II. Dieta - prosta droga do...

Pierwszy tydzieñ nowego programu szkoleniowego by³ istnym teatrem absurdu. Wszyscy razem i ka¿de z osobna ignorowa³o zalecenia dietetyczne Wooda i w koñcu ten zacz¹³ kontrolowaæ wszystkie ich poczynania. By³ po prostu wszêdzie, wbrew prawom natury. Nie mo¿na siê by³o nigdzie ukryæ. By³ w sowiarni, za cieplarniami, przy chatce Hagrida, w lochach, przy tajnych przejœciach, w toaletach (nawet dziewczêcych, do czasu a¿ przy³apa³a go profesor McGonagall) - po prostu wszêdzie. W dru¿ynie zagnieŸdzi³ siê bunt, który na pocz¹tku nastêpnego tygodnia przeszed³ w rozpacz, a pod koniec drugiego tygodnia w rezygnacjê. I chocia¿ bliŸniacy Weasley robili co by³o w ich mocy, za nic nie potrafili przebiæ siê przez maniakalny upór swojego kapitana. Pora¿ka jawi³a siê przed nimi niczym roczny szlaban u Filcha z polerowaniem na po³ysk szpitalnych nocników. Z diet¹ w sumie jakoœ siê pogodzili, ale nie byli w stanie znieœæ braku czasu na kawa³y, wymyœlanie zabawno - niebezpiecznych gad¿etów i ogólnie na leniuchowanie. Po prostu zabrano im prywatnoœæ.

- Fred, to siê musi skoñczyæ!- oznajmi³ George podczas jednej z lekcji Historii Magii.

- Zgadzam siê, George! Tylko czemu mu tak odbija?

- Nie wiem i to jest pierwsza rzecz, której powinniœmy siê dowiedzieæ.

Fred podrapa³ siê po brodzie i powiód³ wzrokiem po klasie. Nic nie przychodzi³o mu do g³owy. Jego szare komórki zaczyna³y cierpieæ na samounicestwienie z powodu niepe³nego wykorzystania.

- Zawsze mia³ fio³a, ale to coœ wiêcej - powiedzia³ jakby do siebie.

- Wiesz, to jest jak kryzys wieku œredniego... - stwierdzi³ nagle George.

- No, co ty! On ma dopiero szesnaœcie lat. W tym wieku ma siê co najwy¿ej problemy z dojrzewaniem - oburzy³ siê Fred.

George spojrza³ na niego niczym Edison na wymyœlon¹ przed chwil¹ ¿arówkê. Klepn¹³ siê w czo³o z g³oœnym pacniêciem (na dŸwiêk którego siedz¹cy niedaleko, wyrwany z drzemki Jordan Lee uniós³ g³owê), po czym z³apa³ Freda za g³owê i powiedzia³, patrz¹c mu prosto w oczy:

- To jest to, braciszku!

- Co?

- Rozwi¹zanie naszego problemu!

- Nie ³apiê.

- Och Fred, czy ty masz w g³owie smocze ³ajno?! Woodowi brakuje dziewczyny!

- Dziewczyny? - Fred wygl¹da³ na bardzo zdezorientowanego.

- Jasne! Ma ju¿ swoje latka na karku, a pewnie jeszcze nie by³ na randce, nie poca³owa³ ¿adnych kobiecych ust... - Fred spojrza³ na brata z min¹ "Jesteœ bardziej stukniêty ni¿ myœla³em"- ...no wiesz, o co mi chodzi. Po prostu szalej¹ w nim hormony, czy jak to siê tam nazywa.

- No i co z tego? - Fred nadal nie móg³ podj¹æ toku myœlenia George'a.

- To proste - oznajmi³ George. - Znajdziemy mu dziewczynê.

- Œwietnie tylko gdzie znajdziemy tak¹ masochistkê? - zapyta³ sceptycznie Fred.

