VII. Czemu?- oto jest pytanie...
"¯enada, pogrom! Merlinie! Niech ziemia siê rozst¹pi i mnie poch³onie!" te jak¿e optymistyczne myœli zaw³adnê³y mózgiem Wooda. W milczeniu czeka³ na cios Losu.
- Nie ma sprawy! - ciszê przerwa³ Fred.
- ...? - Oliver spojrza³ na niego zaskoczony.
- Tak stary, wygramy ten mecz! - dorzuci³ George, podnosz¹c siê z ³awki.
Reszta dru¿yny te¿ zaczê³a siê zbieraæ. Katie ocknê³a siê z zamyœlenia i niezbyt przytomnie zapyta³a:
- Ju¿ skoñczy³?
- Na to wygl¹da - odpar³ Potter, wracaj¹c z krainy marzeñ.
Do Wooda powoli zaczê³o docieraæ, ¿e jego dru¿yna nic nie us³ysza³a. "Niech ignorancja bêdzie b³ogos³awiona", mia³ ochotê zaœpiewaæ. Konsekwencje bêdzie wyci¹ga³ potem. Teraz musia³ siê skupiæ na meczu. Wyjœæ na zewn¹trz i wygraæ - nic innego zreszt¹ nie wchodzi³o w rachubê. Wygraæ albo zgin¹æ. Z tak ustalon¹ taktyk¹, doskona³¹ w ka¿dym calu... no, pomijaj¹c ten drobiazg z przemowy. Wzi¹³ kilka g³êbszych wdechów i dla pewnoœci przyjrza³ siê wszystkim jeszcze raz. Wygl¹dali ca³kiem zwyczajnie. Tak jak zawsze przed meczem. Ruszy³ siê w koñcu i stan¹³ tu¿ obok Pottera. Us³ysza³ g³os Lee Jordana, witaj¹cego na pierwszym meczu tego sezonu. Po chwili wyszli na boisko. Stoj¹c na murawie, z miot³¹ w rêku, Wood zapomnia³ o ca³ym œwiecie. Drobny incydent z szatni przesta³ istnieæ w jego umyœle. Liczy³ siê ju¿ tylko quidditch.
- Hurra! Wygraliœmy! - okrzyki grupki Gryfonów, mijaj¹cych na korytarzu Wooda, nios³y siê echem chyba po ca³ym zamku.
- Hurra - mrukn¹³ pod nosem, stwierdzaj¹c w myœlach z sarkazmem: - Kogo to interesuje, ¿e wygraliœmy ca³kiem przypadkiem, oprócz mnie i Krukonów, no dobrze... Œlizgonów te¿.
Wraca³ w³aœnie z boiska do wie¿y Gryffindoru. By³... z³y, nie to zbyt mocno powiedziane. Odczuwa³ raczej coœ pomiêdzy zadowoleniem a rozczarowaniem. W³aœnie w takich momentach jak ten, zastanawia³ siê, po co w³aœciwie siê wysila. Opracowywa³ setki strategii, œlêcz¹c godzinami w bibliotece. Forsowa³ z uporem maniaka wszelkie mo¿liwe programy treningowe i po co to wszystko? Po to, ¿eby zawodnicy zasypiali w czasie narad taktycznych przed treningami, jego zagrzewaj¹cych do gry przemówieñ przed meczami, i ogólnie go olewali. Sfrustrowany, kopn¹³ kamienn¹ rzeŸbê chimery, kryj¹c¹ przejœcie do gabinetu dyrektora. Na szczêœcie nie reagowa³a na zaczepki.
- Wygraliœmy - wymamrota³ znowu, id¹c dalej korytarzem. - Gdyby nie...- nawet nie chcia³ o tym myœleæ.
Gdzieœ w okolicach przejœcia na trzecie piêtro min¹³ parê z³¹czon¹ w czu³ym uœcisku. To przypomnia³o mu o pewnej delikatnej kwestii, któr¹ zdecydowanie powinien wyjaœniæ, a potem wymazaæ z pamiêci. Byleby tylko nie wraca³a ju¿ nigdy wiêcej.
- Katie - wyrwa³o mu siê nawet, nie wiedzia³ dlaczego.
Poszczególne jednostki owej pary, miniêtej zaledwie o kilka kroków, oderwa³y siê od siebie i zdezorientowane rozejrza³y po korytarzu. Jedyne co zdo³a³y zobaczyæ, to znikaj¹ce w oddali plecy kogoœ w szacie do gry w quidditcha.
- Co to by³o? - zapyta³a mêska jednostka.
- Sk¹d mam wiedzieæ? - odpar³a ¿eñska.
- Wydawa³o mi siê przez chwilê, ¿e to Wood - stwierdzi³a po chwili ponownie mêska.
- No co ty, Doug! Wood krzycz¹cy na korytarzu imiê jakieœ dziewczyny!?
- Masz racjê Alicjo, ma³o prawdopodobne.
Po tej konkluzji powrócili do stanu, okreœlanego jako bycie zajêtym jedno drugim w sposób bardzo absorbuj¹cy uwagê.
Oliver pokonywa³ po trzy stopnie naraz, biegn¹c do pokoju wspólnego. Gruba Dama z okrzykiem grozy podskoczy³a w swojej ramie, kiedy Wood zahamowa³ zaledwie o kilka cali przed obrazem. Jednym tchem wyrecytowa³ has³o i kiedy tylko obraz odchyli³ siê, wpad³ jak burza do komnaty. Wydziera³ siê przy tym, by przekrzyczeæ ha³as, towarzysz¹cy trwaj¹cej tam w³aœnie imprezie:
- Katie! - rozgl¹da³ siê, poszukuj¹c jej w t³umie œwiêtuj¹cych Gryfonów. - Katie! Katie Bell!
