Rozdział 8
Harry czuł się dużo lepiej. Tak, jakby ogromny ciężar został zdjęty z jego... serca, umysłu, piersi - znowu mógł oddychać, znowu mógł czuć, a nie tylko wyczuwać. Czuć nie tylko ból, ale też smutek, żałobę, strach... Znowu był całością. Snape zmienił się. Był mniej mroczny, mniej okrutny, mniej... brzydki. Tak, Harry'emu wydawał się teraz - kiedy ostatnie pozostałości wzajemnej nienawiści zniknęły - mniej brzydki. Przed nim siedział mężczyzna niezbyt przystojny, ale również nie uosobienie okrucieństwa i złośliwości. Być może sprawił to brak typowych Snape'owych uśmieszków.
A teraz, kiedy Harry miał okazję przyjrzeć się dokładniej swojemu byłemu nauczycielowi, zaczynał dostrzegać podobieństwo w rysach twarzy pomiędzy Heather a jej wujem. Te same usta, te same brwi, podobny kształt podbródka. Czy jego syn również byłby podobny do Snape'a? Nie wiedział. Widział dziecko tylko raz i nie śmiał przyjrzeć się mu dokładniej, a wydarzenia tamtego popołudnia były dość zamazane i bolesne. Mały chłopczyk odszedł zanim zdołał naprawdę przybyć. Jego syn. Jego zmarły syn.
Teraz był wściekły na Dumbledore'a. Jego opowieść nagle sprawiła, że wszystko stało się bardziej rzeczywiste, a pokrewieństwo Heather i Snape'a tylko umocniło to uczucie. Heather nie była już samoistną istotą w jego umyśle, była członkiem większej rodziny... Większej rodziny, która teraz wymarła.
Snape był ostatnim z dużej rodziny, jak on sam. O nie, nie był sam: jego ciotka, wuj i Dudley (już rozwiedziony) nadal żyli w Surrey - zadowoleni, że dziwoląg nigdy już nie wróci, by zakłócić ich miałki mugolski żywot. Harry nie widział ich od swoich ostatnich wakacji pomiędzy szóstą a siódmą klasą. Nie żeby za nimi tęsknił.
Ale nadal brakowało mu rodziny, domu, czegoś, co kiedyś miał przez kilka miesięcy.
- Nie sądzę, abyśmy zdołali dotrzeć dzisiaj do Laverton - odezwał się nagle Snape, przerywając długą ciszę. - Zbyt długo byliśmy z tym pubie.
- Nic nie szkodzi - wymamrotał Harry i przeciągnął się na siedząco.
- Sądzę, że powinniśmy ruszać, ale nie dam rady prowadzić przez kolejne trzy godziny. Plecy mnie bolą i nie mogę utrzymać oczu otwartych.
- Musimy więc się zatrzymać.
- Na następnej stacji benzynowej - ziewnął Snape.
- I tak jestem głodny. Chociaż nienawidzę spać w samochodzie. Nie mogę spać normalnie, a kiedy się obudzę, czuję się jeszcze bardziej zmęczony.
- To samo ze mną - westchnął Snape. - Ale tak jest lepiej, jeśli mamy nie zostawiać śladów.
- Wiem. To był mój pomysł.
- To prawda.
Sprzeczali się jeszcze przez kilka minut i Harry naprawdę cieszył się brakiem nienawiści i pogardy w tej małej kłótni. To było odświeżające.
- Najgorsze, że mam czyste ubrania w swoim kufrze i nie mogę do nich dotrzeć... - wymamrotał Snape, kiedy Harry wspomniał o kąpieli, normalnym łóżku i czystych ubraniach.
- Och, w Sydney jak podejrzewam.
- Nie, w mojej kieszeni - Snape zmarszczył brwi. - Zmniejszone. Potrzebuję tylko różdżki...
Harry parsknął.
- To może być wkurzające...
- Owszem, jest - Snape wyjął małe pudełko i Harry zaczął chichotać.
