał sobie o akcie zgonu, znajdującym się w książce leżącej na jego kolanach. I kilka innych rzeczy: Snape otworzył tę książkę trzy dni temu, więc nie było niemożliwe, że widział dokument i całą tę historię opowiadał Harry'emu, by odkryć prawdę - ale Harry się bał. Nigdy nie czytał aktu, był zbyt zszokowany, kiedy urzędnik wcisnął mu go do ręki z drwiącym uśmieszkiem... Ale to znaczyło.. Och, dobry Boże... To nie mogła być prawda...

Snape najwyraźniej nie zauważył zmieszania Harry'ego (albo przynajmniej udawał, że nie zauważył) i kontynuował swoją opowieść.

- Miała na imię Heather.

Teraz Harry drżał i starał się przełknąć gorzką ślinę. Było mu niedobrze. Niedobrze i... i coś jeszcze. Uwięziony. Tak, czuł się uwięziony i potrzebował czasu, aby przemyśleć to w samotności, ale nie mógł tak po prostu wyskoczyć z samochodu i pójść na spacer... musiał słuchać monologu Snape'a, potem poprosić o kilka chwil na pozbieranie myśli. Czuł mdłości. To było dużo gorsze niż lekcje Eliksirów, zdecydował. O tak. Chociaż dawno temu uważał, że nie może istnieć nic od tego gorszego.

- Była starsza ode mnie, o dziesięć lat starsza. Byliśmy różni pod każdym względem. Ona była Krukonką - piękna i mądra, nigdy nie pragnęła władzy: chciała tylko rodziny. Wyszła za mąż tuż po szkole, za Martiusa Montague.

Heather Montague... Dobry Boże... to nie mogła być prawda! Po prostu nie mogła!

- Zniknęła dwa lata temu, Martius i ja wielokrotnie podejmowaliśmy próby odszukania jej - bez rezultatów. Zniknęła bez śladu. Nie wiedziałem, co się z nią stało. Wariowałem. Martius był wściekły. - Snape spojrzał na niego, ale Harry nie ośmielił się odwzajemnić spojrzenia. Jego żołądek wzburzył się lodowato, serce waliło mu w piersi, dłonie zbielały na książce. - Masz coś do dodania do tej opowieści, Potter?

Powróciła typowa lodowatość wprowadzając arktyczną temperaturę do samochodu.

- Nie wiedziałem - powiedział pochylając się do przodu i przyciskając czoło do gładkiej powierzchni okładki książki. - Przysięgam, że nie wiedziałem. Nigdy mi nie powiedziała, że była twoją... twoją siostrą...

Snape zaśmiał sie krótkim i gniewnym śmiechem.

- Nie myśl, że jestem aż tak głupi!

Z nagłą determinacją Harry uniósł głowę i otworzył książkę.

Akt zgonu.

Po raz pierwszy w życiu rozłożył go.

Akt zgonu
Imię i nazwisko zmarłego: Heather Montague
Poprzednie (panieńskie) nazwisko: Heather Snape
Miejsce urodzenia: Londyn
Data urodzenia: 16.01.1950
Data śmierci: 23.06.2001
Przyczyna śmierci: otrucie (potwierdzone podczas autopsji)
Miejsce śmierci: Londyn, Św. Mungo, szpital dla magicznie chorych i rannych, Departament Magicznych Wypadków i Katastrof

Dokument zadrżał w jego dłoni i Harry przeklął się w duchu. Dlaczego nigdy nawet na niego nie spojrzał? Było tam jasno i wyraźnie napisane: Heather Snape.

Snape. zakręciło mu się w głowie. Snape.

Dlaczego? Dlaczego mu nie powiedziała? Dlaczego nikt mu nie powiedział?

- Widziałeś certyfikat, jak mniemam - powiedział drżącym głosem.

- Pierwszego dnia, kiedy się spotkaliśmy, Potter - odpowiedział Snape zadziwiająco spokojnie.

- Dlaczego więc nie spytałeś mnie wcześniej?

- Nie wiedziałem, co o tym myśleć. Nie rozumiałem całej tej... sytuacji. Naprawdę nie wiedziałeś?

