Rozdział 10
Severus doskonale widział, że Harry czuje się nieswojo. Młodzieniec stał samotnie w prawie pustej sali, bawiąc się nerwowo trzymanym w dłoni Orderem Merlina Pierwszej Klasy i wpatrując niewidzącym wzrokiem w mrok panujący za oknem. Na jego twarzy widoczne były oznaki zmęczenia - ciemne kręgi otaczały jego nabiegłe krwią zielone oczy, które wydawały się puste.
Przyjęcie kończyło się powoli, ludzie zaczęli wracać do domów, tylko kilku gości pozostało, aby porozmawiać ze swoimi starymi przyjaciółmi. Kilka osób próbowało wciągnąć do rozmowy Harry'ego, ale młodzieniec był zbyt zamknięty w sobie, więc po niedługim czasie najważniejsza postać uroczystości stała samotna i zagubiona. Severus solidaryzował się z tą samotnością, z tym odważnym i silnym mężczyzną, rozumiejąc teraz, co widziała w Harrym Heather. Coś, czego sam nie dostrzegł podczas tych kilku dni, i czego tym bardziej nie widział nigdy wcześniej: niewiarygodną siłę człowieczeństwa, która sprawiła, że Harry był w stanie pokonać potwora, przebaczyć sobie i Dumbledore'owi, i iść dalej... Cóż, nie był taki pewny tego ostatniego. Nie był pewny, czy Harry wiedział jak żyć dalej. Wręcz przeciwnie: jego zadanie zostało wykonane, ciężar, jaki umieszczono na jego barkach, zniknął i nie zostało nic. Nic.
Harry - chociaż nieświadomie - poświęcił wszystko podczas tej wojny: rodziców, przyjaciół, ukochaną i syna; przeszłość i przyszłość, a teraz nie wiedział, co począć ze swoim pustym życiem. Severus dokładnie pamiętał rozmowę o przyszłych planach, jaką odbyli. Otrzymał wtedy dość szokującą odpowiedź na swoje pytanie: "Nie sądzę, abym żył tak długo."
A jednak Harry przeżył (w końcu był Chłopcem-Który-Przeżył), ale po co? Serce Severusa ścisnęło się na widok samotnej postaci. Zwalczył swoją naturalną powściągliwość, odstawił na pobliski stół kieliszek szampana i podszedł do Harry'ego.
Harry, słysząc kroki, odwrócił głowę w jego kierunku. Severus zauważył jak smutek młodzieńca nieco się zmniejsza i ulga pojawia się w zmęczonych oczach.
- Powinieneś pójść do domu. Wyglądasz na przemęczonego - powiedział Severus spokojnym głosem, ale w chwili, kiedy wypowiedział te słowa zrozumiał, że zachował się bardzo głupio. Potter nie miał domu, do którego mógłby pójść. Ale nie warknął na Severusa, ani nie załamał się, tylko wcześniejsza ulga zniknęła z jego twarzy.
- Taak - jęknął Harry. - Też chciałbym pójść do domu.
Podjąwszy decyzję, Snape wziął głęboki wdech i odchrząknął.
- Myślę, że na jakiś czas możesz się do mnie wprowadzić. Mój dom jest wystarczająco duży dla dwóch samotnych mężczyzn, takich, jak my, a ty... a ty jesteś w końcu moją rodziną...
Harry odwrócił głowę, patrząc na przeciwległy kąt sali.
- Nie potrzebuję twojej litości - powiedział z wymuszonym spokojem.
- Nie lituję się nad tobą, Harry - odparł Severus pośpiesznie i ostrożnie dotknął ramienia młodzieńca. - Nie potrzebujesz niczyjej litości. Jesteś wystarczająco silny. Myślałem po prostu, że... dopóki nie odkryjesz, co chcesz zrobić ze swoim życiem, możesz zamieszkać w Mortgate Lair. To - przełknął z trudnością - to i tak byłby spadek dla Heather... Dla ciebie.
Harry zwrócił głowę w jego stronę tak szybko, jak wcześniej ją odwrócił.