Niestety nie by³o ¿adnego odzewu. Nie uda³o mu siê równie¿ wypatrzyæ jej wœród wszystkich szatynek w Gryffindorze. A wzrok, jak przysta³o na dobrego obroñcê, mia³ œwietny. Bliski desperacji, rozpocz¹³ metodyczne przeczesywanie pokoju wspólnego. Zaczepi³ chyba z piêæ dziewcz¹t, bior¹c je za obiekt swoich poszukiwañ, a¿ w koñcu odnalaz³ w³aœciw¹. Na kanapie w rogu pokoju, wciœniêt¹ pomiêdzy braci Weasley i do tego bardzo szczêœliw¹. Poczu³ siê... widzia³, ¿e to uczucie ma swoj¹ nazwê, ale jeszcze nigdy wczeœniej nie skojarzy³o siê ono jego umys³owi z ¿adn¹ dziewczyn¹. Zdecydowanie nie mia³ ochoty na zastanawianie siê teraz nad nim. Z³apa³ Katie za rêkê i si³¹ wyci¹gn¹³ z czeluœci kanapy.
- Co do...? - nie dokoñczy³a, zaskoczona.
- Muszê z tob¹ porozmawiaæ - powiedzia³ przez zaciœniête zêby i nie czekaj¹c na zgodê, zacz¹³ torowaæ sobie drogê do wyjœcia.
Nadal trzymana za rêkê, nie mia³a innego wyjœcia, jak pod¹¿yæ za nim. Fred i George wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ani myœleli interweniowaæ, pomimo b³agalnego spojrzenia, jakie Katie rzuci³a im przez ramiê. W koñcu nie bêd¹ torpedowaæ w³asnego planu.
U¿ywaj¹c cia³a jako tartanu i ³okci przy bardziej opornych obiektach, Wood wyprowadzi³ Katie na korytarz. Tu siê zatrzyma³. Otrz¹snê³a siê z lekkiego szoku, w jaki wprawi³o j¹ to "porwanie" i wysapa³a:
- Wyt³umaczysz mi, o co chodzi?
Wood przez chwilê milcza³, po czym spokojnie oznajmi³:
- Nie tutaj.
- Œwietnie. A gdzie?
- W jakimœ bardziej ustronnym miejscu - oznajmi³ z wahaniem.
- Eeee... - nie by³o jej staæ na nic bardziej konstruktywnego.
Zosta³o to potraktowane jako zgoda, wobec czego da³a siê zaprowadziæ do pustej klasy. Przez ca³y czas czu³a siê wyj¹tkowo niekomfortowo w sensie psychicznym. Ledwo drzwi klasy zamknê³y siê za nimi, Wood oœwiadczy³ bez ¿adnych wstêpów i ceregieli:
- Katie, wydaje mi siê, ¿e chcia³bym, abyœ mnie znowu poca³owa³a - g³os dr¿a³ mu przy tym lekko, ale poza tym trzyma³ siê dzielnie.
To oœwiadczenie spad³o na ni¹ niczym grom z jasnego nieba. " Ja jego... ten tego... no mia³abym... znowu...oszala³!" w g³owie Katie zawrza³o niczym w hutniczym piecu. Nagle z tego k³êbowiska myœli, jakie utworzy³o siê w jej g³owie, wyp³ynê³a na powierzchniê jedna, a raczej pytanie:
- Dlaczego? - wypowiedzia³a je na g³os.
Wood spojrza³ na ni¹ têpym wzrokiem. "W³aœnie: Dlaczego? A mo¿e to ja... no na to by w koñcu wychodzi³o... W³aœciwie dlaczego nie!" nie obci¹¿a³ siê d³ugim myœleniem.
- No w³aœciwie to ja chcia³bym ciê poca³owaæ - oznajmi³ trochê pewniejszym g³osem, za to dodaj¹c efekty kolorystyczne w postaci rumieñca na twarzy.
No i znów konsternacja. Katie zaczê³a ju¿ powoli przychodziæ do siebie, kiedy Wood odpali³ kolejn¹ salwê. Ju¿ nie by³o rozszala³ych myœli, by³a tylko jedna: "Merlinie, niech on tego nie robi!" Minuty powoli mija³y, a Oliver nie rusza³ siê. To znaczy³o, ¿e raczej tego nie zrobi. Wbrew sobie poczu³a siê rozczarowana. "Bell, chyba nie chcia³aœ, ¿eby ciê..." pomyœla³a, staraj¹c siê wy³apaæ nawet najmniejszy ruch Wooda. Ostatecznie zada³a sobie sprawê z faktu, i¿ Wood tego nie zrobi, no bo w koñcu dawno by ju¿... tylko:
- Dlaczego? - wymknê³o jej siê.
Pytanie to postawi³o Wooda w bardzo trudnej sytuacji. Pomimo szczerych chêci, nie potrafi³ na nie odpowiedzieæ. Nie potrafi³ siê te¿ prze³amaæ do zrobienia tego jednego czy dwóch kroków w stronê Katie i zamkniêcia jej ust poca³unkiem. Musia³ jednak coœ zrobiæ. Staæ go by³o jedynie na bezradne wzruszenie ramionami. Krótkie "nie wiem" by³o zbyt wielkim wysi³kiem. W koñcu, po kilku minutach krêpuj¹cej ciszy, podszed³ do drzwi, otworzy³ je i gestem da³ Katie do zrozumienia, i¿ nie bêdzie jej ju¿ d³u¿ej zatrzymywa³.
