Ten rozdział pisałam pod wpływem napoju wyskokowego o wiśniowym smaku. Kiedy przeczytałam go na trzeźwo stwierdziłam, że jest zbyt durnowaty, jednak zdecydowałam się go zostawić (po kilku poprawkach). Zniesmaczonym mogę obiecać, że następny rozdział będzie moim absolutnie ulubionym.

Poza tym warto dodać, że ten FF to romansidło straszne, nie będzie pościgów, wybuchów, zapiekanek, prostytutek. Takie rzeczy będą w sequelu, który już się pisze (bo to, co czytacie, leży sobie spokojnie w folderze, jest już ukończone i czeka tylko na publikację co kilka dni)


-Jak myślisz, Hermiona wytrzyma ze Snapem taką ilość czasu? - Spytała Ginny Harry'ego, gdy grzali się w cieple kominka Pokoju Wspólnego.

-Nie mam pojęcia. - Odparł chłopak. - Mam nadzieję, że tak. Po Ostatniej Bitwie zmieniła pogląd na ministerstwo o 180 stopni i, szczerze mówiąc, bałem się, że nie wybierze żadnej ścieżki kariery. A to byłoby straszne marnotrawstwo - Harry westchnął, przypominając sobie te desperackie listy, które wysyłał jej prawie codziennie, z zapytaniem o decyzję. - Kiedy mi napisała, że chciałaby uczyć i jest w stałym kontakcie z McGonagall naprawdę odetchnąłem z ulgą. Boję się, że teraz, kiedy nie może robić tego, co chce, zrezygnuje. Znasz ją.

Ginny skrzywiła się.

-Ale przecież eliksiry to coś lepszego, bardziej prestiżowego! Hermiona, jaką znam, cieszyłaby się o wiele bardziej z takiego wyzwania i okazji!

-Owszem. Ale Hermiona, jaka została po pierwszej bitwie, cieszyłaby się z tego, czego pragnęła. - Chłopak na chwilę zamilkł. - Martwię sie o nią, Ginny. I ja, i ty straciliśmy wiele ludzi na bitwie, ale ona zupełnie inaczej to przeżyła. Nigdy nie widziałem jej płaczącej po wszystkim, ani przez chwilę nie odpoczęła, no może w tej Hiszpanii. Ale po Bitwie, do końca czerwca, chodziła całkowicie wyprana z emocji, rzuciła się w wir pomagania pani Pomfrey... Wróciła też inna. Jak nie ona. - Harry potarł dłońmi oczy. - Nie wiem, Ginny, mam wrażenie, że rozmawiam z całkowicie inna osobą.

-Harry... Bitwa zmieniła nas wszystkich. Może na Hermionę wpłynęła najmocniej, weź pod uwagę, że ona też może mieć wrażenie, jakby rozmawiała z obcymi ludźmi. Dajmy jej czas. - Dziewczyna westchnęła. - Przecież wiesz, że pomiędzy nią i Ronem coś było. Może jak znajdzie sobie kogoś nowego, wtedy się otrząśnie. Myślisz, że w najczarniejszych scenariuszach przewidywała, że ona przeżyje, a Ron nie? Harry, ona zapewne planowała po cichu z nim wspólną przyszłość! Naprawdę. Czas. Cztery miesiące może jej nie wystarczyły. Na razie musimy wszyscy się o siebie troszczyć.

-Zauważyłaś, że zamknęliśmy się w swoim gronie?

Ginny pokiwała głową.

-Nie dziwię się wam. Ludziom teraz odwala na Twój widok, traktują Cię jak celebrytę, zapominając kompletnie o tym, że ty nie wziąłeś udziału w pokazie mody, ale w prawdziwej bitwie, w której zginęło mnóstwo osób! - Rudowłosa prychnęła z pogardą. - Moim zdaniem robisz bardzo dobrze, trzymając przy sobie tylko Hermionę, która jako jedyna jest w stanie Ciebie zrozumieć.

Nie mieli szans dokończyć swojej rozmowy, bo do Pokoju Wspólnego wpadła Hermiona. Rzuciła przyjaciołom rozżalone spojrzenie, po czym ułożyła usta w podkówkę.

-Widziałam ją - rzuciła drżącym głosem. - Te, tę... Kayleigh! Tę, która mnie wygryzła!

