VI. Nikt o tobie nie zapomnia³!

Harry le¿a³ wyci¹gniêty na ³ó¿ku i stara³ siê skupiæ na czytanej ksi¹¿ce. Nie wychodzi³o mu to najlepiej. Brakowa³o mu motywacji do porz¹dnej koncentracji. Powieki opada³y raz po raz, a zmêczone treningiem cz³onki przechodzi³y w stan zupe³nego rozluŸnienia. Dok³adnie jak w tej chwili. Ksi¹¿ka wysunê³a siê jego z palców i z hukiem wyl¹dowa³a na pod³odze. Zaskoczony Ron uniós³ g³owê znad gazety i spojrza³ na Harry'ego, nastêpnie przeniós³ wzrok na le¿¹cy grzbietem do góry wolumin. Opracowanie z dziedziny eliksirów ka¿dego mo¿e uko³ysaæ do snu - chyba, ¿e reagujemy na nazwisko Snape, konkretnie Severus Snape.

- Hej Harry! - stara³ siê nie krzyczeæ, by nie wystraszyæ œpi¹cego.

- Mmmm... - us³ysza³ jedynie pomruk zadowolenia, kiedy Potter obróci³ siê na bok.

Westchn¹³ i od³o¿y³ swoj¹ lekturê na bok. W koñcu Harry musia³ przygotowaæ siê na eliksiry. Po tej przygodzie z kocio³kiem Snape by³ na niego jeszcze bardziej zawziêty, choæ wydawa³o siê to ju¿ raczej niemo¿liwe. Ron podszed³ do ³ó¿ka œpi¹cego kolegi i delikatnie potrz¹sn¹³ jego ramieniem. Potter burkn¹³ coœ niewyraŸnie i odwróci³ siê z powrotem na plecy.

- Harry obudŸ siê! - Ron znów potrz¹sn¹³ ramieniem Pottera.

Tym razem œpi¹cy otworzy³ jedno oko, potem drugie i spojrza³ na niego z wyrzutem.

- Czego? - burkn¹³ w koñcu, nie sil¹c siê na uprzejmoœæ.

- ChodŸ, pouczymy siê w bibliotece, bo inaczej Snape w poniedzia³ek zetrze ciê na proch i u¿yje jako sk³adnika jakiegoœ paskudnego eliksiru.

Harry zrobi³ cierpiêtnicz¹ minê, ale przyzna³ w duchu racjê Ronowi. Nie mia³ innego wyjœcia, jeœli chcia³ prze¿yæ nastêpn¹ lekcjê eliksirów, musia³ co nieco zakuæ. Niczym skazaniec prowadzony na szubienicê, zwlek³ siê z ³ó¿ka i podnosz¹c po drodze upuszczon¹ ksi¹¿kê, pocz³apa³ za Ronem do biblioteki. Dormitorium opustosza³o.

Fred i George z wrodzon¹ nonszalancj¹ przekroczyli próg przybytku pani Pince. Jakby od niechcenia przeszli przez czytelniê i zniknêli pomiêdzy rega³ami. Zatrzymali siê na chwilê w tym czy innym dziale. W koñcu dobrnêli, przez nikogo nie zauwa¿eni, do dzia³u docelowego. Operacja wymiany ksi¹¿ek trwa³a u³amek sekundy. W koñcu mieli ju¿ tygodnie wprawy. Po chwili ponownego kr¹¿enia pomiêdzy rega³ami wy³onili siê przed kontuarem bibliotekarki. Po³o¿yli na nim dzie³o traktuj¹ce o zastosowaniu niektórych sk³adników powietrza w eliksirach u¿ytkowych i niedbale rozgl¹dali siê woko³o. Pani Pince siêgnê³a po ksi¹¿kê po czym oœwiadczy³a szeptem, tylko z nazwy:

- Cztery na wymianê, jedna wypo¿yczana i wci¹¿ brakuje "Podszeptów namiêtnoœci".

Fred spojrza³ na ni¹ z wyj¹tkowo g³upim wyrazem twarzy. George natomiast przytomnie wyszepta³:

- Przeka¿emy Ginny - z³apa³ brata za rêkaw oraz ksi¹¿kê z kontuaru i pospiesznie skierowa³ siê w stronê wyjœcia.