- Ślicznie - Snape prychnął. - Nie wspominaj już o tym. Jeśli ta wojna się kiedykolwiek skończy, będę spać przez tydzień, po długiej kąpieli, w normalnym łóżku, najlepiej nie sam...
- Albo spać, albo nie sam - zauważył wesoło Harry. - Nie sądzę, abyś mógł robić te dwie rzeczy równocześnie...
- No dobra. To najpierw kąpiel. Potem spanie. A następnie...
- Jesteś kawalerem, prawda? - Harry spojrzał ciekawie na Snape'a.
- Oczywiście. Jestem i pozostanę nim - odpowiedział mężczyzna rzeczowo. - Nie jestem wrażliwym facetem. Nienawidzę romansów i podobnych bzdur. Wolę siedzenie w swojej bibliotece i czytanie, niż rozmawianie z głupią kobietą czy pilnowanie dzieci... - zadrżał ze wstrętem. - Och, i złożę rezygnację. To będzie pierwsze, nie kąpiel i nie łóżko. Rezygnacja.
- Nienawidzisz uczyć.
- Cholerne odkrycie stulecia, panie Potter.
- Ale teraz nie uczysz!
- Ponieważ dyrektor pomyślał, że odnalezienie ciebie jest ważniejsze niż lekcje eliksirów. Och, i pewni uczniowie z mojego własnego domu próbowali mnie otruć, jako zdrajcę.
- Otruć ciebie? - Harry wytrzeszczył oczy z rozbawiania. - Czy oni mieli po kolei w głowach?
Snape uśmiechnął się krzywo.
- Oczywiście, że nie. Wyczułem zapach cyjanku w swojej kawie. Głupie bachory.
- A co zrobisz po tym?
- Po czym?
- Po złożeniu rezygnacji, kąpieli, wyspaniu się, seksie... później?
- Jeszcze nie wiem. Napiszę normalny podręcznik do Obrony. I może również lepszy do Eliksirów. A ty?
- Nie sądzę, abym żył tak długo.
Zapadło pomiędzy nimi milczenie, które trwało aż do chwili, kiedy zatrzymali się na następnej stacji benzynowej. Tym razem obaj poszli po napoje i jedzenie. Po chwili Snape udał się do toalety. Harry pozostał sam, rozmyślając nad ostatnimi dniami, kiedy nagle poczuł jakby ktoś przycisnął palec lub patyk do jego pleców. Zamarł. To nie był Severus, wiedział o tym, widział ze swojego miejsca drzwi toalety. Ale kiedy spróbował się odwrócić, ktoś zza jego pleców wyszeptał mu do ucha: "Proszę się nie ruszać, panie Poulter."
Kolejny mężczyzna pojawił się przed nim: wysoki, barczysty, w pomarańczowo-czarnej szacie. Harry zakrztusił się kanapką. Czarodzieje, tutaj, pośrodku sklepu na mugolskiej stacji benzynowej, zupełnie widoczni? Oszaleli?!
- Co tutaj robicie? - zapytał kiedy tylko przestał kaszleć.
- Szukaliśmy ciebie, panie Poulter. Jesteśmy członkami Australijskiej Ministerialnej Grupy Aurorów. Jesteś aresztowany w związku z podejrzeniem o morderstwo niejakiego Antonina Dolohov...
- Och, a więc to był on! - Harry uśmiechnął się, zadowolony. - Dobrze mu tak, skurwysynowi. Chociaż to nie ja go zabiłem - kontynuował konwersacyjnym tonem. - To jeden z jego towarzyszy Śmierciożerców. Z pewnością znaleźliście na jego lewym przedramieniu Mroczny Znak...
- Nie, nie było żadnego śladu czegoś takiego na jego lewym przedramieniu, panie Poulter. Wręcz odwrotnie, powiedziano nam, że jesteś podejrzany o przynależność do wspomnianej wcześniej grupy...
Harry uśmiechnął się.
- Najwidoczniej Voldemort nadal ma swoich ludzi w ministerstwie.