-I co? Jaka jest?

-Idealna! - Wykrzyknęła, po czym zaniosła się płaczem. - Tak, dokładnie. IDEALNA. Jest wysoka, szczupła, ma burzę pięknych, rudych loków, piegi i wielkie zielone oczy, Snape uśmiecha się na jej widok, a na dodatek przybyła do Hogwartu z biura aurorów! Rozumiecie to?!

Ginny i Harry spojrzeli po sobie zdziwieni.

-Z biura aurorów? Dlaczego?

-Podobno taki był plan, tak powiedziała Snape'owi w gabinecie. Najpierw "trochę rozrywki z aurorami", potem "ciepła posada w Hogwarcie" - zakończyła dziewczyna. Była tak wściekła, że praktycznie pluła jadem. - Resztę opowiem wam u siebie - powiedziała, ocierając łzy wściekłości i machając im przed twarzami kluczami do swojej nowej komnaty. - Musicie mi pomóc się przeprowadzić. Nawet jeszcze nie weszłam do nowego lokum tylko od razu przybiegłam do was.

W pokoju Hermiony okazało się, że jej wszystkie rzeczy można zmieścić w jedną torbę.

-Idziemy. - Rzuciła Hermiona, po czym wyszła z pokoju, nawet się za sobą nie oglądając.

-McGonagall zaprosiła was obie do swojego gabinetu? Trochę to nietaktowne...

-Nie, nie. Ta... Ona wpadła podczas naszej rozmowy. Weszła, rozjaśniła całą szkołę swoją perfekcyjną obecnością, jednym podpisem przekreśliła moje marzenie, po czym teleportowała się do ministerstwa. Cała jej wizyta trwała może z pięć minut, a zdążyła niesamowicie podjarać się tym, że brałam udział w Bitwie, jakby było się czym ekscytować - prychnęła na zakończenie Gryfonka. Ginny rzuciła Harry'emu znaczące spojrzenie, jakby chciała powiedzieć "a nie mówiłam".

W końcu stanęli przed drzwiami do nowej komnaty Hermiony. Dziewczyna włożyła klucz do drzwi, po czym odwróciła się do przyjaciół.

-Jeżeli po drugiej stronie jest totalna rudera to zanim się rozpłaczę, macie mi powiedzieć, że jutro o ósmej prowadzę swoją pierwszą, samodzielną godzinę eliksirów.

Przyjaciele przytaknęli, po czym dziewczyna przekręciła klucze w zamku i pchnęła drzwi. Ich oczom ukazała się przestronna komnata z kominkiem. W jednym rogu stało ogromne, dębowe biurko, zaraz obok niego znajdowało się łóżko z baldachimem. W pokoju znajdowały sie również dwie pary drzwi. Hermiona zajrzała do środka i z ulga przyjęła fakt posiadania własnej łazienki. Na drugich drzwiach znajdowała się karteczka. Ginny natychmiast do niej podbiegła i przeczytała na głos.

-Szanowna Panno Granger - wywróciła oczyma na dźwięk tej uprzejmości. - Za tymi drzwiami znajduje się wspólna pracownia, w której może Pani ćwiczyć o każdej porze dnia i nocy. Prosiłbym jednak o powstrzymanie się od odwiedzania jej dzisiaj - warzę bardzo trudny eliksir, który wymaga skupienia. - Rudowłosa natychmiast zamilkła, po czym otworzyła usta w niemym szoku. - Hermiono... Czy to oznacza, że za tymi drzwiami znajduje się wielka, bardzo dobrze wyposażona pracownia, w której znajdują się kolejne drzwi, a za nimi komnata samego Mistrza Eliksirów?

Hermiona zarumieniła się.

-Cóż, to z tego wynika. - Odparła, po czym usiadła na łóżku, na którym znajdowała sie ciemnozielona pościel. - Myślicie, że mogę udekorować to miejsce na czerwono-złoto?

Harry parsknął śmiechem.

-Myślę, że Snape będzie zachwycony.

-Uznam to za zachętę - odparła gryfonka, po czym kilkoma ruchami różdżki sprawiła, że pokój natychmiast zmienił barwy. Zrobiło się w nim o wiele przytulniej i cieplej. - Jakbym dostała termin z transmutacji miałabym pewnie komnatę z większym oknem. I lepszym widokiem - mruknęła, patrząc na malutkie okienko nad biurkiem.