- Że była twoją siostrą? - Harry pokręcił mocno głową. - Nigdy mi nie powiedziała. Myślałem... - przerwał, głęboko zmyślony. - Wiedziała, że my, to znaczy ty i ja, nie byliśmy eee... w przyjacielskich stosunkach. Podejrzewam, że ona... starała się być taktowna. Ale... - nagle uderzył wściekle pięścią w udo. - Powinna mi powiedzieć!

- Powinieneś przynajmniej raz spojrzeć na ten akt! - warknął gniewnie Snape.

- Niby dlaczego? - zapytał Harry, zamykając oczy. - Niby dlaczego? - wymamrotał żałośnie. - Jej ostatnim życzeniem było, aby pochować ją bez zawiadamiania rodziny...

- Ale dlaczego? - głos Snape'a nie był już gniewny ani zirytowany. Tylko smutny i przygnębiony. - Zawsze ją kochałem! Kiedyś byliśmy sobie bliscy! Dlaczego?

Harry pomasował pulsujące skronie ze smutkiem.

- Myślę, że ona myślała, że ty... ty byłeś Śmierciożercą jak jej mąż.

Snape zbladł.

- Myślisz...?

- Nie jestem pewny. Jak ci mówiłem, nigdy nie wspomniała mi, że jesteście spokrewnieni, więc nie mówiliśmy o tobie.

- Rozumiem... - Snape westchnął krótko. - Tak, nie wiedziała, że szpiegowałem dla Albusa. To nie było bezpieczne. Nie mogłem ryzykować jej życia mówiąc jej... Jej mąż był w końcu zaangażowanym Śmierciożercą...

- Och tak, był - Harry zaśmiał się gorzko. - Wierny i zaangażowany.

- Znałeś go? - Snape spojrzał na niego, z kamienną miną.

- Zaiste - Harry uśmiechnął się morderczo. - To ja go zabiłem.

-----

Kiedy Snape rozpoczynał tę rozmowę, miał nadzieję, że pewne rzeczy wreszcie się wyjaśnią. Zamiast tego stały się jeszcze bardziej mętne, jeśli to możliwe. A Potter zachowywał się zupełnie jak pomylony. A nawet więcej: był nieprzewidywalny jak zakręty ich rozmowy.

- Czekaj - podniósł rękę z kierownicy, by powstrzymać chichot młodzieńca. - Zacznijmy od początku.

- Początku? - Potter zrobił wielkie oczy, udając zdziwienie.

- Dlaczego zabiłeś Martiusa?

- Z zemsty.

- Za Heather? - Snape był oszołomiony.

- Tak. I nie. Nie tylko za nią. Za Rona i Lunę też.

Zdawało mu się, że powietrze zniknęło z samochodu.

- Masz na myśli, że...

- Co mam na myśli, Snape? - Potter był wściekły.

- Czy on... czy to on zaatakował twój dom?

- Nie musisz być taki... eufemistyczny, Snape. To on wymordował, zmasakrował, zabił, uśmiercił moją rodzinę. I najwyraźniej również twoją rodzinę...

Przystojna twarz Martiusa pojawiła się w myślach Snape'a. Więc to był on. Bydlak!

Ale to on, Severus, przekazał informacje Czarnemu Panu. Był w takim samym stopniu mordercą, co Martius.

Ale nie wiedział!

Ignorancja nigdy nie była dobrą wymówką. Rzeczywiście był tylko pionkiem Albusa, nigdy nie starał się kwestionować decyzji starca, a kiedy Albus rozkazał mu przekazać tę specyficzną wiadomość Czarnemu Panu, nie pomyślał nawet, że Potter mógł nie wiedzieć o tej... zdradzie.

- Harry - odezwał się z nagłą stanowczością. - To ja...

Potter machnął lekceważąco dłonią.

- Jeśli chcesz się przyznać, że to ty przekazałeś informację Voldemortowi, możesz przestać. Wiem o tym.

"Nie jest jednak taki głupi" - pomyślał Snape.

- Nie jesteś na mnie wściekły z tego powodu?

Twarz Pottera była jak głaz, kiedy odwrócił głowę w jego stronę.

- Nie miałeś wyboru. Byłeś tylko pionkiem w tej grze, tak jak ja.

Tym razem Snape nie sprzeciwił się określeniu pionka, którego Potter znowu użył.