Korytarz bieg³ prosto przed siebie, czasami skrêca³ to w lewo, to w prawo i tak jak to maj¹ w zwyczaju korytarze, prowadzi³ w jakieœ konkretne miejsce. W³aœnie to ostatnie by³o powodem, dla którego Katie nie przejmowa³a siê dok¹d idzie. Po prostu zda³a siê na korytarz i sz³a. Patrz¹c na ni¹ z perspektywy obserwatora, mo¿na by³o odnieœæ wra¿enie, i¿ zamieni³a siê w zombie. Co prawda nie trzyma³a wyci¹gniêtych przed siebie r¹k, ani nie pow³óczy³a nogami, jednak wra¿enie nieodparcie siê nasuwa³o. Powód by³ ca³kiem prosty. Jej umys³ ograniczy³ siê do kontrolowania podstawowych funkcji organizmu, a ca³¹ swoj¹ "uwag" skupi³ na roztrz¹saniu us³yszanych niedawno s³ów. Z trudem przyswoi³a sobie ich brzmienie. "Chcia³bym ciê poca³owaæ... Chcia³bym ¿ebyœ mnie poca³owa³a" odbija³o siê echem w mózgu Katie i drêczy³o j¹ niczym wyrzuty sumienia. Tego nie móg³ przecie¿ powiedzieæ Oliver Wood - teoretycznie móg³ - ale ten Wood, jakiego ona zna³a, by³ ostatni¹ osob¹ na œwiecie, która by coœ takiego powiedzia³a, chyba.
"Dlaczego akurat ja? W Gryffindorze jest tyle dziewczyn." To pytanie nawiedza³o j¹ raz po raz.
"Ale tylko ty rzuci³aœ siê na niego i poca³owa³aœ" odpar³ wcale nie tak cichy g³osik z najg³êbszego zakamarka jej umys³u.
"Sk¹d mogê wiedzieæ, ¿e tylko ja?" próbowa³a siê broniæ.
"To udowodnij, ¿e by³y ich ca³e tabuny" odgryza³ siê g³os z sarkazmem.
Korytarz prowadzi³ j¹ wci¹¿ naprzód, a¿ do klatki schodowej. Ta zawiod³a j¹ dwa piêtra w górê i jedno w dó³. Znów znalaz³a siê na korytarzu.
"Takie myœlenie donik¹d mnie nie zaprowadzi" usi³owa³a siê przekonaæ.
"To po co w ogóle myœlisz" odezwa³ siê od razu g³os, pretenduj¹c do miana najwiêkszego upierdliwca roku.
Nie chcia³a daæ mu tej satysfakcji, musia³a jednak przyznaæ, i¿ Wood i jego "chêci" i pragnienia zabi³ jej æwieka. I to na dobre. W ¿aden sposób nie potrafi³a logicznie wyt³umaczyæ ca³ej sytuacji. Jedyne do czego dosz³a to to, ¿e sama jest sobie winna, poprawka: winna jest dieta, ergo winny jest Wood. Sêk w tym, co to zmienia³o? "Jedno wielkie nic" pomyœla³a, staj¹c przed obrazem Grubej Damy (ka¿dy korytarz prowadzi w koñcu do celu). Zmêczona chodzeniem i myœleniem przebrnê³a przez resztki œwiêtuj¹cej ci¿by i z ulg¹ zamknê³a za sob¹ drzwi dormitorium. Z równie wielk¹ ulg¹ chcia³a siê rzuciæ na ³ó¿ko lecz by³o zajête.
- Merlinie! Hermiona, ale mnie wystraszy³aœ! - krzyknê³a, wracaj¹c z krainy w³asnego umys³u do cielesnej egzystencji.
Zanim jednak Hermiona zd¹¿y³a odpowiedzieæ, Angelina da³a upust swojej ciekawoœci.
- Kat, czego chcia³ od ciebie Wood?
"Yyyy" ju¿ w miarê uspokojone myœli Katie zbi³y siê w wystraszon¹ masê. Zaczerwieni³a siê lekko i chc¹c ukryæ zmieszanie lekcewa¿¹co machnê³a rêk¹, mówi¹c:
- To co zawsze.
Hermiona unios³a znacz¹co brew i spojrza³a na równie sceptyczn¹ Angelinê.
- Doprawdy? - zapyta³a œcigaj¹ca. - A o czym zwykle rozmawiacie na osobnoœci?
Katie poczu³a siê jak królik osaczony przez nagonkê. Mia³a przeciwko sobie dwie inteligentne istoty p³ci ¿eñskiej oraz w³asne sumienie. O ile to drugie mo¿na by³o zignorowaæ i nie grozi³o plotkami w ca³ym Hogwarcie, o tyle Angelina i Hermiona by³y ¿¹dne sensacji, co w prze³o¿eniu na praktykê oznacza³o: "Katie, jak zwêsz¹ cokolwiek, jesteœ stracona". Na dodatek by³y uzbrojone w intuicjê. Prze³knê³a œlinê i ze³ga³a krzy¿uj¹c za plecami palce:
- O naszych b³êdach w czasie meczu i w ogóle. Wiecie jaki on jest - zaœmia³a siê nerwowo.
- Wiemy? - znów zapyta³a Angelina, mru¿¹c oczy i uœmiechaj¹c siê nieznacznie. - Jakoœ sobie nie przypominam, aby kiedykolwiek wyci¹ga³ mnie po meczu w jakieœ ustronne miejsce, ¿eby porozmawiaæ o b³êdach i w ogóle - doda³a.
Hermiona uœmiechnê³a siê z niewinnym wyrazem twarzy. Nie potrafi³a jednak ukryæ, i¿ wyci¹gnê³a ju¿ w³asne wnioski i nie kupuje s³ów Katie.
- Tak? - Katie próbowa³a coœ wymyœliæ, ale niestety, w g³owie mia³a pustkê. - Ja... Oliver... znaczy siê Wood... my... - pl¹ta³a siê, czuj¹c jak powoli zaczyna zapadaæ siê w przys³owiowe b³oto.
