ROZDZIAŁ DRUGI
WINNY
Złowieszczy świst wiatru rozbrzmiał w zaciemnionej sypialni na pierwszym piętrze ponurego domu. Nocne, ciemnogranatowe niebo rozbłysło błyskawicami, rozjaśniając mrok panujący w pomieszczeniu, a grube krople deszczu zastukały w szybę okna, okrytego drewnianą, odrapaną framugą. Grzmot rozlegający się za oknem obudził drobną postać, owiniętą w szczelny kokon pościeli i kocy. Światło jasnego pioruna odbiło się w zaniepokojonych oczach przebudzonej dziewczyny. Kręcone, gęste włosy napuszyły się na skutek rozładowania elektrycznego, tworząc zabawny wygląd lwiej grzywy.
Nienawidzę burzy - pomyślała Hermiona, siadając na łóżku i opierając brodę na podciągniętych kolanach. Patrzyła tępo na deszczówkę, spływającą nieregularnymi strużkami po szybie. Spała zaledwie dwie godziny, a pogoda płatała jej figle akurat wtedy, gdy najbardziej potrzebowała odpoczynku.
Wczorajsze spotkanie Zakonu zakończyło się fiaskiem, gdy McGonagall oznajmiła, że Harry nie będzie w stanie uczestniczyć w obradach i są zmuszeni przełożyć posiedzenie na jutrzejszy dzień. Prawdę mówiąc, nie doświadczyła zawodu zakończeniem spotkania, a nawet nie była zbytnio zaskoczona decyzją przewodniczących, biorąc pod uwagę agresywny atak Harry'ego na mordercę dyrektora.
Na początku postanowiła porozmawiać z Harrym i przekonać go, aby powstrzymał impulsywne zapędy względem szkolnego nemezis. Jednak, im dłużej przekonywała samą siebie, że każdy zasługuje na uczciwy proces, tym częściej w jej umyśle pojawiał się widok pogruchotanego ciała Dumbledore'a na zielonej trawie hogwardzkich błoni.
Jak ukarać zbrodniarza, który nie okazuje skruchy, a jedyne co można wyczytać na jego twarzy, to rezygnację? Czy przymykanie oka na brutalne zachowanie względem zabójcy oraz skazanie go na śmierć nie będzie tym samym, za co mamy zamiar go ukarać?
Spojrzała na sufit, aby powstrzymać wilgoć, formującą się w jej kanalikach łzowych.
Płacz nikomu nie pomoże...
— Podaj kafel, kretynie... — Wymamrotała Ginny przez sen i przeturlała się na drugi bok.
Hermiona zerknęła na plecy przyjaciółki. Miała na sobie bawełnianą koszulę nocną, ozdobioną wyszywanym haftem, przedstawiającym piłki do gry w quidditcha.
Ginny dostała od swojej matki kategoryczny zakaz uczestnictwa w spotkaniach Zakonu i nie obyło się bez buntowniczych krzyków najmłodszej Weasley. Oczywiście wszyscy zdawali sobie sprawę, że nieletnia Ginny jest uparta, jak osioł, jednak należało wziąć pod uwagę po kim odziedziczyła waleczne cechy charakteru. Molly Weasley miała pełną władze nad swoją córką, dopóki nie ukończy pełnoletności, a magiczny namiar nie zniknie. Tak więc, pani Weasley zabroniła Ginewrze angażowania się w sprawy dorosłych, pod karą dożywotniego szlabanu. Hermiona uważała, że niewielka różnica wieku nie ma kompletnie znaczenia. Ginny wielokrotnie wykazywała więcej rozsądku, niż jej wszyscy bracia razem wzięci. Uśmiechnęła się kącikiem ust na wspomnienie miny zbulwersowanej przyjaciółki, która dosadnie uświadomiła dorosłych czarodziejów, że i tak wszystkiego dowie się od Harry'ego i Hermiony.
Westchnęła głęboko, gdy deszcz za oknem zaczął intensywnie zacinać. Wszelkie nadzieje na sen rozwiały się wraz z głośniejszymi grzmotami nawałnicy, więc wstała z łóżka tłumiąc jęk bólu, gdy mały palec u jej stopy spotkał się z ozdobnym wykończeniem stolika nocnego. Wsunęła miękkie, futrzaste pantofle i skierowała się w stronę drzwi na przysłowiowych paluszkach, aby nie obudzić śpiącej Ginewry.