-Ciesz się, że w ogóle je masz. Myślałem, że w lochach nie ma takich luksusów.

Hermiona uśmiechnęła się do niego ciepło, po czym pożegnała przyjaciół, tłumacząc się sennością. Kiedy została wreszcie sama w komnacie, dobił ją fakt, że w ten sposób będzie najprawdopodobniej spędzać większość wolnych wieczorów. I jeszcze ten cholerny liścik na drzwiach. Przeczytała go ponownie, klnąc w duchu. Zapewne stary drań zdawał sobie sprawę z tego, jak wielką ciekawość w niej rozbudził. "Bardzo trudny eliksir, który wymaga skupienia". I jak ona niby miała zasnąć, kiedy za drzwiami najprawdopodobniej mogłaby się już tyle nauczyć! Zaklęła w duchu, po czym wyszła na korytarz, trzaskając drzwiami. Po sekundzie z sąsiadujących drzwi wyszedł Snape, najwyraźniej chcąc sprawdzić, kto zakłóca mu spokój. Rzucił jej zirytowane spojrzenie. Dziewczyna zakryła mimowolnie usta dłonią w niemym okrzyku.

-O matko, przepraszam, strasznie przepraszam profesorze! Ja po prostu musiałam wyjść, bo wychodziłam z siebie wiedząc, że zaraz obok robi pan, panie profesorze, coś, co mogłabym zobaczyć - w tym momencie wróciła po części dawna Hermiona, która nie kontrolowała potoku słów w obliczu nagany od nauczyciela. - Przepraszam, przepraszam, proszę mnie nie zwalniać z terminu!

Snape uniósł jedną brew ku górze po czym westchnął z niedowierzaniem. Skinął głową w stronę drzwi do pracowni.

-Wskakuj - powiedział krótko, wyjątkowo bez zadęcia i sztucznej kultury.

Hermiona rozchyliła usta z niedowierzaniem..

-Naprawdę?

-Bo się rozmyślę.

Dziewczyna z nieukrywanym uśmiechem na twarzy dosłownie wbiegła do pracowni, po czym stanęła jak wryta na progu.

-O matko - mruknęła zszokowana.

To, co ujrzała przed sobą przechodziło jej najśmielsze oczekiwania. Nie miała pojęcia, że w zamku znajduje się tak świetnie wyposażona pracownia! Domyślała sie, że Snape nie zgodziłby sie na pracowanie byle gdzie, ale... Ta przestań, kilkanaście kociołków, każdy z innego materiału, składniki stojące na regałach, które zajmowały każdą wolną przestrzeń pod ścianą.

-Panno Granger - usłyszała za sobą zniecierpliwiony głos Snape'a. Dziewczyna natychmiast odsunęła się i pozwoliła mu wejść za nią do pomieszczenia. Miała wrażenie, że Mistrz trochę chwieje się na nogach - Dziękuję. Teraz się skup - nie umknęło jej uwadze to, że mężczyzna płynnie przechodził na "ty". - Tworzę eliksir, który jest odtrutką na każdy eliksir zniewalający, jaki możesz sobie wyobrazić. Amortencja, Veritaserum... Wszystko, co upośledza rozumowanie i sprawia, że zachowujesz się jak nie ty. Jest uniwersalny. Rozumiesz? - Hermiona skinęła głową. Doskonale znała definicję eliksirów zniewalających. Nie sądziła jednak, że istnieje eliksir, który jest antidotum na nie wszystkie. - Dobrze. Zanim powrócę do pracy chce Cię uprzedzić, że opary powodują, że się rozluźniasz. W każdym tego słowa znaczeniu. Trudniej Ci utrzymać się w pionie, bo mięśnie odmawiają posłuszeństwa, a w głowie masz mniej więcej ten sam stan co po dwóch lampkach wina.

Dziewczyna otworzyła szerzej oczy. Nie stchórzy, bała się jednak zbyt swobodnego zachowania przy profesorze. Skinęła ze zrozumieniem głową i usiadła obok niego zaraz po tym, jak zajął swoje miejsce przy kociołku.

