III. Czasami los sam sobie pomaga?
By³ ju¿ póŸny wieczór, kiedy w progu biblioteki pojawili siê Fred i George. Rozejrzeli siê uwa¿nie po wnêtrzu, po czym odezwa³ siê Fred :
- Dobra, czysto. Idziemy.
George tylko przytakn¹³ i pod¹¿y³ za bratem. Klucz¹c pomiêdzy stolikami skierowali kroki najpierw do sekcji "Literatura nie ca³kiem powa¿na", w której byli czêstymi goœæmi, jednak tu¿ przed ni¹ nagle zrobili zwrot i zag³êbili siê w dziale poœwiêconym dzie³om z dziedziny zaklêæ i uroków. Za drugim rega³em skrêcili w lewo i minêli dwa dzia³y, potem zrobili jeszcze jeden zwrot i znów zag³êbili siê w innym dziale. Kr¹¿yli tak jeszcze chwilê, staraj¹c siê przy tym nie wzbudzaæ niczyich podejrzeñ. W koñcu dotarli do celu. Nad pó³kami wisia³a tabliczka z napisem "Literatura romantyczna". Tym razem George sprawdzi³ teren wychylaj¹c siê spomiêdzy pó³ek, po czym skin¹³ na Freda i przys³aniaj¹c sobie twarz d³oni¹ doda³ cicho:
- Szybciej Fred, bo jeszcze ktoœ nas zobaczy.
- Dobra, dobra. Myœlisz, ze to takie proste. Od tych tytu³ów ju¿ mnie mdli.
- To nie czytaj.
- No to jak mam wybieraæ?
- Bierz...Shhhh...cicho s³yszysz?
- Co?
- SiedŸ cicho i s³uchaj!
- Nic nie s³yszê!
George zirytowany z³apa³ brata za sweter i przyci¹gn¹³ go bli¿ej do siebie:
- A teraz?
- Jakby ktoœ kogoœ...o fuj...ca³owa³!
- W³aœnie!
- Ciekawe kto?! - oczy Freda zap³onê³y niczym dwie halogenowe lampy.
Powoli, st¹paj¹c na koniuszkach palców, podeszli do koñca rega³ów i wychylili siê, zagl¹daj¹c do nastêpnego dzia³u.
- Ohyda! - wyszepta³ Fred, ale nie odrywa³ oczu od rozgrywaj¹cej siê przed nimi sceny.
- Shhhhhhh.... - George szarpn¹³ go za rêkaw i przy³o¿y³ wymownie palec do ust.
Zaledwie kilka kroków od nich Draco Malfoy bada³ jêzykiem szczegó³y anatomiczne jamy ustnej (i pewnie migda³ków) Pansy Parkinson. Byli tak poch³oniêci tym zajêciem, ¿e zupe³nie nie zdawali sobie sprawy z dwóch par oczu przygl¹daj¹cych im siê z zafascynowaniem pomieszanym z obrzydzeniem i jeszcze kilkoma sprzecznymi uczuciami. Nagle cia³o Malfoya zaczê³o odrywaæ siê od cia³a Parkinson i bliŸniacy dali nura z powrotem do dzia³u "Literatura romantyczna", dos³ownie w ostatniej chwili. Odczekali chwilê a¿ Pansy przestanie szczebiotaæ, jak wspaniale by³o tym razem, omal nie krztusz¹c siê ze œmiechu, po czym pospiesznie zebrali ksi¹¿ki wybrane wczeœniej przez Freda i "bocznymi drogami" pospieszyli do kontuaru, przy którym królowa³a pani Pince. Obydwaj najpierw spojrzeli na boki, po czym Fred szybko przesun¹³ ksi¹¿ki po ladzie w kierunku bibliotekarki, mamrocz¹c:
- To dla siostry.
Pani Pince spojrza³a na nich, co prawda sceptycznie, ale nie skomentowa³a wybranej lektury. No có¿, by³a przyzwyczajona do ró¿nych, mniej lub bardziej oryginalnych gustów czytelniczych. Zapisa³a ksi¹¿ki w ich karcie i przesunê³a z powrotem w stronê Freda, który za³apa³ je szybko i schowa³ pod sweter. Po chwili ju¿ obu bliŸniaków nie by³o.
Nocne niebo nad Hogwartem zasnu³y chmury i zerwa³ siê wiatr. Hucza³ w szczelinach murów i wy³ przeraŸliwie, gnaj¹c korytarzami. Pochodnie migota³y i pewnie wiele z nich by zgas³o, gdyby nie by³y magiczne. Wszyscy spali, nawet Filchowi nie chcia³o siê w tak¹ noc patrolowaæ zamku. Tylko w jednym z dormitoriów Gryfonów s³ychaæ by³o zag³uszane wiatrem szepty, dobiegaj¹ce zza kotar jednego z ³ó¿ek.
- Fred, uwa¿aj gdzie œwiecisz. Wyd³ubiesz mi oko!
- To sam sobie œwieæ!
- Nie musisz siê zaraz obra¿aæ!
- To nie marudŸ!
- Na brodê Merlina! Jak mo¿na coœ takiego czytaæ z w³asnej woli i dla przyjemnoœci!?
- Nie wiem i chyba potrzebujê torebki!
- Po co?
- Nudnoœci!
- Trzymaj siê brachu! To dla dobra sprawy!
- Trzymam, trzymam... Merlinie ratuj!
Zaszeleœci³y kartki ksi¹¿ek, znów zaczê³y siê pojêkiwania i s³owa otuchy. Potrzebowali ich bardzo. Ju¿ pó³ nocy spêdzili na czytaniu wypo¿yczonych romansów. Dziêki nim mieli nadziejê zdobyæ odpowiedni¹ wiedzê, niezbêdn¹ do roli swata. Zamierzali po³o¿yæ kres niewolnictwu i tyranii. Doprowadziæ do zniesienia kator¿niczej diety i zaprowadziæ pokój na œwiecie. No mo¿e z tym ostatnim to ju¿ przesada, ale wszystkie wczeœniejsze postulaty na pewno. Wystarczy³o tylko znaleŸæ Oliverowi dziewczynê. Tê ju¿ mieli upatrzon¹. Teraz nale¿a³o przyst¹piæ do drugiej czêœci planu - randka, buziaki i œwiêty spokój. Pracowali wiêc w pocie czo³a i coraz wiêkszymi wypiekami na twarzy. Zarwana noc nie mia³a znaczenia, tu chodzi³o o prawa ¿o³¹dka do wolnoœci w otrzymywanych posi³kach.