Usilnie stara³ siê przy tym nie zwracaæ uwagi na ukradkowe, zaciekawione spojrzenia rzucane znad czytanych ksi¹¿ek przez uczniów, przesiaduj¹cych w bibliotece. Zanim znikn¹³ wraz z oszo³omionym Fredem, za drzwiami us³ysza³ jeszcze g³os pani Pince:

- Pamiêtajcie, ¿e ¿adna ksi¹¿ka nie opuszcza biblioteki bez mojej wiedzy...

S³owa te pod¹¿y³y za nimi niczym aromat szamba za kimœ, kto przed chwil¹ siê w nim wyk¹pa³. W g³owach zakwit³a tylko jedna natarczywa myœl: Gdzie jest ta ksi¹¿ka? (myœl zosta³a ocenzurowana przez autorkê). Nie potrzebuj¹c jakikolwiek zbêdnych s³ów, ruszyli przed siebie niczym armia najemników, gotowa na wszystko.

- Hej Fred! Hej George! - us³yszeli nagle g³os Rona, nadchodz¹cego z przeciwka.

- Hej Roniasty - mrukn¹³ George, nawet na niego nie patrz¹c.

Fred zaœ stan¹³ jak wryty i wlepi³ wzrok w id¹cego za Ronem Harry'ego. Potter poczu³ siê nieco skrêpowany. Nie dane mu jednak by³o poznaæ przyczyny dziwnego zachowania Freda, bo ten rzuci³ siê nagle do biegu, dos³ownie ci¹gn¹c za sob¹ oszo³omionego George'a. Zatrzymali siê dopiero przed portretem Grubej Damy. To znaczy Fred siê zatrzyma³, a George po prostu zosta³ przez niego porzucony na posadzkê, niczym zbêdne obci¹¿enie.

- Fred, na mózg ci pad³o? - zagrzmia³ George, wstaj¹c z ziemi i otrzepuj¹c siê, czy te¿ bardziej prawdopodobnie sprawdzaj¹c stan w³asnego cia³a.

- Harry! - oznajmi³ Fred.

- To nie jest has³o kochaneczku - us³yszeli g³os odzianej na ró¿owo, pulchnej milady z obrazu.

- Wiem - burkn¹³ Fred i poda³ has³o. - Wczorajsze jutro.

Obraz odsun¹³ siê i obaj weszli do pokoju wspólnego Gryfonów.

- S³uchaj... - t³umaczy³ w tym samym czasie Fred. - ... Harry ma nasz¹ ksi¹¿kê. Rozumiesz?

- Rozumiem - przytakn¹³ George. - Tylko dlaczego mnie tu przywlok³eœ, zamiast powiedzieæ Harremu....

- Co?! - g³os Freda odbi³ siê echem. - Przepraszam Harry, masz nasz romans i potrzebujmy go... - doda³ z ironi¹, kiedy brat wlepi³ w niego zdziwione spojrzenie.

- Nie musia³eœ od razu mówiæ, ¿e to romans. Po prostu...

- No to nie, ¿e ma nasz romans, ale tak¹ ma³¹ ró¿ow¹ ksi¹¿eczkê! - irytowa³ siê Fred.

- Nie musisz siê od razu wœciekaæ, tylko pyta³em - obruszy³ siê George.

- Ach! Zamknij siê, idziemy do dormitorium Harry'ego!

- Po co?

Fred odwróci³ siê i wniós³ oczy ku sufitowi. Nic jednak nie odpowiedzia³. Kiedy ju¿ znaleŸli siê w rzeczonym dormitorium, George w koñcu za³apa³ ,o co bratu chodzi³o. No có¿, mówi¹, ¿e lepiej póŸno ni¿ wcale. Niczym zawodowi "obrabiacze" banków zabrali siê do dzie³a. Niestety, zanim uda³o im siê przeszukaæ szafkê przy ³ó¿ku Harry'ego, o kufrze nie wspominaj¹c, do dormitorium wkroczy³ Ron.

- Co wy tu robicie? - zapyta³, zaskoczony.