-Możesz ze mną rozmawiać, ale pod żadnym pozorem mnie nie dotykaj, bo najmniejsze nawet drgnięcie ręki może spowodować, że popsuję cały wywar.

-Oczywiście - odparła dziewczyna. - Nie wiedziałam, że istnieje takie uniwersalne antidotum.

-Bo oficjalnie nie istnieje. Sam go stworzyłem, jeszcze za czasów, kiedy byłem śmierciożercą. Na razie wychodził mi za każdym razem, teraz muszę spróbować ostatni raz zanim zanotuję dokładną recepturę i opublikuję.

-Rozumiem. To znaczy, nie wyobrażam sobie procesu tworzenia eliksiru od zera. Jak to wygląda?

Snape westchnął cicho.

-Mogłem bardziej sprecyzować... Możesz ze mną rozmawiać, ale proszę, nie poruszaj tematów eliksirów, nauki i wszystkiego, co wymaga od mnie ruszenia szarymi komórkami.

-Och. Przepraszam, rozumiem. W takim razie poczekam, aż opary zaczną działać - powiedziała, po czym zachichotała z własnego żartu.

-Wiedziałem, że warzenie eliksiru z gryfonką to zły pomysł - odparł Mistrz.

-Nie jest tak lepiej? - Spytała nagle Hermiona, powodowana bezczelną szczerością, która aktywowała się zawsze u niej po większej dawce alkoholu.

-Tak? To znaczy jak? Wybacz, ale nie możesz ode mnie oczekiwać, że przeczytam Twoje myśli. - Zamilkł na chwilę. - Właściwie, biorąc pod uwagę leglimencję, możesz. Ale nie kiedy jestem bez różdżki.

-Normalnie - odparła. - Bez tego zadęcia. I udawania, że nic się nie stało. Oboje wiemy, co się wydarzyło.

-Zatem czego oczekujesz?

Dziewczyna westchnęła i spojrzała na swoje dłonie. Gdzie nagle ulotniła się jej odwaga?

-Żebyśmy normalnie rozmawiali. To naprawdę dziwne, że po tym, co stało się w maju, wciąż jestem "Panią". Litości, profesorze, ludzie po takich przeżyciach zazwyczaj są sobie wdzięczni, a nie odpychają się sztuczną uprzejmością.

-Czyli to Cię boli - odparł mężczyzna. - Cóż, może jest w tym moja wina. Nie wmówisz mi jednak, że czułaś się w pełni swobodnie w moim towarzystwie, po tym co powiedzieliśmy sobie w skrzydle szpitalnym.

Dziewczyna skrzywiła się lekko.

-Myślę, że takie wyznania rzeczywiście burzą relację nauczyciel-uczennica, ale z drugiej strony... Popsuło je juz to, co wydarzyło się podczas ostatniej bitwy.

Snape uniósł delikatnie kąciki ust. Hermiona spojrzała na niego.

-Co w tym śmiesznego?

-Oh, nie pamiętasz, co mruczałaś pod nosem gdy wychodziliśmy z Wrzeszczącej Chaty? "Tylko mi to nie umieraj. Masz żyć i oczyścić się z zarzutów albo zgnić w Azkabanie za zabicie Dumbledora, a nie umrzeć wygodną śmiercią".

Dziewczyna spłonęła dzikim rumieńcem.

-O matko, przepraszam! - Pisnęła, zakrywając sobie usta dłonią. - Naprawdę nie byłam tego świadoma! Na swoje usprawiedliwienie dodam, że nie miałam pojęcia iż jego śmierć była sfingowana przez waszą dwójkę.

-Żartujesz sobie? - Spytał tym swoim cichym, głębokim głosem. - Zrobiłaś, to co zrobiłaś, nie będąc pewną, po której stronie stałem.

Jeżeli uśmiech Hermiony mógłby rozświetlić pomieszczenie, na pewno by to zrobił.

-Tak, trzeba to przyznać, jestem świetna - powiedziała, po czym zaśmiała się cicho. - Kurczę, na pewno nie przeszkadzam, profesorze?