Mija³y dni a ¿ycie dalej bieg³o swoim zwyczajowym trybem. Fred i George zarywali noce pod ko³dr¹ i ju¿ dwa razy w ci¹gu tego tygodnia odwiedzili dzia³ "Literatura romantyczna". Zaprzeczali jednak gorliwie jakimkolwiek pog³oskom o zami³owaniu do niej. To przecie¿ zniszczy³oby ich reputacjê. Angelina nadal prowadzi³a "rzeczowe rozmowy" z Woodem, a Hermiona spêdza³a sporo czasu na wertowaniu ksi¹¿ek z zaklêciami, szczególnie po tym jak Harry o w³os min¹³ widelcem rêkê Rona. Ch³opak Alicji, Doug Payne, zacz¹³ jej unikaæ, po tym jak na œrodku wielkiego holu b³aga³a go na kolanach o kawa³ek czekolady. Do tego Wood zacz¹³ mu siê przygl¹daæ wzrokiem, który zdecydowanie mu siê nie podoba³. Bior¹c pod uwagê, ¿e kapitan Gryffindoru by³ od niego o g³owê wy¿szy i zdecydowanie bardziej barczysty. Katie pogr¹¿a³a siê coraz bardziej w swoim ob³êdzie i w pi¹tkowy wieczór postanowi³a stanowczo coœ z tym zrobiæ. Zlikwidowaæ problem dziennych i nocnych koszmarów z Woodem w roli g³ównej nale¿a³o w sposób bardzo prosty - dostarczyæ biednemu, ob³¹kanemu organizmowi cukru w jego najczystszej, jedynej i prawdziwej postaci, czyli ciastek, s³odyczy i innych ³akoci. Wood przecie¿ nie by³ z ¿elaza, wiêc kiedyœ musi spaæ. Zdecydowa³a, i¿ najbardziej bezpieczn¹ por¹ bêdzie godzina druga w nocy. Zachowuj¹c pozory, umy³a siê i przebra³a w strój do spania, po czym wraz z innymi uda³a na spoczynek. Nie zmru¿y³a jednak oka. Nie mog³a. To w³aœnie dziœ po d³ugich tygodniach cierpienia mia³a w koñcu zdobyæ to, o czym marzy³a. Niecierpliwie liczy³a minuty, póŸniej godziny, a¿ w koñcu wybi³a druga. Mo¿liwie jak najciszej wysunê³a siê z ³ó¿ka, wziê³a kapcie do rêki, by jej nie zdradzi³y zbyt g³oœnym k³apaniem i ruszy³a do drzwi. Zatrzyma³a siê na chwilê nas³uchuj¹c, po czym uznawszy, i¿ droga jest wolna, ruszy³a na dó³ do pokoju wspólnego. By³a ju¿ w po³owie schodów, kiedy go zobaczy³a. Sta³ tam oœwietlony md³¹ poœwiat¹ z kominka, z rêkoma za³o¿onymi na piersi. I czeka³. To by³o jak zag³ada dinozaurów, olbrzymi meteoryt uderzy³ w ni¹ i przygniót³ do ziemi. Czu³a jak uchodzi z niej powietrze. Zanim jednak dopad³a j¹ totalna rozpacz, gdzieœ w zakamarkach mózgu odezwa³ siê instynkt przetrwania; mówi³ "Zniszcz go!" Tak w³aœnie zrobi! Przejdzie po nim niczym taran, wciœnie go w dywan, zmia¿d¿y, po prostu zniszczy. Bez chwili namys³u ruszy³a do ataku. Unios³a rêce, w których nadal trzyma³a kapcie i z dzikim b³yskiem w oczach zaszar¿owa³a. Brakowa³o jedynie wojennego okrzyku. Na szczêœcie mocno zacisnê³a zêby.
To by³o koszmarne zakoñczenie dnia. Dosta³ szlaban u Snapea i spêdzi³ w lochu ca³¹ wiecznoœæ. Teraz by³a druga w nocy i skonany wraca³ do dormitorium. Bola³ go krêgos³up, kolana i rêce, a d³oni, od szorowania ³awek i pod³ogi, praktycznie nie czu³. Niczego bardziej w tej chwili nie pragn¹³ jak przy³o¿yæ g³owê do poduszki i zasn¹æ. Rano musia³ byæ w pe³ni si³, w koñcu mieli kolejny trening, a on by³ odpowiedzialny za dru¿ynê. Zachowywali siê gorzej ni¿ ma³e dzieci. Nie móg³ zrozumieæ, dlaczego nie chc¹ dostrzec korzyœci, jakie ju¿ zaczê³y p³yn¹æ z nowego programu treningowego. Byli zdecydowanie ostrzejsi, dynamiczni i zdeterminowani. Rozwa¿a³ w³aœnie kwestiê wprowadzenia kilku drobnych poprawek, kiedy nagle zobaczy³ kogoœ schodz¹cego schodami z dormitorium dziewczyn. W pierwszym momencie jej nie pozna³, po chwili jednak rozpozna³ w owej damskiej istocie Katie Bell.
"Pewnie znów próbuje omin¹æ dietetyczne zalecenia i dobraæ siê do jakiœ s³odyczy!", pomyœla³. W³aœnie mia³ zwróciæ jej uwagê, i¿ jest to bardzo, ale to bardzo karygodne i powinna siê wstydziæ swojej s³aboœci, kiedy zauwa¿y³, ¿e coœ jest nie tak. I to zdrowo nie tak. Katie najpierw zatrzyma³a siê w pó³ kroku, a póŸniej z morderczym b³yskiem w oczach i uniesionymi piêœciami, w których mia³a jakieœ (pewnie niebezpieczne) przedmioty, rzuci³a siê w jego kierunku. Zdêbia³. Jeszcze nigdy nie by³ tak bezradny jak teraz. Zamiast uciekaæ, odsun¹æ siê czy choæby wydaæ z siebie jakiœ dŸwiêk, po prostu sta³ i czeka³. Nie wiedz¹c w zasadzie, na co. By³a ju¿ bardzo blisko i wcale nie zamierza³a siê zatrzymaæ. Wygl¹da³o na to, ¿e ona naprawdê chce go staranowaæ czy coœ w tym rodzaju. Musia³a byæ w amoku. Zanim wyprostowa³ rêce, by j¹ przed tym, co zamierza³a zrobiæ, rzuci³a siê na niego. Czeka³ na ból. Jednak siê nie doczeka³. Zamiast tego miêkkie kobiece usta dotknê³y jego ust. By³y ciep³e i wilgotne, i takie przyjemne w dotyku. Ona go ca³owa³a. Nie zastanawiaj¹c siê nad tym, co robi oplót³ j¹ ramionami i odda³ poca³unek. To by³o wspania³e uczucie, prawie tak wspania³e jak zdobycie Pucharu Quidditcha, tylko..."Dlaczego ona to robi?", kiedy to pytanie przemknê³o przez jego myœli, delikatnie oderwa³ siê od niej i patrz¹c w oczy zacz¹³:
- Katie...
