IV. Zabawa w kotka i myszkê...

Pustka i cisza dooko³a....przepraszam to nie ta bajka. No wiêc ¿ycie toczy³o siê dalej. Tak, zdecydowanie czas bieg³ do przodu, a wszyscy starali siê dotrzymaæ mu kroku. Najciê¿ej pracowali nad tym Fred i George. Skutki uboczne diety by³y w ich rozmowach czêstym tematem. Na wiele siê jednak s³owa nie zda³y i dlatego zawziêcie czytali i ...robili to co wychodzi im najlepiej kiedy ma s³u¿yæ jakiemuœ nienaukowemu celowi - myœleli. Ich bujna wyobraŸnia pracowa³a na s³abym paliwie na szczêœcie dla zainteresowanych. Niemniej jednak zdo³ali odwiedziæ ponownie dzia³ z wiadom¹ literatur¹ i poœwiêcali ca³y swój wolny czas na czytanie i dyskutowanie.

- Fred, to musi siê udaæ... - podniecony George wymachiwa³ bratu ksi¹¿k¹ w ró¿owej ok³adce przed nosem.

- George, schowaj to, bo jeszcze ktoœ zobaczy! - sykn¹³ Fred, wyrywaj¹c literackie dzie³o bratu i wciskaj¹c je pod swoje siedzenie.

- No ale...

- Musimy uwa¿aæ, bo jeszcze stracimy nasz¹ reputacjê!

- No ale...

- George, weŸ siê w garœæ i ...

- Czeœæ ch³opaki! - za plecami Freda zabrzmia³ g³os ich najlepszego kumpla, Lee Jordana.

- Siema...

- Grabula stary!

BliŸniacy z niewinnymi minami przywitali siê z Jordanem i wyczekuj¹co spojrzeli na niego. Nauczony doœwiadczeniami poprzednich lat, Lee przez chwilê przygl¹da³ siê im uwa¿nie, po czym scenicznym szeptem zapyta³:

- Co planujecie, ch³opaki?

- Nic.

- Nic.

Zgodnie oœwiadczyli, przecz¹co krêc¹c g³owami. Starali siê przy tym wygl¹daæ jeszcze bardziej niewinnie. Wzbudzi³o to jedynie wiêksz¹ ciekawoœæ w Jordanie.

- No dalej ch³opaki, mnie mo¿ecie powiedzieæ - nie dawa³ za wygran¹.

- Lee, z rêk¹ na sercu, nasze myœli s¹ czyste jak ³za! - oœwiadczy³ Fred, wal¹c siê w pierœ.

- W³aœnie, nic nie kombinujemy! - przytakn¹³ George.

- No jasne! - powiedzia³ Jordan, uœmiechaj¹c od ucha do ucha. - A Snape u¿ywa szamponu!

- Serio, Lee! - zarzekali siê bliŸniacy, trochê nazbyt energicznie.

Jordan, zupe³nie przekonany ich zachowaniem, i¿ planuj¹ coœ naprawdê wielkiego, próbowa³ jeszcze przez jakiœ czas coœ z nich wyci¹gn¹æ, ale w koñcu da³ za wygran¹. Mia³ tylko nadziejê, ¿e nie da siê na to nabraæ, kiedy w koñcu to zrobi¹, cokolwiek to jest. Oddali³ siê wiêc w kierunku w³asnego dormitorium. Fred i George wrócili od omawiania zalet i wad nowego pomys³u, wyczytanego przez George'a w dziele o jak¿e wznios³ym tytule: "Moje serce zakwit³o na wiosn".

- No wiêc ona jest sierot¹... - t³umaczy³ George.

- Ale NASZA ONA nie jest sierot¹!

- No to j¹ zrobimy!

- George, czyœ ty na ³eb upad³, niby jak?

- No jej rodzice, no tej Annabeli, zginêli na morzu...

- George! A jak niby mamy to zrobiæ, skoro musimy siedzieæ w szkole?

- No fakt! To masz mo¿e lepszy pomys³?!