-Nie. Warzenie tego eliksiru jest dość nudne, bo ogranicza się do monotonnego mieszania przez określony czas. Musi być on co prawda wyliczony do sekundy, ale... - zamilkł, wrzucając liście małokosa do środka - ... mam juz to wyćwiczone. Kartka na Twoich drzwiach było po to, abyś nagle nie wparowała do pracowni i mnie nie rozproszyła jakimiś nagłymi okrzykami. Chciałbym również zauważyć, jak idealnie wypreparowane są liście, które właśnie wrzuciłem. Miejmy nadzieję, że nie umrę po zażyciu.

-Nie miałam wtedy na myśli, że źle oddzielił pan liść od łodygi, profesorze. Chciałam tylko zapobiec fali zatruć wśród uczennic, chcących się popisać przed panem swoimi umiejętnościami. A raczej ich brakiem.

-O Merlinie, zauważyłaś to?

-Żartuje pan? Wszyscy to widzą.

-Głupie dziewuchy - fuknął pod nosem. - Nawet nie wyobrażasz sobie, jakie to cholernie męczące.

-Męczące? Mieć powodzenie u kobiet?

Snape wrzucił ostatni składnik, zamieszał, po czym wstał od biurka. Przytrzymał się krzesła. Poczuł, że mięśnie zdecydowanie za bardzo się rozluźniły.

-Koniec, teraz musimy poczekać dokładnie 9 minut i 16 sekund do zdjęcia z ognia. - Spojrzał na Hermionę. - Powodzenie u kobiet nigdy nie było problemem w moim przypadku. Z kolei powodzenie u głupiutkich uczennic... Ciężko się cieszyć z takiego obrotu sprawy. Widziałaś co działo się wczoraj. I tak jest codziennie. Dzień w dzień, wieczór w wieczór muszę tłumaczyć najprostsze rzeczy tym.. - ugryzł się w język, nie chcąc wymyślać kolejnych epitetów.

-Jeżeli to panu pomoże, ja mogę przejąć konsultacje - powiedziała lekko. - Mogę się założyć, że po takiej zmianie, oboje będziemy mieli wolne wieczory.

-Naprawdę masz ochotę siedzieć od poniedziałku do piątku po dwie godziny w gabinecie, zamiast robić coś ciekawszego? Zdajesz sobie sprawę, w jakich godzinach są te konsultacje? - Spytał podejrzliwie. Doskonale wiedział, gdzie udaje się codziennie z przyjaciółmi.

-Tak - odparła z mocą. - Wiem. I chyba lepiej spożytkować ten czas tutaj.

Mężczyzna pokręcił głową z niedowierzaniem.

-Dobrze. Jutro na próbę usiądę z Tobą, pojutrze spróbujesz sama. Nie musisz tego robić, więc w każdej chwili będziesz mogła zrezygnować.

-Jasne. Na wszelki wypadek wezmę książkę, żeby się nie nudzić.

Oboje umilkli w oczekiwaniu na przygotowanie się wywaru.

-Pamiętasz, co Ci mówiłem o tych zaklęciach, którymi mnie leczyłaś. Czy ty...?

-Nie - odparła. - Nic z tych rzeczy. Wygląda na to, że nie jestem podatna na efekty uboczne.

-Dobrze - odparł. - Myślę, że powinnaś iść już spać. Jutro zaczynasz lekcją z pierwszorocznymi, potem masz swoje zajęcia, wieczorem masz konsultacje, a po wszystkim chciałbym, żebyś pomogła mi przetestować eliksir. - Zamilkł, czekając na to, aż dotrze do niej, jak wiele obowiązków na siebie wzięła. - Dasz radę?

-Pewnie. Od czasów bitwy sypiam dość mało więc jeżeli profesor da mi teraz materiały na jutrzejszą lekcję, nie będę musiała profesora niepokoić jutro rano.

Mężczyzna skinął głową, po czym chwiejnym krokiem ruszył do swojej komnaty, mamrocząc pod nosem coś o przeklętych oparach. Wrócił z plikiem kartek i wręczył je dziewczynie.

-To wszystko? - Spytała Hermiona, przeglądając notatki. - Ah, no tak, pierwszoroczni.

Snape w międzyczasie zdjął szybkim ruchem kociołek z ognia, po czym mrugnął do dziewczyny. Zaśmiała się pod nosem, po czym wstała z krzesła. Taki przynajmniej miała zamiar, zapomniała jednak o oparach. W chwili, w której jej nogi dotknęły ziemi, runęła przed siebie jak długa.