Delikatna mgie³ka zasnuwaj¹ca jej oczy i umys³ rozwia³a siê pod wp³ywem czyjœ s³ów. Ktoœ do niej mówi³. Zamruga³a rozczarowana, usi³uj¹c siê skupiæ na Ÿródle dŸwiêku. Nagle zobaczy³a, zaledwie kilka centymetrów od swojej twarzy, twarz Olivera Wooda. "Na Merlina! Co ja takiego zrobi³am?", przez chwilê próbowa³a sobie przypomnieæ wydarzenia sprzed kilku minut. Schodzi³a na dó³, zobaczy³a Wooda i...poczu³a jak uczucia za¿enowania, wstydu i rozpaczy zalewaj¹ j¹ niczym fala powodziowa. Tym razem zrobi³a to naprawdê, nie tylko w swoich sennych marzeniach. Poca³owa³a go, a on odda³ jej poca³unek, teraz nadal wisia³a na jego szyi, a on czeka³. Pewnie chcia³ wiedzieæ, dlaczego to zrobi³a. Tylko, ¿e ona nie zna³a odpowiedzi na to pytanie. W przyp³ywie nag³ego geniuszu szepnê³a:
- Lunatykujê... - i czmychnê³a na górê.
- Ale... - chcia³ w koñcu zapytaæ, nie da³a mu szansy. - Lunatykujê? Dziwne.
Wzruszy³ ramionami i po chwili znikn¹³ za drzwiami swojego dormitorium. Dopiero, gdy po³o¿y³ siê ju¿ do ³ó¿ka, dotar³ do niego sens ca³ego wydarzenia. Przed chwil¹, zaledwie kilka minut temu, Katie Bell, ta Katie Bell bêd¹ca œcigaj¹cym w jego dru¿ynie, poca³owa³a go. No, najpierw siê na niego rzuci³a jakby chcia³a go zmieœæ z powierzchni ziemi, a potem po prostu - poca³owa³a. I jemu siê to nawet podoba³o. Nie ¿eby takie rzeczy go interesowa³y, ale to by³o, jak to siê mówi, przyjemne? No by³o przyjemne i nie mia³by nic przeciwko, gdyby zrobi³a to jeszcze raz. Z t¹ myœl¹ b³¹kaj¹c¹ siê w g³owie zasn¹³.
Prawie zaspa³. Po raz pierwszy w ca³ym swoim ¿yciu o ma³y w³os nie zaspa³ na trening. To by³o straszne. Nigdy nie mog³o siê powtórzyæ. Poza tym ca³¹ noc wierci³ siê we œnie i wci¹¿ budzi³ na wspomnienie tego, co sta³o siê w pokoju wspólnym. Po prostu nie móg³ o tym zapomnieæ. Ubieraj¹c siê pospiesznie postanowi³, ¿e poœwiêci godzinê wiêcej na osobisty trening i na pewno poczuje siê od razu lepiej. By³ tak zaaferowany swoimi myœlami, ¿e zapomnia³ zabraæ ochraniaczy i musia³ zawróciæ. W drodze na boisko do³¹czy³ do Freda i George'a. Jak zwykle wygl¹dali na zupe³nie zaspanych. To zaczyna³o byæ ju¿ podejrzane. Mo¿e powinien jeszcze raz sprawdziæ ich zalecenia dietetyczne i uzupe³niæ o jakieœ witaminy.
- Jak samopoczucie, ch³opaki? - zapyta³, klepi¹c ich w plecy.
- Œwietnie, maniaku... - mrukn¹³ Fred.
- Wspaniale....psychopato - zawtórowa³ mu George.
- To dobrze - odpar³ niewzruszony, z szerokim uœmiechem. Zdecydowanie brakowa³o im witamin.