Wzdrygnęła się. Upiorny korytarz odbierał wszelkie chęci na nocną przechadzkę po mleko i ciasteczka. Sypianie w pokojach na pierwszym piętrze wiązało się z koniecznością przejścia przez klatkę schodową, aby dostać się do kuchni znajdującej się w piwnicy. Niestety będzie zmuszona minąć ścianę na której znajdowały się wysuszone głowy skrzatów domowych.
Puste, niewidzące oczodoły, uschnięte główki ze spiczastymi uszami... Oh, cholera. Widok tych ozdób, jest kwintesencją mojego poglądu na ten paskudny dom. Stary, zakurzony, nawiedzony... martwy.
— Aaa! — pisnęła przerażonym krzykiem, gdy na schodach prowadzących w dół do kuchni pojawił się Stworek, co w połączeniu z wcześniejszą analizą głów martwych skrzatów, wywołało gwałtowne przyspieszenie bicia jej serca.— Stworku! Przestraszyłeś mnie!
— Szlama się szlaja — wychrypiał. — Szlama się szlaja po domu mojej pani. — Pokręcił gniewnie głową. — Co by powiedziała moja biedna pani, gdyby wiedziała, że szlama chodzi samopas po jej ulubionym dywanie?!
— Masz na myśli ten? — Wskazała palcem na podziurawiony i zaplamiony dywan, który wyglądał i śmierdział, jakby ktoś lub coś na nim umarło i zdążyło się rozłożyć, zanim zostało usunięte. — Wybacz mi Stworku! Następnym razem użyję zaklęcia lewitacji, aby nie splugawić tego drogocennego antyka swoją osobą. A tymczasem, proszę, zostaw mnie samą. Obiecuję, że nic nie zniszczę.
— Szalama mówi do Stworka — wyszeptał z paniką w głosie, tarmosząc wystające uszy. — Szalama nie może mówić do Stworka.
Hermiona wzruszyła ramionami, przyłożyła złączony kciuk z palcem wskazującym do kącika ust i przesunęła nimi po szwie warg, jakby zasuwała je na zamek. Stworek, najwyraźniej nie zrozumiał gestu, bo łypnął na Hermionę spod byka.
Ah, tak. Zapomniałam, że w świecie czarodziejów, a zwłaszcza w czystokrwistych rodach nie używa się zamków błyskawicznych.
Wyminęła skrzata bez słowa, aby nie prowokować dalszych sprzeczek i zamknęła za sobą drzwi od kuchni. Pomieszczenie rozświetliło się ciepłą poświatą staroświeckich lamp gazowych, ukazując długi stół z mnóstwem krzeseł. Kuchnia była zdecydowanie najprzyjemniejszym miejscem w tym domu, mimo iż znajdowała się w ciemnych podziemiach.
Hermiona wyciągnęła rękę, aby dotknąć żeliwnych garnków zawieszonych nad drewnianym stołem. Skrzywiła się na ilość kurzu, unoszącą się pod wpływem ruchu naczyń i machnęła różdżką, aby rozpalić ogień w palenisku znajdującym się na skraju kuchni. Zaparzyła czarną herbatę w nadziei na rozgrzanie wyziębionego organizmu i opatuliła się szczelniej szlafrokiem, gdy ciepło zagotowanego napoju spłynęło po jej przełyku.
Podskoczyła na dźwięk otwieranych drzwi, które na skutek przeciągu uderzyły o pobliską ścianę z łomotem.
Skąd ten przeciąg? Tu nawet nie ma okien!
— Wybacz, nie chciałem cię przestraszyć — powiedział skruszony Lupin. — Nie możesz spać? — zapytał, zamykając za sobą masywne drzwi i przysiadając się naprzeciwko Hermiony. Zerknął na napój w dzbanku i przywołał filiżankę do herbaty machnięciem różdżki. Wyglądał na równie zmęczonego, co ona. — Nocowanie w tym domu stało się dla mnie nawykiem od czasów, gdy dom został wybrany na siedzibę Zakonu — zagadnął uprzejmie. — Dumbledore wysyłał mnie na misje kilkanaście razy w ciągu waszego piątego roku w Hogwarcie, ale zawsze, gdy miałem okazję, odwiedzałem Syriusza. Był tutaj taki samotny...
