Harry, leć do zamku, ja zostanę tu z Ronem, spróbujemy coś zaradzić - krzyknęła Hermiona, nerwowo zaciskając dłoń na szyi Snape'a, z której tryskała krew. - Sprawdź tę myślodsiewnię, może jest tam coś o Voldemorcie!

-Nie zostawię was tu! Nie z nim!

-HARRY, W TEJ CHWILI! - Krzyknął Ron, przerażony tym, że jego dłonie robią się coraz bardziej czerwone. - Słyszałeś co powiedział Voldemortowi przed atakiem! Że był podwójnym szpiegiem! Zaufaj mu i idź już!

Harry wybiegł z Chaty, zostawiając za sobą przeraźliwą ciszę, przerywaną tylko charczeniem Snape'a.

-Jak tylko to zatamujemy, musimy się stąd wynosić! Cholera, gdzie jest jego różdżka?! Widzisz ją gdzieś Ron?! - Pytała gorączkowo Hermiona, wciąż próbując zatamować krwotok. Z marnym skutkiem.

-Szlag by to, nie ma jej tu! Może ten psychopata ją zabrał ze sobą?! Nie widzę jej! Trzymaj te ręce na ranie, zaczynam rzucać zaklęcia! Niech pan nic nie mówi! Na Merlina, zatkaj mu drugą ręką usta, bo się wykrwawi!

Niestety, żaden z leczących czarów zdawał się nie działać. Oboje, pochyleni rozgorączkowani nad profesorem, nie dostrzegli ciemnej, wślizgującej się do środka postaci. Dopiero szyderczy chichot sprawił, że odwrócili się gwałtownie w stronę źródła hałasu.

-Oh, ktoś chce ratować zdrajcę śmierciożerców? - Spytała Bellatrix dziecięcym głosem. - Malutkie, biedniutkie dzieci starają się przechytrzyć samego Czarnego Pana i Nagini. Cóż, będą mi wdzięczni, kiedy AVADA KEDAVRA! - Wykrzyknęła nagle, w środku zdania, kierując różdżkę w stronę Rona.

-NIE! - Zawyła Hermiona, szukając w panice swojej różdżki. Zanim jednak zorientowała się, co się dzieje, snop zielonego światła poszybował w stronę Bellatrix. Zszokowana spuściła wzrok na Snape'a, któremu wciąż zatykała usta. Oddychała głęboko i nie miała pojęcia, jak się zachować. Z przerażeniem zdjęła zakrwawioną dłoń z jego twarzy.

O matko, on rzucił niewerbalnie zaklęcie niewybaczalne, pomyślała ze zgrozą.

-Masz. Mów - wycharczał, oddając jej różdżkę. Dziewczyna spełniła jego rozkaz. - Asesto moia.

-Asesto moia.

-Morsen evario.

-Morsen evario.

-Adi nostre.

-Adi nostre - zakończyła, widząc, jak z jej różdżki wydobywa się błękitne światło i zatrzymuje się na ranie Snape'a.

-Nie bój się - wyszeptał resztką sił, chwytając ją za dłoń i przegryzając delikatną skórę na nadgarstku. Hermiona krzyknęła, jednak pozwoliła mu spić swoją krew. Po chwili podniósł na nią wzrok. - Maner requiem.

-Maner requiem - wydusiła z siebie, próbując tamować potok łez i nie patrzeć na martwe ciało Rona.

Niebieskie światło wniknęło w ranę Snape'a. Mężczyzna wziął głęboki wdech, po czym wykaszlał ciemnoczerwony skrzep.

-To tylko na chwilę - powiedział, ledwo cedząc słowa. - Wytrzyma przez kilka godzin, teraz możesz już mnie zostawić i... - umilkł jednak, widząc dym wydobywający sie zza ściany. Po chwili buchnęły zza niej ogromne płomienie.

-O cholera, nie ugaszę tego czarami - szepnęła Hermiona, podnosząc się szybko. Wcisnęła Snape'owi w dłoń swoją różdżkę, wyrywając drugą z martwej dłoni Rona, po czym zarzuciła rękę mężczyzny na swoje ramię. - Wynosimy się - mruknęła, z ulgą przyjmując fakt, że profesor może z jej pomocą iść. Ze łzami w oczach minęła zwłoki przyjaciela, musiała jednak ratować tych, którzy mieli jeszcze szansę na przeżycie.