- Nie potrzebuję żadnych spadków. Nie potrzebuję Grimmaud Place, nie potrzebuję dworu Godryka, nie potrzebuję również Mortgate Lair. Ja... ja chcę ich z powrotem. Ludzi - łzy zamigotały w zielonych oczach. - Nie wiem, co zrobić ze swoim życiem - wyszeptał szybko, jakby to było coś wstydliwego. - Moje życie się skończyło. Skończyło.
- Nie bądź głupcem. Nie skończyło się - powiedział łagodnie Snape. - Chcę, żebyś się do mnie wprowadził. Samotne mieszkanie nie wyjdzie ci na dobre. I to samo tyczy się mnie. W każdym razie szczerze mówiłem, że jesteś moją rodziną. Skoro... Heather była dla mnie jak córka, uważam ciebie za kogoś w rodzaju zięcia...
- Harry, Severusie... - dyrektor przystanął przy nich. - Mogę z wami porozmawiać?
Severus przełknął głośno i spojrzał zmartwionym wzrokiem na swojego młodego towarzysza. Nie potrafił odgadnąć, jak Harry zareaguje na to uprzejme pytanie. Podczas ostatnich godzin, odkąd przybył do Hogwartu (gdzie nikt nie spał i wszyscy już wiedzieli o śmierci Czarnego Pana) nie mieli czasu na rozmowę z Dumbledorem, z wyjątkiem krótkiego opisu walki i wydarzeń wcześniejszych dni, a od tamtego czasu nie spali, wędrowali z jednego przyjęcia na drugie, gawędząc uprzejmie z pracownikami Ministerstwa, dając wywiady podekscytowanym dziennikarzom i opowiadając po raz kolejny jakąś ze swoich przygód - omijając jedyny ważny fragment: ich rozmowy - i teraz ledwo się trzymali na nogach.
A Harry miał poważny powód, aby czuć żal do starca. Och, i sam również miał do niego żal. Prawie tak samo wielki.
- Oczywiście, Albusie - powiedział Harry zmęczonym głosem, ale z nienaganną uprzejmością. - Możemy przejść w spokojniejsze miejsce?
Dumbledore przytaknął i poprowadził ich za sobą. Wkrótce znaleźli się w małym pokoju z dwiema wygodnymi sofami i kilkoma puszystymi fotelami, który przylegał do sali balowej. Harry prawie upadł na fotel, podczas gdy Severus usiadł na jednej z sof, ostrożnie zakładając nogę na nogę i krzyżując ręce na piersi.
- Proszę, pośpiesz się, Albusie - rzekł chłodno. - Obaj jesteśmy zmęczeni.
Harry poluźnił kołnierzyk przy koszuli i ziewnął, jakby chcąc potwierdzić słowa Severusa.
Dumbledore przytaknął i spojrzał na Harry'ego, a potem na Severusa smutnym wzrokiem.
- Chociaż wiem, że przeprosiny niczego nie rozwiążą, muszę rozpocząć od przeproszenia was obu... za wszystko, co poświęciliście, aby wygrać tę wojnę. Przepraszam. Przepraszam, Severusie, za to, że pozwoliłem ci iść na Mroczną stronę i za wykorzystanie do naszych celów twojego pragnienia śmierci...
Severus ukrył płonącą twarz w dłoniach.
- Nie musisz przepraszać, Albusie. Rozumiem.
- Gdybym miał kolejną szansę...
- Rozumiem, Albusie. Proszę - głos Severusa załamał się. Nie chciał, aby Albus mówił o tym, czy przepraszał za to. - To nie była całkowicie twoja wina. Ja też miałem w tym swój udział. Chciałem zemsty za wszelką cenę. Byłem wystarczająco inteligentny, aby zrozumieć, że cel nie uświęca środków. Nie twoja wina, że mój ojciec był głupcem, że byliśmy biedni, i że chciałem wydostać się z tej nędzy. Nie byłeś wszechmocny. Ale cieszę się, że mogłem ci pomóc. - Spojrzał w górę i zmarszczył brwi. - Powiedzmy, że się wyrównało.
- Nie mam jednak żadnej wymówki w twoim przypadku, Harry - powiedział Dumbledore łagodnie. - Ja...
