Rozdział 9

"Oszalałem zupełnie!" Harry wymyślał sam sobie, kiedy tak stał za kolumną w długim, nie używanym hangarze. Ale w głębi wiedział, że Severus miał rację. Musiał zakończyć tę wojnę, raz na zawsze. A jednak sądził, że zginie zanim zdąży unieść różdżkę. Serce biło mu w gardle. To oczekiwanie było chyba najtrudniejszą rzeczą w jego życiu.

Nie był pewien, czy plan Mistrza Eliksirów zadziała, ale sam nie miał lepszych pomysłów, więc się na niego zgodził. Ale bał się. To było takie zaskakujące. Strach opuścił go, kiedy ludzie, na których mu zależało, odeszli. Przez długi czas uważał, że własne życie nic dla niego nie znaczy. Ale teraz, gdy stał i czekał na własny koniec, nagle nie chciał umierać. Severus powiedział mu tyle rzeczy, których nigdy wcześniej nie wiedział, o czarodziejskim świecie, o odległej rodzinie, Weasley'ach, którzy go nadal kochali; Hermionie, która leżała opuszczona w pokoju szpitalnym, Neville'u, który nadal popełniał ciągle gafy i który tęsknił za Harry'm, uznając go za swojego najlepszego przyjaciela; o Hagridzie, który był załamany, od chwili nagłego zniknięcia Harry'ego; McGonagall, która chciała go zobaczyć ponownie. Harry zamknął oczy, pomyślał o herbacie i tych okropnych ciastkach u Hagrida, o Fredzie i George'u i ich żartach... tak, brakowało mu nawet ich żartów.

Snape - Severus, poprawił się - powiedział mu, że musi powrócić do Brytanii i uporządkować sprawy z Dumbledorem i zacząć normalne życie, pod fałszywym nazwiskiem, jeśli będzie chciał - pomoże mu, tak powiedział.

"Jesteś głupcem, jeśli myślałeś, że to się skończyło tylko dlatego, że odszedłeś i powiedziałeś "żegnaj", Potter. Nikt nie może zapomnieć przeszłości. A tobie nawet nie wolno o niej zapominać. Musisz się z nią zmierzyć, poradzić sobie z nią i pójść dalej. Nie jesteś Gryfonem na próżno!"

Harry znowu nie wiedział, czy Snape go obraził czy nie, ale to nie było ważne. Wiedział, że starszy mężczyzna miał rację. Musiał zmierzyć się ze swoimi demonami, wszystkimi demonami, i jeśli dzień wcześniej był w stanie zmierzyć się z najgorszymi wspomnieniami swojego życia, dzisiaj z Voldemortem nie będzie tak źle.

Nagłe trzaski zabrzmiały w drugiej części hangaru. Harry był pewny, że na zewnątrz budynku również byli Śmierciożercy. Liczył cicho. Jeden, dwa... jedenaście. Jedenaście trzasków wewnątrz. Jednym z nich był Voldemort. Rozpoznał jego sygnaturę z łatwością, tak jak potwór rozpoznał jego - to magia Harry'ego wezwała mrocznego czarodzieja w to miejsce. Serce zaczęło mu bić szybciej. To będzie koniec. By pokonać narastający strach, pomyślał o swoich ukochanych, ludziach, na których mu zależało, kiedyś zależało.

Jego żona i syn, Heather, Ron, Hermiona, Luna, Syriusz, Remus, jego rodzice, Cedrik, i wielu innych, którzy nie byli mu tak bliscy, ale zginęli. Był to im winien. Kiedy zamknął na chwilę oczy poczuł, jakby stali za jego plecami i wspierali go, szepcząc mu do uszu zachęcające słowa:

"Kocham cię, Harry. Zawsze będę z tobą" słowa jego ukochanej.

"Jestem z ciebie dumny, synu. Stałeś się wspaniałym człowiekiem" powiedział jego ojciec.

"Nie zapomnij, że moja miłość będzie cię zawsze chronić" wyszeptała jego matka.

"Zrobiłeś to wcześniej, kumplu. Teraz też dasz radę" Harry prawie widział uśmiech Rona.

"Wyczarowałeś Patronusa, kiedy miałeś trzynaście lat. Poradzisz sobie" to był Remus.

"Nawet, jeśli nienawidzę tego oślizgłego dupka, Harry, musisz wiedzieć, że ma rację. Musisz zabić tego potwora, i musisz żyć dalej. Nadal masz sporo do zrobienia w swoim życiu. Mamy czas i poczekamy na ciebie, nie śpiesz się. Przeżyj w pełni swoje życie. Jeśli nas kochasz, zrobisz to."