- Jasne! - odpar³ z dum¹ Fred i wyj¹³ zza pazuchy niedu¿¹ ksi¹¿eczkê z ca³ym mnóstwem zak³adek z kawa³eczków pergaminu. - Tutaj on jej nie lubi, bo ona jest za ³adna i on j¹ za bardzo kocha, ale nie chce siê do tego przyznaæ...

- Fred, jakoœ nie nad¹¿am! - przerwa³ mu George.

- Boœ durnowaty! S³uchaj jeszcze raz...

Co tu du¿o pisaæ, pomys³ by³ prawie dobry, tylko znów mia³ ma³y feler albo dwa. Jednak geniusze pokroju braci Weasley nigdy siê nie poddaj¹. Jak nie ta ksi¹¿ka, to na pewno inna. Tak wiêc, kiedy tylko pogas³y œwiat³a we wszystkich dormitoriach i noc wype³ni³a siê odg³osami spokojnego, sprawiedliwego snu, znów wygrzebali swoj¹ lekturê spod materacy i ukryci pod ko³dr¹ na ³ó¿ku Freda, pogr¹¿yli siê w pracy.

¯ycie Katie Bell leg³o w gruzach. Rozpad³o siê na miliony kawa³eczków, których zebranie znów w jedn¹ ca³oœæ wydawa³o jej siê absolutnie niemo¿liwe. I wszystko to przez jeden poca³unek, poprawka: przez przymusow¹ dietê, która na ni¹ mia³a jakiœ dziwny wp³yw. Gdyby tylko Wood... Oj, Katie! Co to za myœl w³aœnie zakwit³a w twojej biednej, przeci¹¿onej zmartwieniem g³ówce. Nacisnê³a g³êbiej poduszkê na g³owê by zdusiæ j¹ w zarodku. Zreszt¹ co to mia³o za znaczenie jak Wood ca³uje, a jak nie. Faktem by³o, ¿e rzuci³a siê na niego niczym harpia i zrobi³a to, co zrobi³a. I z tym teraz trzeba ¿yæ. Tylko jak? Wymazanie z pamiêci jest okay, ale czy on siê na to zgodzi? Poza tym kto niby mia³by wymazaæ to wspomnienie z ich umys³ów? Nie by³a na tyle dobra z zaklêæ, by siê na coœ takiego rzucaæ. Poza tym to bardzo ryzykowny zabieg. No i jeszcze musia³aby przekonaæ do tego Wooda. A to by³o ju¿ coœ, czego na pewno nie zrobi, bo musia³aby z nim porozmawiaæ. W zwi¹zku z czym musia³aby siê z nim spotkaæ, spojrzeæ na niego, odezwaæ siê do niego...O Merlinie, jeszcze znów by to zrobi³a i co wtedy?! Jej umys³ zanurza³ siê coraz g³êbiej w czarnej, czarniejszej ni¿ otch³anie piekie³ rozpaczy, a ona coraz bardziej naciska³a poduszkê na g³owê. W zasadzie sama nie wiedzia³a dlaczego to robi. Myœli nie stawa³y siê przez to bardziej znoœne a jedynie jej p³uca zaczê³y domagaæ siê gazu zwanego tlenem, bo wyraŸny jego brak zaczyna³a ju¿ odczuwaæ. Odrzuci³a poduszkê na bok i przewróci³a siê na plecy.

- No i ja mam teraz zrobiæ? - zapyta³a szeptem sam¹ siebie, po tym jak g³êboko zaczerpnê³a powietrza.

Przez wiruj¹ce w jej g³owie niczym tr¹ba powietrzna myœli przebija³a siê uparcie jedna, zreszt¹ niezbyt inteligentna, ale co tam: UNIKAÆ GO. Powinno byæ to wzglêdnie proste, a treningi jakoœ prze¿yje, no i s¹ tam jeszcze inni. Pokrzepiona t¹ myœl¹, o œwiêta naiwnoœci, westchnê³a z ulg¹ i spróbowa³a zasn¹æ. Nawet jej siê to uda³o, choæ jeszcze jakiœ czas musia³a siê pomêczyæ. W koñcu to by³ tylko poca³unek.