- Pamiętasz, dyrektorze, co mi kiedyś powiedziałeś? "Zachowałem się tak, jak tego spodziewał się Voldemort po nas, głupcach, którzy kochamy." Przez długi czas nie mogłem ciebie zrozumieć. Obwiniałem cię i nienawidziłem. Ale w końcu, kiedy byłem w umyśle Voldemorta, w jego mroku, zrozumiałem. Zawsze myślałem, że byłeś czymś więcej niż my, śmiertelnicy. Mądrzejszy. Bardziej... wszechmocny, jak powiedział Severus. Ale wtedy zrozumiałem. Twoją jedyną winą jest to, że za bardzo mnie kochałeś, zawsze stawiałeś moje bezpieczeństwo ponad rezultat wojny. Starałeś się chronić mnie nawet wtedy, kiedy już nie potrzebowałem tej ochrony, kiedy powinienem zmierzyć się z Voldemortem i zakończyć tę wojnę w jakiś czas po ukończeniu szkolenia na aurora. Do tego czasu opanowałem Oklumencję, wiedziałeś o tym, ale bałeś się, że mnie stracisz.
- Moja głupia opiekuńczość zabiła twoją rodzinę - wtrącił cicho Dumbledore.
- Martius Montague zabił moją rodzinę - Harry pokręcił z irytacją głową. - Ty tylko chciałeś chronić Severusa... i mnie, kiedy leżałem w szpitalu. To była... moja wina, że ci nie zaufałem i nie wyjawiłem tak ważnej informacji o moim stanie cywilnym w tej delikatnej sytuacji. Pozwoliłem swojej frustracji zapanować nad moimi decyzjami, nie rozumiejąc możliwych konsekwencji.
- Zdradziłem twoje zaufanie...
- Gdybym ci ufał, powiedziałbym ci prawdę o Heather i o mnie.
Zaległa cisza, a Severus przyjrzał się Harry'emu w zamyśleniu. Wewnątrz czuł taką dumę z dojrzałego zachowania młodzieńca, jakby był ojcem tej wspaniałej osoby - a nie człowiekiem, który przez lata czynił z jego życia piekło. Nagle jeszcze boleśniej uświadomił sobie stratę Heather - w dziwny, pokrętny sposób: gdyby żyła, mógłby naprawdę nazywać Harry'ego swoją rodziną. Ale teraz Harry zapewne pójdzie swoją drogą i ta dziwna, ale dobra znajomość i prawie-przyjaźń pomiędzy nimi przeminie. Nie chciał tego.
Te uczucia były tak nowe i obce, że prawie nie dosłyszał dalszego ciągu rozmowy pomiędzy Harry'm a Dumbledorem.
Czy naprawdę chciał, aby Harry był jego rodziną? A może było to coś nagłego, związanego z radością z powodu pokonania Czarnego Pana, albo jego zmęczeniem, albo niepokojącymi wieściami ostatnich dni, a może z jego miłością do siostry i siostrzenicy? A może był to po prostu fakt, że obaj byli niedobitkami tej okropnej wojny, bez rodziny i prawdziwego domu, do którego mogliby wrócić?
I najważniejsze pytanie: czy po tym wszystkim, co zdarzyło się pomiędzy nimi, istniała szansa, aby zostali... kim? Przyjaciółmi? Rodziną?
- ... i jest jeszcze coś - poważny głos Dumbledore'a wyrwał nagle Severusa z zamyślenia. - Ale najpierw chcę powiedzieć, że nie musisz decydować dzisiaj, i że możesz odmówić. Naprawdę.
Severusowi nagle nie spodobał się najnowszy kierunek rozmowy tej dwójki. Ani ton głosu, ani postawa starca nie obiecywały niczego dobrego.
- Trzy miesiące temu otrzymałem list od twojej ciotki.
Harry nagle zbladł i dwie czerwone plamy pojawiły się na jego policzkach.
- Czy... czy coś im się stało? - zapytał z trwogą.
- W pewien sposób tak - westchnął Dumbledore. - Ale nie będziesz zadowolony, kiedy się o tym dowiesz...