- Syriuszu - wyszeptał Harry i łzy zaczęły płynąć po jego twarzy. - Tak mi przykro...

"Żadna z naszych śmierci nie była twoją winą, Harry," Harry mógłby przysiąc, że ZOBACZYŁ Cedrika stojącego obok niego, pochylającego się lekko do przodu. "Nie obwiniaj się. Idź. Nie oglądaj się za siebie. Pozwól nam odejść."

Harry przytaknął i wysunął się z cienia kolumny. Nikogo nie widział na pustym środku. Hangar wydawał się być tak pusty, jak był jeszcze kilka minut wcześniej. Nawet nie było już słychać cichego szelestu szat.

Nadszedł czas. Harry spojrzał na różdżkę trzymaną w dłoni z niepokojem. Nie należała do niego i nawet jeśli był w stanie jej używać, nie była w pełni do niego dopasowana. Ale to nie miało znaczenia. Wskazał różdżką na swoje gardło.

- Sonorus - wyszeptał, wiedząc, że jego głos wypełni cały hangar tak, iż nikt nie będzie w stanie ustalić jego dokładnej pozycji, a czarne szaty sprawiały, że wyglądał jak pozostali Śmierciożercy znajdujący się w budynku. - Nie przyszedłeś sam, Tom - powiedział. Jego głos zagrzmiał w wielkim, pustym hangarze.

Wkrótce odpowiedział mu drugi głos.

- Dlaczego? Ty przybyłeś sam? - zapytał szyderczo.

- Oczywiście. Myślałem, że możemy nareszcie zakończyć tę głupią wojnę. Znasz przepowiednię, czyż nie?

- Ty albo ja.

- Dokładnie. Jestem gotowy pojedynkować się z tobą, ale pod jednym warunkiem.

Szalony śmiech zabrzmiał pośród ciszy.

- A co to za warunek?

- Twoim sługom nie będzie wolno ingerować w żaden sposób.

Więcej śmiechu.

- Naprawdę chcesz zginąć, Potter?

- Przysięgnij, albo odejdę.

- Nie możesz odejść tak, bym nie podążył za tobą.

- W dłoni trzymam świstoklik do Hogwartu. Jeśli nie zaakceptujesz moich warunków, wrócę do Dumbledore'a i następnym razem, kiedy się spotkamy, nie będę już walczył sam przeciwko tobie. - To nie był blef: trzymał w dłoni alarmowy świstoklik Severusa, i chociaż nie chciał go użyć, ściskał go mocno.

Zaległa długa cisza, a Harry mógłby przysiąc, że słyszy myśli Voldemorta. Co, jeśli Potter naprawdę ma świstoklik? Co, jeśli straci szansę zmierzenia się samemu z młodzieńcem? Dumbledore był zbyt niebezpiecznym przeciwnikiem, aby ryzykować pojedynek z oboma. Co, jeśli to wszystko było pułapką?

- Więc? - zapytał po chwili Harry.

- Teren jest otoczony. Nie otrzymasz pomocy z zewnątrz.

- Wiem o tym, Tom. Aż tak się mnie boisz?

Głośny ryk.

- Nie drażnij mnie, Potter. Nie boję się ciebie, wiesz o tym. I nie nazywaj mnie Tom.

- Więc będziemy się pojedynkować? Daję ci dziesięć sekund na podjęcie decyzji.

Kolejny ryk irytacji, potem krótkie szczeknięcie.

- Dobrze, zgadzam się na twój warunek.

- Przysięgnij, a wtedy uwierzę.

- Ślizgon z ciebie, Potter.

- Przysięgnij na swoje i ich życie, albo nie będzie pojedynku.

- Ale...

- Nie masz już czasu. Przysięgasz czy mam odejść?

- Przysięgam, Potter.

- Powiedz to więc.

- Przysięgam na swoje i ich życie, że moi słudzy nie wtrącą się w nasz pojedynek w żaden sposób.

- Dobra - Harry wymamrotał przeciwzaklęcie i cisza zaległa w hangarze. Wziął głęboki wdech, aby uspokoić żołądek, zsunął czarną pelerynę z ramion, rzucił na siebie Zaklęcie Tarczy i powoli ruszył w stronę centrum. Mógł mieć tylko nadzieję, że przeżyje najbliższe minuty.

Po lewej zauważył jakiś ruch i postać Czarnego Pana wyłoniła się z cienia. Bez słowa przeszli na środek hali i ustawili się w tradycyjnej pozycji do pojedynku.