Pewnie gdyby Fred i George nie mieli za sob¹ kolejnej zarwanej nocy, zaczêliby przekonywaæ Olivera o zupe³nej bezsensownoœci ca³ej tej diety i tak dalej. Niestety, w tej sytuacji zdo³ali jedynie zyskaæ powiêkszone porcje zieleniny i owoców na najbli¿sze posi³ki. Witaminy s¹ w koñcu bardzo wa¿ne dla organizmu sportowca. Pociech¹ dla nich mo¿e byæ fakt, ¿e nie musieli siê wcale wysiliæ, ¿eby to osi¹gn¹æ. Wood zostawi³ zaspanych bliŸniaków w przebieralni i od razu uda³ siê do czêœci szatni zarezerwowanej dla narad przed meczami. Na miejscu by³ ju¿ Potter i dziewczyny. Na szczêœcie ¿adne z nich nie zauwa¿y³o jego zbyt póŸnego przybycia na trening. Harry spogl¹da³ pustym wzrokiem na œcianê szatni. W jego zaspanym umyœle ko³ata³a jedynie jedna myœl, która jednak te¿ nie brzmia³a zbyt optymistycznie, jeœli spojrzeæ na realia: œniadanie. W zasadzie to ciê¿ko by³o nazwaæ te kilka ³y¿ek owsianki i dwa tosty bez mas³a z odrobin¹ marmolady œniadaniem. Popad³ wiêc w apatiê, z której wcale nie mia³ ochoty byæ wyrwanym. Alicja i Angelina nie wygl¹da³y wcale lepiej od Pottera. To by³ ju¿ prawie miesi¹c jak ostatni raz ich kubki smakowe mia³y tê rozkoszn¹ przyjemnoœæ poinformowaæ mózg o spo¿ywaniu czekolady. Poza tym ograniczenie spo¿ywania t³uszczów i du¿e iloœci warzyw dzia³a³y na nie deprymuj¹co, ³agodnie rzecz ujmuj¹c. W ich ju¿ w³aœciwie kobiecych umys³ach kie³kowa³y powoli, ale niestrudzenie myœli niezbyt zgodne z liter¹ prawa. Nieœwiadomy niczego Wood dolewa³ jeszcze oliwy do ognia, chwal¹c ich postêpy i stanowczo odmawiaj¹c choæby najl¿ejszego, najmniejszego z³agodzenia diety. Zupe³nie katastrofalnie przedstawia³a siê jednak dzisiaj rano psychika Katie. Po koszmarze minionej nocy czu³a siê zupe³nie za³amana, zdruzgotana i towarzysko skoñczona. Nie mog³a siê przecie¿ pokazywaæ na oczy Oliverowi, a musia³a przychodziæ na treningi. Ko³o siê zamyka³o a ona by³a w jego œrodku i popada³a coraz g³¹biej w ob³êd, przynajmniej we w³asnym mniemaniu. No, bo jak inaczej mo¿na nazwaæ sny na jawie, sny w ci¹gu nocy o Woodzie, no i jeszcze na dok³adkê rzucanie siê na niego niczym napalona kocica na kocura. To by³ ob³êd i wszystko z powodu g³upiej diety. Na dŸwiêk tego s³owa olbrzymia niczym Mount Everest nienawiœæ rozpala³a siê w niej do bia³oœci.
Do szatni wtoczyli siê Fred i George, i zajêli swoje miejsca, co w praktyce wygl¹da³o mniej wiêcej tak: zwalili siê z g³oœnym hukiem na najbli¿sz¹ ³awkê i po chwili zaczêli chrapaæ.
Wood móg³ rozpocz¹æ swoj¹ przedtreningow¹ odprawê. I zamierza³ to zrobiæ. Chcia³ im znów przypomnieæ jak doskonale im idzie na boisku, jak dobrze opanowali technikê, jak œwietnie ze sob¹ wspó³graj¹... no i jeszcze wiele innych rzeczy, tylko nie potrafi³ wydusiæ z siebie ani s³owa. A wszystko przez Katie. Nie wiadomo dlaczego, kiedy na ni¹ spojrza³, s³owa uwiêz³y mu w gardle. To, co siê sta³o zesz³ej nocy, pozostawi³o bardzo œwie¿e i realistyczne wspomnienia. No a te akurat teraz, w³aœnie w tym momencie musia³y daæ o sobie znaæ. Chrz¹kn¹³ i spróbowa³ jeszcze raz. Nic z tego, nadal mia³ pustkê w g³owie. No niezupe³nie pustkê, ale na pewno ¿aden z zebranych tu Gryfonów nie powinien us³yszeæ jego myœli. Po kolejnej nieudanej próbie da³ sobie spokój.
- Na boisko! - mrukn¹³ mo¿liwie najwyraŸniej, jak tylko w tej chwili i okolicznoœciach potrafi³ i wyszed³ na zewn¹trz, nie sprawdzaj¹c, czy pozostali id¹ za nim.
To by³ bardzo nietypowy trening. Zacz¹³ siê doœæ normalnie, ale potem... Oliver siedzia³ z twarz¹ ukryt¹ w d³oniach i rozpacza³ w zaciszu w³asnej duszy. Zaczêli od krótkiej rozgrzewki, potem trochê æwiczeñ rozci¹gaj¹cych i parê rundek w powietrzu. To ich obudzi³o, wiêc mogli przejœæ do czegoœ bardziej skomplikowanego. Œcigaj¹ce æwiczy³y w³aœnie now¹ kombinacjê zwodów, która powsta³a w jego g³owie podczas szlabanu u Snapea, kiedy to mu siê przytrafi³o. Zamiast skupiæ siê na wskazówkach i wy³apywaniu b³êdów, po prostu siê zamyœli³. Jego mózg przysta³ koncentrowaæ siê na tym, co najwa¿niejsze i Wood o ma³o nie spad³ z miot³y. Znów poczu³ jak siê czerwieni. W ca³ym swoim ¿yciu, odk¹d odkry³ po co siê urodzi³, nie zachowa³ siê tak nieprofesjonalnie, ¿enuj¹co i bezmyœlnie. No i jeszcze ca³a dru¿yna to zobaczy³a. Straci³ respekt jako ich kapitan i pewnie nigdy wiêcej go nie odzyska. Zawsze wiedzia³, i¿ kobiety poza boiskiem do gry powinno trzymaæ siê w zamkniêciu. A ju¿ na pewno nie powinno im siê pozwalaæ na ca³owanie facetów. To jest sprzeczne z natur¹. Potem o niczym innym ten biedny, napastowany mê¿czyzna nie potrafi myœleæ i...tak ju¿ siê to koñczy. Jeœli natychmiast nie przestanie myœleæ o Katie i jej poca³unku, to ju¿ nigdy nie bêdzie móg³ zagraæ w quidditcha i jego ¿ycie legnie w gruzach. Zreszt¹ ju¿ teraz popad³o w ruinê. K³êbi¹ce siê w g³owie Wooda myœli stawa³y siê to bardziej czarne, to lekko szarawe, ale nie uda³o mu siê choæ odrobinê odzyskaæ dobrego samopoczucia. Jego totalny brak odpornoœci na pora¿ki znów przywiód³ go na skraj przepaœci i pcha³ do samozag³ady. Spêdzi³ w szatni kilka godzin i dopiero popo³udniu z ciê¿kim sercem wywlók³ siê z niej, by pogr¹¿yæ siê ponownie w rozpaczy w zaciszu w³asnego ³ó¿ka. Opuœci³ wszystkie posi³ki, co sprawi³o, ¿e atmosfera przy stole Gryffindoru by³a trochê mniej napiêta. Przynajmniej nikt nie podnosi³ g³osu, gro¿¹c komuœ zawartoœci¹ talerza ani nie u¿ywa³ ostrych narzêdzi sto³owych do celów, dla których nie zosta³y wymyœlone.