- Nic!

- Przyszliœmy ciê odwiedziæ! - bystrze oœwiadczy³ George, podchodz¹c do Rona.

Ten cofn¹³ siê o dwa kroki i podejrzliwie spojrza³ na obu braci. Od jakiegoœ czasu dzia³o siê z nimi coœ dziwnego. NajwyraŸniej dieta szkodzi³a im bardziej, ni¿ na to wygl¹da³o. Matka zawsze ostrzega³a go przed s¹dzeniem po pozorach. Teraz rozumia³ o co jej chodzi³o. Cofn¹³ siê o kolejne dwa kroki.

- Przynieœliœmy kakao! - oœwiadczy³ Fred, wskazuj¹c na trzy paruj¹ce kubki, które przywo³a³ zaklêciem (dyskretnie oczywiœcie).

Ron poczu³ siê nagle bardzo zagro¿ony. Sk³onnoœæ bliŸniaków do nielegalnych eksperymentów, w czasie kiedy na pewno byli sob¹, by³a legendarna. Teraz jednak nie da³by g³owy za ich poczytalnoœæ.

- Harry! - krzykn¹³ i po chwili pozosta³y po nim jedynie wiruj¹ce drobinki kurzu.

BliŸniacy spojrzeli po sobie i wzruszyli ramionami. Ron zachowa³ siê w typowy dla siebie sposób. Na wszelki wypadek jednak postanowili wynieœæ siê w bezpieczne rejony i wróciæ po ksi¹¿kê nieco póŸniej.

Ron wróci³ do pokoju wspólnego w stanie skrajnego szoku. Opad³ na fotel naprzeciwko Harry'ego (w bibliotece by³o zbyt t³oczno) i wyszepta³ ze zgroz¹:

- Chcieli mnie otruæ...

Harry uniós³ oczy znad ksi¹¿ki i zdezorientowany spojrza³ na Rona. Przez chwilê wyda³o mu siê, ¿e jego przyjaciel twierdzi³, i¿ ktoœ chcia³ go otruæ. Jakoœ nie móg³ sobie wyobraziæ kto i w szczególnoœci, po co. Ron siedzia³ blady jak przeœcierad³o i patrzy³ przed siebie z takim wyrazem twarzy, jakby przed chwil¹ spotka³ siê oko w oko z gigantycznym paj¹kiem.

- S³ucham?

- Chcieli mnie otruæ... - wyszepta³ znów w odpowiedzi Ron.

- Kto? - indagowa³ Harry.

- Fred i George...

- Dlaczego?

- ...? - Ron nie potrafi³ odpowiedzieæ na to pytanie.

Zanim Harry spróbowa³ dowiedzieæ siê, co wydarzy³o siê przed chwil¹ w dormitorium, podesz³a do nich Hermiona i ignoruj¹c sparali¿owanego strachem Rona, zwróci³a siê do Harry'ego:

- Potrzebna ci jeszcze moja ksi¹¿ka?

- Ksi¹¿ka? - niezbyt inteligentnie zapyta³ Potter.

- Tak, ksi¹¿ka. Dok³adnie rzecz ujmuj¹c "Praktyczne zastosowanie zaklêæ iluzjonistycznych", któr¹ po¿yczy³eœ ode mnie w zesz³ym tygodniu - wyjaœni³a spokojnie.

- Ach, ta ksi¹¿ka! - olœnienie b³ysnê³o w zielonych oczach Harry'ego. - Zaraz j¹ przyniosê.

Zanim jednak zdo³a³ wstaæ z fotela, Ron otrz¹sn¹³ siê z otêpienia i oskar¿ycielskim tonem wyrzuci³ z siebie:

- Jak mo¿esz pytaæ o ksi¹¿kê, kiedy przed chwil¹ chciano mnie otruæ! Tu chodzi³o o moje ¿ycie!

- ¯ycie? Ron, o czym ty mówisz? - Hermiona cofnê³a siê o krok do ty³u i z niepokojem przygl¹da³a siê zaczerwienionej z oburzenia twarzy Weasleya.