- Ty, Oliver Wood to znaczy wy, co? - zapyta³a tym razem Hermiona, wchodz¹c jej w s³owo, a raczej wykorzystuj¹c chwilow¹ przerwê w niesk³adnej wypowiedzi.
Katie policzy³a w myœlach do dziesiêciu i wziê³a g³êboki wdech. Rozejrza³a siê po dormitorium w poszukiwaniu wybawienia jakiegokolwiek gatunku. Niestety- brak szczêœcia. Spróbowa³a po raz kolejny.
- Nie rozumiem o co wam chodzi - próbowa³a poprzeæ to stwierdzenie nonszalanckim wzruszeniem ramionami, ale nie wypad³o to jednak najlepiej. - Przez te swoje metody treningowe jest lekko... - zmarszczy³a nos szukaj¹c w pamiêci odpowiedniego s³owa. - ... lekko nieswój?! - ostatnie s³owa nosi³y w sobie znamiona pytania.
- Ach, nieswój - to powiedziawszy, Hermiona przenios³a siê na ³ó¿ko Angeliny.
- No w koñcu ta d...
- Tylko nie wymawiaj tego s³owa! - wesz³a Katie w s³owo Angelina z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
- ... ta wiadomo o co chodzi... - poprawi³a siê Bell - ... te¿ nie wp³ywa zbyt dobrze na niego. Wydaje mi siê, ¿e chodzi³o mu w zasadzie o Freda albo Georgea, a nie o mnie - brnê³a dzielnie naprzód.
- Tak, oczywiœcie, pomyli³ ciê z bliŸniakami. - Historyjka nie zosta³a kupiona przez samozwañcz¹ inkwizycjê. - Lepiej przyznaj siê, ¿e macie siê z Oliverem ku sobie - zaczepnie dokoñczy³a Hermiona.
Katie zamar³a na zbyt d³ug¹ chwilê.
- Wiedzia³am! - krzyknê³a Angelina, zrywaj¹c siê z ³ó¿ka i zaczê³a podskakiwaæ w miejscu.
Sufit zawali³ siê z hukiem, przynajmniej w marzeniach Katie. By³a, potocznie mówi¹c, ugotowana. "Chwila" zaprotestowa³o sumienie "Jakie: macie siê ku sobie? O czym ty myœlisz? Oszala³aœ na staroœæ? Wpakowa³aœ siê facetowi w ¿ycie intymne, ¿e tak powiem i teraz nie wiadomo co sobie wyobra¿asz! Przecie¿ on pewnie jest zupe³nie w tych sprawach niedoœwiadczony." Zbesztana przez w³asne ego, otrz¹snê³a siê z szoku i prawie nie dr¿¹cym g³osem oznajmi³a uradowanym przyjació³kom:
- Jakie mamy siê ku sobie? Przecie¿ ja go prawie nie zat... - nie dokoñczy³a gdy¿ drzwi dormitorium otworzy³y siê z efektownym "woom" i stanê³a w nim uszczêœliwiona do granic mo¿liwoœci Alicja.
Tanecznym krokiem (w rytm walca wiedeñskiego) wp³ynê³a do œrodka, nie zapominaj¹c zatrzasn¹æ za sob¹ drzwi. Dotar³a do swojego ³ó¿ka i z wdziêkiem s³onia w ci¹¿y opad³a na nie, a raczej upad³a, poniewa¿ potknê³a siê o porzucone obuwie, zreszt¹ w³asne.
- I oto przyk³ad na to co robi z cz³owiekiem mi³oœæ i piwo kremowe - mruknê³a Angelina, przygl¹daj¹c siê jej ze zdegustowanym wyrazem twarzy.
- A mnie o coœ takiego pos¹dzasz - poskar¿y³a siê Katie, w koñcu sadowi¹c siê na swoim ³ó¿ku.
W duchu zaœ dziêkowa³a Alicji za jej zbawienne "wejœcie". Przez chwilê w dormitorium panowa³a cisza. Przerwa³ j¹ st³umiony chichot panny Spinnet:
- Wiecie... - przerwa³a, by z jêkiem unieœæ siê na ³okciu. - Jestem szczêœliwa!
- Chyba ju¿ pójdê - stwierdzi³a Hermiona i nie czekaj¹c na reakcjê, po¿egna³a siê.
W milcz¹cym pakcie Katie i Angelina zignorowa³y wyraŸnie podchmielon¹ przyjació³kê i pogr¹¿y³y siê w œwiecie w³asnych umys³ów. Niezra¿ona tym Alicja papla³a nadal - do siebie.
Kiedy tylko Katie i Wood znikli w œwiêtuj¹cym t³umie, Fred i George zaczêli p³awiæ siê w samouwielbieniu:
- Fred, jesteœmy wspaniali!
- Tak, George, nie ma na mas mocnych!
- Nic tylko chyliæ czo³a przed naszym geniuszem!
- I biæ g³êbokie pok³ony!
- Ca³owaæ nasze stopy...
- Hehe...
Wœród tej ba³wochwalczej pieœni padli sobie w ramiona i zaczêli siê klepaæ po plecach. Siedz¹cemu niedaleko pierwszakowi wygl¹dali na kompletnych œwirów, wiêc na wszelki wypadek przeniós³ siê w inne miejsce. Przygl¹daj¹cy siê zaœ ca³ej scenie z bezpiecznej odleg³oœci Ron przesta³ mieæ ju¿ jakiekolwiek w¹tpliwoœci co do ich poczytalnoœci i czym prêdzej postanowi³ wys³aæ sowê do matki. "No dobra, sowa mo¿e poczekaæ do jutra, przecie¿ gorzej ju¿ z nimi byæ nie mo¿e" pomyœla³ i poci¹gn¹³ solidny ³yk z butelki, o ma³o siê nie krztusz¹c kremowym piwem.