By³ ju¿ póŸny wieczór, kiedy w progu biblioteki pojawili siê Fred i George. Rozejrzeli siê uwa¿nie po wnêtrzu, po czym odezwa³ siê Fred :
- Dobra, czysto. Idziemy.
George tylko przytakn¹³ i pod¹¿y³ za bratem. Klucz¹c pomiêdzy stolikami skierowali kroki najpierw do sekcji "Literatura nie ca³kiem powa¿na", w której byli czêstymi goœæmi, jednak tu¿ przed ni¹ nagle zrobili zwrot i zag³êbili siê w dziale poœwiêconym dzie³om z dziedziny zaklêæ i uroków. Za drugim rega³em skrêcili w lewo i minêli dwa dzia³y, potem zrobili jeszcze jeden zwrot i znów zag³êbili siê w innym dziale. Kr¹¿yli tak jeszcze chwilê, staraj¹c siê przy tym nie wzbudzaæ niczyich podejrzeñ. W koñcu dotarli do celu. Nad pó³kami wisia³a tabliczka z napisem "Literatura romantyczna". Tym razem George sprawdzi³ teren wychylaj¹c siê spomiêdzy pó³ek, po czym skin¹³ na Freda i przys³aniaj¹c sobie twarz d³oni¹ doda³ cicho:
- Szybciej Fred, bo jeszcze ktoœ nas zobaczy.
- Dobra, dobra. Myœlisz, ze to takie proste. Od tych tytu³ów ju¿ mnie mdli.
- To nie czytaj.
- No to jak mam wybieraæ?
- Bierz...Shhhh...cicho s³yszysz?
- Co?
- SiedŸ cicho i s³uchaj!
- Nic nie s³yszê!
George zirytowany z³apa³ brata za sweter i przyci¹gn¹³ go bli¿ej do siebie:
- A teraz?
- Jakby ktoœ kogoœ...o fuj...ca³owa³!
- W³aœnie!
- Ciekawe kto?! - oczy Freda zap³onê³y niczym dwie halogenowe lampy.
Powoli, st¹paj¹c na koniuszkach palców, podeszli do koñca rega³ów i wychylili siê, zagl¹daj¹c do nastêpnego dzia³u.
- Ohyda! - wyszepta³ Fred, ale nie odrywa³ oczu od rozgrywaj¹cej siê przed nimi sceny.
- Shhhhhhh.... - George szarpn¹³ go za rêkaw i przy³o¿y³ wymownie palec do ust.
Zaledwie kilka kroków od nich Draco Malfoy bada³ jêzykiem szczegó³y anatomiczne jamy ustnej (i pewnie migda³ków) Pansy Parkinson. Byli tak poch³oniêci tym zajêciem, ¿e zupe³nie nie zdawali sobie sprawy z dwóch par oczu przygl¹daj¹cych im siê z zafascynowaniem pomieszanym z obrzydzeniem i jeszcze kilkoma sprzecznymi uczuciami. Nagle cia³o Malfoya zaczê³o odrywaæ siê od cia³a Parkinson i bliŸniacy dali nura z powrotem do dzia³u "Literatura romantyczna", dos³ownie w ostatniej chwili. Odczekali chwilê a¿ Pansy przestanie szczebiotaæ, jak wspaniale by³o tym razem, omal nie krztusz¹c siê ze œmiechu, po czym pospiesznie zebrali ksi¹¿ki wybrane wczeœniej przez Freda i "bocznymi drogami" pospieszyli do kontuaru, przy którym królowa³a pani Pince. Obydwaj najpierw spojrzeli na boki, po czym Fred szybko przesun¹³ ksi¹¿ki po ladzie w kierunku bibliotekarki, mamrocz¹c:
- To dla siostry.
Pani Pince spojrza³a na nich, co prawda sceptycznie, ale nie skomentowa³a wybranej lektury. No có¿, by³a przyzwyczajona do ró¿nych, mniej lub bardziej oryginalnych gustów czytelniczych. Zapisa³a ksi¹¿ki w ich karcie i przesunê³a z powrotem w stronê Freda, który za³apa³ je szybko i schowa³ pod sweter. Po chwili ju¿ obu bliŸniaków nie by³o.
Nocne niebo nad Hogwartem zasnu³y chmury i zerwa³ siê wiatr. Hucza³ w szczelinach murów i wy³ przeraŸliwie, gnaj¹c korytarzami. Pochodnie migota³y i pewnie wiele z nich by zgas³o, gdyby nie by³y magiczne. Wszyscy spali, nawet Filchowi nie chcia³o siê w tak¹ noc patrolowaæ zamku. Tylko w jednym z dormitoriów Gryfonów s³ychaæ by³o zag³uszane wiatrem szepty, dobiegaj¹ce zza kotar jednego z ³ó¿ek.
- Fred, uwa¿aj gdzie œwiecisz. Wyd³ubiesz mi oko!
- To sam sobie œwieæ!
- Nie musisz siê zaraz obra¿aæ!
- To nie marudŸ!
- Na brodê Merlina! Jak mo¿na coœ takiego czytaæ z w³asnej woli i dla przyjemnoœci!?
- Nie wiem i chyba potrzebujê torebki!
- Po co?
- Nudnoœci!
- Trzymaj siê brachu! To dla dobra sprawy!
- Trzymam, trzymam... Merlinie ratuj!
Zaszeleœci³y kartki ksi¹¿ek, znów zaczê³y siê pojêkiwania i s³owa otuchy. Potrzebowali ich bardzo. Ju¿ pó³ nocy spêdzili na czytaniu wypo¿yczonych romansów. Dziêki nim mieli nadziejê zdobyæ odpowiedni¹ wiedzê, niezbêdn¹ do roli swata. Zamierzali po³o¿yæ kres niewolnictwu i tyranii. Doprowadziæ do zniesienia kator¿niczej diety i zaprowadziæ pokój na œwiecie. No mo¿e z tym ostatnim to ju¿ przesada, ale wszystkie wczeœniejsze postulaty na pewno. Wystarczy³o tylko znaleŸæ Oliverowi dziewczynê. Tê ju¿ mieli upatrzon¹. Teraz nale¿a³o przyst¹piæ do drugiej czêœci planu - randka, buziaki i œwiêty spokój. Pracowali wiêc w pocie czo³a i coraz wiêkszymi wypiekami na twarzy. Zarwana noc nie mia³a znaczenia, tu chodzi³o o prawa ¿o³¹dka do wolnoœci w otrzymywanych posi³kach.