Auror drgnął, słysząc imię Voldemorta, co Harry zauważył z ponurą radością. Powoli podciągnął lewy rękaw swetra, pokazując aurorom nietkniętą skórę.
- Nie jestem jego sługą i nigdy nie będę.
- Więc rzeczywiście jesteś czarodziejem! - powiedział triumfalnie mężczyzna stojący za nim.
- Oczywiście - Harry wzruszył ramionami.
- Więc musimy na razie aresztować pana, dopóki...
Harry zirytował się.
- O nie. Nie zostanę aresztowany - przysunął się bliżej mężczyzny, który stał przed nim i kątem oka dostrzegł jak drzwi toalety otwierają się cicho. - Udowodnię natomiast, że to nie mnie szukacie. Podejdź bliżej. - Mężczyzna za nim poruszył się niespokojnie. Najwyraźniej on również był ciekawy. Uśmiechając się, Harry oderwał kawałek sztucznej skóry z prawej strony czoła i odsunął do tyłu swoje długie włosy. Auror stojący przed nim omal nie zemdlał.
- Ty... - zająknął się. - Ty...
Harry poczuł, jak ucisk zniknął z jego pleców, a drugi auror okrążył go, aby przyjrzeć się temu, co tak wstrząsnęło jego kolegą.
Kiedy zauważył bliznę w kształcie błyskawicy, wytrzeszczył oczy w szoku.
Ale nie mieli czasu, aby dłużej się gapić. W następnej chwili Harry uderzył aurora w twarz, podczas gdy Snape ogłuszył drugiego. Kiedy obaj się wyprostowali każdy miał zdobyczną różdżkę.
- Myślę, że powinieneś rzucić Obliviate na pracownika stacji. Wygląda na dość zszokowanego - rzekł Harry.
Snape przytaknął i machnięciem sprawił, że twarz mężczyzny nabrała zmieszanego wyrazu. Harry i Snape szybko wyciągnęli dwóch nieprzytomnych mężczyzn na zewnątrz. Kiedy już wyszli, spojrzeli na siebie.
- Co teraz? - zapytał Snape.
- Powiedziałeś, że masz ze sobą swój kufer. Masz również Veritaserum?
- Oczywiście - odpowiedział Snape, prawie urażony. Jakby noszenie Veritaserum w kieszeni było rzeczą normalną. - Ale nie tutaj. Chodźmy w jakieś spokojniejsze miejsce. Nie chcę, dać się złapać na podawaniu aurorom nielegalnego serum.
Umieścili obu nieprzytomnych mężczyzn w samochodzie i odjechali kilka mil od stacji benzynowej.
- Rzuć Petrificus na tego - Harry wskazał dłonią na jednego z nich. - I Ennervate.
Snape wyglądał na zirytowanego.
- Ty również masz różdżkę, panie Potter.
- Nie jestem w nastroju na oglądanie Voldemorta, panie Snape - odparł. Snape nagle zrozumiał i, po powiększeniu swojego kufra oraz wyciągnięciu małej fiolki przeźroczystego eliksiru, rzucił oba zaklęcia na mężczyzn.
Wymierzył trzy krople mikstury pod język półprzytomnego aurora.
- Możesz zaczynać - skinął głową na Harry'ego.
- Czy jesteś pracownikiem ministerstwa? - Harry pochylił się nad mężczyzną.
- Tak, auror O'Leagh z Australijskiej Ministerialnej Grupy Aurorów.
- Czy jesteś zwolennikiem Czarnego Lorda?
- Nie.
Obaj mężczyźni odetchnęli z ulgą.
- Kogo szukacie?
- Jamesa Poultera z Sydney.
- Dlaczego?
- Jest podejrzany o morderstwo i członkostwo w organizacji Sam-Wiesz-Kogo.
- Kto podał wam tę informację?
- Otrzymaliśmy ją z Brytyjskiego Ministerstwa Magii.
- Pięknie - mruknął Snape.
- Jak mnie znaleźliście?