- Mów - powiedział zdecydowanie młodzieniec i pochylił się do przodu.
- Twój kuzyn ożenił się cztery lata temu...
- Tak, gdyż okazało się, że jego dziewczyna była w ciąży. Ale z tego, co wiem, zostawili dziecko ciotce Petunii i rozwiedli się po jakimś roku...
- I twoja ciotka napisała mi, że ona i jej mąż nie będą wychowywać kolejnego czarodzieja. Poprosiła mnie, abym zabrał dziecko...
- Czarodzieja? - Harry wyglądał na zmieszanego.
- Najwidoczniej dziecko zrobiło przez przypadek coś magicznego. Sprawdziłem: jest na naszej szkolnej liście. Za osiem lat pójdzie do Hogwartu. Rzeczywiście jest czarodziejem.
Severus zauważył jak Harry staje się jeszcze bledszy i zamyka mocno oczy.
- Co zrobiłeś? - wyszeptał złamanym głosem.
- Nic nie mogłem zrobić, Harry. I tak też jej odpisałem.
Harry powoli skinął głową.
- Rozumiem. Odwiedzę ich...
- Ale nie dzisiaj - Severus nagle się wtrącił. - My trzej jesteśmy znani ze swoich błędnych i pośpiesznych decyzji. Teraz musimy iść do łóżka, przespać się, a jutro zdecydujemy, co dalej.
- Ale...
- Zgadzam się z Severusem - Dumbledore wstał. - Obaj potrzebujecie odpoczynku. Gdzie się zatrzymasz, Harry?
Młodzieniec odwrócił pytająco głowę w stronę Severusa. - Ja... jeśli twoja oferta jest nadal...
- Potter zostanie ze mną, Albusie.
Dumbledore zerknął na nich zdziwiony, ale przytaknął.
- Dobrze. A jeśli będziecie czegoś potrzebować...
- Wiemy, gdzie cię znaleźć, Albusie.
Po przebudzeniu Harry przez dłuższy czas nie poruszał się. Wciąż od nowa zastanawiał się nad poprzednim dniem, pamiętając przyjęcia i radosne twarze Neville'a, Tonks, McGonagall, i o dziwo Weasley'ów. Wszyscy oni byli dla niego bardzo uprzejmi, ale zniknęli gdzieś po trzecim czy czwartym przyjęciu, zostawiając go nie tylko samego, ale również opuszczonego - a wtedy przyszedł Severus i zaproponował mu dom. Nawet jeśli był to tylko tymczasowy dom, nie musiał żyć sam, za co był wyjątkowo wdzięczny. Nie wspominając o tym, że nawet nie wiedział, gdzie udać się po wczorajszych uroczystościach. Czuł się zagubiony. A wtedy przyszedł Snape i to wydawało się zupełnie na miejscu. "Jesteś moją rodziną." Wyglądało na to, że Snape mówił to poważnie.
Otrzymał bardzo wygodne kwatery i chociaż Snape powiedział mu, że w tym domu nikt właściwie nie mieszkał od miesięcy, wydawał się taki domowy i niezaprzeczalnie przyjemny.
Kiedy wreszcie wstał, natychmiast dostrzegł na krześle obok łóżka złożone szaty: ciemnozielone szaty i slipy - typowe czarodziejskie ubranie, ale nie przeszkadzało mu to: mieszkanie z Heather nauczyło go wiele o życiu czarodziejów i wydawało się właściwsze włożenie tych rzeczy niż mugolskich, mimo, że planował pójść i porozmawiać ze swoją ciotką. Był czarodziejem i nie wstydził się tego.
W rzeczywistości nie wiedział, co począć w sprawie dzieciaka Dudley'a. Nie do niego należała odpowiedzialność za to dziecko, prawda? Chciał tylko porozmawiać z ciotką Petunią, może postraszyć ją, aby traktowała dziecko przyzwoicie...
Później, kiedy stał przy drzwiach na Privet Drive 4 nadal wahał się co do swoich własnych motywów, ale obecność Severusa dała mu wystarczająco dużo siły woli, aby zapukać do drzwi.