— Profesorze... — zamilkła, widząc jego karcące spojrzenie. — Em, no tak... panie Lupin...
Parsknął śmiechem i pokręcił głową.
— Nie jestem ani twoim profesorem, ani żadnym panem, Hermiono. Jesteśmy dorosłymi ludźmi, a teraz nawet swego rodzaju partnerami w ruchu oporu. — Uśmiechnął się i poklepał ją po dłoni leżącej na blacie stołu. — Mam imię, którym możesz się do mnie zwracać. Pomińmy formalności.
— W porządku — skinęła głową, odwzajemniając uśmiech. — Więc, R-Remusie... — wyjąkała, będąc nieprzyzwyczajoną do zwracania się do Lupina w ten sposób. —... obudziła mnie burza. Próbowałam zasnąć ponownie, ale byłam zbyt rozbudzona. Obawiam się, że ten dom pogłębia moją bezsenność — powiedziała cicho ze smutnym uśmiechem.
— Wiem, co masz na myśli — wyszeptał skupiając wzrok na iskierkach płomieni, tańczących w palenisku. — Poza tym, po dzisiejszych incydentach, to zrozumiałe.
Siedzieli w ciszy, przywołując wspomnienie wydarzenia z nieudanego spotkania Zakonu.
— Podsłuchałam, jak zasugerowałeś, że czyn Snape'a mógł mieć drugie dno...
— To tylko sugestia, Hermiono. — Zmarszczył brwi przyglądając się filiżance z gorącym płynem, którą obracał w dłoniach. — Zamordował dyrektora z zimną krwią i nawet jeśli mamy wątpliwości, co do motywu, nic tego nie zmieni — powiedział szybko.
Zbyt szybko.
— Ty masz wątpliwości. — Chciała upewnić się, że nie oszalała... Że nie jest jedyną osobą, która połączyła kropki. — Mam na myśli... — przerwała, zastanawiając się czy wyrażenie swoich obserwacji na głos, nie będzie zbyt pochopną decyzją. — Ja... — Ściągnęła usta w upartym wyrazie i przyszpiliła Lupina wzrokiem. — Słuchaj Remusie, miałam wystarczająco dużo czasu, aby przeanalizować wszystkie możliwe za i przeciw, które gnębiły mnie od tych kilku dni. — Odstawiła filiżankę na stole z cichym stuknięciem. — Przed wyruszeniem na misję z Dumbledorem, Harry polecił nam pilnować Malfoya. Robiliśmy co w naszej mocy, ale śmierciożercy wdarli się do zamku przez Pokój Życzeń. — Przyglądała się porcelanowym figurkom jednorożców, stojących za zamkniętymi drzwiczkami szklanej gabloty na kredensie. Zerknęła ponownie na Remusa kątem oka, widząc, że słucha jej z zaciekawieniem. — Ja i Luna pilnowałyśmy Snape'a, gdy Filwick przybiegł, aby poinformować o ataku... — Wyprostowała plecy i splotła palce na stole. — Snape nas nie skrzywdził, Remusie. — Spojrzała na niego pytająco. — Czy nie uważasz, że chciałby się nas pozbyć, gdyby rzeczywiście był wierny Voldemortowi? — Zacisnęła powieki, próbując odtworzyć w pamięci scenę z niedawnej przeszłości. — Jestem mugolką, przyjaciółką Harry'ego Pottera...
Lupin pokręcił głową.
— Moim zdaniem nie miał w planach zabić Dumbledore'a, Hermiono. — Sposępniał. — Prawdopodobnie skrzywdziłby ciebie i Lunę, gdyby sytuacja okazała się bardziej sposobna. Możliwe, że przeszło mu przez myśl, że Malfoy otrzymał zadanie i będzie musiał uratować go z tej sytuacji, jeśli zawiedzie. Złożył przysięgę... Więc nie, nie uważam, żeby planował zabójstwo, ale wiedział, że coś się wydarzy... Znał plan Malfoya, być może po części i nie poinformował Zakonu, ani Albusa...