- Ale... z pewnością Albus miał powód, aby tak... tak zrobić! - powiedział.

- Och taak. Powiedział mi. "Mój drogi chłopcze, chciałem tylko cię chronić..." Myślał, że jestem ważniejszy niż wszyscy inni.

- Ale co się stało? - zapytał Snape lekko ochrypłym głosem.

- Myślę, że przede wszystkim chciał ustabilizować twoją pozycję w kręgu Voldemorta. Po drugie, ja leżałem ranny w Świętym Mungo a on chciał odwrócić ode mnie uwagę, ponieważ wśród personelu medycznego były osoby, które domyślały się mojej tożsamości, mimo, że byłem tam incognito. Więc on podstępem sprawił, że Ron... - Potter przełknął głośno - użył wielosokowego eliksiru, aby się za mnie przebrać, pojawić w szpitalu i pójść do domu... Dał Ronowi zapasowy świstoklik, na wypadek gdyby został schwytany. Dumbledore myślał, że... że chcieli tylko go porwać. I miał rację, nie chcieli go zabić, to znaczy zabić mnie... Ale w planie było wiele dziur. Ron myślał, że dom został opuszczony. Myślał, że ja wiedziałem o planie i nikogo tam nie będzie, więc dałby się porwać, zaprowadzić do Voldemorta, zaktywowałby świstoklik, który sprowadziłby go w końcu do Hogwartu. To był ryzykowny plan, i może by się powiódł, gdyby Dumbledore był szczery ze mną i z Ronem. Byłem przytomny, ale nawet nie wspomniał o planie, kiedy mnie odwiedził. A Ron ufał mu wystarczająco, aby nie kwestionować decyzji dyrektora. Myślał, że to wszystko przedyskutowaliśmy wcześniej. Gdyby plan zadziałał, miałbym kilka wolnych od podejrzeń dni, wystarczająco dużo, aby odzyskać siły, podczas gdy Voldemort uważałby, że jestem w Hogwarcie, bezpieczny. Ale to nie zadziałało - głos Pottera był tylko szeptem. - Nie wiem, co dokładnie się stało, ponieważ mnie tam nie było. Ale myślę, że kiedy Ron zrozumiał, że dom nie jest pusty, spanikował. Nagle nie mógł pozwolić, aby go złapali. Musiał bronić dwóch przestraszonych kobiet, które nie wiedziały o tym głupim planie. Mieli ogromną przewagę liczebną. Zaczęła się walka. W chwili, kiedy tam dotarłem prawie wszyscy nie żyli...

- Jak się tam dostałeś? - zapytał cicho Snape.

- Miałem swój własny alarmowy świstoklik. I poczułem, że coś jest nie w porządku. Ogłuszyłem pielęgniarkę i przeniosłem się do domu. Pierwszą osobą, jaką zobaczyłem był Ron. Przerażony, zacząłem przeszukiwać cały dom, ale znalazłem tylko Lunę w mojej sypialni. Nie była martwa, była umierająca. Zgwałcili ją i poderżnęli jej gardło. Wziąłem ją na ręce. Wszędzie była krew. Starałem się zatamować krwawienie, ale nie byłem w stanie. Byłem zbyt słaby, aby się aportować. Heather nigdzie nie było - Potter miał oczy zamknięte, a jego twarz była śmiertelnie blada. - Nie mogłem jej uratować. Umarła w moich ramionach, ale ona... jakoś zdołała wykrztusić, że to był Montague. Martius Montague. I że zabrał ze sobą Heather.

- Więc to Martius zabił Heather - zaskrzeczał z trudem Snape.

Jakoś teraz mógł idealnie zrozumieć Pottera.

Czuł, że sam również chce opuścić czarodziejski świat raz na zawsze.

-----------
(1) przekład - Mirriel i Toroj (z powodu braku profesjonalnego przekładu)
Tekst oryginalny wiersza:
I wander by the edge
Of this desolate lake
Where wind cries in the sedge:
Until the axle break
That keeps the stars in their round,
And hands hurl in the deep
The banners of East and West,
And the girdle of light is unbound,
Your breast will not lie by the breast
Of your beloved in sleep.

(2) przekład - Zygmunt Kubiak