Otworzyła jego ciotka, wyglądając tak samo jak zawsze, trochę zdenerwowana pojawieniem się w drzwiach Harry'ego - ubranego niewłaściwie, z jednym ze swoich przyjaciół dziwolągów, ale nic nie powiedziała, tylko wpuściła ich do środka.
- Zgaduję, że przyszedłeś po chłopaka - powiedziała, pomijając zwyczajowe wstępy do uprzejmej rozmowy. - Możesz zabrać go, kiedy tylko chcesz...
- Co? - zapytał oszołomiony Harry. Nie przyszedł po chłopaka! Przyszedł z powodu jego! Ale ciotka nie czekała na jego reakcję.
- Jason! - zawołała niecierpliwie.
Drzwi na górze zaskrzypiały i obaj, Harry i Severus, unieśli głowy. Przy drzwiach od starego pokoju Harry'ego stał mały chłopiec. Zupełnie niepodobny do Dursley'ów: chudy i ciemnowłosy. Nawet z tej odległości widać było, że ma szmaragdowo-zielone oczy, takie jak Harry... musiał je odziedziczyć ze strony swojej babci.
Dzieciak przyglądał się ostrożnie dwóm obcym, z lekka rezerwą w oczach, i Harry nagle poczuł, że nie może go tutaj zostawić.
Chłopiec był tak podobny do jego syna, albo przynajmniej do tego, jak sobie wyobrażał swojego syna.
I miał na imię Jason.
Jason.
- Jason? - przykucnął i wyciągnął ramiona w stronę przestraszonego dziecka. Obok jego ciotka otworzyła usta, ale Snape w jakiś sposób uciszył ją i Harry zauważył kątem oka, że wysoki mężczyzna patrzył na dzieciaka prawie tak samo wyczekująco jak Harry. - Chodź, brzdącu.
Chłopczyk zrobił niepewny krok, ale poślizgnął się na wypolerowanej powierzchni schodów i upadł.
W następnej chwili Harry już klęczał obok niego. Dziecko jednak nie płakało, tylko patrzyło na niego, przestraszone.
- Jestem Harry - powiedział Harry przez wyschnięte i ściśnięte gardło. Pomógł usiąść dzieciakowi.
Obaj przyglądali się sobie nawzajem uważnie.
- Masz zielone oczy - odezwało się nagle dziecko. - Ja też mam zielone oczy.
- To dlatego, że jesteśmy krewnymi - Harry spróbował się uśmiechnąć.
- Jesteś moim tatą?
Harry zamarł. Spojrzał bezradnie na swojego starszego towarzysza.
- Dobra. Weźmiemy ze sobą chłopaka. Sami zajmiemy się dokumentami. Jedyne, co macie zrobić, to zmusić syna do podpisania deklaracji o wyrzeczeniu się i wysłaniu jej do nas, aby Potter mógł zaadoptować chłopaka - powiedział natychmiast Severus, sprawiając, że kobieta podskoczyła, zaskoczona.
- Czy to mój dziadek? - wyszeptał dzieciak do Harry'ego, przysuwając się nieświadomie bliżej, i patrząc na surową postać Severusa z lekkim przestrachem.
W następnym momencie dziecko było w jego ramionach, nie wiedział jak. Ale trzymał je mocno, łzy płynęły mu po policzkach - nie po raz pierwszy podczas ostatnich tygodni. Napawał się uczuciem trzymania małego dziecka blisko serca. Dzieciak nie protestował, zarzucił swoje małe ręce na szyję Harry'emu, spoglądając ponad jego ramieniem z zainteresowaniem na ciemnego, wysokiego mężczyznę idącego ku nim po schodach.
- Ciii, nie przeszkadzaj mu - wyszeptał dzieciak do swojego domniemanego dziadka - on płacze.
- Płacze - mruknął Snape z udawaną irytacją i usiadł na szczycie schodów tuż obok. - Powinniśmy iść do domu. Może płakać również w domu.
Ale nie ruszył się.
Siedzieli w ciszy, cała trójka.
Nie skończyło się.
Snape - Severus - miał rację. Jego życie się nie skończyło.
Dopiero się zaczęło.
KONIEC