Droga przez korytarz zdawała się nie mieć końca. Nie dość, że cały czas czuli na plecach ciepło ognia, który za nimi podążał, to na dodatek spotkali kilku śmierciożerców, próbujących znaleźć Bellatrix. Hermiona cały czas próbowała różdżką Rona wykrzesać jakiekolwiek zaklęcia ochronne. Dzięki Merlinowi, Snape unieszkodliwiał wszystkich, zanim zdążyli podnieść różdżki.

Wychodząc pod bijącą wierzbą, ze zgrozą zobaczyli, że Hogwart płonie.

-Idziemy tam - zadecydował Snape. - Nigdzie się nie schowamy, a ja jestem za słaby, żeby mnie aportować.

Hermiona posłusznie skierowała się w stronę zamku. Zabijając coraz więcej śmierciożerców, byli coraz bliżej celu.

Z przerażeniem obserwowała, jak powoli, z rany profesora zaczynają sączyć się kropelki krwi. Przecież zaklęcie miało wytrzymać kilka godzin!

- Tylko mi to nie umieraj. - Szepnęła ze ściśniętym gardłem. - Masz żyć i oczyścić się z zarzutów albo zgnić w Azkabanie za zabicie Dumbledora, a nie umrzeć wygodną śmiercią.

Mężczyzna wycharczał coś niezrozumiałego. Nie miała jednak jak o to zapytać, kiedy wyrosła przed nimi postać z długimi blond włosami, wraz z żoną i synem.

-Severusie - powiedział mężczyzna, patrząc z przerażeniem na jego ranę. - Draco, Narcyza, za kilkaset metrów na północ będziecie mogli się aportować do domu, dołączę do was jak skończę.

-Tato, pomogę wam...

-Nie, chronisz matkę. Uciekajcie stąd, teraz!

Draco posłusznie chwycił Narcyzę i pobiegli w stronę, którą wskazał im Lucjusz. Tymczasem nestor Malfoy'ów zarzucił drugą rękę Snape'a na swoje ramię.

-Nie mogę teraz rzucać zaklęć - warknął Snape.

-Trudno, ja to będę robił - Odwarknął blondyn. - To Twoja? - Spytał Hermionę, wskazując na różdżkę w rękach Snape'a.

Skinęła głową, przyjmując swoją własność. Różdżkę Rona schowała za pasek, pamiętając o tym, by oddać ją jego rodzicom.

Hermiona, nie wiedząc, co ma powiedzieć, z ulgą stwierdziła, że z pomocą Malfoy'a idzie się o wiele lepiej. Na pewno nie spokojnie, widok dwóch zdrajców, zamiast jednego, działał na biegnących śmierciożerców jak płachta na byka i kilka razy zaklęcia oszałamiające rzucane przez nią uratowały im skórę.

-Staraj się ich zabijać! - Wykrzyknął Malfoy, rzucając coraz to kolejne zaklęcia w stronę dawnych pobratymców. - Bo zaraz wstaną i tu wrócą!

Już miała oponować, jednak widząc ranę na szyi Snape'a i kolejne, zamaskowane osoby biegnące w ich kierunku, zacisnęła zęby i wyszeptała Avadę Kedavrę w stronę nieznanej jej postaci. I kolejnej. I następnej.

-Musze was zostawić, nie mogę wejść dalej, bo aurorzy mogą zaatakować i was - powiedział Malfoy pod bramą zamku, zrzucając z siebie rękę Snape'a.

-Dziękuję - powiedziała Hermiona, dysząc po trudnej przeprawie przez błonia. - Ja... ja wszystkim opowiem. Co pan zrobił. I że mnie uratował.

-Raczej nie uniknę Azkabanu, ale dziękuję - odparł szorstko i ruszył z powrotem na błonia.

Hermiona ponownie oddała Snape'owi swoją różdżkę i biorąc głęboki wdech, weszła do zamku. Jej oczom ukazał się dziedziniec, który zasłany był martwymi ciałami. Stanęła, jak wryta i oddychając głęboko, patrzyła na tych wszystkich ludzi, leżących bez życia na kamiennej posadzce. Tych żyjących zdawała sie nie zauważać.

-Kingsley, bierz Snape'a - usłyszała obok siebie niski, męski głos.