George nie zwróci³ jednak na niego uwagi i ju¿ zacz¹³ roztaczaæ przed sob¹ wizjê korzyœci, jakie przyniesie to posuniêcie. Jawi³ mu siê raj na ziemi.

Historia Magii ci¹gnê³a siê niemi³osiernie i Katie raz po raz ziewa³a, staraj¹c siê uparcie nie zapaœæ w drzemkê. Nie mog³a narzekaæ na brak snu, bo dziêki nowemu wymys³owi chorego umys³u Olivera Wooda mia³a go pod dostatkiem. Brakowa³o jej cukrów z³o¿onych, sacharozy zawartej w du¿ych iloœciach w czekoladowych ¿abach, miêtusach - œwintusach, ciastkach, babeczkach i tortach.... wyobraŸnia zaczê³a podsuwaæ jej obrazy wszystkich tych smako³yków. Sta³a w wejœciu do Wielkiej Sali, w jego g³êbi sta³ olbrzymi stó³ zastawiony po brzegi mo¿liwoœci, obci¹¿ony tak bardzo, ¿e a¿ siê ugina³. Prze³knê³a œlinê i zrobi³a pierwszy krok, potem nastêpny i jeszcze jeden. Olbrzymie, pêkaj¹ce od nadmiaru kremu ptysie by³y ju¿ w zasiêgu jej rêki, czu³a rozchodz¹cy siê po ca³ej sali zapach czekolady, jab³ek z cynamonem i wanilii. Ju¿ mia³a wyci¹gn¹æ rêkê, by chwyciæ wspania³¹ muffinkê, kiedy nagle pomiêdzy ni¹ a sto³em znalaz³ siê Wood. Zala³a j¹ fala czarnej rozpaczy. Przecie¿ szczêœcie by³o ju¿ tak blisko. U³amek sekundy dzieli³ j¹ od raju i znowu ON, zawsze i wszêdzie ON. Stawa³ jej na drodze do obiektu jej marzeñ. Krew zawrza³a jej w ¿y³ach, umys³ przyæmi³a nienawiœæ tak g³êboka i wielka jak rów Mariañski. Podwinê³a rêkawy i zacisnê³a piêœci. Jeœli bêdzie trzeba staranuje go, pobije, znokautuje, zmasakruje i przede wszystkim... poca³uje? Dok³adnie w tej samej chwili, kiedy przysz³o jej to do g³owy, rzuci³a siê na Olivera i wieszaj¹c siê na jego szyi, przycisnê³a swoje usta do jego ust.

Katie poderwa³a g³owê z ³awki, na któr¹ opad³a, w miarê jak jej w³aœcicielka zapada³a w sen, i powiod³a ob³¹kanym wzrokiem po klasie. Na szczêœcie nikt nic nie zauwa¿y³. Po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e ca³a sytuacja by³a tylko "dziennym koszmarem".

"Na Merlina!"- pomyœla³a. -" Jak nie wpakujê w siebie odpowiedniej iloœci cukru w najbli¿szym czasie, to na pewno zwariujê." Potar³a oczy wierzchem d³oni i westchnê³a, opieraj¹c ³okcie na stoliku i podpieraj¹c g³owê. "Dlaczego mu nie przywali³am? Przecie¿ nie mam w sobie ¿adnego filtra rodzinnego czy czegoœ takiego. Powinnam mu zmasakrowaæ tê jego buŸkê, a nie..." nie dokoñczy³a swojej myœli zbyt ni¹ przera¿ona i zdegustowana. "Blefff....to przecie¿ obrzydliwe....Za nic nie mo¿e siê powtórzyæ!"

Jej dalsze myœli utonê³y w ha³asie, jaki towarzyszy³ zakoñczeniu lekcji. Wszyscy budzili siê ze swoich drzemek lub g³êbokiego snu i ociê¿ale pakowali torby. Postanawiaj¹c ten jednorazowy incydent puœciæ w niepamiêæ, Katie równie¿ zaczê³a zbieraæ siê do wyjœcia.

