Do gospody dotarły przed zmrokiem. Nie była to gospoda odpowiadająca ich wyobrażeniom o tego typu przybytkach. Otoczona była wysokim murem, wokół którego biegło coś przypominającego wyschniętą fosę. Ponad murami wznosiła się strzelista budowla z otworami strzelniczymi zamiast okien i basztami zamiast wież mieszkalnych. Przy bramie stali uzbrojeni strażnicy, którzy obrzucili obie dziewczyny badawczym spojrzeniem i uśmiechnęli się pod nosem. Żadna z nich nie wyglądała na osobę mogącą sprawiać kłopoty. Wewnątrz cytadeli z łatwością znalazły schody prowadzące do gospody, zresztą wielki szyld „Pod Pomocną Dłonią" nie pozostawiał miejsca na wątpliwości. Zmęczone ruszyły w jego kierunku, gdy nagle drogę zastąpił im szczupły, ubrany w długi, podróżny płaszcz człowiek. Miał siwą brodę i szpakowate włosy.
„Witajcie przyjaciele. Nazywam się Tarnesh. Nigdy wcześniej was tu nie widziałem. Co sprowadza was do „Pod Pomocną Dłonią?"
W elfce obudziła się czujność. Wzruszyła ramionami.
„Jesteśmy znużonymi wędrowcami szukającymi spoczynku. Pozwól nam przejść."
„Rozumiem. Wybacz bezpośredniość, ale wyglądasz dokładnie jak ktoś, kogo szukam. Czy nie przybywasz przypadkiem z Candlekeep?"
„Nigdy wcześniej nie słyszałam tej nazwy." Lenaia rozejrzała się bezradnie.
„Hmm, myślę, że kłamiesz." Chytry uśmieszek pojawił się na twarzy człowieka, który ich zaczepił. „Mam coś dla was." I zanim elfka zdążyła zareagować, wypowiedział formułę zaklęcia, które sama dobrze znała. Lenaia zobaczyła kątem oka, jak Imoen zastyga w pół ruchu, jej ręka już sięgała po sztylet. Zaklęcie musnęło twarz elfki, ale nie zadziałało na nią, jak powinno. Zauważyła, że mag otwiera usta do wypowiedzenia kolejnej formuły. Była szybsza, nie musiała się koncentrować, wystarczył zwykły strach. Magiczny pocisk trafił maga prosto w pierś. Mężczyzna stracił równowagę i zwalił się ze schodów, spadając, uderzył głową w kamienny próg. Usłyszeli przyprawiający o dreszcze trzask pękającej kości i mag znieruchomiał. Razem z nim zgasł czar wiążący Imoen i dziewczyna przewróciła się z jękiem. Zanim podbiegli strażnicy, była już na nogach i z wielką wprawą szperała po kieszeniach maga. Znalazła kilka zwojów z zaklęciami i otwarty list. Był to list gończy. Przeczytała go, zbladła i podała siostrze. List oferował każdemu, kto udowodni śmierć Lenai, przybranego dziecka Goriona, dwieście sztuk złota. Nie było podpisu. Elfka zmięła papier w dłoni i szybko schowała do kieszeni.
Strażnicy puścili je bez problemu.
„Pełno teraz szaleńców na drogach. Nie wiadomo co takiemu strzeli do głowy. Niby zachowuje się normalnie, a nagle trach! I rzuca się na wszystkich wokół." Mamrotali, ale nie chcieli dziewczynom spojrzeć w oczy. A one były zbyt zmęczone, by się dopytywać.
Weszły do karczmy. Było to duże pomieszczenie, w którym przy chaotycznie rozmieszczonych stolikach siedziało kilkanaście osób. Wystój był raczej przytulny, choć dziewczynom, po ostatnich przeżyciach, pewnie i rozpadająca się stodoła wydałaby się miła i przyjazna.
„Jak się czujesz?" Zapytała Imoen z troską wymalowaną na twarzy.
„Nie wiem, chyba dobrze." Lenaia czuła instynktownie, że siostra nie pyta o śmierć Goriona. Własna odpowiedź na pytanie zaskoczyła ją samą. Nie kłamała, było jej wszystko jedno.
„Bo tak jakby..." Imoen wyraźnie nie widziała, jak ująć problem, który ją nurtował. „Zabiłyśmy dziś człowieka."
Lenaia wzruszyła ramionami. W Candlekeep widziała kilka razy śmierć, w małym przyklasztornym szpitalu, który prowadzili mnisi. Było to smutne, ale naturalne. Kilka godzin wcześniej na jej oczach zginął Gorion. Teraz pierwszy raz śmierć została zadana jej rękoma. Było to dziwne uczucie. Nie sprawiało jej przykrości, wręcz przeciwnie, było jej nawet przyjemnie. Przestraszyła ją ta myśl.