"¯enada, pogrom! Merlinie! Niech ziemia siê rozst¹pi i mnie poch³onie!" te jak¿e optymistyczne myœli zaw³adnê³y mózgiem Wooda. W milczeniu czeka³ na cios Losu.
- Nie ma sprawy! - ciszê przerwa³ Fred.
- ...? - Oliver spojrza³ na niego zaskoczony.
- Tak stary, wygramy ten mecz! - dorzuci³ George, podnosz¹c siê z ³awki.
Reszta dru¿yny te¿ zaczê³a siê zbieraæ. Katie ocknê³a siê z zamyœlenia i niezbyt przytomnie zapyta³a:
- Ju¿ skoñczy³?
- Na to wygl¹da - odpar³ Potter, wracaj¹c z krainy marzeñ.
Do Wooda powoli zaczê³o docieraæ, ¿e jego dru¿yna nic nie us³ysza³a. "Niech ignorancja bêdzie b³ogos³awiona", mia³ ochotê zaœpiewaæ. Konsekwencje bêdzie wyci¹ga³ potem. Teraz musia³ siê skupiæ na meczu. Wyjœæ na zewn¹trz i wygraæ - nic innego zreszt¹ nie wchodzi³o w rachubê. Wygraæ albo zgin¹æ. Z tak ustalon¹ taktyk¹, doskona³¹ w ka¿dym calu... no, pomijaj¹c ten drobiazg z przemowy. Wzi¹³ kilka g³êbszych wdechów i dla pewnoœci przyjrza³ siê wszystkim jeszcze raz. Wygl¹dali ca³kiem zwyczajnie. Tak jak zawsze przed meczem. Ruszy³ siê w koñcu i stan¹³ tu¿ obok Pottera. Us³ysza³ g³os Lee Jordana, witaj¹cego na pierwszym meczu tego sezonu. Po chwili wyszli na boisko. Stoj¹c na murawie, z miot³¹ w rêku, Wood zapomnia³ o ca³ym œwiecie. Drobny incydent z szatni przesta³ istnieæ w jego umyœle. Liczy³ siê ju¿ tylko quidditch.
- Hurra! Wygraliœmy! - okrzyki grupki Gryfonów, mijaj¹cych na korytarzu Wooda, nios³y siê echem chyba po ca³ym zamku.
- Hurra - mrukn¹³ pod nosem, stwierdzaj¹c w myœlach z sarkazmem: - Kogo to interesuje, ¿e wygraliœmy ca³kiem przypadkiem, oprócz mnie i Krukonów, no dobrze... Œlizgonów te¿.
Wraca³ w³aœnie z boiska do wie¿y Gryffindoru. By³... z³y, nie to zbyt mocno powiedziane. Odczuwa³ raczej coœ pomiêdzy zadowoleniem a rozczarowaniem. W³aœnie w takich momentach jak ten, zastanawia³ siê, po co w³aœciwie siê wysila. Opracowywa³ setki strategii, œlêcz¹c godzinami w bibliotece. Forsowa³ z uporem maniaka wszelkie mo¿liwe programy treningowe i po co to wszystko? Po to, ¿eby zawodnicy zasypiali w czasie narad taktycznych przed treningami, jego zagrzewaj¹cych do gry przemówieñ przed meczami, i ogólnie go olewali. Sfrustrowany, kopn¹³ kamienn¹ rzeŸbê chimery, kryj¹c¹ przejœcie do gabinetu dyrektora. Na szczêœcie nie reagowa³a na zaczepki.
- Wygraliœmy - wymamrota³ znowu, id¹c dalej korytarzem. - Gdyby nie...- nawet nie chcia³ o tym myœleæ.
Gdzieœ w okolicach przejœcia na trzecie piêtro min¹³ parê z³¹czon¹ w czu³ym uœcisku. To przypomnia³o mu o pewnej delikatnej kwestii, któr¹ zdecydowanie powinien wyjaœniæ, a potem wymazaæ z pamiêci. Byleby tylko nie wraca³a ju¿ nigdy wiêcej.
- Katie - wyrwa³o mu siê nawet, nie wiedzia³ dlaczego.
Poszczególne jednostki owej pary, miniêtej zaledwie o kilka kroków, oderwa³y siê od siebie i zdezorientowane rozejrza³y po korytarzu. Jedyne co zdo³a³y zobaczyæ, to znikaj¹ce w oddali plecy kogoœ w szacie do gry w quidditcha.
- Co to by³o? - zapyta³a mêska jednostka.
- Sk¹d mam wiedzieæ? - odpar³a ¿eñska.
- Wydawa³o mi siê przez chwilê, ¿e to Wood - stwierdzi³a po chwili ponownie mêska.
- No co ty, Doug! Wood krzycz¹cy na korytarzu imiê jakieœ dziewczyny!?
- Masz racjê Alicjo, ma³o prawdopodobne.
Po tej konkluzji powrócili do stanu, okreœlanego jako bycie zajêtym jedno drugim w sposób bardzo absorbuj¹cy uwagê.
Oliver pokonywa³ po trzy stopnie naraz, biegn¹c do pokoju wspólnego. Gruba Dama z okrzykiem grozy podskoczy³a w swojej ramie, kiedy Wood zahamowa³ zaledwie o kilka cali przed obrazem. Jednym tchem wyrecytowa³ has³o i kiedy tylko obraz odchyli³ siê, wpad³ jak burza do komnaty. Wydziera³ siê przy tym, by przekrzyczeæ ha³as, towarzysz¹cy trwaj¹cej tam w³aœnie imprezie:
- Katie! - rozgl¹da³ siê, poszukuj¹c jej w t³umie œwiêtuj¹cych Gryfonów. - Katie! Katie Bell!