Mija³y dni a ¿ycie dalej bieg³o swoim zwyczajowym trybem. Fred i George zarywali noce pod ko³dr¹ i ju¿ dwa razy w ci¹gu tego tygodnia odwiedzili dzia³ "Literatura romantyczna". Zaprzeczali jednak gorliwie jakimkolwiek pog³oskom o zami³owaniu do niej. To przecie¿ zniszczy³oby ich reputacjê. Angelina nadal prowadzi³a "rzeczowe rozmowy" z Woodem, a Hermiona spêdza³a sporo czasu na wertowaniu ksi¹¿ek z zaklêciami, szczególnie po tym jak Harry o w³os min¹³ widelcem rêkê Rona. Ch³opak Alicji, Doug Payne, zacz¹³ jej unikaæ, po tym jak na œrodku wielkiego holu b³aga³a go na kolanach o kawa³ek czekolady. Do tego Wood zacz¹³ mu siê przygl¹daæ wzrokiem, który zdecydowanie mu siê nie podoba³. Bior¹c pod uwagê, ¿e kapitan Gryffindoru by³ od niego o g³owê wy¿szy i zdecydowanie bardziej barczysty. Katie pogr¹¿a³a siê coraz bardziej w swoim ob³êdzie i w pi¹tkowy wieczór postanowi³a stanowczo coœ z tym zrobiæ. Zlikwidowaæ problem dziennych i nocnych koszmarów z Woodem w roli g³ównej nale¿a³o w sposób bardzo prosty - dostarczyæ biednemu, ob³¹kanemu organizmowi cukru w jego najczystszej, jedynej i prawdziwej postaci, czyli ciastek, s³odyczy i innych ³akoci. Wood przecie¿ nie by³ z ¿elaza, wiêc kiedyœ musi spaæ. Zdecydowa³a, i¿ najbardziej bezpieczn¹ por¹ bêdzie godzina druga w nocy. Zachowuj¹c pozory, umy³a siê i przebra³a w strój do spania, po czym wraz z innymi uda³a na spoczynek. Nie zmru¿y³a jednak oka. Nie mog³a. To w³aœnie dziœ po d³ugich tygodniach cierpienia mia³a w koñcu zdobyæ to, o czym marzy³a. Niecierpliwie liczy³a minuty, póŸniej godziny, a¿ w koñcu wybi³a druga. Mo¿liwie jak najciszej wysunê³a siê z ³ó¿ka, wziê³a kapcie do rêki, by jej nie zdradzi³y zbyt g³oœnym k³apaniem i ruszy³a do drzwi. Zatrzyma³a siê na chwilê nas³uchuj¹c, po czym uznawszy, i¿ droga jest wolna, ruszy³a na dó³ do pokoju wspólnego. By³a ju¿ w po³owie schodów, kiedy go zobaczy³a. Sta³ tam oœwietlony md³¹ poœwiat¹ z kominka, z rêkoma za³o¿onymi na piersi. I czeka³. To by³o jak zag³ada dinozaurów, olbrzymi meteoryt uderzy³ w ni¹ i przygniót³ do ziemi. Czu³a jak uchodzi z niej powietrze. Zanim jednak dopad³a j¹ totalna rozpacz, gdzieœ w zakamarkach mózgu odezwa³ siê instynkt przetrwania; mówi³ "Zniszcz go!" Tak w³aœnie zrobi! Przejdzie po nim niczym taran, wciœnie go w dywan, zmia¿d¿y, po prostu zniszczy. Bez chwili namys³u ruszy³a do ataku. Unios³a rêce, w których nadal trzyma³a kapcie i z dzikim b³yskiem w oczach zaszar¿owa³a. Brakowa³o jedynie wojennego okrzyku. Na szczêœcie mocno zacisnê³a zêby.
To by³o koszmarne zakoñczenie dnia. Dosta³ szlaban u Snapea i spêdzi³ w lochu ca³¹ wiecznoœæ. Teraz by³a druga w nocy i skonany wraca³ do dormitorium. Bola³ go krêgos³up, kolana i rêce, a d³oni, od szorowania ³awek i pod³ogi, praktycznie nie czu³. Niczego bardziej w tej chwili nie pragn¹³ jak przy³o¿yæ g³owê do poduszki i zasn¹æ. Rano musia³ byæ w pe³ni si³, w koñcu mieli kolejny trening, a on by³ odpowiedzialny za dru¿ynê. Zachowywali siê gorzej ni¿ ma³e dzieci. Nie móg³ zrozumieæ, dlaczego nie chc¹ dostrzec korzyœci, jakie ju¿ zaczê³y p³yn¹æ z nowego programu treningowego. Byli zdecydowanie ostrzejsi, dynamiczni i zdeterminowani. Rozwa¿a³ w³aœnie kwestiê wprowadzenia kilku drobnych poprawek, kiedy nagle zobaczy³ kogoœ schodz¹cego schodami z dormitorium dziewczyn. W pierwszym momencie jej nie pozna³, po chwili jednak rozpozna³ w owej damskiej istocie Katie Bell.
"Pewnie znów próbuje omin¹æ dietetyczne zalecenia i dobraæ siê do jakiœ s³odyczy!", pomyœla³. W³aœnie mia³ zwróciæ jej uwagê, i¿ jest to bardzo, ale to bardzo karygodne i powinna siê wstydziæ swojej s³aboœci, kiedy zauwa¿y³, ¿e coœ jest nie tak. I to zdrowo nie tak. Katie najpierw zatrzyma³a siê w pó³ kroku, a póŸniej z morderczym b³yskiem w oczach i uniesionymi piêœciami, w których mia³a jakieœ (pewnie niebezpieczne) przedmioty, rzuci³a siê w jego kierunku. Zdêbia³. Jeszcze nigdy nie by³ tak bezradny jak teraz. Zamiast uciekaæ, odsun¹æ siê czy choæby wydaæ z siebie jakiœ dŸwiêk, po prostu sta³ i czeka³. Nie wiedz¹c w zasadzie, na co. By³a ju¿ bardzo blisko i wcale nie zamierza³a siê zatrzymaæ. Wygl¹da³o na to, ¿e ona naprawdê chce go staranowaæ czy coœ w tym rodzaju. Musia³a byæ w amoku. Zanim wyprostowa³ rêce, by j¹ przed tym, co zamierza³a zrobiæ, rzuci³a siê na niego. Czeka³ na ból. Jednak siê nie doczeka³. Zamiast tego miêkkie kobiece usta dotknê³y jego ust. By³y ciep³e i wilgotne, i takie przyjemne w dotyku. Ona go ca³owa³a. Nie zastanawiaj¹c siê nad tym, co robi oplót³ j¹ ramionami i odda³ poca³unek. To by³o wspania³e uczucie, prawie tak wspania³e jak zdobycie Pucharu Quidditcha, tylko..."Dlaczego ona to robi?", kiedy to pytanie przemknê³o przez jego myœli, delikatnie oderwa³ siê od niej i patrz¹c w oczy zacz¹³:
- Katie...