Sz³o dobrze, naprawdê dobrze. Jak na pierwszy dzieñ. Uda³o jej siê nie spotkaæ go przy œniadaniu, bo po prostu zaspa³a. Szczêœliwy zbieg okolicznoœci, ot co. Potem by³y lekcje i te¿ nie by³o Ÿle. Min¹³ j¹ co prawda raz czy dwa na korytarzu, ale na szczêœcie nie zauwa¿y³. W tak perfekcyjny sposób raz zanurkowa³a za plecy Freda i George'a, a póŸniej mia³a szczêœcie, bo by³a na wysokoœci damskiej toalety. W koñcu by³ obiad, bo odpuœci³a sobie drugie œniadanie. Z t¹ diet¹ i tak nie mia³o ¿adnego uroku. Przy stole jak zwykle klasyka. BliŸniacy poch³aniaj¹cy swoje wêglowodany w trakcie kolejnej konstruktywnej k³ótni, której strzêpki dociera³y do uszu siedz¹cych najbli¿ej Gryfonów. Zaczê³a ju¿ kr¹¿yæ fama o ich poczytalnoœci. Alicja ze smêtn¹ min¹ przygl¹da³a siê zawartoœci swojego talerza.

- To jest zdrowe - wymrucza³a pod nosem, siêgaj¹c po widelec.

- S³ucham? - Katie nachyli³a siê w jej stronê, nie spuszczaj¹c wzroku z Wooda. Oczywiœcie patrzy³a na niego ukradkiem.

- Och nic takiego - odpar³a Alicja, dodaj¹c: - Tylko przekonujê sam¹ siebie, ¿e nie umrê z g³odu, jak to zjem.

- Ja ju¿ siê czujê jak gatunek na wymarciu - wtr¹ci³a siê do rozmowy Angelina.

- A czym siê to charakteryzuje? - zapyta³a Alicja, chc¹c na wszelki wypadek porównaæ jej symptomy ze swoimi.

- Ach, tylko lekko halucynujê, wiesz wydaje mi siê, ¿e zabijam Wooda, wtykam mu tê jego miot³ê do... - wyjaœni³a Angelina, której g³os w miarê mówienia przenika³a coraz wiêksza pasja.

Katie nawet nie chcia³a s³uchaæ dalej. By³a na wykoñczeniu, tylko ¿e... zamyœli³a siê na chwilê. Sama chcia³a zabiæ Olivera - poprawka - chcia³a go zat³uc, zakatrupiæ, zamordowaæ i potem jeszcze upewniæ siê kilka razy, ¿e na pewno dobrze to zrobi³a. Najpierw jednak musia³a pozbyæ siê tej irytuj¹cej sk³onnoœci do ca³owania go. I to, ¿e robi³a to g³ównie w marzeniach na jawie i we œnie, nie mia³o znaczenia, bo w praktyce te¿ to ju¿ zastosowa³a. Jej policzki pokry³y siê bardzo uroczym rumieñcem na samo wspomnienie tego...poca³unku. To by³o takie zaskakuj¹ce. Ledwo dotknê³a jego ust swoimi, a ju¿ poczu³a siê, jakby ca³y œwiat woko³o przesta³ istnieæ i ...

- Katie!

Czyjœ g³os tu¿ przy uchu nie pozwoli³ jej pogr¹¿yæ siê g³êbiej we wspomnieniach. Mrugaj¹c powiekami, by odzyskaæ jasnoœæ widzenia, odwróci³a twarz w kierunku, z którego dochodzi³ dŸwiêk i sp¹sowia³a jeszcze bardziej. Zaledwie kilka centymetrów od jej twarzy znajdowa³a siê twarz Wooda. Przygl¹da³ jej siê w³aœnie ze zdziwieniem.

- Katie, czy wszystko w porz¹dku?

Nie potrafi³a chwilowo wydusiæ z siebie ani s³owa, wiêc skinê³a tylko potakuj¹co g³ow¹.

- Jeszcze nic nie jad³aœ! Musisz...

- Co? - zapyta³a niezbyt inteligentnie, lekko dr¿¹cym g³osem.

- Czy ty mnie w ogóle s³uchasz?

- Nie... - zaryzykowa³a kolejne s³owo, jakoœ nie ufaj¹c swoim strunom g³osowym.