-Granger, ostrzegałem Cię - warknął Snape, schylając się nad nią i próbując pomóc jej wstać. Sam jednak stracił równowagę i z głośnym łoskotem przewrócił sie na dziewczynę. Hermiona, czerwona ze wstydu, że okazała się taką niezdarą, czując na sobie ciało profesora eliksirów, wybuchnęła głośnym, niepohamowanym śmiechem.

-Prze-przepraszam - starała się wydukać, jednak salwy śmiechu skutecznie jej w tym przeszkadzały. Poczuła, jak ciało, które na niej leżało powoli się z niej zsuwa i po chwili zobaczyła obok siebie twarz Mistrza Eliksirów, który patrzył na nią zimnym wzrokiem.

-Jutro nie waż się nawet o tym wspomnieć - powiedział. - Nie ręczę za siebie - dodał, próbując wstać.

-Teraz będzie mnie korciło, - powiedziała dziewczyna, zaśmiewając się do rozpuku, nic nie robiąc sobie ze zdenerwowanego spojrzenia Snape'a. - O Merlinie, powinniśmy spróbować wstać. - Dodała, gdy wreszcie się uspokoiła i otarła łzy z kąciku oczu.

Snape złapał za kant biurka i jakimś cudem się podniósł. Spojrzał z góry na klęczącą Hermionę, która wyciągała do niego rękę. Chwycił jej dłoń, ale od razu mu się wyśliznęła.

-Jak można mieć tak słabe mięśnie, żeby rozluźniające opary całkowicie pozbawiały Cię siły - fuknął zirytowany, chwytając dziewczynę pod pachę i podnosząc ją z podłogi.

-Nie będę robiła żadnych uwag na temat pańskich mięśni, bo byłyby niestosowne - mruknęła dziewczyna, mając nadzieję, że na tyle cicho, aby Snape nie usłyszał.

-A mów co sobie chcesz, to sama stal - odparł Snape, czując, jak przestaje się kontrolować. Musiał się opanować i to jak najszybciej. - Teraz ze mną współpracuj - powiedział, wzmacniając uścisk na dziewczynie i prowadząc ich dwójkę do drzwi do komnaty Hermiony. Kiedy nacisnął klamkę, oboje wpadli do środka, znowu lądując na podłodze. Tym razem jednak dłoń Snape'a utknęła pod Hermioną, a dokładnie pod jej piersią. Zamknął nogą drzwi do pracowni, dając i sobie i jej jakąkolwiek szansę na wytrzeźwienie.

-Obawiam się, że musisz pierwsza wykonać ruch i zejść z mojej dłoni - powiedział cicho Severus.

-Czemu? - Spytała dziewczyna, jeszcze obolała po ponownym upadku. Snape wywrócił oczami i jedynie poruszył dłonią, która znajdowała się pod dziewczyną. - Oh! - Pisnęła, czując wyraźny dotyk. Momentalnie podniosła się na nogi.

-Jakbym wiedział, że to wystarczy, żebyś wstała, spróbowałbym wcześniej - odparł profesor.

Hermiona oblała się rumieńcem. Na jej twarzy wykwitł zawstydzony uśmiech.

-Dobranoc - powiedział, po czym skierował się do pracowni. - Postaraj się uspokoić do jutra.

-Dobranoc, profesorze - odparła z chichotem dziewczyna, odprowadzając go wzrokiem do drzwi. Kiedy zamknęły się za nim z głuchym trzaskiem, opadła na łóżko, starając się odpędzić od siebie natrętne myśli.

Jak to możliwe, że nagle tak się rozluźniła? Po Pierwszej Bitwie nie raz zdarzało jej się napić ze znajomymi i ani razu nie poczuła się taka... swobodna. Tymczasem wystarczył mały kopniak w postaci odurzających oparów i już poruszyła ze Snapem dwa najtrudniejsze tematy. Tego, że traktuje ją jak obca i tego, co działo się w skrzydle szpitalnym. I, jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało, wygłupiała się razem ze swoim mistrzem Eliksirów. To było takie... normalne. Może i miała odwagę do działania przez działanie eliksiru, ale przecież nie sprawiał on, że mogła zachować się... jak nie ona.

Cóż, najwyraźniej możemy być dobrymi przyjaciółmi, pomyślała, po czym udała się do łazienki.