Delikatna mgie³ka zasnuwaj¹ca jej oczy i umys³ rozwia³a siê pod wp³ywem czyjœ s³ów. Ktoœ do niej mówi³. Zamruga³a rozczarowana, usi³uj¹c siê skupiæ na Ÿródle dŸwiêku. Nagle zobaczy³a, zaledwie kilka centymetrów od swojej twarzy, twarz Olivera Wooda. "Na Merlina! Co ja takiego zrobi³am?", przez chwilê próbowa³a sobie przypomnieæ wydarzenia sprzed kilku minut. Schodzi³a na dó³, zobaczy³a Wooda i...poczu³a jak uczucia za¿enowania, wstydu i rozpaczy zalewaj¹ j¹ niczym fala powodziowa. Tym razem zrobi³a to naprawdê, nie tylko w swoich sennych marzeniach. Poca³owa³a go, a on odda³ jej poca³unek, teraz nadal wisia³a na jego szyi, a on czeka³. Pewnie chcia³ wiedzieæ, dlaczego to zrobi³a. Tylko, ¿e ona nie zna³a odpowiedzi na to pytanie. W przyp³ywie nag³ego geniuszu szepnê³a:
- Lunatykujê... - i czmychnê³a na górê.
- Ale... - chcia³ w koñcu zapytaæ, nie da³a mu szansy. - Lunatykujê? Dziwne.
Wzruszy³ ramionami i po chwili znikn¹³ za drzwiami swojego dormitorium. Dopiero, gdy po³o¿y³ siê ju¿ do ³ó¿ka, dotar³ do niego sens ca³ego wydarzenia. Przed chwil¹, zaledwie kilka minut temu, Katie Bell, ta Katie Bell bêd¹ca œcigaj¹cym w jego dru¿ynie, poca³owa³a go. No, najpierw siê na niego rzuci³a jakby chcia³a go zmieœæ z powierzchni ziemi, a potem po prostu - poca³owa³a. I jemu siê to nawet podoba³o. Nie ¿eby takie rzeczy go interesowa³y, ale to by³o, jak to siê mówi, przyjemne? No by³o przyjemne i nie mia³by nic przeciwko, gdyby zrobi³a to jeszcze raz. Z t¹ myœl¹ b³¹kaj¹c¹ siê w g³owie zasn¹³.
Prawie zaspa³. Po raz pierwszy w ca³ym swoim ¿yciu o ma³y w³os nie zaspa³ na trening. To by³o straszne. Nigdy nie mog³o siê powtórzyæ. Poza tym ca³¹ noc wierci³ siê we œnie i wci¹¿ budzi³ na wspomnienie tego, co sta³o siê w pokoju wspólnym. Po prostu nie móg³ o tym zapomnieæ. Ubieraj¹c siê pospiesznie postanowi³, ¿e poœwiêci godzinê wiêcej na osobisty trening i na pewno poczuje siê od razu lepiej. By³ tak zaaferowany swoimi myœlami, ¿e zapomnia³ zabraæ ochraniaczy i musia³ zawróciæ. W drodze na boisko do³¹czy³ do Freda i George'a. Jak zwykle wygl¹dali na zupe³nie zaspanych. To zaczyna³o byæ ju¿ podejrzane. Mo¿e powinien jeszcze raz sprawdziæ ich zalecenia dietetyczne i uzupe³niæ o jakieœ witaminy.
- Jak samopoczucie, ch³opaki? - zapyta³, klepi¹c ich w plecy.
- Œwietnie, maniaku... - mrukn¹³ Fred.
- Wspaniale....psychopato - zawtórowa³ mu George.
- To dobrze - odpar³ niewzruszony, z szerokim uœmiechem. Zdecydowanie brakowa³o im witamin.