- Dziewczyno weŸ siê w garœæ! - Wood wpad³ znów w swój dyktatorsko- kapitañski ton. - Za kilka dni gramy nasz pierwszy mecz a ty ...- nagle zabrak³o mu s³ów.

"Na Merlina! Dlaczego ona tak na mnie patrzy?! Czy ona nie wie jak to na mnie dzia³a?! Spokojnie to tylko Katie Bell, Oliverze.", mówi³ w myœlach do siebie. "Tylko Katie i doskonale sobie z tego zdajesz sprawê. Ona wcale nie poca³owa³a ciê ostatnio i nie przez ni¹ masz problemy ze skupieniem siê na quidditchu, tak ogólnie to wcale nie masz problemów z...." - nie dokoñczy³ tej myœli, potr¹cony przez kogoœ w ramiê. Nagle zda³ sobie sprawê, i¿ wpatruje siê w Katie, a ona równie¿ nie mo¿e oderwaæ od niego wzroku, no i prawie wszyscy Gryfoni im siê przygl¹daj¹. Zamruga³ oczami, po czym b¹kn¹³ cicho:

- Przepraszam.

Czuj¹c, jak jego policzki zaczynaj¹ przybieraæ tê irytuj¹c¹ czerwon¹ barwê, czym prêdzej wyszed³, œciœlej rzecz ujmuj¹c: wybieg³ z Wielkiej Sali.

Cisza jeszcze przez chwilê unosi³a siê nad sto³em Gryfonów. Nagle jakby ktoœ zdj¹³ z nich przed chwil¹ rzucony czar, wszyscy otrz¹snêli siê i wrócili do przerwanych zaj¹æ. Angelina delikatnie dotknê³a ramienia Katie.

- Wszystko w porz¹dku?

- Tak - automatycznie odpar³a zapytana.

Przez resztê obiadu by³a raczej nieobecna duchem, ale nikt ju¿ nie zwraca³ na ni¹ uwagi.

"Katie, unikaj go! Na brodê Merlina, przecie¿ to jakiœ koszmar. Nie, nie, to musi siê skoñczyæ..." myœli kr¹¿y³y w jej g³owie, staraj¹c siê bardziej rozwin¹æ, dojœæ do jakiegoœ rozwi¹zania, ale wci¹¿ wraca³y w jedno miejsce, jedynej mo¿liwej konkluzji - Wooda nale¿y unikaæ jak...spotkania z rozwœcieczonym hipogryfem. I w³aœnie na tym nale¿y siê zdecydowanie bardziej skupiæ. Sama nie wiedzia³a jak uda³o jej siê dotrwaæ do koñca obiadu i bez dalszej ¿enady wróciæ na ostatnie zajêcia. Zaraz po nich zaszy³a siê w zaciszu biblioteki. Trzymanie siê bardzo daleko od dzia³u z bibliografi¹ dotycz¹c¹ quidditcha gwarantowa³o bezstresowy wieczór, tym bardziej, jeœli zaszy³o siê w dziale o ma³o wdziêcznej nazwie

"Zagadnienia z dziedziny hodowli gumoch³onów i pokrewnych gatunków". Znalaz³a tam sobie zaciszny k¹cik i spróbowa³a skupiæ na odrabianiu lekcji.