Niestety nie by³o ¿adnego odzewu. Nie uda³o mu siê równie¿ wypatrzyæ jej wœród wszystkich szatynek w Gryffindorze. A wzrok, jak przysta³o na dobrego obroñcê, mia³ œwietny. Bliski desperacji, rozpocz¹³ metodyczne przeczesywanie pokoju wspólnego. Zaczepi³ chyba z piêæ dziewcz¹t, bior¹c je za obiekt swoich poszukiwañ, a¿ w koñcu odnalaz³ w³aœciw¹. Na kanapie w rogu pokoju, wciœniêt¹ pomiêdzy braci Weasley i do tego bardzo szczêœliw¹. Poczu³ siê... widzia³, ¿e to uczucie ma swoj¹ nazwê, ale jeszcze nigdy wczeœniej nie skojarzy³o siê ono jego umys³owi z ¿adn¹ dziewczyn¹. Zdecydowanie nie mia³ ochoty na zastanawianie siê teraz nad nim. Z³apa³ Katie za rêkê i si³¹ wyci¹gn¹³ z czeluœci kanapy.
- Co do...? - nie dokoñczy³a, zaskoczona.
- Muszê z tob¹ porozmawiaæ - powiedzia³ przez zaciœniête zêby i nie czekaj¹c na zgodê, zacz¹³ torowaæ sobie drogê do wyjœcia.
Nadal trzymana za rêkê, nie mia³a innego wyjœcia, jak pod¹¿yæ za nim. Fred i George wymienili porozumiewawcze spojrzenia i ani myœleli interweniowaæ, pomimo b³agalnego spojrzenia, jakie Katie rzuci³a im przez ramiê. W koñcu nie bêd¹ torpedowaæ w³asnego planu.
U¿ywaj¹c cia³a jako tartanu i ³okci przy bardziej opornych obiektach, Wood wyprowadzi³ Katie na korytarz. Tu siê zatrzyma³. Otrz¹snê³a siê z lekkiego szoku, w jaki wprawi³o j¹ to "porwanie" i wysapa³a:
- Wyt³umaczysz mi, o co chodzi?
Wood przez chwilê milcza³, po czym spokojnie oznajmi³:
- Nie tutaj.
- Œwietnie. A gdzie?
- W jakimœ bardziej ustronnym miejscu - oznajmi³ z wahaniem.
- Eeee... - nie by³o jej staæ na nic bardziej konstruktywnego.
Zosta³o to potraktowane jako zgoda, wobec czego da³a siê zaprowadziæ do pustej klasy. Przez ca³y czas czu³a siê wyj¹tkowo niekomfortowo w sensie psychicznym. Ledwo drzwi klasy zamknê³y siê za nimi, Wood oœwiadczy³ bez ¿adnych wstêpów i ceregieli:
- Katie, wydaje mi siê, ¿e chcia³bym, abyœ mnie znowu poca³owa³a - g³os dr¿a³ mu przy tym lekko, ale poza tym trzyma³ siê dzielnie.
To oœwiadczenie spad³o na ni¹ niczym grom z jasnego nieba. " Ja jego... ten tego... no mia³abym... znowu...oszala³!" w g³owie Katie zawrza³o niczym w hutniczym piecu. Nagle z tego k³êbowiska myœli, jakie utworzy³o siê w jej g³owie, wyp³ynê³a na powierzchniê jedna, a raczej pytanie:
- Dlaczego? - wypowiedzia³a je na g³os.
Wood spojrza³ na ni¹ têpym wzrokiem. "W³aœnie: Dlaczego? A mo¿e to ja... no na to by w koñcu wychodzi³o... W³aœciwie dlaczego nie!" nie obci¹¿a³ siê d³ugim myœleniem.
- No w³aœciwie to ja chcia³bym ciê poca³owaæ - oznajmi³ trochê pewniejszym g³osem, za to dodaj¹c efekty kolorystyczne w postaci rumieñca na twarzy.
No i znów konsternacja. Katie zaczê³a ju¿ powoli przychodziæ do siebie, kiedy Wood odpali³ kolejn¹ salwê. Ju¿ nie by³o rozszala³ych myœli, by³a tylko jedna: "Merlinie, niech on tego nie robi!" Minuty powoli mija³y, a Oliver nie rusza³ siê. To znaczy³o, ¿e raczej tego nie zrobi. Wbrew sobie poczu³a siê rozczarowana. "Bell, chyba nie chcia³aœ, ¿eby ciê..." pomyœla³a, staraj¹c siê wy³apaæ nawet najmniejszy ruch Wooda. Ostatecznie zada³a sobie sprawê z faktu, i¿ Wood tego nie zrobi, no bo w koñcu dawno by ju¿... tylko:
- Dlaczego? - wymknê³o jej siê.
Pytanie to postawi³o Wooda w bardzo trudnej sytuacji. Pomimo szczerych chêci, nie potrafi³ na nie odpowiedzieæ. Nie potrafi³ siê te¿ prze³amaæ do zrobienia tego jednego czy dwóch kroków w stronê Katie i zamkniêcia jej ust poca³unkiem. Musia³ jednak coœ zrobiæ. Staæ go by³o jedynie na bezradne wzruszenie ramionami. Krótkie "nie wiem" by³o zbyt wielkim wysi³kiem. W koñcu, po kilku minutach krêpuj¹cej ciszy, podszed³ do drzwi, otworzy³ je i gestem da³ Katie do zrozumienia, i¿ nie bêdzie jej ju¿ d³u¿ej zatrzymywa³.