Pewnie gdyby Fred i George nie mieli za sob¹ kolejnej zarwanej nocy, zaczêliby przekonywaæ Olivera o zupe³nej bezsensownoœci ca³ej tej diety i tak dalej. Niestety, w tej sytuacji zdo³ali jedynie zyskaæ powiêkszone porcje zieleniny i owoców na najbli¿sze posi³ki. Witaminy s¹ w koñcu bardzo wa¿ne dla organizmu sportowca. Pociech¹ dla nich mo¿e byæ fakt, ¿e nie musieli siê wcale wysiliæ, ¿eby to osi¹gn¹æ. Wood zostawi³ zaspanych bliŸniaków w przebieralni i od razu uda³ siê do czêœci szatni zarezerwowanej dla narad przed meczami. Na miejscu by³ ju¿ Potter i dziewczyny. Na szczêœcie ¿adne z nich nie zauwa¿y³o jego zbyt póŸnego przybycia na trening. Harry spogl¹da³ pustym wzrokiem na œcianê szatni. W jego zaspanym umyœle ko³ata³a jedynie jedna myœl, która jednak te¿ nie brzmia³a zbyt optymistycznie, jeœli spojrzeæ na realia: œniadanie. W zasadzie to ciê¿ko by³o nazwaæ te kilka ³y¿ek owsianki i dwa tosty bez mas³a z odrobin¹ marmolady œniadaniem. Popad³ wiêc w apatiê, z której wcale nie mia³ ochoty byæ wyrwanym. Alicja i Angelina nie wygl¹da³y wcale lepiej od Pottera. To by³ ju¿ prawie miesi¹c jak ostatni raz ich kubki smakowe mia³y tê rozkoszn¹ przyjemnoœæ poinformowaæ mózg o spo¿ywaniu czekolady. Poza tym ograniczenie spo¿ywania t³uszczów i du¿e iloœci warzyw dzia³a³y na nie deprymuj¹co, ³agodnie rzecz ujmuj¹c. W ich ju¿ w³aœciwie kobiecych umys³ach kie³kowa³y powoli, ale niestrudzenie myœli niezbyt zgodne z liter¹ prawa. Nieœwiadomy niczego Wood dolewa³ jeszcze oliwy do ognia, chwal¹c ich postêpy i stanowczo odmawiaj¹c choæby najl¿ejszego, najmniejszego z³agodzenia diety. Zupe³nie katastrofalnie przedstawia³a siê jednak dzisiaj rano psychika Katie. Po koszmarze minionej nocy czu³a siê zupe³nie za³amana, zdruzgotana i towarzysko skoñczona. Nie mog³a siê przecie¿ pokazywaæ na oczy Oliverowi, a musia³a przychodziæ na treningi. Ko³o siê zamyka³o a ona by³a w jego œrodku i popada³a coraz g³¹biej w ob³êd, przynajmniej we w³asnym mniemaniu. No, bo jak inaczej mo¿na nazwaæ sny na jawie, sny w ci¹gu nocy o Woodzie, no i jeszcze na dok³adkê rzucanie siê na niego niczym napalona kocica na kocura. To by³ ob³êd i wszystko z powodu g³upiej diety. Na dŸwiêk tego s³owa olbrzymia niczym Mount Everest nienawiœæ rozpala³a siê w niej do bia³oœci.
Do szatni wtoczyli siê Fred i George, i zajêli swoje miejsca, co w praktyce wygl¹da³o mniej wiêcej tak: zwalili siê z g³oœnym hukiem na najbli¿sz¹ ³awkê i po chwili zaczêli chrapaæ.
Wood móg³ rozpocz¹æ swoj¹ przedtreningow¹ odprawê. I zamierza³ to zrobiæ. Chcia³ im znów przypomnieæ jak doskonale im idzie na boisku, jak dobrze opanowali technikê, jak œwietnie ze sob¹ wspó³graj¹... no i jeszcze wiele innych rzeczy, tylko nie potrafi³ wydusiæ z siebie ani s³owa. A wszystko przez Katie. Nie wiadomo dlaczego, kiedy na ni¹ spojrza³, s³owa uwiêz³y mu w gardle. To, co siê sta³o zesz³ej nocy, pozostawi³o bardzo œwie¿e i realistyczne wspomnienia. No a te akurat teraz, w³aœnie w tym momencie musia³y daæ o sobie znaæ. Chrz¹kn¹³ i spróbowa³ jeszcze raz. Nic z tego, nadal mia³ pustkê w g³owie. No niezupe³nie pustkê, ale na pewno ¿aden z zebranych tu Gryfonów nie powinien us³yszeæ jego myœli. Po kolejnej nieudanej próbie da³ sobie spokój.
- Na boisko! - mrukn¹³ mo¿liwie najwyraŸniej, jak tylko w tej chwili i okolicznoœciach potrafi³ i wyszed³ na zewn¹trz, nie sprawdzaj¹c, czy pozostali id¹ za nim.
To by³ bardzo nietypowy trening. Zacz¹³ siê doœæ normalnie, ale potem... Oliver siedzia³ z twarz¹ ukryt¹ w d³oniach i rozpacza³ w zaciszu w³asnej duszy. Zaczêli od krótkiej rozgrzewki, potem trochê æwiczeñ rozci¹gaj¹cych i parê rundek w powietrzu. To ich obudzi³o, wiêc mogli przejœæ do czegoœ bardziej skomplikowanego. Œcigaj¹ce æwiczy³y w³aœnie now¹ kombinacjê zwodów, która powsta³a w jego g³owie podczas szlabanu u Snapea, kiedy to mu siê przytrafi³o. Zamiast skupiæ siê na wskazówkach i wy³apywaniu b³êdów, po prostu siê zamyœli³. Jego mózg przysta³ koncentrowaæ siê na tym, co najwa¿niejsze i Wood o ma³o nie spad³ z miot³y. Znów poczu³ jak siê czerwieni. W ca³ym swoim ¿yciu, odk¹d odkry³ po co siê urodzi³, nie zachowa³ siê tak nieprofesjonalnie, ¿enuj¹co i bezmyœlnie. No i jeszcze ca³a dru¿yna to zobaczy³a. Straci³ respekt jako ich kapitan i pewnie nigdy wiêcej go nie odzyska. Zawsze wiedzia³, i¿ kobiety poza boiskiem do gry powinno trzymaæ siê w zamkniêciu. A ju¿ na pewno nie powinno im siê pozwalaæ na ca³owanie facetów. To jest sprzeczne z natur¹. Potem o niczym innym ten biedny, napastowany mê¿czyzna nie potrafi myœleæ i...tak ju¿ siê to koñczy. Jeœli natychmiast nie przestanie myœleæ o Katie i jej poca³unku, to ju¿ nigdy nie bêdzie móg³ zagraæ w quidditcha i jego ¿ycie legnie w gruzach. Zreszt¹ ju¿ teraz popad³o w ruinê. K³êbi¹ce siê w g³owie Wooda myœli stawa³y siê to bardziej czarne, to lekko szarawe, ale nie uda³o mu siê choæ odrobinê odzyskaæ dobrego samopoczucia. Jego totalny brak odpornoœci na pora¿ki znów przywiód³ go na skraj przepaœci i pcha³ do samozag³ady. Spêdzi³ w szatni kilka godzin i dopiero popo³udniu z ciê¿kim sercem wywlók³ siê z niej, by pogr¹¿yæ siê ponownie w rozpaczy w zaciszu w³asnego ³ó¿ka. Opuœci³ wszystkie posi³ki, co sprawi³o, ¿e atmosfera przy stole Gryffindoru by³a trochê mniej napiêta. Przynajmniej nikt nie podnosi³ g³osu, gro¿¹c komuœ zawartoœci¹ talerza ani nie u¿ywa³ ostrych narzêdzi sto³owych do celów, dla których nie zosta³y wymyœlone.