£azienkê wype³nia³y szczelnie k³êby pary, maj¹ce swoje Ÿród³o w odkrêconym kurku z gor¹c¹ wod¹. Gdzieœ w tej mlecznej zawiesinie Oliver Wood, kapitan dru¿yny Gryffindoru oddawa³ siê bardzo interesuj¹cemu zajêciu - myœleniu. Robi³ to ju¿ od jakieœ godziny i w koñcu dochodzi³ do sensu ca³ego tego procesu. Dzisiaj zachowa³ siê bardzo... g³upio i ciê¿ko by³o mu siê do tego przyznaæ. W zasadzie to nie wiedzia³ dlaczego wci¹¿ myœli o tym, co sta³o siê pewnej nocy, w pewnym pokoju wspólnym, pomiêdzy nim a pewn¹ dziewczyn¹. Nie chcia³ ju¿ tego nazywaæ po imieniu, bo w ten sposób czu³ siê odrobinê mniej skrêpowany. To by³ powa¿ny problem, którego rozwi¹zanie musia³o le¿eæ w zasiêgu rêki, inaczej zwariuje, zreszt¹ to by³oby akurat mniejsze z³o. Nawet nie chcia³ dopuœciæ do siebie innych myœli. Zakrêci³ kurek i siêgn¹³ po rêcznik, jednak jego d³oñ trafi³a w pustkê. Spróbowa³ lekko w prawo i znowu nic, siêgn¹³ wiêc dla odmiany w lewo. Te¿ nic. Nie by³ to jednak jeszcze powód do paniki. Spróbowa³ z drugiej strony i sytuacja siê powtórzy³a. Zacz¹³ siê irytowaæ. By³ zdecydowanie pewien, ¿e zabra³ rêcznik ze sob¹, wiêc powinien tu gdzieœ byæ. Wzi¹³ g³êbszy wdech i zacz¹³ siê krztusiæ. W koñcu ³azienka nadal by³a pe³na pary wodnej, która podra¿ni³a jego gard³o. Sytuacja stawa³a siê coraz bardziej krytyczna. Ostatecznie wyklarowa³a siê w sposób bardzo prosty - zapomnia³ zabraæ ze sob¹ rêcznika. Potar³ d³oni¹ oczy w geœcie "Wood ty kompletny idioto" i siêgn¹³ po ubranie. Trudno musia³ siê obejœæ bez wycierania. To siê zdecydowanie musi skoñczyæ. Jeszcze chwila i zapomni, na Merlina, jak gra siê w quidditcha. Dreszcz zgrozy przeszed³ mu po krêgos³upie. Wyszed³ z ³azienki, w zupe³nie ju¿ przesi¹kniêtym wilgoci¹ ubraniu, i poczu³ jak ch³odniejsze powietrze uderza w niego niczym podmuch wiatru. To nag³e otrzeŸwienie zaowocowa³o genialn¹, przynajmniej w jego mniemaniu, myœl¹: Atak jest najlepsz¹ obron¹. Tak wiêc, skoro Katie jest odpowiedzialna za ca³e to zamieszanie, to z ni¹ powinien siê zmierzyæ. Dumny ze znalezionego rozwi¹zania, skierowa³ swe kroki do wie¿y Gryffindoru.

To wszystko by³o ju¿ zdecydowanie zbyt irytuj¹ce. Pomimo ca³ego tego unikania nadal mia³a problemy. Na Historii Magii znów siê zdrzemnê³a i ... zrobi³o siê gor¹co. "Ciekawe czy w rzeczywistoœci... Katie weŸ siê w garœ", upomnia³a siê w myœlach. Noce by³y jeszcze ciekawsze. Bawi³a siê co prawda myœl¹ o kolejnej wyprawie do kuchni, ale coœ j¹ powstrzymywa³o od wprowadzenia jej w czyn. On naprawdê by³ nieprzewidywalny. "ON" - znów przy³apa³a siê na myœleniu o nim, co za idiotyzm, nie jako o Oliverze, tylko w wersji anonimowej. Nie ¿eby to w jakiœ sposób pomaga³o, po prostu by³o mniej krêpuj¹ce. Po kilku dniach, w³aœciwie dwóch, choæ chcia³a aby by³o ich zdecydowanie wiêcej, zauwa¿y³a coœ, co bardzo j¹ zaniepokoi³o. Gorzej, po prostu zda³a sobie sprawê, i¿ Wood za wszelk¹ cenê stara siê porozmawiaæ z ni¹ sam na sam. Ba³a siê pomyœleæ, co to mo¿e znaczyæ.