- Wiem, że jesteś sam, Potter. Moi słudzy przeszukali cały budynek.

Harry wzruszył ramionami.

- Przyszedłeś walczyć czy rozmawiać?

- Dobrze - wężowata twarz wykrzywiła się w przerażającym grymasie. - Na trzy.

Harry skinął głową.

- Raz. Dwa. Trzy...

- Drętwota!

- Avada Kedavra!

Dwa zaklęcia zabrzmiały w tej samej chwili i obaj przeciwnicy odskoczyli, aby uniknąć zbliżających się błyskawic zaklęć.

- Expelliarmus! - nagle trzeci głos dołączył się i, zanim Voldemort zdążył się poruszyć, różdżka wyleciała z jego dłoni. - Łap jego różdżkę, Potter, zanim... - ale Snape nie zdołał dokończyć, ponieważ Śmierciożercy zaczęli biec w jego kierunku, a trzech innych biegło na Harry'ego, który w międzyczasie pochwycił różdżkę Voldemorta. Wydawała się taka znajoma - jakby trzymał swoją własną. Więc Snape miał rację również co do tego.

- Zabić go! - wrzasnął Voldemort, a jego słudzy unieśli różdżki do ataku. Harry zamknął oczy, przerażony. To nie był nieoczekiwany zwrot wypadków, ale jeśli Snape mylił się co do tej części planu...

- Avada Kedavra! - Harry wstrzymał oddech.

Łomot. I jeszcze jeden. I kolejny.

"Snape miał rację" - pomyślał, kiedy otworzył oczy.

Przysięga zabiła ingerujące sługi.

Najwyraźniej Voldemort również doszedł do tego samego wniosku, ponieważ korzystając z oszołomienia Harry'ego, ruszył w stronę kolumn, szukając tam schronienia. Ale Harry był gotowy.

- Ligamens (1) - wyszeptał i wskazał różdżką na Voldemorta, zanim ten zdołał zniknąć. W następnej chwili był wewnątrz swojego wroga, był swoim wrogiem, był Voldemortem, i przez moment chciał się uwolnić, zostawić to wszystko za sobą, zostawić zadanie wykończenia wroga innym. Nie był przygotowany, nie był gotowy na zmierzenie się z... z tak silną nienawiścią i takim mrokiem, tak wielkim strachem i pragnieniem by zabić. Ciemność otaczała go, intruza, niechcianego gościa. Harry walczył ze sobą, aby nie uciec - i by nie upaść, ponieważ mrok wzywał go, szeptał mu opowieści o tak dobrze zasłużonym odpoczynku, cieple i spokoju, o wielkości i sukcesie, o mocy i władzy nad światem, to było jak wir i Harry czuł się oszołomiony, kręciło mu się w głowie, nawet, jeśli nie była to jego głowa, albo nie był też tego taki pewien...

To było jak wir, który starał się go wciągnąć, połknąć go. Zaczarowało go to, śpiewało do jego uszu pieśni o wielkości i Harry czuł się taki zagubiony.

"Możesz być wielki..."

"Możesz panować nad światem..."

"Będziesz miał moc, aby działać..."

"Możesz zmienić wszystko..."

"Możesz pomścić śmierć swoich ukochanych..."

"Będziesz potężniejszy od Dumbledore'a..."

Serce Harry'ego prawie stanęło. Zemsta...Dumbledore zapłaci... Sprawi, że Dumbledore zapłaci za zabicie jego żony, jego syna, będzie miał moc!

Wir był tak blisko...

Zemsta...

Za Syriusza, który był pierwszą ofiarą starca.

Za Rona, który został oszukany i wyprowadzony w błąd, który tylko chciał go chronić. A Dumbledore wykorzystał go jak narzędzie.

Za Lunę, Heather i syna.

Zabije Dumbledore'a. Zabije go, ponieważ będzie posiadał do tego moc!

Zemsta!

"Harry, nie!" zawołał z daleka głos, który brzmiał podejrzanie podobnie do głosu Hermiony. "Pamiętaj!"

"Pamiętać co?" zapytał sam siebie Harry. Fale bólu i goryczy przelewały się przez niego. Ale był to winien Hermionie. Był winien jej przynajmniej tyle, aby spróbować sobie przypomnieć.

"Idź. Nie oglądaj się za siebie. Pozwól nam odejść." To były słowa Cedrika, tak niedawno wypowiedziane.

"Nie zapomnij, że moja miłość będzie cię zawsze chronić." Jego matka.

"Kocham cię, Harry. Zawsze będę przy tobie." Heather.

I nagle kolejny, starszy głos odezwał się cicho, pełen bólu i skruchy.