- Dostaliśmy anonimową informację, że widziano cię w miejscowej gospodzie pięć godzin temu. Ponieważ zostałeś uznany za niebezpiecznego czarodzieja, Ministerstwo wysłało nas zamiast mugolskiej policji.
- Pięć godzin - Harry zwrócił się do Snape'a. - To znaczy, że wkrótce mogą być tutaj.
- Nie rozumiem pewnych rzeczy, Severusie - Harry wreszcie wstał. - Nie widzieli Mrocznego Znaku na przedramieniu Dolohova.
- Och, więc to był on - przytaknął Snape z pewnym roztargnieniem. - Znak znika w przypadku, jeśli rzucający go lub noszący umiera. Pamiętasz Barty'ego Croucha? To byłby dobry dowód na poparcie słów dyrektora, ale wraz ze śmiercią Croucha - nawet jeśli nie była to całkowita śmierć, tak jak Czarnego Pana kiedyś - zniknął. Taki był powód tego, że nie mogli wyłapać Śmierciożerców po pierwszej wojnie. Nie było dowodów.
- Och - przytaknął Harry. - A co z Mrocznym Znakiem nad moim domem? Czy mugole go widzieli?
- Nie. Tylko czarodzieje mogą zobaczyć te zaklęcia. Dla mugoli wyglądają jak fajerwerki.
Snape w międzyczasie schylił się ponownie nad swoim kufrem i wyciągnął kolejną fiolkę.
- Co to?
- Wielosokowy - westchnął Snape. - Zmienimy się w tych aurorów i deportujemy stąd, zanim przybędzie Czarny Pan.
- Jeśli ja się deportuję, wyczuje moją magiczną...
- Nie. Wielosokowy da ci również osobistą magiczną sygnaturę danej osoby.
- Nie wiedziałem o tym.
- Najwidoczniej nie uważałeś podczas lekcji na siódmym roku.
- Ignorowanie sadystycznego nauczyciela wymagało całej mojej uwagi.
Snape otworzył usta, ale zamknął je z klapnięciem.
- No dobra. Wracajmy do pracy.
Wkrótce znajoma postać Snape'a przemieniła się w brązowowłosego młodzieńca, podczas gdy Harry stał się nieco grubszym typem w średnim wieku o rudoblond włosach.
- Udamy się z powrotem do Sydney, wynajmiemy pokój, prześpimy się, a jutro zdecydujemy, co zrobić dalej.
- Czemu nie do Perth?
- Ponieważ nigdy tam nie byłem. Nie mogę się tam aportować.
- Rozumiem.
Wepchnęli dwóch nieprzytomnych mężczyzn do samochodu i w następnej chwili już ich nie było.
-----
Kiedy dotarli do swojego pokoju, Snape widział, że Harry goni resztkami sił. To nie było zaskakujące: ten dzień, wraz z bolesnym wyznaniem i nieoczekiwanym pojawieniem się aurorów ministerstwa, po kilku nocach spędzonych w samochodzie najwyraźniej zużył resztki energii młodzieńca.
Mimo wszystko nie pozwolił Potterowi iść spać bez prysznica i kolacji, ale kiedy wreszcie czarnowłosa głowa jego byłego wroga dotknęła poduszki, ten natychmiast zasnął.
Snape przeciwnie, pozwolił sobie po kolacji na długą kąpiel, rozmyślając nad możliwościami, jakie mieli w obecnej sytuacji. Zdrowy rozsądek podpowiadał mu, aby wrócili do Brytanii i walczyli ostatnią bitwę z pomocą Zakonu. Ale wiedział, że Potter nigdy by się na to nie zgodził, a jego serce sprzeciwiało się podejmowaniu decyzji bez wcześniejszego ustalenia z nim.
Najprawdopodobniej jego były pan był tutaj, na tym kontynencie, razem z większością członków Wewnętrznego Kręgu, ale z pewnością nie ze wszystkimi. Dwudziestu ludzi, ale nie więcej.