Harry bieg³ korytarzem tak, jakby od tego zale¿a³o jego ¿ycie. No có¿, w zasadzie za chwilê na pewno bêdzie wisia³o na w³osku. Od rozpoczêcia lekcji Eliksirów dzieli³y go ju¿ tylko sekundy. Oczami wyobraŸni widzia³ ju¿ w³asn¹ duszê unosz¹c¹ siê ponad le¿¹cym na kamiennej posadzce lochów cia³em. Uda³o mu siê przez ostatnie kilka tygodni doprowadziæ Snapea do stanu szczytowej nienawiœci przez swoje drobne wpadki na Eliksirach. Zanim dotar³ do wejœcia do lochów, zaczê³y opuszczaæ go si³y. Do drzwi klasy Snapea doci¹gn¹³ ju¿ na rezerwach i musia³ chwilê odczekaæ, by z³apaæ oddech. Najciszej jak to by³o mo¿liwe otworzy³ drzwi i wœlizn¹³ siê do œrodka. Mia³ nadziejê, ¿e wredny Mistrz Eliksirów nie zauwa¿y jego spóŸnienia. Marzenia s¹ za darmo...rzeczywistoœæ kosztuje.

- Cieszê siê, ¿e w koñcu pan do nas do³¹czy³, panie Potter - g³os Snapea wdar³ siê do mózgu Harry'ego, pakuj¹c weñ potê¿ny ³adunek nienawiœci tak namacalnej, ¿e a¿ przesz³y mu ciarki po plecach. - Mo¿na wiedzieæ, co przeszkodzi³o panu w dotarciu do nas na czas?

Mia³ te¿ nadziejê na unikniêcie tego pytania. Nie mia³ na nie ¿adnej sensownej odpowiedzi, bo niby co mia³ mu powiedzieæ:

- SpóŸni³em siê poniewa¿ Wood usi³owa³ zagadaæ mnie na œmieræ?! - zanim zda³ sobie z tego sprawê powiedzia³ to na g³os.

W klasie zapad³a cisza tak materialna, ¿e mia³o siê wra¿enie, i¿ mo¿na j¹ kroiæ no¿em. Harry prze³kn¹³ g³oœno œlinê i czeka³ na wyrok.

- Tydzieñ szlabanu z panem Filchem i Gryffindor traci dziesiêæ punktów.

Odetchn¹³ z ulg¹. Nie by³o tak Ÿle, przynajmniej jeszcze ¿y³. By³ pewien, ¿e gdyby zgin¹³ przed meczem ze Œlizgonami, Wood by³by w stanie wykopaæ go z grobu i jeszcze raz osobiœcie zabiæ po tym, jak zmusi³by go do zagrania tego meczu. Mia³ ju¿ zaj¹æ swoje zwyczajowe miejsce, kiedy Snape wysycza³ z maniakaln¹ satysfakcj¹:

- Bêdzie pan teraz warzy³ eliksir z panem Malfoyem.

Zrezygnowany, zawróci³ w miejscu i podszed³ do sto³u zajmowanego przez tego jak¿e lubianego przez niego Œlizgona. Sadystyczny uœmieszek b³¹ka³ siê na ustach Draco.

- Z czego siê tak cieszysz, Malfoy? - warkn¹³ pó³gêbkiem Harry, stawiaj¹c swój kocio³ek.

- Biedny Pottuœ jest napastowany przez swojego odmó¿d¿onego kapitana - Draco bynajmniej nie sili³ siê na zachowanie pozorów i po³owa Œlizgonów zaczê³a rechotaæ, kryj¹c siê dla zasady za swoimi kocio³kami.

Harry stara³ siê ignorowaæ zaczepki Malfoya za ka¿dym razem, kiedy musia³ pracowaæ z nim przy jednym stole. Tak samo postêpowa³ i dzisiaj, nape³ni³ swoje naczynie do warzenia eliksirów wod¹ i w skupieniu studiowa³ listê sk³adników. Oponent nie dawa³ jednak za wygran¹.

- Nasz Pupilek Samego Dyrektora nie ochoty siê z nami bawiæ! - drwi³ Malfoy. - Pewnie jest zmêczony t¹ ca³¹ diet¹...

No i pad³o to s³owo, które przepala³o obwody bezpieczeñstwa w umyœle Pottera. Zareagowa³ zupe³nie instynktownie. Na szczêœcie dla Dracona woda w kocio³ku jeszcze nawet nie zaczê³a siê porz¹dnie podgrzewaæ, inaczej jego szczurz podobna twarzyczka zmieni³aby kolor z bladej bieli na bardzo czerwon¹ czerwieñ, po tym jak Harry wetkn¹³ mu swój kocio³ek na g³owê i waln¹³ weñ chochl¹.