Korytarz bieg³ prosto przed siebie, czasami skrêca³ to w lewo, to w prawo i tak jak to maj¹ w zwyczaju korytarze, prowadzi³ w jakieœ konkretne miejsce. W³aœnie to ostatnie by³o powodem, dla którego Katie nie przejmowa³a siê dok¹d idzie. Po prostu zda³a siê na korytarz i sz³a. Patrz¹c na ni¹ z perspektywy obserwatora, mo¿na by³o odnieœæ wra¿enie, i¿ zamieni³a siê w zombie. Co prawda nie trzyma³a wyci¹gniêtych przed siebie r¹k, ani nie pow³óczy³a nogami, jednak wra¿enie nieodparcie siê nasuwa³o. Powód by³ ca³kiem prosty. Jej umys³ ograniczy³ siê do kontrolowania podstawowych funkcji organizmu, a ca³¹ swoj¹ "uwag" skupi³ na roztrz¹saniu us³yszanych niedawno s³ów. Z trudem przyswoi³a sobie ich brzmienie. "Chcia³bym ciê poca³owaæ... Chcia³bym ¿ebyœ mnie poca³owa³a" odbija³o siê echem w mózgu Katie i drêczy³o j¹ niczym wyrzuty sumienia. Tego nie móg³ przecie¿ powiedzieæ Oliver Wood - teoretycznie móg³ - ale ten Wood, jakiego ona zna³a, by³ ostatni¹ osob¹ na œwiecie, która by coœ takiego powiedzia³a, chyba.
"Dlaczego akurat ja? W Gryffindorze jest tyle dziewczyn." To pytanie nawiedza³o j¹ raz po raz.
"Ale tylko ty rzuci³aœ siê na niego i poca³owa³aœ" odpar³ wcale nie tak cichy g³osik z najg³êbszego zakamarka jej umys³u.
"Sk¹d mogê wiedzieæ, ¿e tylko ja?" próbowa³a siê broniæ.
"To udowodnij, ¿e by³y ich ca³e tabuny" odgryza³ siê g³os z sarkazmem.
Korytarz prowadzi³ j¹ wci¹¿ naprzód, a¿ do klatki schodowej. Ta zawiod³a j¹ dwa piêtra w górê i jedno w dó³. Znów znalaz³a siê na korytarzu.
"Takie myœlenie donik¹d mnie nie zaprowadzi" usi³owa³a siê przekonaæ.
"To po co w ogóle myœlisz" odezwa³ siê od razu g³os, pretenduj¹c do miana najwiêkszego upierdliwca roku.
Nie chcia³a daæ mu tej satysfakcji, musia³a jednak przyznaæ, i¿ Wood i jego "chêci" i pragnienia zabi³ jej æwieka. I to na dobre. W ¿aden sposób nie potrafi³a logicznie wyt³umaczyæ ca³ej sytuacji. Jedyne do czego dosz³a to to, ¿e sama jest sobie winna, poprawka: winna jest dieta, ergo winny jest Wood. Sêk w tym, co to zmienia³o? "Jedno wielkie nic" pomyœla³a, staj¹c przed obrazem Grubej Damy (ka¿dy korytarz prowadzi w koñcu do celu). Zmêczona chodzeniem i myœleniem przebrnê³a przez resztki œwiêtuj¹cej ci¿by i z ulg¹ zamknê³a za sob¹ drzwi dormitorium. Z równie wielk¹ ulg¹ chcia³a siê rzuciæ na ³ó¿ko lecz by³o zajête.
- Merlinie! Hermiona, ale mnie wystraszy³aœ! - krzyknê³a, wracaj¹c z krainy w³asnego umys³u do cielesnej egzystencji.
Zanim jednak Hermiona zd¹¿y³a odpowiedzieæ, Angelina da³a upust swojej ciekawoœci.
- Kat, czego chcia³ od ciebie Wood?
"Yyyy" ju¿ w miarê uspokojone myœli Katie zbi³y siê w wystraszon¹ masê. Zaczerwieni³a siê lekko i chc¹c ukryæ zmieszanie lekcewa¿¹co machnê³a rêk¹, mówi¹c:
- To co zawsze.
Hermiona unios³a znacz¹co brew i spojrza³a na równie sceptyczn¹ Angelinê.
- Doprawdy? - zapyta³a œcigaj¹ca. - A o czym zwykle rozmawiacie na osobnoœci?
Katie poczu³a siê jak królik osaczony przez nagonkê. Mia³a przeciwko sobie dwie inteligentne istoty p³ci ¿eñskiej oraz w³asne sumienie. O ile to drugie mo¿na by³o zignorowaæ i nie grozi³o plotkami w ca³ym Hogwarcie, o tyle Angelina i Hermiona by³y ¿¹dne sensacji, co w prze³o¿eniu na praktykê oznacza³o: "Katie, jak zwêsz¹ cokolwiek, jesteœ stracona". Na dodatek by³y uzbrojone w intuicjê. Prze³knê³a œlinê i ze³ga³a krzy¿uj¹c za plecami palce:
- O naszych b³êdach w czasie meczu i w ogóle. Wiecie jaki on jest - zaœmia³a siê nerwowo.
- Wiemy? - znów zapyta³a Angelina, mru¿¹c oczy i uœmiechaj¹c siê nieznacznie. - Jakoœ sobie nie przypominam, aby kiedykolwiek wyci¹ga³ mnie po meczu w jakieœ ustronne miejsce, ¿eby porozmawiaæ o b³êdach i w ogóle - doda³a.
Hermiona uœmiechnê³a siê z niewinnym wyrazem twarzy. Nie potrafi³a jednak ukryæ, i¿ wyci¹gnê³a ju¿ w³asne wnioski i nie kupuje s³ów Katie.
- Tak? - Katie próbowa³a coœ wymyœliæ, ale niestety, w g³owie mia³a pustkê. - Ja... Oliver... znaczy siê Wood... my... - pl¹ta³a siê, czuj¹c jak powoli zaczyna zapadaæ siê w przys³owiowe b³oto.