A ich było tylko dwóch. Dziesięciokrotnie mniej. Och tak, jeśli Potter pozwoli mu walczyć. Chłopak... nie, młody mężczyzna... pewnie będzie chciał odegrać rolę samotnego bohatera. A nadal nie wiedział jak wykonać zadanie, które do niego należało. Stara nietoperzyca przepowiedziała, że Harry będzie w stanie pokonać Czarnego Pana, ale zapomniała wspomnieć dokładnie jak ma to zrobić. Nie mówiąc o tym, że Harry nie miał ze sobą własnej różdżki, a używanie czyjejś w tak delikatnej sytuacji mogło łatwo wszystko popsuć.
Był głęboko pogrążony w myślach, kiedy zaalarmował go cichy płacz. Chwytając za różdżkę (postanowił w ogóle się bez niej nigdzie nie ruszać) okręcił się ręcznikiem i ostrożnie wyjrzał z łazienki.
Nic. Pokój był pusty, tylko Potter płakał przez sen.
Nagle przypomniał sobie, że Potter nie oczyścił przed snem umysłu. Podszedł do łóżka i potrząsnął chłopakiem.
- Potter, obudź się!
Płacz natychmiast ustał, kiedy jego towarzysz otworzył oczy.
- Co?
- Nie oczyściłeś umysłu - powiedział niecierpliwie.
- Mój umysł jest zawsze oczyszczony - odparł chlopak i już miał znowu zasnąć, ale Snape mu nie pozwolił.
- Nie! Potter, oczyść umysł przed zaśnięciem! - warknął, starając się zabrzmieć autorytatywnie, ale fakt, że miał na sobie tylko ręcznik, psuł efekt.
- Już tego nie potrzebuję - usłyszał cichą odpowiedź. - Zamykanie umysłu stało się dla mnie naturalną rzeczą dawno temu.
Snape zmrużył oczy i wskazał różdżką na leżącą postać.
- Zobaczymy. Legilimens!
Chłopak nawet nie otworzył oczu, a jednak Snape'a odrzuciło. Wracając do wanny, pokonany mężczyzna zastanawiał się nad najnowszymi informacjami. Potter naprawdę nauczył się jak chronić swój umysł. Czy to znaczyło również, że wiedział jak atakować?
Kąpiel nadal była przyjemnie ciepła, ale dolał więcej gorącej wody do wanny zanim do niej wszedł.
Musiał zapytać Pottera o jego dodatkowe lekcje Oklumencji. Był pewny, że nie uczył chłopaka więcej niż tylko technik obronnych.
Ale jeśli Potter wiedział jak atakować...
Jeśli Potter wystarczająco by mu zaufał...
Jeśli potrafiłby pokonać swoją chęć zemsty i skorzystać z mocy, jakie zostały mu dane...
Wtedy nie potrzebowaliby niczego więcej, tylko odrobiny szczęścia. I wreszcie byliby wolni.
Snape zagłębił się jeszcze bardziej w wannie. Chłopak nie widział przed sobą przyszłości; to był kolejny problem. Potter, aby zwyciężyć, potrzebował, by dano mu jakąś przyszłość. Snape westchnął, jeszcze bardziej pokonany. Będzie musiał dać Potterowi przyszłość. Nie, nie Potterowi... Harry'emu, Harry'emu jako mężowi Heather, młodzieńcowi z tragiczną przeszłością - musiał pomóc mu dojrzeć lepszą przyszłość, coś... coś dla czego mógłby żyć.
Snape jęknął. To będzie najtrudniejsze zadanie w jego życiu. On i doradzanie! Śmieszne. Ale musiał to zrobić, i nie z powodu Czarnego Pana, czarodziejskiego świata czy podobnych nonsensów. Musiał to zrobić dla swojej siostry i siostrzenicy, dla dwóch osób, które kochał najbardziej w swoim żałosnym życiu. Był to im winien.
I ten dług był zupełnie inny od tego, jaki miał wobec Dumbledore'a. Ten był jasny i w pewien sposób dobry: najwłaściwsza rzecz, jaką kiedykolwiek zrobił.