„Musimy znaleźć przyjaciół Goriona." Zmieniła szybko temat. „Może karczmarz będzie ich znał."
Rzeczywiście znał. Zapytany, wskazał głową dwójkę ludzi, siedzących w rogu karczmy. Nie ludzi. - poprawiła się w myślach elfka. - Połelfów. Mieszańce ras nie były zbyt częste w Faerunie. Choć elfy ze względu na swoją urodę uważane były przez ludzi za bardzo atrakcyjne, to wzajemna niechęć i brak zrozumienia nie sprzyjały częstemu łączeniu się w pary. Arogancja i wyniosłość starszej rasy nieustannie zderzała się z ekspansją i gwałtownym, zaborczym charakterem młodszej. Lenaia spojrzała z ciekawością. Kobieta była niewysoka, szczupła, zmierzwione brązowe włosy opadały jej na ramiona. Zaciśnięte usta i groźne spojrzenie lekko skośnych oczu nadawały jej trochę wygląd surowej kapłanki Tyra. Mężczyzna za to miał prostą, szeroką, dobroduszną twarz, a nierówno przycięte, jasne włosy nie ukrywały lekko szpiczasto zakończonych uszu zdradzających mieszaną krew. O ich stolik oparty leżał ekwipunek: prosty, żelazny miecz, drewniana, okuta żelazem tarcza i kij podróżny o dość dziwnym kształcie. Oboje wbili wzrok w dziewczyny, gdy te zaczęły się zbliżać w ich kierunku.
„Ty musisz być przybranym dzieckiem Goriona." Powiedziała półelfka, zanim Lenaia zdążyła otworzyć usta." A skoro nie ma go z tobą, musimy zakładać najgorsze. Jestem Jaheira, a to mój mąż, Khalid.
„W... wi... witam." Mężczyzna uprzejmie skinął głową. Imoen rzuciła na niego zdziwione spojrzenie.
„Ja jestem Lenaia." Pdpowiedziała elfka. „Córka Goriona. A to Imoen." Wskazała na siostrę. „Po opuszczeniu Candlekeep wpadliśmy w zasadzkę. Gorion zginął... kazał mi uciekać..." Głos dziewczynie zadrżał i zamilkła. Nie była gotowa, by o tym swobodnie rozmawiać.
„Rozumiem. Współczuję." Ton Jaheiry zdradzał smutek. „Byliśmy przyjaciółmi Goriona, choć dawno się nie widzieliśmy. Nie zostawimy jego dziecka bez pomocy."
„Dziękuję." Odpowiedziała elfka z wdzięcznością. Wyciągnęła zmięty list gończy. „Na schodach przed gospodą napadł nas mag. Zginął, ale przy sobie miał to." I podała papier półelfce. Jaheira przebiegła go oczyma i przekazała mężowi. Gdy go przeczytał, wymienili spojrzenia.
„Tym bardziej musimy cię pilnować. Dowiemy się, kto stoi za zasadzkami na twoje życie. Mamy jednak pewne zobowiązania. Obiecaliśmy burmistrzowi z Nashkel, że pomożemy mu w jego miejscowych problemach. Proponuję tam najpierw skierować nasze kroki."
Elfka kiwnęła głową. Dobrze było mieć konkretny kierunek, a jej było obojętne, jaki.
Tej nocy znowu miała sen i tym razem pamiętała po przebudzeniu jego treść. Śniły jej się na powrót kamienne ściany Candlekeep. Drzwi jednak były zamknięte, choć gdy uniosła głowę, widziała światło w oknie swojego dawnego pokoju. Nagle kamienne mury zbliżyły się do niej, jakby ostrzegały przed próbą wtargnięcia do środka. I usłyszała znajomy głos Goriona, który mówił, że nie może wrócić, że musi iść dalej. Wtem stary mag pojawił się przed nią, ale był tylko cieniem człowieka, jakim był za życia. We śnie był taki, jakim widziała go po raz ostatni – martwy. Widmo ojca wskazało jej na ciemną knieję, z której przyszła, nieprzyjazną i trudną do przebycia. Gdy o tym pomyślała, nagle zobaczyła jasną, wygodną, szeroką ścieżkę, która przyciągała jak magnes. Elfka zrobiła krok w jej stronę, jednak zatrzymała się nieufnie. Po chwili odwróciła się i ruszyła w innym kierunku. Kątem oka zobaczyła, jak Gorion uśmiechnął się i rozpłynął w nicość. Nagle doszedł do jej uszu szept, rozpoznała go, choć słyszała pierwszy raz w życiu: „Dowiesz się..." Obudziła się zmęczona i wtuliła w poduszkę, rozkoszując się chłodnym, gładkim materiałem dotykającym mokrej od potu twarzy.