Do koñca dnia niewiele siê w³aœciwie zdarzy³o, dieta nadal obowi¹zywa³a i frustracja bliŸniaków siêgnê³a zenitu. Prawie uda³o im siê przemyciæ kawa³ek placka z dyni¹ do ich dormitorium, gdzie mieli nadziejê spa³aszowaæ go, nie zostawiaj¹c nawet najmarniejszego okruszka. Niestety, dosiêg³a ich "rêka poganiacza niewolników" i do dok³adnie u celu, na progu dormitorium. Walcz¹c z morderczymi instynktami, które coraz czêœciej próbowa³y braæ w nich górê, zeszli do pokoju wspólnego i skupili umys³y nad czystym kawa³kiem pergaminu.

- No dobra George, potrzebujemy planu - wyszepta³ Fred, pochylaj¹c siê nad sto³em w stronê brata.

- Po pierwsze potrzebujemy odpowiedniej dziewczyny...

- Dok³adnie. Musi byæ w jego typie...

- Ma siê rozumieæ! Musi byæ...chwila, a jakie s¹ w jego typie?

Fred spojrza³ na brata, bezradnie wzruszaj¹c ramionami. Wszystko wygl¹da³o tak prosto, kiedy o tym rozmawiali na przerwach.

- Nigdy nie widzia³em go z ¿adn¹ dziewczyn¹, oprócz tych, które graj¹ w naszej dru¿ynie - powiedzia³ po chwili.

- Wiem...ale nie mo¿emy siê poddawaæ! - George zacisn¹³ piêœæ i uderzy³ ni¹ w stó³. - Od tego zale¿y nasze ¿ycie!

- Nasza wolnoœæ i pe³ne ¿o³¹dki! - doda³ Fred.

Tak zmotywowani powrócili do uk³adania planu. George napisa³ na górze pergaminu:

Poszukiwana dziewczyna.

Pilnie poszukuje siê dziewczyny o poni¿szym wygl¹dzie:

1) w³osy:

Podrapa³ siê po g³owie piórem i spojrza³ wyczekuj¹co na Freda. Ten patrzy³ na niego równie bezradnie. Przenieœli wzrok na pokój wspólny Gryffindoru. By³ pe³en uczniów z wszystkich roczników, poczynaj¹c od ma³olatów z pierwszego roku, a koñcz¹c na tegorocznych absolwentach. Skupili siê na dziewczynach. By³o w czym wybieraæ, brunetki, szatynki, blondynki i rude. Doprawdy ca³a paleta. George przygl¹da³ siê przez chwilê s¹siedniemu stolikowi, po czym nagle pióro samo zaczê³o notowaæ, prowadzone jego rêk¹.

1) w³osy: ciemny br¹z, konkretnie mleczna czekolada

2) oczy: piwne, prawie z³ociste

3) wzrost: œredni, nie za wysoka

4) szczup³a i wysportowana, najlepiej graj¹ca w quidditcha

5) koniecznie do³eczki przy uœmiechu

6) cera lekko oliwkowa

7) brak znaków szczególnych

Dziewczynê odpowiadaj¹c¹ temu rysopisowi prosimy o skontaktowanie siê z Fredem i Georgem Weasley - stolik w niszy, pokój wspólny Gryffindoru.

P.S.

KONIECZNIE MUSI BYÆ GRYFONK¥!!!!

P.S.S.

Musi mieæ poczucie humoru!

Od³o¿y³ pióro i spojrza³ krytycznym wzrokiem na swoje dzie³o. Fred zajrza³ mu przez ramiê.

- Idealna - skomentowa³. - Teraz powiesimy to na tablicy og³oszeñ i czekamy!

- Siê robi, brachu! - odpar³ George i od razu ruszy³ w kierunku rzeczonego przedmiotu, przymocowanego do œciany pokoju wspólnego.