"Za bardzo mi na tobie zależało. Bardziej zależało mi na twoim szczęściu niż na tym, byś poznał prawdę, bardziej na twoim spokoju niż na moim planie, bardziej na twoim życiu niż na życiu innych osób, które mogły je stracić, gdyby cały plan zawiódł. Innymi słowy, zachowałem się tak, jak tego spodziewał się Voldemort po nas, głupcach, którzy kochamy."

I Harry zrozumiał. Dumbledore go kochał. Kochał go bardziej, niż Harry był sobie w stanie wyobrazić. To przez tę miłość próbował chronić go, starał się trzymać go z dala od Voldemorta, z dala od strachu, bólu i śmierci. Dumbledore odsunął go, aby ułatwić mu życie: życie młodzieńca, który wystarczająco wycierpiał podczas szkoły. To nie była wina starca, że Harry czuł się sfrustrowany i oszukany. Sam nie był szczery z Dumbledorem, ponieważ nigdy nie dostrzegł jak bardzo dyrektor go kochał. Utrzymywał swoje małżeństwo w tajemnicy - i to jego brak zaufania zabił Lunę, Heather i w rezultacie jego syna...

"Zachowałem się tak, jak tego spodziewał się Voldemort po nas, głupcach, którzy kochamy."

Teraz Harry rozumiał. To była jego wina...

"Żadna z naszych śmierci nie była twoją winą, Harry," słowa Cedrika przerwały tok jego myśli. "Nie obwiniaj się."

"...nas, głupcach, którzy kochamy."

I Harry nagle zobaczył światło. Nie mrok, nie zemstę.

Nie chciał już zemsty, już nie.

- Kocham was wszystkich - wyszeptał i pozwolił temu uczuciu wylać się z serca, poprzez jego umysł, jego całe ciało. - Kocham was wszystkich - powtórzył myśląc o Hagridzie, Neville'u, Hermionie, Weasley'ach, Dumbledorze... i Snape'ie. Tak, również o Snape'ie. Ludziach, którzy nadal żyli. Którzy kochali go, czekali na jego powrót i wiedział, że jego miejsce jest gdzieś tam, razem z nimi. Uśmiechnął się. - Idę - powiedział i postąpił w stronę światła.

W chwili, kiedy zaatakowali go jego byli towarzysze, Severus deportował się i odetchnął spazmatycznie. Nie mógł zrobić nic więcej w sprawie Pottera: pozostanie w tym samym pomieszczeniu nie było już dla niego bezpieczne. Śmierciożercy nie mogli zaatakować Pottera, ale Snape był dla nich idealnym celem, aby zajęli się czymś, podczas gdy ich pan zabijał młodzieńca.

Ale nie była to łatwa decyzja, mimo, że Potter zgodził się, kiedy planowali całą tę rzecz.

- Nic mi nie będzie, Severusie. Nie możesz mi pomóc, ale łatwo możesz dać się zabić. Nie potrzebuję, abyś rozpraszał moją uwagę.

O tak, chłopak miał rację, ale Snape i tak się strasznie denerwował. Nie chciał, aby Harry zginął. Nie z powodu Voldemorta - miał gdzieś, czy jego były pan żyje czy nie. Ale Harry miał tak wiele słabych punktów, a on tak się niepokoił o niego. Nawet, jeśli Harry był jednych z najjaśniejszych ludzi, jakich kiedykolwiek spotkał, ból, nieufność i strach wisiały nad jego jasną duszą grożąc uwięzieniem w głębiach duszy Czarnego Pana i unicestwieniem, albo nawet gorzej.

Snape zerwał się na nogi i zaczął krążyć.

Powinien powiedzieć Harry'emu, że Dumbledore go kocha. A nawet, że jemu, gorzkiemu dupkowi, zależy na nim. Albo nie... Cóż, ale powinien powiedzieć o Dumbledorze. Popełnił bardzo, bardzo poważny taktyczny błąd zapominając o tym. Zaklął cicho.

Głównym powodem tego, że nie chciał mówić o Dumbledorze było to, że nie chciał ryzykować naruszenia kruchego stanu psychicznego Harry'ego. Ale mimo wszystko był to błąd.

Snape zamknął oczy, modląc się po cichu. Modlił się o to, aby Harry miał w sobie wystarczająco światła, wystarczająco dużo miłości, wystarczająco wiele wiary we własną przyszłość.