- Fred i George usi³owali mnie otruæ! O tym mówiê, a wy tylko patrzycie na mnie jak na wariata! - emocjonowa³ siê dalej Ron.

Harry za jego plecami postuka³ siê znacz¹co w czo³o, Hermiona przytaknê³a, nie spuszczaj¹c wzroku z wyprowadzonego z równowagi przyjaciela.

- Na pewno to, co zrobili, da siê w bardzo prosty sposób wyt³umaczyæ... - próbowa³a go uspokoiæ.

- Tacy z was przyjaciele! - krzykn¹³ Ron ze scenicznym dramatyzmem i wybieg³ z komnaty.

Hermiona chcia³a pobiec za nim, ale zreflektowa³a siê.

- Przejdzie mu - stwierdzi³a filozoficznie i zwróci³a do Harryego. - No to jak z t¹ ksi¹¿k¹?

- Ju¿ idê - odpar³ Harry, przestaj¹c wpatrywaæ siê w drzwi, za którymi znikn¹³ Ron i poszed³ do swojego dormitorium.

Po chwili zanurza³ siê ju¿ w swoim kufrze w poszukiwaniu rzeczonej ksi¹¿ki. Jedyn¹, która na pewno nie by³a jego w³asnoœci¹, by³a niewielka ksi¹¿eczka w ró¿owej ok³adce. Z³apa³ j¹ wiêc i nie patrz¹c na tytu³ pogna³ z powrotem. Zanim opuœci³ dormitorium zauwa¿y³ jeszcze k¹tem oka trzy paruj¹ce kubki. Nie zwróci³ na nie jednak uwagi.

- Proszê - powiedzia³, podaj¹c Hermionie ksi¹¿eczkê.

Spojrza³a na ni¹ i zamruga³a oczami. Przez chwilê wydawa³o siê jej, ¿e jest... ró¿owa. Ksi¹¿ka zdecydowanie by³a ró¿owa.

- Harry, to nie jest moja ksi¹¿ka.

- Moja te¿ nie.

- Wiêc...

- ..? - z braku pomys³u wzruszy³ tylko ramionami.

Harry myœla³, intensywnie myœla³, ale nic nie przychodzi³o mu do g³owy. Tymczasem Hermiona dok³adniej przyjrza³a siê trzymanemu w rêce literackiemu dzie³u. Ju¿ na pierwszy rzut oka nasuwa³o siê skojarzenie z czymœ, co czytywa³a jedynie w wielkiej tajemnicy i nawet na torturach nie przyzna³aby siê do tego. Zajrza³a na stronê tytu³ow¹ i parsknê³a œmiechem. Na pewno nie wybra³aby niczego z takim tytu³em. Doprawdy, nawet w kwestii takiej literatury mia³a zdecydowanie lepszy gust. O wiele ciekawsze od tytu³u by³y jednak wpisy dotycz¹ce osób bêd¹cych w posiadaniu tego... tej ksi¹¿ki na czas okreœlony. Na koñcu ca³kiem sporej listy ¿eñskich imion widnia³y dwa mêskie. Na ich widok nie mog³a wykrztusiæ z siebie ani s³owa. Podsunê³a j¹, zamyœlonemu nadal Harryemu pod oczy i wskaza³a, na wszelki wypadek, palcem to o co jej chodzi³o.

- Ale jakim cudem...

- Mnie nie pytaj - odpar³a wzruszaj¹c ramionami. - Lepiej pomyœl, jak odzyskasz moj¹ ksi¹¿kê. Zaznaczam, i¿ jest mi potrzebna. Na jutro.

Harry pokiwa³ g³ow¹ daj¹c jej do zrozumienia, i¿ przyj¹³ to do wiadomoœci i opad³ na fotel razem z nieszczêsnym romansid³em w rêce. Zanim opuœci³a pokój wspólny, odwróci³a siê jeszcze i stwierdzi³a:

- To chyba t³umaczy historyjkê Rona, przynajmniej w pewnym sensie.