Musia³ na niej zrobiæ trochê miejsca, przez usuniêcie, co bardziej rzucaj¹cych siê w oczy og³oszeñ, by ich przyci¹gnê³o uwagê. Wyg³adzi³ jeszcze fa³dy na pergaminie i odst¹pi³ o krok, by oceniæ efekt.

- Odlot! - stwierdzi³ i wróci³ do stolika. - Co teraz robimy?

- Czekamy!- odpar³ inteligentnie Fred i wyci¹gn¹³ nie wiadomo sk¹d taliê "Okalecz Pana Cebul" przerobion¹ na "Okalecz Profesora Snapea".

Zabrali siê za rozgrywanie partyjki swojej ulubionej gry, która pozwoli³a im przetrwaæ krytyczne momenty programu szkoleniowego. Przymierzali siê w³aœnie do czwartego rozdania, kiedy przy ich stoliku pojawi³a siê Katie Bell z mordem w oczach i jakimœ œwistkiem pergaminu w rêce.

- Czy wy, por¹bane, odmó¿d¿one samce, zupe³nie postradaliœcie wasze neurony z braku cukru i nadmiaru wêglowodanów!?

Spojrzeli na ni¹ os³upiali, potem jeden na drugiego i znów na Katie.

- Mówiê do was!

Dopalane ju¿ tylko i wy³¹cznie fruktoz¹ komórki nerwowe reagowa³y na bodŸce zewnêtrzne w ich przypadku odrobinê póŸniej ni¿ zawsze. Dlatego nadal bezmyœlnie wpatrywali siê w ni¹.

- Totalnie was pokopa³o! Nie mogliœcie po prostu przyjœæ do mnie jak normalni ludzie tylko wywieszaæ... - tu pomacha³a im przed oczyma trzymanym w rêce pergaminem - ...jakieœ idiotyczne og³oszenia!!!

W koñcu kliknê³o i dwie ¿arówki zapali³y siê niemal równoczeœnie w dwóch odrêbnych acz identycznie wygl¹daj¹cych, rudow³osych g³owach.

- A to! - odpar³ beztroskim tonem Fred, wskazuj¹c na kartkê.

- Tak, to!! - Katie nadal by³a bardzo podminowana i nie wygl¹da³o na to, ¿e w przeci¹gu najbli¿szych kilku minut siê uspokoi. - A niby o czym mówiê!?

- To tylko...

- Wcale nie chodzi³o o ciebie! - wszed³ mu w s³owo George.

- Dziwne, bo mnie to wygl¹da na prawie idealny opis mojej osoby - stwierdzi³a Katie, po czym odczyta³a: - W³osy: ciemny br¹z - mam, oczy: piwne - te¿, wzrost- jak najbardziej œredni; mo¿na powiedzieæ, ¿e jestem szczup³a - spojrza³a na nich z byka, daj¹c do zrozumienia, ¿e dla ich w³asnego dobra lepiej by by³o, gdyby nie protestowali - i na pewno wysportowana, w quidditcha te¿ gram, cera siê zgadza, choæ trudno stwierdziæ przy tym œwietle, mam do³eczki jak siê uœmiecham i ¿adnych znaków szczególnych o ile mi wiadomo... - przerwa³a dla zaczerpniêcia oddechu.- Jestem Gryfonk¹ i przed t¹ diet¹ nie narzeka³am na brak poczucia humoru. To mo¿e jeszcze coœ pominê³am?

- Nie - stwierdzi³ Fred, kiwaj¹c przy tym g³ow¹ dla potwierdzenia swoich s³ów.

- Wiêc?

- Pomy³ka! - wypali³ nagle George i wyrwa³ jej z rêki nieszczêsny pergamin, po czym z³apa³ Freda za ko³nierz i wywlek³ go praktycznie z pokoju wspólnego do ich dormitorium.