- Ty, Oliver Wood to znaczy wy, co? - zapyta³a tym razem Hermiona, wchodz¹c jej w s³owo, a raczej wykorzystuj¹c chwilow¹ przerwê w niesk³adnej wypowiedzi.
Katie policzy³a w myœlach do dziesiêciu i wziê³a g³êboki wdech. Rozejrza³a siê po dormitorium w poszukiwaniu wybawienia jakiegokolwiek gatunku. Niestety- brak szczêœcia. Spróbowa³a po raz kolejny.
- Nie rozumiem o co wam chodzi - próbowa³a poprzeæ to stwierdzenie nonszalanckim wzruszeniem ramionami, ale nie wypad³o to jednak najlepiej. - Przez te swoje metody treningowe jest lekko... - zmarszczy³a nos szukaj¹c w pamiêci odpowiedniego s³owa. - ... lekko nieswój?! - ostatnie s³owa nosi³y w sobie znamiona pytania.
- Ach, nieswój - to powiedziawszy, Hermiona przenios³a siê na ³ó¿ko Angeliny.
- No w koñcu ta d...
- Tylko nie wymawiaj tego s³owa! - wesz³a Katie w s³owo Angelina z wyrazem obrzydzenia na twarzy.
- ... ta wiadomo o co chodzi... - poprawi³a siê Bell - ... te¿ nie wp³ywa zbyt dobrze na niego. Wydaje mi siê, ¿e chodzi³o mu w zasadzie o Freda albo Georgea, a nie o mnie - brnê³a dzielnie naprzód.
- Tak, oczywiœcie, pomyli³ ciê z bliŸniakami. - Historyjka nie zosta³a kupiona przez samozwañcz¹ inkwizycjê. - Lepiej przyznaj siê, ¿e macie siê z Oliverem ku sobie - zaczepnie dokoñczy³a Hermiona.
Katie zamar³a na zbyt d³ug¹ chwilê.
- Wiedzia³am! - krzyknê³a Angelina, zrywaj¹c siê z ³ó¿ka i zaczê³a podskakiwaæ w miejscu.
Sufit zawali³ siê z hukiem, przynajmniej w marzeniach Katie. By³a, potocznie mówi¹c, ugotowana. "Chwila" zaprotestowa³o sumienie "Jakie: macie siê ku sobie? O czym ty myœlisz? Oszala³aœ na staroœæ? Wpakowa³aœ siê facetowi w ¿ycie intymne, ¿e tak powiem i teraz nie wiadomo co sobie wyobra¿asz! Przecie¿ on pewnie jest zupe³nie w tych sprawach niedoœwiadczony." Zbesztana przez w³asne ego, otrz¹snê³a siê z szoku i prawie nie dr¿¹cym g³osem oznajmi³a uradowanym przyjació³kom:
- Jakie mamy siê ku sobie? Przecie¿ ja go prawie nie zat... - nie dokoñczy³a gdy¿ drzwi dormitorium otworzy³y siê z efektownym "woom" i stanê³a w nim uszczêœliwiona do granic mo¿liwoœci Alicja.
Tanecznym krokiem (w rytm walca wiedeñskiego) wp³ynê³a do œrodka, nie zapominaj¹c zatrzasn¹æ za sob¹ drzwi. Dotar³a do swojego ³ó¿ka i z wdziêkiem s³onia w ci¹¿y opad³a na nie, a raczej upad³a, poniewa¿ potknê³a siê o porzucone obuwie, zreszt¹ w³asne.
- I oto przyk³ad na to co robi z cz³owiekiem mi³oœæ i piwo kremowe - mruknê³a Angelina, przygl¹daj¹c siê jej ze zdegustowanym wyrazem twarzy.
- A mnie o coœ takiego pos¹dzasz - poskar¿y³a siê Katie, w koñcu sadowi¹c siê na swoim ³ó¿ku.
W duchu zaœ dziêkowa³a Alicji za jej zbawienne "wejœcie". Przez chwilê w dormitorium panowa³a cisza. Przerwa³ j¹ st³umiony chichot panny Spinnet:
- Wiecie... - przerwa³a, by z jêkiem unieœæ siê na ³okciu. - Jestem szczêœliwa!
- Chyba ju¿ pójdê - stwierdzi³a Hermiona i nie czekaj¹c na reakcjê, po¿egna³a siê.
W milcz¹cym pakcie Katie i Angelina zignorowa³y wyraŸnie podchmielon¹ przyjació³kê i pogr¹¿y³y siê w œwiecie w³asnych umys³ów. Niezra¿ona tym Alicja papla³a nadal - do siebie.
Kiedy tylko Katie i Wood znikli w œwiêtuj¹cym t³umie, Fred i George zaczêli p³awiæ siê w samouwielbieniu:
- Fred, jesteœmy wspaniali!
- Tak, George, nie ma na mas mocnych!
- Nic tylko chyliæ czo³a przed naszym geniuszem!
- I biæ g³êbokie pok³ony!
- Ca³owaæ nasze stopy...
- Hehe...
Wœród tej ba³wochwalczej pieœni padli sobie w ramiona i zaczêli siê klepaæ po plecach. Siedz¹cemu niedaleko pierwszakowi wygl¹dali na kompletnych œwirów, wiêc na wszelki wypadek przeniós³ siê w inne miejsce. Przygl¹daj¹cy siê zaœ ca³ej scenie z bezpiecznej odleg³oœci Ron przesta³ mieæ ju¿ jakiekolwiek w¹tpliwoœci co do ich poczytalnoœci i czym prêdzej postanowi³ wys³aæ sowê do matki. "No dobra, sowa mo¿e poczekaæ do jutra, przecie¿ gorzej ju¿ z nimi byæ nie mo¿e" pomyœla³ i poci¹gn¹³ solidny ³yk z butelki, o ma³o siê nie krztusz¹c kremowym piwem.