— Tego nie wiemy — powiedziała. — Nie zabił profesora Flitwicka — upierała się zaciekle. — To jeden z najsilniejszych czarodziejów w Zakonie, proszę pan... — przerwała. — Oh, wybacz... zajmie mi trochę czasu, aby przyzwyczaić się do używania twojego imienia — wyszeptała, rumieniąc się delikatnie.
Lupin uniósł kącik ust z rozbawieniem i skinął głową.
— Tak, jak wspomniałem, Hermiono — powiedział równie zaciekle. — Severus mógł nie planować zabójstwa. Gdyby Dumbledore przeżył, a on skrzywdziłby innego nauczyciela lub ucznia, to myślisz, że co stałoby się ze Snapem? — parsknął. — Dyrektor odkryłby jego prawdziwą lojalność i w najlepszym razie wykopałby go na zbity pysk z zamku.
— Wypiliśmy Felix Felicis — wysapała pośpiesznie najsilniejszy argument. — To nie daje mi spokoju.
— Co? — zapytał zdezorientowany i nachylił się nad stołem z pełnym skupieniem.
— Harry zostawił nam fiolkę z Felix Felicis. Wypiłam go, a podczas działania eliksiru, intuicja podpowiedziała mi, że powinnam działać zgodnie z poleceniem Snape'a, czyli zająć się omdlałym profesorem Fliwickiem w jego gabinecie i zaufać Severusowi Snape'owi.
— To na pewno da się logicznie wyjaśnić — szepnął Lupin z zaniepokojoną miną. — Nie znam się wystarczająco na eliksirach, ale możemy zapytać Slughorna o szczegóły. — Zerknął na Hermionę i uśmiechnął się porozumiewawczo, widząc jej urażony wyraz twarzy. — Byłem twoim profesorem, Hermiono. Zdaję sobie sprawę, że wszystkie tomy książek z podstawy programowej masz w małym paluszku. Uważam jednak, że praktyka różni się od teorii. — Spojrzał na Hermione z zaciekawieniem. — Próbowałaś Felix Felicis tylko raz, zgadza się?
— Tak, ale...
— Więc nie zaszkodzi zapytać o zdanie kogoś bardziej doświadczonego.
— Nie mogę zapomnieć... — Jej nieostry wzrok nie widział pomieszczenia w którym obecnie się znajdowała. Widziała tylko i wyłącznie niespokojny wzrok Snape'a, który nakazał pomoc nieprzytomnemu profesorowi oraz jego nieprzeniknioną, a zarazem zrezygnowaną twarz, podczas wczorajszego incydentu. —... Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że coś mi umknęło... jakiś szczegół, który udowodniłby moje przeczucia.
— Nie wątpię — zaśmiał się cicho, po czym spoważniał. — Proszę, abyś zachowała swoje wątpliwości dla siebie, przynajmniej na razie.
Hermiona rozszerzyła oczy.
— Mam milczeć? — zapytała z niedowierzaniem. — Wiem, że nigdy ze Snapem nie pałaliście do siebie ciepłym uczuciem, a wręcz łączyła was nienawiść. Tak czy inaczej, istnieje możliwość, że jest niewinny.
— Niewinny? — Warknął. W tym momencie przypominał wilka, walczącego o kawałek mięsa. — Nie możesz być poważna, Hermiono. Harry go widział, słyszał jak Dumbledore prosi...
— Prosił. — Wstała od stołu, zaciskając pieści. — Powiedział wyraźnie Severusie, proszę. Czy masz pewność o co dokładnie prosił?
— To oczywiste. — Skrzyżował ramiona na piersi w obronnym geście.
— Nie dla mnie. — Odwróciła wzrok. — Przypomnę ci, że Severus Snape, mimo swojego okrutnego podejścia do innych... — Przygryzła wargę. — Bez urazy, Remusie, ale uratował mnie przed twoją krwiożerczą formą, gdy zapomniałeś wziąć eliksiru, który przypominam, sam dla ciebie uważył. — Lupin sposępniał, a jego niebieskie oczy nabrały szklistego, zranionego wyrazu. — Oh, wybacz mi szczerość — powiedziała z irytacją. — Nie bronię go, nawet go nie lubię. Był dla mnie okrutny i złośliwy od kiedy postawiłam stopę w Hogwarcie. — Usiadła ponownie naprzeciwko wilkołaka i uśmiechnęła się do niego smutno. — Nie obwiniam cię za zdarzenia z tamtej nocy na moim trzecim roku, ale fakty są faktami. Gdyby chciał skrzywdzić Harry'ego... mógłby po prostu nie starać się nas ochronić i nie zasłaniać trójki Gryfonów własnym ciałem przed pazurami wilkołaka.