-NIE! - Wykrzyknęła, przytrzymując mężczyznę, który powoli osuwał się na posadzkę. - On uratował mi życie!

Mężczyźni zdawali się jej nie słuchać i ruszyli w stronę przerażonej dziewczyny, starającej się w jakikolwiek sposób osłonić własnym ciałem drugie, mdlejące już ciało.

-ZOSTAWCIE JĄ! - Krzyk Harry'ego, biegnącego przez dziedziniec, zdawał się przeszywać ciszę. - On był podwójnym szpiegiem. Był po naszej stronie.

-Panie Potter...

-Złożę przysięgę przed Ministerstwem, jeśli zajdzie taka potrzeba - odparł z mocą. - Odejdźcie.

Harry spojrzał na Hermionę, która nie miała już ani sił ani ochoty na bycie twardą. Usiadła na podłodze i opierając głowę nieprzytomnego Snape'a na swoich udach, popłakała się.

-Przyprowadź pomoc...

-Wiedzą już o was. Będą za jakiś czas, mają za dużo rannych. Hermiono, wygraliśmy. Możesz sie uspokoić.

-Ron nie żyje - szepnęła, zalewając sie łzami i nerwowo gładząc profesora po głowie. - Bellatrix, ona... Ona wpadła do Chaty jak ratowaliśmy Snape'a. Zabiła Rona od razu - urwała, płacząc z żalu. Przez chwilę nie mogła złapać oddechu. - Potem, on... Snape zabrał moją różdżkę i zabił Bellatrix. I mnóstwo innych śmierciożerców. Chryste, Harry, zabiliśmy tylu ludzi...

-My? - Spytał zszokowany chłopak, siadając obok Hermiony.

-Tak, w chacie wybuchł pożar i musieliśmy uciekać. Matko, Ron tam jest... - przez chwilę nie mogła nic powiedzieć przez płacz wstrząsający jej ciałem. - Potem spotkaliśmy Malfoy'a z rodzicami. Jego ojciec pomógł nam dojść do zamku, po drodze powiedział mi, żebym starała się zabijać śmierciożerców, którzy nas atakują. Na początku nie chciałam, ale kiedy zobaczyłam ranę Snape'a... Na niebiosa, przecież z niej normalnie płynie krew! Czy ktoś może nam pomóc?! - Wykrzyknęła histerycznie, czym skierowała na siebie uwagę jakiegoś magomedyka, podbiegającego do nich.

-Wytrzyma jeszcze długo, jakieś zaklęcie załatało tętnice, ta krew płynie z pomniejszych żył- rzucił, patrząc na ranę Snape'a, po czym oddalił się szybko w stronę rannych. -Przepraszam, ale tam są ludzie w gorszym stanie!

-Harry, Ron nie żyje. - Powtórzyła Hermiona, nie mogąc powstrzymać łez. - Masz, to jego różdżka. Musisz ją oddać Pani Weasley. Ja nie dam rady. To za trudne.

-Dobrze - odparł chłopak dziwnie spokojnym głosem. Hermiona podniosła na niego zapłakane oczy. Oparła głowę na jego ramieniu i przyciskając chusteczkę do rany Snape'a, znieruchomiała.

-Naprawdę był podwójnym szpiegiem?

-Tak. A śmierć Dumbledore'a była sfingowana. Miał się obudzić zaraz po śmierci Voldemorta, to zdejmowało z niego klątwę. Aurorzy z najlepszymi medykami otworzyli już grób i się nim zajmują.

-Musimy go oczyścić...

-Wiem.

-...tak samo jak Molfoy'ów. Lucjusz nas uratował, Draco chciał pomóc.

-Nie wiem czy wybronimy ich przed Azkabanem - mruknął Harry, patrząc przed siebie pustym wzrokiem.

-Spróbujemy - odpowiedziała tępo Hermiona.

Nie odezwali się ani słowem do momentu przybycia medyków. Patrzyli po prostu przed siebie i starali się zrozumieć, co właściwie zaszło.