Tego by³o ju¿ za du¿o, Katie poczu³a, ¿e sytuacja, zwana potocznie jej ¿yciem, zaczyna siê wymykaæ ostatecznie i definitywnie spod kontroli. Najpierw ten koszmar na Historii Magii, potem na Eliksirach zaczê³a zastanawiaæ siê, jakby to by³o, gdyby faktycznie poca³owa³a Wooda. A teraz jeszcze to. Przecie¿ to wcale nie chodzi³o o ni¹. Po prostu te œwiry szuka³y kogoœ, kto by³ im pewnie potrzebny do jakieœ tajnego eksperymentu, a przypadkowo przypomina³ j¹. Jeœli tak mia³o byæ dalej, to powinna skoczyæ z wie¿y astronomicznej, zanim bêdzie jeszcze gorzej. Pogr¹¿ona w rozpaczy, podrepta³a do swojego dormitorium i w ubraniu rzuci³a siê na ³ó¿ko. Nawet siê nie zorientowa³a, kiedy nadszed³ sen.

By³a sama w pokoju wspólnym i w³aœnie przed chwil¹ wróci³a z tajnej wycieczki do Hogsmeade. Odwiedzi³a Miodowe Królestwo i teraz mia³a siê zabraæ do pa³aszowania wszystkich tych s³odyczy, które ze sob¹ przynios³a. Kieszenie jej peleryny wrêcz pêka³y w szwach. Obci¹¿ona tym mi³ym ciê¿arem, zwali³a siê na najbli¿szy fotel i ju¿ siêga³a d³oni¹ do jednej z kieszeni, kiedy znów siê pojawi³. Zupe³nie jakby wyrós³ spod ziemi. Wood z tym swoim pe³nym dezaprobaty wzrokiem, który mia³ w niej wzbudzaæ poczucie winny. Niestety, tego nie robi³. Teraz te¿ nie czu³a siê winna. Ani trochê. Z³apa³ j¹ za rêkê i postawi³ na nogi. Zupe³nie os³upia³a, sta³a niczym baranek przed rzeŸni¹. Zdj¹³ z niej pelerynê i odrzuci³ w ty³ tak, ¿e wylecia³a wraz z ca³¹ zawartoœci¹ przez okno. To obudzi³o j¹ z letargu. Zacisnê³a piêœci i zebra³a w sobie ca³¹ swoj¹ si³ê. Wyobra¿aj¹c sobie, ¿e trzyma w rêku kafel, wziê³a zamach praw¹ piêœci¹ i...znowu to zrobi³a. Tak jak w poprzednich snach na jawie (no dobra, by³o ich wiêcej, ni¿ tylko ten na Historii Magii) rzuci³a mu siê na szyjê i zaczê³a ca³owaæ. Niczym szalona przycisnê³a jego g³owê do swojej i...obudzi³a siê ca³a zlana potem. Sta³o siê najgorsze. Teraz ju¿ nawet noc¹ nie by³a bezpieczna. Bezczeœci³ wszystkie jej senne marzenia w tak obrzydliwy sposób, ¿e a¿ dostawa³a gêsiej skórki na myœl o tym. Przecie¿ nigdy nie myœla³a o Woodzie jako o facecie. By³ po prostu jej... zawaha³a siê na chwilê, po prostu kapitanem dru¿yny Gryffindoru. Usiad³a na ³ó¿ku i rozejrza³a siê dooko³a. We wszystkich ³ó¿kach by³y ju¿ zaci¹gniête zas³ony. Jej wspó³lokatorki spa³y. Po cichu zsunê³a siê z ³ó¿ka i ruszy³a do ³azienki. Musia³a wzi¹æ k¹piel.

Nastêpnego dnia przy œniadaniu by³a kompletnie roztrzêsiona. O ma³o nie uciek³a od sto³u, kiedy Oliver usiad³ ko³o niej, by porozmawiaæ z Angelin¹. To by³o okropne. Mia³a za sob¹ koszmarn¹ noc, ba³a siê znów zasn¹æ, w obawie przed nastêpnym horrorem z Woodem w roli g³ównej. Teraz ledwo widzia³a na oczy, a do tego wszystkiego wszyscy na ni¹ patrzyli. No dobra, nie wszyscy, tylko Fred i George, i wcale jej siê to nie podoba³o.