Lupin milczał przez dłuższą chwilę, zastanawiając się nad kolejnymi słowami.
— Przyznam ci rację — wyszeptał i dodał szybko, gdy rozpromieniła się na jego słowa. — Po części, Hermiono. — Położył łokcie na stole i wsunął zaciśnięte pięści pod brodę. — Chronił waszą trójkę przez te wszystkie lata, ale nie widzę w jaki sposób ten fakt usprawiedliwia zabójstwo Albusa.
— Ja też nie. — Skinęła głową. — I wcale nie sądzę, że usprawiedliwia. — Dolała herbaty Remusowi. — Naszym zadaniem będzie przesłuchać Snape'a i dowiedzieć się dlaczego go zabił. Poznanie jego motywacji pozwoli nam na decyzję.
— Naprawdę myślisz, że Severus zacznie mówić o swoich motywacjach? — Parsknął i pokręcił głową z politowaniem. — Nawet, jeśli w końcu przemówi... Merlinie, Hermiono. Zapomnij o tym. Severus nigdy nie zwierzy się znienawidzonemu rówieśnikowi i byłej uczennicy.
— Warto próbować do skutku — upierała się, zaciskając usta. — Nie chcesz mi pomóc, nie ma sprawy. — Rozłożyła ręce. — Odkryłam zabójczego bazyliszka... cóż, powiedzmy, że te wyzwania nie będą się znacznie od siebie różnić. Najwyraźniej mam dryg do demaskowania morderców.
Remus przyglądał się Hermionie bez konkretnego wyrazu i nagle wstał na równe nogi.
— Chodź — powiedział cicho, a Hermiona była w stanie dosłyszeć w jego tonie cień porażki.
— Gdzie? — Zapytała zdezorientowana, śledząc wzrokiem jego drogę do wyjścia z kuchni.
— Chciałaś spróbować — westchnął. — Nie mam zamiaru cię powstrzymywać, a pozwolenie ci na samotną podróż do celi więźnia nie wchodzi w grę.
Wydawało jej się, że mruczał pod nosem coś, co do złudzenia przypominało Molly obdarła by mój tyłek z wilczego futra, gdyby coś ci się stało, ale mogła się mylić.
Podążała za Lupinem po wąskich schodach, aż na parter, gdzie McGonagall wyczarowała czarne drzwi bez klamki, które można było otworzyć wyłącznie za pomocą magii. Przeszli cicho po skrzypiącej podłodze, starając się nie obudzić przeklętego portretu matki Syriusza. Lupin zawahał się unosząc różdżkę i spojrzał na Hermionę z niepokojem.
— To pierwszy i ostatni raz, Hermiono — powiedział stanowczo. — Jeśli będzie milczał... Nie proś mnie więcej o pomoc w tym szalonym planie.
— Przesadzasz — burknęła i zmierzyła drzwi oceniającym spojrzeniem. — Będziemy bezpieczni?
— Tak — kiwnął głową na potwierdzenie jej slow. — Pokój został zabezpieczony silnymi zaklęciami. Nic nam nie grozi.
— Dlaczego tutaj? — zmarszczyła brwi.
— Molly kategorycznie zabroniła umieszczania więźnia na piętrach sypialnianych, a przez kuchnię przelewa się zbyt wiele osób. Nikt nie korzysta z jadalni, więc doszliśmy do wniosku, że parter będzie najbardziej logicznym miejscem na stworzenie dodatkowego pomieszczenia. Konstrukcja budynku na to pozwala...
— Rozumiem — przerwała zniecierpliwiona. — Otwórz. Chcę mieć tę wizytę za sobą, jak najszybciej się da.
Lupin uniósł brwi na jej pośpiech, ale zastosował się do prośby, a raczej nieznoszącego sprzeciwu rozkazu i stuknął różdżką w matowe drzwi z nieokreślonego tworzywa. Ich powierzchnia rozbłysła niebieskimi iskrami, zamek kliknął i drzwi ustąpiły, gdy Remus pchnął je do środka. Zatrzymał Hermionę gestem ręki, bo dziewczyna z wznowionym entuzjazmem ruszyła do wewnątrz pomieszczenia.