Jej s³owa dotar³y co prawda do Harrego, ale nie zwróci³ na nie uwagi. Mia³ teraz do rozwi¹zania inny problem. Jak odzyskaæ ksi¹¿kê tak, ¿eby Fred i George siê nie zorientowali. Przecie¿ nie móg³ tak po prostu pójœæ do nich i powiedzieæ: Przepraszam ch³opaki, ale mam wasz... eee... romans. Niewidzialne trybiki w jego mózgu rozpoczê³y wzmo¿on¹ pracê. Eliksiry posz³y w niepamiêæ.

Tej nocy na korytarzu, pomiêdzy ch³opiêcymi dormitoriami w wie¿y Gryffindoru, rozegra³a siê scena ¿ywcem wyjêta ze stron szpiegowskiej powieœci. Rozegra³a siê zupe³nie przypadkiem, kiedy skradaj¹cy siê (pod os³on¹ peleryny niewidki) Harry wpad³ wprost na skradaj¹cego siê (bez peleryny niewidki) Freda, os³anianego przez George'a.

- Kto tam? - zapyta³ Fred, na oœlep szukaj¹c swojej upuszczonej ró¿d¿ki.

- To ja, Harry - pad³a odpowiedŸ. - Mam coœ, co nale¿y do was.

- A my mamy coœ, co nale¿y do ciebie - oœwiadczy³ George.

- Oddajcie.

- Najpierw ty.

- Dlaczego? - Harry nie kry³ zdziwienia.

- Bo tego! - irytowa³ siê Fred.

- Dobra, to ja po³o¿ê na ziemi i przesunê w waszym kierunku, a wy zrobicie to samo - zaproponowa³ Harry.

- Przecie¿ praktycznie siedzimy jeden na drugim - zauwa¿y³ George.

Fred zirytowa³ siê na dobre, wyj¹³ zza pazuchy ksi¹¿kê Harry'ego i zanim mu j¹ zwróci³, trzepn¹³ ni¹ George'a w czó³ko.

- Auuuæ! Za co?

- Bierz i dawaj nasz¹! - Fred zignorowa³ pytanie.

- Macie - Harry wrêczy³ im nieszczêsne ró¿owe cudeñko literatury romantycznej i zgarn¹³ ksi¹¿kê Hermiony.

- No to, dobranoc - powiedzia³ Fred podnosz¹c siê z ziemi.

- Dobranoc - odpar³ Harry.

Zanim jednak dotar³ do drzwi swojego dormitorium, us³ysza³ szept George'a:

- Jakby co, to nas tu nie by³o, a ty niczego nie widzia³eœ, Harry.

- Jasne.

Po chwili by³ ju¿ w ³ó¿ku i nawet przez myœl mu nie przesz³o pytanie, po co w³aœciwie bliŸniakom by³ ten romans.

Katie czu³a, ¿e ¿ycie znowu jest piêkne. By³ poniedzia³ek, siedzia³a przy œniadaniu i by³a szczêœliwa. Dlaczego? Po prostu wczoraj by³a niedziela, która po raz pierwszy od tygodni wnios³a w jej smutne, uczniowskie ¿ycie solidn¹ porcjê radoœci w postaci wielkiego kawa³ka czekoladowego ciasta z bit¹ œmietan¹ i wiœniami. Wspomnienie tej uczty mocno wyry³o siê w "pamiêci" jej kubków smakowych. Nawet teraz czu³a jego smak, mimo, i¿ mia³a w ustach tosta. A mo¿e owsiankê? Z krainy marzeñ wyrwa³ j¹ g³os Angeliny:

- Ludzie, nigdy nie s¹dzi³am, ¿e bêdê w tak wspania³ym nastroju w poniedzia³ek rano!

- Doskonale ciê rozumiem - powiedzia³a Alicja z uœmiechem na twarzy, pierwszym od kilku tygodni.

- Pogodzi³aœ siê z Dougiem? - zainteresowa³a siê Katie.

- Tak i jestem tym bardziej szczêœliwa - odpar³a, przy akompaniamencie chichotu Angeliny, która widzia³a zupe³nie przypadkiem ow¹ scenê pogodzenia.

- Z tob¹ to ja jeszcze sobie porozmawiam - ¿artobliwym tonem pogrozi³a jej Alicja.

- A co z tob¹ Angel, koniec halucynacji? - dopytywa³a siê Bell.