Angelina po raz kolejny postanowi³a przedyskutowaæ z Oliverem kwestiê nowego programu szkoleniowego. Notoryczny brak cukru w jej podstawowej diecie zaczyna³ byæ co najmniej denerwuj¹cy. Mia³a problemy z koncentracj¹, a wczoraj o ma³o nie rzuci³a siê na Goyle'a, chc¹c odebraæ mu kremówkê. Na szczêœcie albo nieszczêœcie pojawi³a siê Alicja i zrezygnowa³a, choæ z oporem, z tego zamiaru. Teraz zamierza³a przeprowadziæ rzeczow¹ rozmowê ze swoim kapitanem:

- Wood daj sobie spokój z t¹ diet¹ albo zrobiê z ciebie wycieraczkê do pokoju wspólnego!- wypali³a, jak tylko usiad³ ko³o niej.

- Nie ma mowy - odpar³ spokojnie "zagadniêty", po czym na³o¿y³ sobie solidn¹ porcjê owsianki.

- Wood, nie przeginaj, chcesz nas doprowadziæ do ostatecznoœci?!- twarz Angeliny zaczê³a czerwieniæ siê z gniewu.

- Chcê zrobiæ z was najlepsz¹ dru¿ynê, jaka kiedykolwiek gra³a w barwach Gryffindoru - oczy Wooda znów zap³onê³y tym chorobliwym blaskiem, który sprawia³, ¿e przechodzi³y j¹ ciarki. - Bêdziemy niepokonani, jak precyzyjny szwajcarski zegar. Nikt nie doroœnie nam nawet do piêt...

- Zginiemy - westchnê³a Alicja na pró¿no wypatruj¹c marmolady na swoim toœcie.

Po drugiej stronie sto³u Harry wpatrywa³ siê w Wooda z mordem w oczach. Jego palce zaciska³y siê coraz mocniej i mocniej na znajduj¹cym siê w nich widelcu. Wieñcz¹cy go wczeœniej kawa³ek melona wyl¹dowa³ na stole z cichutkim pacniêciem. Ron z wypchan¹ buzi¹ chcia³ w³aœnie coœ powiedzieæ do niego, kiedy odezwa³a siê Hermiona:

- Harry nie denerwuj siê - stara³a siê go uspokoiæ.- Ta dieta doskonale wp³ynie na twój uk³ad kr¹¿enia....

Kostki Harrego zbiela³y zupe³nie. Rêka trzymaj¹ca widelec zaczê³a niebezpiecznie dr¿eæ.

- Miona, padnij - wybe³kota³ Ron i da³ nura pod stó³.

Hermiona próbowa³a sobie szybko przypomnieæ jakieœ uspokajaj¹ce zaklêcie, ale rzuciwszy okiem w stronê Harry'ego, da³a sobie spokój i te¿ posz³a w œlady Rona. Po chwili oboje us³yszeli jak widelec wbi³ siê w stó³ tu¿ nad ich g³owami.

- To siê musi skoñczyæ - wymrucza³ Ron, wystawiaj¹c g³owê by sprawdziæ sytuacjê na froncie. - Bezpiecznie - powiedzia³, wracaj¹c pod stó³, po czym wysun¹³ siê tym razem ca³y i wróci³ do pa³aszowania œniadania.

Hermiona w milczeniu pod¹¿y³a w jego œlady. To siê rzeczywiœcie musia³o skoñczyæ, inaczej pewnego ranka lub w innej porze posi³ku zgin¹ tragicznie w wyniku ran zadanych sztuæcem.

Rozmowa Angeliny z Woodem, a raczej monolog tego drugiego, dobieg³ koñca i zainteresowani zaczêli opuszczaæ Wielk¹ Salê.