Z westchnieniem podwinął drżącymi palcami lewy rękaw i przyjrzał się oznace swojego wstydu i porażki. Nienawidził Znaku i nienawidził tego wszystkiego, co symbolizował. Nie chciał mocy i mrocznej wiedzy. Jedyne, czego chciał, to aby Harry wrócił, i by mogli zjeść razem dobrą kolację... Może w Hogwarcie... jeśli Harry nie straci tego cholernego świstoklika, będą mogli zjeść kolację... och, stop. W Brytanii była już noc, i to już cisza nocna... Ale skrzaty domowe były zawsze tak szczęśliwe, kiedy mogły pomóc, nawet w środku nocy, i mógłby przespać się w swoim łóżku, wreszcie... I mógłby przemienić sofę dla Pottera...

TRZASK. Podskoczył, zaskoczony.

- Zagubiony w myślach, Severusie? - odezwał się za nim bezczelny głos i Snape ryknął z przyzwyczajenia:

- Potter!!

Przez chwilę obaj wpatrywali się w siebie.

- Zrobiłem to - wyszeptał Harry i Severus spojrzał zdumiony na swoje przedramię.

Znak zniknął.

Przesunął palcem po wrażliwej skórze, czekając ma znajome mrowienie pod wpływem dotyku, ale nic się nie działo. Nawet tej lekkiej nierówności, która była przez te wszystkie lata, kiedy Czarny Pan ukrywał się. Nie czuł nic, tylko ciepło skóry i równy puls, kiedy przycisnął palec mocniej, nie wierząc od razu w to, że jest wolny, raz i na zawsze, wolny, wolny, jakby wszystkie jego grzechy zostały zmazane, zmyte, był wolny...

- Zniknął - powiedział niepewnie i spojrzał na młodzieńca. - Nie żyje...

Obejmowali się i klepali po plecach, mówiąc niezrozumiałe słowa.

- Odszedł!

- Zrobiłem to!

- Jesteśmy wolni!

- Voldemort nie żyje!

- Zrobiłeś to!

- Z twoją pomocą, draniu!

- Zrobiłeś to, głupi dzieciaku.

- Odszedł, odszedł, odszedł...

- TAK!

Płakali i śmiali się jak szaleńcy, i krzyczeli, łzy płynęły po ich policzkach, aż upadli na ziemię, nie mogąc złapać oddechu.

Przez długą chwilę tylko patrzyli na siebie, a potem odezwali się razem.

- Umieram z głodu.

- Dumbledore cię kocha.

Harry przytaknął.

- Zrozumiałem to. Na szczęście nie było za późno.

- To moja wina.

- Nie mów o tym. Gdyby nie ty, Voldemort nadal by żył.

- To ty go pokonałeś. A przy okazji, jak zginął?

- Nie wiem dokładnie. Po prostu poczułem, że kocham tak wiele osób, i że oni mnie kochają, i nikt mnie nie obwinia o przeszłość, zobaczyłem światło, i ciemność po prostu... zniknęła. Kiedy następnie spojrzałem, byłem we własnym ciele a Voldemort był tylko prochem. Kupką prochu.

Severus nie mógł powstrzymać uśmiechu.

- Dobrze się spisałeś.

- Z twoją pomocą.

Severus najpierw chciał zaprotestować, ale wreszcie przytaknął.

- Wiesz, Dumbledore kiedyś mi powiedział, że ciemność jest tylko brakiem światła. Przyniesienie światła do duszy Czarnego Lorda zwyczajnie... sprawiło, że zniknął, rozpłynął się w nicość.

- Co za szkoda, że Dumbledore nie dał ci posady Obrony.

- Myślę, że chciał mnie na stałe, nie tylko na jeden rok...

Dzieciak uśmiechnął się psotnie.

- Hej, Severusie, czy to nie ty rzuciłeś klątwę na tę posadę..?

Co za bezczelność! Uniósł arystokratyczną brew.

- Cóż, nie. Myślę, że to dyrektor chciał zachować tę posadę dla ciebie.

Harry skinął powoli głową.

- Chodźmy do domu i zapytajmy go.

- W domu jest północ. Sądzę, że dyrektor śpi.

- Więc czas go obudzić - Harry wstał i wyciągnął rękę, aby pomóc wstać Severusowi. - Czas, aby powiedzieć mu, że wojna się skończyła. I że już nie jestem na niego wściekły. Już nie.

Harry wyjął z kieszeni świstoklik: była nim skarpetka, taka jak te, które nosił Zgredek. Snape przewrócił oczami i położył na niej palec.

- Dom - wyszeptał hasło i w następnej chwili nie było już po nich śladu na australijskiej pustyni.

-----------
(1) Ligare - łac. wiązać
Ligamens - wiązać razem umysły