No cóż, czasami człowiek musi, inaczej się udusi. Oto fragment sobotniego poranka, jaki przeżył Logan w towarzystwie swej byłej żony, Rudej Małpy na odwyku XD Trochę tego, trochę tamtego no i proszę...Enjoy!

P.S Ostrzegam, 'dzieło' to jest skutkiem ataku schizy jaki mnie złapał którejś nocy.

SOBOTNI PORANEK

Kobieta o ogniście czerwonych włosach wstała z łóżka i zaczęła nerwowo krążyć po pokoju. Spojrzała w kierunku stojących na stole butelek wina i na wpół wypitej puszki z piwem „Mocny Johny". Jej ręka bezwiednie powędrowała do opakowania, a po chwili zacisnęła się na puszce. Jean jednak ostatkiem wolnej woli puściła ją i zaczęła wrzeszczeć w nagłym przypływie paniki. Z dołu dobiegł ją znajomy głos.

- Złaź na dół wariatko, śniadanie!

Kobieta zawahała się, ale zeszła do kuchni.

Na dole czekał Logan. Na widok swojej współlokatorki pociągnął nosem niczym pies myśliwski.

- Piłaś... – stwierdził z wyrzutem.

- Wcale nie! – zaprzeczyła szybko Jean.

- Piłaś na sto procent. Może wzrok mam kiepski, ale za to węch znakomity... – odparł.

Grey zaczęła kręcić palcami młynka, unikając wzroku mężczyzny.

- No dobrze, piłam – przyznała w końcu – Ale tylko jeden mały kieliszek! – dodała szybko, pokazując na palcach jaki był mały.

Wolverine, zadowolony ze zwycięstwa moralnego, zaczął smarować czymś chleb. Jean obserwowała go uważnie. Gdy tylko kanapka wylądowała w jego ustach, zapytała:

- A co tam jesz?

Mężczyzna spojrzał na kromkę, przeżuwając powoli.

- Kanapkę – odparł po dłuższej chwili

- A z czym? – dopytywała się kobieta z uporem godnym pięciolatki chcącej coś wycyganić.

- Z miodem...

Po kilku minutach przypatrywania się, Jean z krzykiem wyrwała Wolverine'owi jego „śniadanie".

- To nie miód! To mój miodowy krem pod oczy!

Cisza. Logan powoli i dokładnie wytarł serwetką usta.

- No i? To tylko krem...nawet smaczny.

Słysząc te słowa, kobieta zaczęła dygotać ze zdenerwowania.

- Był ręcznie wyciskany z pszczelich tyłów! – wrzasnęła

Jednak Logan zamiast rzucić się na kolana - jak to sobie wyobrażała – i prosić o przebaczenie, westchnął tylko i wzniósł oczy ku górze.

„ Boże, wybaw mnie od tego durnego babska, a już nigdy więcej nie będę prześladować uczniów" - pomyślał.

Zdawało się, że Grey zupełnie straciła głowę.
Kręciła się wokół stołu i mruczała coś pod nosem.

- Opanuj się – powiedział w końcu – To tylko pszczoły...

A ona zatrzymała się niczym rażona piorunem i uderzyła pięścią o blat.

- NIE! TO SZLACHETNE PSZCZELE TYŁKI!

Znów zapadła cisza. W miarę upływu czasu, z twarzy mutantki zaczął znikać czerwono – wiśniowy kolor.

- Zrób mi kawę... – poprosiła łagodnie.

- Sama sobie zrób – odpowiedział obrażony Wolverine.

- Skarbie...proszę – głos Jean ociekał słodyczą jak Summers debilizmem.

To jednak poskutkowało, gdyż mężczyzna wstał i zaczął parzyć kawę.

W tym czasie ona usiadła przy stole i zaczęła stukać fioletowymi tipsami o blat.

- Spokojnie, zaraz będzie twoja kawa – rzekł Wolvie, którego głos był dziwnie podobny do głosu pielęgniarza z psychiatryka.

Kobieta nagle zerwała się z miejsca, a Logan wylał „małą czarną" na swoją koszulę.

- NIE CHCĘ KAWY! Wolę herbatkę ziołową.

Po przygotowaniu naparu, mężczyzna ukradkiem zerknął na pijącą w ciszy współlokatorkę. Zaczął przypuszczać, że przez brak piwa naprawdę jej odwala.

Po chwili zadzwonił telefon.

- Odbierz, to pewnie Charles...O nie! Pewnie zapyta, czemu mnie nie było na wykładzie! Powiedz mu, że jestem chora! – powiedziała Jean konspiracyjnym szeptem.

Logan jęknął, po czym podniósł słuchawkę.

- Tak? Oczywiście...Tak, jest tutaj, kazała mi przekazać, że... – nie skończył, gdyż kobieta rzuciła się na niego i wyrwała telefon z rąk.

- Xavier! Co? Tak, tak...Logan? A co on tam wie o miodzie...