- Ooo tak!

- Ja te¿ w koñcu czujê siê znowu sob¹ - westchnê³a Katie, wracaj¹c do spo¿ywania porannego posi³ku.

- Potter te¿ zdaje siê byæ w koñcu bezpieczny dla otoczenia - zauwa¿y³a Angelina.

Rozmowa z kwestii bezpieczeñstwa przesz³a po chwili na pe³n¹ nadziei wymianê pogl¹dów co do poprawy samopoczucia bliŸniaków. Pe³n¹ nadziei, gdy¿ zaraza Hogwartu wygl¹da³a jak kocio³ek Neville'a w czasie lekcji eliksirów. Pod³adowani porcj¹ cukru, teraz zdawali siê a¿ kipieæ. Nie podnosi³o to bynajmniej na duchu, szczególnie jeœli bra³o siê pod uwagê fakt, i¿ od jakiegoœ czasu zachowywali siê nadzwyczaj pro-spo³ecznie. Czy¿by nadszed³ czas na nadrobienie zaleg³oœci? Na sam¹ myœl o tym przechodzi³y ciarki.

Poniedzia³ek min¹³ nie wiadomo kiedy, o reszcie tygodnia ju¿ nie wspominaj¹c. No có¿, wielkimi krokami zbli¿a³ siê pierwszy mecz i Wood wyciska³ znów ze swoich zawodników siódme poty. W tej sytuacji poziom cukru we krwi spada³ w zastraszaj¹cym tempie, odbijaj¹c siê na samopoczuciu Katie w ten "Wood jak ciê dorwê to... wiadomo co siê stanie" sposób. Nie by³o jednak jeszcze tragicznie, bo senne "koszmary" da³o siê prze¿yæ. Zreszt¹ po jednym deserze nie mo¿na oczekiwaæ cudu. Sam Wood zadawa³ siê byæ w transie. Raz po raz powtarza³ strategiê gry i do znudzenia przypomina³ o s³aboœciach oraz mocnych stronach krukoñskiej dru¿yny. Po ka¿dym treningu Katie czu³a siê wykoñczona fizycznie i psychicznie. To drugie g³ównie z nadmiaru informacji. No i by³a sobota, wczesny poranek. Zmusi³a siê do prze³kniêcia kilku kêsów œniadania i wraz z Angelin¹ i Alicj¹, w bladym œwietle listopadowego s³oñca, zmierza³a do szatni Gryfonów.

Oliver czeka³ ju¿ na nich z ¿arliw¹, motywuj¹c¹ mow¹ wyryt¹ w pamiêci niczym hieroglify na œcianie piramidy. W koñcu siê zebrali, zaspani jak zwykle bliŸniacy Weasley, lekko podszyty cykorem Potter, nieprzytomne z powodu zbyt ma³ej iloœci snu Bell, Johnson i Spinnet. Przebierali siê w szkar³atne szaty do quidditcha, jak dla niego zdecydowanie zbyt wolno. Odchrz¹kn¹³ g³oœno, ¿eby zwróciæ na siebie ich uwagê.

- No dobra, ch³op... dru¿yno! - zacz¹³. - W koñcu poka¿ecie na co was staæ! Poka¿ecie...

Nikt go nie s³ucha³. Przyzwyczajeni do jego p³omiennych, nudnych przemówieñ wrzucili na luz i bujaj¹c w ob³okach czekali, a¿ skoñczy.

- to znaczy byæ Gryfonem, mieæ naszywkê z lwem na piersi, ekm... to znaczy na szacie!

Mówi³ jeszcze o jakichœ nieznanych im poprzednikach, którzy przecierali dla nich szlaki i tak dalej, a¿ w koñcu przeszed³ do powtórzenia taktyki.

- ... Fred i George robi¹ swoje, ty Harry masz oczy szeroko otwarte, a ja ca³ujê Katie... - za póŸno zda³ sobie sprawê z tego co mówi.

Z przera¿eniem w oczach spojrza³ na zebranych. W szatni zapanowa³a cisza tak gêsta, jak atmosfera przy stoliku do pokera, kiedy gra toczy siê o najwy¿sz¹ stawkê.