Hermiona, jak codziennie, po skończeniu opatrywania reszty poległych, stanęła przy łóżku Severusa. Z ugryzienia na jego szyi już od miesiąca sączyła się krew. Dzień w dzień zmieniła opatrunek i z radością zauważała, że rana się zmniejsza. Westchnęła i zabrała się do monotonnego wymieniania gazików, bandaża i przemywania. Nie wiedziała, dlaczego, ale za każdym razem gdy to robiła, odnosiła się do Snape'a z niesamowitą czułością. Gładziła go po twarzy, szeptała czułe słowa i robiła to z takim zaangażowaniem, z jakim uczennica z pewnością nie powinna się zachowywać wobec nauczyciela.

Westchnęła, gdy skończyła i złapała go, jak codziennie, za dłoń i delikatnie ścisnęła. Miała już puszczać, kiedy poczuła delikatny uścisk. Zamarła, czując, jak jej serce zaczyna bić niesamowicie szybko. Dla pewności powtórzyła uścisk. Znowu to samo.

-Profesorze? - Spytała cicho, siadając przy nim.

-Hermiono - wyszeptał mężczyzna, nie otwierając oczu.

Dziewczyna poczuła się tak, jakby ktoś ją właśnie ogłuszył. Czy on naprawdę wypowiedział jej imię jako pierwsze zaraz po przebudzeniu?

-Jestem tutaj - szepnęła, gładząc jego dłoń. - Spokojnie, zaraz zawołam panią Pomfrey - powiedziała.

Uścisk na jej dłoni zwiększył się.

-Nie. Jeszcze nie - powiedział słabym głosem. - Pić. Musimy porozmawiać.

Dziewczyna zgodnie z jego prośbą podała mu wody przez słomkę. Mężczyzna przełknął z trudem.

-Teraz słuchaj - zaczął powoli. - Pamiętam wszystko co sie działo podczas bitwy. I po niej. Wiem, że codziennie przychodziłaś i, chociaż tego pewnie nie rozumiesz, wydaje mi się, że mogę to wyjaśnić. Te zaklęcia, które Ci dyktowałem, mogły spowodować, że wytworzyła się pomiędzy nami pewna więź. W skrajnym przypadku może ona sprawić, że poczujesz coś, czego normalnie byś na pewno nie poczuła - zamilkł, aby przełknąć ślinę. Przez chwilę oddychał głębiej, po czym wrócił do kazania. - Zła wiadomość jest taka, że nie mogę Ci podać eliksiru zapobiegawczo, bo jeżeli nie wystąpiły żadne skutki uboczne, upośledzę Twoje ciało.

-A ta dobra? - Spytała dziewczyna.

-Więź, czy też uczucie spowodowane tymi zaklęciami, można bardzo łatwo wyczuć. - Przerwa, kilka głębszych oddechów. - Ma się wtedy wrażenie odrętwienia, pomieszane z bezwolnością, coś jak po Imperiusie. Kiedy tylko to poczujesz, masz sie do mnie natychmiast zgłosić. Rozumiesz?

-Tak - odparła.

-Czujesz coś takiego?

-Nie.

-Dobrze. Teraz słuchaj, nie ratowałaś śmierciożercy, tylko...

-Wiem. Wszyscy wiedzą. Harry bardzo się postarał, aby pana imię zostało oczyszczone, profesorze.

-Och. To dobrze. W takim razie ostatnia rzecz. - Chwila milczenia. - Dziękuję. Uratowałaś mi życie, narażając przy tym własne. Nie wiem, jak Ci mogę się za to odwdzięczyć. Zrobiłaś tak... - przerwał, by zaczerpnąć sił na dalszą rozmowę. - Tak dużo. To, jaką odwagą wykazałaś się...

-Nie - powiedziała. - Pan tez ratował mi życie. Mi, Harry'emu, Ronowi... I to nie raz. Ja nigdy w ten sposób panu nie podziękowałam i nie sądzę, żeby pan musiał być wobec mnie tak wylewny. Oboje zrobiliśmy dla siebie coś, czego nie da się opisać, więc po prostu uściśnijmy sobie dłonie i uznajmy, że nie mamy wobec siebie żadnych długów wdzięczności. - Zakończyła rzeczowo.

Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.

-Mam wrażenie, że ostatni miesiąc nie robiłaś nic poza ściskaniem mojej dłoni.

Hermiona zachichotała cicho, ściskając ponownie jego dłoń, po czym podniosła wzrok na Snape'a.

-Dziękuję Severusie.

-Dziękuję Hermiono.