— Pójdę przodem — szepnął.
— Mówiłeś, że jest bezpiecznie — wyszeptała z urazą w odpowiedzi.
— Kto wszystko zamyka, nic mu nie umyka. Z przysłowia starego prawda ta wynika.
— Oh! — westchnęła zbyt głośno, a Lupin klepnął się w czoło. — Nie wiedziałam, że czarodzieje znają Shakespeare'a!
— Ciszej, Hermiono — skarcił ją Lupin. — Chcesz zwabić tu resztę mieszkańców? — Wyglądał na zdenerwowanego, rozglądając się po długim korytarzu prowadzącym do drzwi wejściowych. — Jeśli ktoś się dowie, że pozwoliłem ci na odwiedzenie Snape'a, podzielę jego los i stanę się jego nowym współlokatorem, czego wolałbym uniknąć, zapewniam. — Podrapał się po zaczerwienionym czole. — A co do mugolskiej literatury... hmm... nie wiem jakim cudem umknęła ci plotka, że Shakespeare był w rzeczywistości charłakiem.
— Naprawdę? — Rozszerzyła oczy w szoku. — W takim razie powinnam, to później zbad...
— Zamierzacie wejść, czy będę zmuszony słuchać tych ckliwych opowieści przez całą noc? — wycedził chłodny głos dochodzący zza drzwi, powodując wzdrygnięcie u Hermiony i zaciśnięcie ust u Lupina.
Dziewczyna spojrzała na niewielką szparę w świeżo ukazanym wejściu do pomieszczenia, po czym przeniosła wzrok na jej towarzysza, który łypał posępnie na ciemne drzwi, jakby rozważał ich ponowne zamknięcie i zabezpieczenie na cztery spusty.
— Pierwszy i ostatni raz, Hermiono — szepnął jej do ucha, mijając ją i wchodząc do celi.
Hermiona niechętnie zaakceptowała decyzję Remusa i weszła za nim do pokoju. Był niewielki. Cztery czarne ściany, otoczone poświatą zaklęć uniemożliwiających magię bezróżdżkową, aportację i deportację oraz zaklęcia alarmujące o ewentualnych anomaliach.
Severus Snape siedział na niskiej leżance, obitej cienkim, brudnym materacem. Jego ubranie nie uległo zmianie. W dalszym ciągu miał na sobie niechlujny surdut, podarty i ubrudzony między innymi krwią. W rogu celi znajdowała się toaleta i mała umywalka.
To zabawne, że nawet w mugolskim więzieniu o zaostrzonym rygorze, zapewniają skazanym za brutalniejsze zbrodnie, godniejsze warunki do życia...
Zmrużyła oczy, aby wyostrzyć wzrok, gdy nieruchoma postać mężczyzny zafalowała. Miała wrażenie, że jej wyobraźnia płata jej figle, ale w rzeczywistości między Snapem, a dwójką przybyłych czarodziejów, znajdowała się magiczna tarcza, oddzielająca i ochraniająca przed ewentualnym atakiem z jego strony.
Rzuciła Lupinowi przeciągłe spojrzenie, gdy ten stał bezsilnie, nie wiedząc co uczynić.
Gryffindor.
Odwaga.
Męstwo.
Szczerość.
Szlachetność.
Odwaga... Dalej, Hermiono. To tylko człowiek. Jeszcze kilka godzin temu dotykałaś jego włosów oblepionych brudem, potem i krwią.
Cholernie niebezpieczny człowiek, który nie zawahałby się zabić, gdyby miał taką sposobność...
Albo i nie.
— Dlaczego nie jestem zaskoczony — wymamrotał pod nosem mężczyzna, którego Hermiona ledwo mogła dostrzec.
— Profesorze Snape — uznała jego obecność z szacunkiem, który był ściśle związany z jej szkolnymi nawykami. Podeszła o kilka kroków bliżej do magicznej tarczy pod czujnym okiem Lupina. — Dobrze się składa, że nie nałożyli na pana zaklęć uciszających.