W lochu zapad³a znów ta g³êboka cisza. Snape przez chwilê ocenia³ sytuacjê, w tym samym czasie Œlizgoni zwarli siê w ekscytuj¹cym oczekiwaniu na efektown¹ œmieræ Pottera, a Gryfoni zamarli z przera¿enia. Sam Potter, wci¹¿ z uniesion¹ do góry chochl¹, dysza³ ciê¿ko z wœciek³oœci. A Draco wci¹¿ tkwi³ g³ow¹ w kocio³ku, który dr¿a³ niczym dzwon uderzony na alarm. W koñcu Snape podj¹³ decyzjê:

- Gryffindor traci dwadzieœcia punktów, dwa tygodnie szlabanu u pana Filcha i nie zaliczony eliksir! - wrzasn¹³ tak, ¿e wszyscy skulili siê za sto³ami .- A teraz zejdŸ mi z oczu!

Potter wzruszy³ ramionami i pozbierawszy swoje rzeczy wyszed³ z klasy. I tak jeden na dwa eliksiry nie zalicza³, wiêc ma³o go to obchodzi³o. Zamykaj¹c za sob¹ drzwi us³ysza³ jeszcze jak Snape ka¿e Malfoyowi iœæ siê przebraæ.

Szkolne korytarze œwieci³y pustkami, zreszt¹ by³o ju¿ dobrze po pó³nocy. Harry, wlok¹c siê noga za nog¹, zmierza³ w kierunku wie¿y Gryffindoru. Mia³ za sob¹ pierwszy dzieñ z trzytygodniowego szlabanu u Filcha i czu³ siê potwornie. Przez ostatnie kilka godzin czyœci³ szczoteczk¹ do zêbów, bez u¿ycia magii, pod³ogê w lochu Snapea. Nagle zza zakrêtu wypad³y dwa cienie i zwali³y go z nóg.

- Co za kana³!

- Kto to?

Zamruga³ oczami i ujrza³ przed sob¹ majacz¹ce w ciemnoœci twarze bliŸniaków Weasley.

- Fred, George, co wy tu robicie?- zapyta³, próbuj¹c siê podnieœæ z ziemi.

- Eeee...no wiesz...- zaj¹kn¹³ siê George.

- Œciœle tajne - wypali³ Fred i zacz¹³ zbieraæ rozsypane woko³o ksi¹¿ki.

Harry wyci¹gn¹³ rêce i wzi¹³ od niego swoje, nie sprawdzaj¹c nawet czy ma wszystkie. Przyj¹³ pomoc George'a przy wstawaniu z pod³ogi i razem z nimi wróci³ do pokoju wspólnego. Bracia od razu pognali do swojego dormitorium. Ledwo znaleŸli siê pod ko³dr¹ w ³ó¿ku George'a, od razu rzucili siê niczym wyg³odnia³e sêpy na wyniesion¹ z biblioteki literaturê. Wypo¿yczanie ksi¹¿ek z dzia³u " Literatura romantyczna" w sposób oficjalny sta³o siê ju¿ zbyt krêpuj¹ce. Tym bardziej, ¿e pani Pince unosi³a ju¿ brew zdecydowanie zbyt wysoko i w zbyt znacz¹cy sposób.

- Ty, Fred, co to jest? - zapyta³ nagle George, wyjmuj¹c ze sterty ksi¹¿ek jedyn¹ oprawion¹ w czerñ.

Fred wzi¹³ od brata wolumin i otworzy³ na tytu³owej stronie, po czym zblad³ i wyszepta³:

- "Praktyczne zastosowanie zaklêæ iluzjonistycznych", w³asnoœæ Hermiona Granger...

- O ¿esz...To gdzie jest..?

- Harry...

- Jesteœmy zgubieni.

- Koniec z nami, Fred!

W tym samym czasie Harry spokojnie przygotowa³ siê do snu, wrzuciwszy wczeœniej ksi¹¿ki do kufra. W koñcu jutro by³a sobota.