— Doprawdy? — Mężczyzna siedział bokiem do wilkołaka i czarownicy, patrząc na przeciwległą ścianę bez mrugnięcia. Oczy Hermiony przyzwyczaiły się do panującej ciemności i zauważyła, że nos Snape'a w dalszym ciągu pozostawał złamany. Zakon najwyraźniej nie pofatygował się, aby opatrzyć jego rany poniesione podczas ataku Harry'ego. — A czymże, jest zaleta w mojej umiejętności do wypowiadania zdań złożonych, panno Granger? — zapytał tym samym, chłodnym tonem, przywracając Hermionę do rzeczywistości.
— Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań, profesorze — odpowiedziała zdawkowo i ze zdziwieniem stwierdziła, że nie obawia się o własne życie.
Hermiona spodziewała się po nim o wiele gorszego traktowania jej osoby, zważając na to, że nigdy nie poświecił jej choćby neutralnego spojrzenia. Zawsze łypał na jej twarz z kwaśnym grymasem, sarkastycznym uśmiechem lub w najlepszym wypadku irytacją.
— Chcielibyście? — wycedził Snape. — To raczej nie najlepsze słowo, biorąc pod uwagę milczenie twojego goryla. Naucz się mówić jedynie za siebie, panno Granger. Twój towarzysz, najwyraźniej zapomniał języka w gębie.
— Próbowałem z tobą rozmawiać wcześniej, Severusie — powiedział Lupin, zaciskając pięści po bokach. — Nie odezwałeś się słowem od kiedy Moody przyprowadził cię na Grimmauld Place.
— Przyprowadził, to raczej delikatne określenie na moje pojmanie, nie sądzisz, Lupin?
Po raz pierwszy, Snape skierował wzrok na zaciekle obserwującą go Gryfonkę i Remusa, który odwracał od niego wzrok.
— Zamordowałeś Albusa — wysapał Lupin, najwyraźniej powstrzymując wir emocji przed erupcją. — Harry widział, był tam pod peleryną niewidką...
— Potter. — Kąciki ust Snape'a uniosły się w ironicznym uśmieszku. — Dlaczego nie jestem zaskoczony, że chował się pod płaszczem, który sprawiał same problemy, począwszy od naszych szkolnych lat. — Łypnął na Lupina. — Nie będę się rozwodzić nad tematem, doskonale zdajesz sobie sprawę z tego, co mam na myśli.
Hermiona miała wrażenie, że zacienione przez panujący mrok policzki Remusa, pokryły się ciemnymi plamami. Wyglądał na zażenowanego i...
Być może winnego?
— Nie wracajmy do młodości. Byliśmy dziećmi...
— Jak wygodnie — parsknął mężczyzna uwięziony w magicznej celi. — Chciałbym zrzucić moje życiowe błędy na dziecinną naiwność. — Przyszpilił Remusa wzrokiem. — Łatwa wymówka, aby uciec od odpowiedzialności i pozbyć się wyrzutów sumienia, czyż nie?
Hermiona nie miała pojęcia o czym rozmawiają mężczyźni i zaczęła się irytować. Bycie lekceważoną przez dorosłych od zawsze sprawiało jej największe trudności.
— A jeśli mówimy o wyrzutach sumienia... — przerwała wymianę zdań czarodziejów. — ... przyszliśmy tu w konkretnym celu, prawda, Remusie?
— Remusie? — Snape naśladował jej ton. — Spoufaliłeś się z byłą uczennicą, Lupin? Nie spodziewałem się, że to powiem, ale czuję się zawiedziony. Myślałem, że byłeś najmądrzejszy z całej czwórki.
Lupin przypominał rybę, której odcięto dostęp do wody. Oczy rozszerzone, usta rozchylone w niewypowiedzianych słowach.
— Co sugerujesz? — warknął wilkołak, po chwili namysłu. — To obrzydliwe! Dora i ja...
— Wystarczy, na Merlina! — krzyknęła, nie mogąc powstrzymać szalejącego w niej zniecierpliwienia. — Zabił pan Dumbledore'a? — zapytała Snape'a, skupiając na nim wzrok.
Wyraz twarzy więźnia nie uległ zmianie, ale ciemna brew uniosła się odrobinę.
— Tak.
Niewzruszony, to jedyny przymiotnik, jakim mogłaby opisać jego postawę.
To nie pomaga.
— Z jakiego powodu? — naciskała.
— Zakon wyciągnął już własne wnioski, dziewczyno — prychnął Snape. — Zastanawia mnie, dlaczego składasz mi równie impulsywną, co nieproszoną wizytę. Posłuchaj mądrzejszych od siebie.
Zignorowała złośliwy przytyk mający na celu podważyć jej wątpliwą inteligencję i skrzyżowała ramiona na piersi w buntowniczej pozie.
— Pragnę zauważyć, że mała dziewczynka, która kiedyś zaniosła się płaczem po usłyszeniu okrutnych słów odnośnie jej zębów, dorosła. — Uśmiechnęła się z napięciem, oczekując riposty, która ku jej zdumieniu nie nadeszła. Snape milczał, przyglądając się Hermionie badawczo. — Jestem pewna, że potrafi pan odpowiedzieć na proste pytanie, proszę pana. A jeśli nie... cóż, prawdę mówiąc, powinniśmy się w takim razie martwić o pana inteligencję.
Wykrzywił wargi w brzydkim grymasie, zerkając na Remusa z politowaniem.
— Lupin... — wycedził imię, jak nazwę czegoś wyjątkowo paskudnego, co przykleiło mu się do buta. — ... czy pozwalasz jej mówić w ten sposób do ciebie? Ta smarkula...
— Jestem pełnoletnia od roku — prychnęła z tupnięciem, co wywołało efekt odwrotny do zamierzonego. Snape parsknął szyderczo, obserwując jej dziecinne zachowanie. Zmrużyła oczy na Remusa, który nie pomógł jej w żadnym stopniu. Na Merlina! Na nikim nie można polegać! — Z jakiego powodu zabił pan Albusa Dumbledore'a, profesorze? — wysyczała z irytacją, tracąc resztki kontroli nad nieuniknionym wybuchem.
Severus Snape milczał, nie patrząc na swoich gości. Jego oczy przybrały odległy wyraz, skupiając się na czarnej ścianie, migoczącej od wielowarstwowych zaklęć ochronnych. Nagle, jakby ktoś kliknął przycisk, nabrały chłodnego, niewzruszonego wyrazu i skierowały się w stronę zniecierpliwionej twarzy Hermiony.
— Zabiłem go, ponieważ Dumbledore powinen być martwy, zanim skończy się rok szkolny.
Lupin westchnął z rezygnacją i pokręcił głową, kierując się do wyjścia z celi. Hermiona złapała go za przedramię.
— Czekaj! — powiedziała spokojnie, gdy trybiki w jej głowie zaczęły obracać się w szybkim tempie. — Powinien być martwy. — Jej oddech przyspieszył, a serce zaczęło pompować więcej krwi.
Surowy mężczyzna łypnął na Lupina swoją pokiereszowaną twarzą i poprawił pozycję na materacu, jakby poczuł się zbyt niekomfortowo w obecności wilkołaka.
Cholera.
O, cholera.
— No tak, mogłam się tego spodziewać — wyszeptała, starając się zachować swoje wnioski dla siebie. — Miałeś rację, Remusie. To nie ma sensu.
Odwróciła wzrok od Snape'a, wiedząc, że jego oczy nie opuszczały jej twarzy. Czuła palące spojrzenie na policzku, gdy pociągnęła posępnego wilkołaka za sobą i zamknęła czarne drzwi z cichym trzaskiem.
— Jesteś zadowolona? — zapytał ironicznie Lupin, nakładając ponownie zaklęcia zabezpieczające na celę. — Strata czasu.
— Trudno — wzruszyła ramionami. — Mogliśmy się tego spodziewać. Dziękuję za pomoc. Emm... i dobranoc — powiedziała szybko nie czekając na odpowiedź i wślizgnęła się na ponurą klatkę schodową.
Leżała pod kołdrą, patrząc na cienie drzew, odbijające się na białym suficie. Deszcz za oknem stał się łagodniejszy, a rozbłyski i dźwięki grzmotów osłabły, na rzecz pomarańczowych promieni wschodzącego słońca. Zamknęła oczy, usiłując uspokoić przyspieszony oddech.
Remus mógł sądzić, że ich wizyta zakończyła się fiaskiem, ale Hermiona otrzymała odpowiedź, której najbardziej potrzebowała.
Albus Dumbledore powinien być martwy przed końcem roku.
Powinien być...