Wyruszyli wczesnym rankiem, zostawiając jedynie u karczmarza wiadomość dla Winthropa. Zarówno Khalid jak i Jaheira na podróż wdziali lekko podniszczone, ale dobrej jakości zbroje podróżne. Jaheira uparła się i w podobną zbroję wcisnęła Imoen „dla bezpieczeństwa". Z Lenaią jej się nie udało. Skórzana zbroja praktycznie uniemożliwiała dziewczynie rzucanie czarów, a bez tego elfka czuła się bezbronna jak niemowlę. U gospodarza „Pomocnej Dłoni", gnoma o dziwnym imieniu Bentley Lustrzany Cień, uzupełnili zapasy jedzenia i mikstur, a Imoen dodatkowo zaopatrzyła się w krótki, jesionowy łuk i kołczan pełen dobrze wykrojonych strzał. Nowa broń ewidentnie dodawała jej pewności siebie, bo szła, od czasu do czasu nucąc pod nosem piosenki o treści, która Jaheirze kazała marszczyć się z niezadowolenia. Kierowali się na południe, w kierunku miejscowości o nazwie Beregost, leżącej na ich trasie do górniczego miasta Nashkel. Jaheira i Khalid dobrze znali drogę, okazało się, że pracowali kilkukrotnie dla tamtejszego burmistrza, który ponownie poprosił ich o pomoc. Nie powiedział dokładnie, o co chodzi, ale z rozmowy wynikało, że ma problemy bandytami i z miejscową kopalnią.
Rozpogodziło się. Niebo wciąż było przykryte chmurami, choć coraz częściej spomiędzy nich zaczynało przedzierać słońce. Około południa zeszli z traktu i zaszyli się w niedalekiej gęstwinie drzew na dłuższy popas. Słońce grzało już tak mocno, że zaczęło robić się duszno, a nad traktem ich kroki wzbijały duże chmary kurzu. Zjedli, popili posiłek wodą, wyciągając na trawie zmęczone kilkugodzinnym marszem nogi. Jaheira z wyraźną przyjemnością zanurzyła ręce w bujnej roślinności, mamrocząc pod nosem coś, co brzmiało jak zaklęcie. Widząc pytające spojrzenia dziewczyn, wyjaśniła:
„Jestem druidką. Cieszy mnie bliskość natury i uważam, że tylko w takich miejscach można osiągnąć prawdziwą równowagę duszy i ciała."
„Skąd pochodzicie?" Zapytała Lenaia.
„Ja z Tethryru, a Khalid z Calimshanu. A ty?"
„Z Candlekeep."
„Gorion ci nie powiedział, skąd ciebie zabrał?" Jaheira uniosła brwi ze zdziwieniem.
„Nie. Wiecie coś może o moim pochodzeniu?" W głosie elfki zabrzmiała nadzieja. Druidka pokręciła głową.
„Gorion nie mówił nam wiele, mimo że byliśmy jego dobrymi przyjaciółmi. Wiem, że bardzo cię kochał i martwił się o twoje bezpieczeństwo. Powinnaś mu zaufać i wierzyć, że jeśli ci czegoś nie powiedział, to na pewno miał ku temu dobry powód." Półelfka spojrzała na niebo. „Powinniśmy już iść."
Lenaia niechętnie podniosła się. Mimo że nieco irytował ją mędrkujący ton druidki, chętnie zapytałaby o jeszcze kilka spraw. Ale Jaheira już ruszyła przed siebie. Reszcie ekipy nie pozostało nic innego, jak ruszyć za nią.
Minęły kolejne kilometry. Trakt zrobił się szerszy i bardziej równy. Musieli powoli zbliżać się do Beregostu.
Minęli kolejny zakręt. Przy drodze na kamieniu siedział jakiś stwór. Zerwał się na ich widok. Był nieco wyższy od człowieka, miał szeroką, podobną do orkowej twarz, kosmate uszy i wystające kły. Ubrany był w zużytą skórzaną zbroję, a w ręce trzymał wyszczerbiony żelazny miecz.
„Wy zatrzymać się. Oddać nam wszystkie pieniądze i broń, to wy żyć."
Lenaia zatrzymała się. Jaheira wyminęła elfkę i stanęła przed nią, zasłaniając sobą dziewczynę.
„Bo co, zadławicie nas smrodem?" Warknęła druidka.
„Ty być dowcipny elf. Was mniej niż nas." Stwór wskazał dwóch towarzyszy, którzy wyszli po bokach drogi spomiędzy drzew, a potem kolejnych trzech, którzy stanęli za dowódcą. Dwóch z nich trzymało krótkie łuki z napiętymi cięciwami gotowymi do strzału. Jaheira podeszła o krok i rzuciła pod nogi swój podróżny kostur. Ten widok wyraźnie uspokoił stwory, bo opuściły o kilka centymetrów broń. Na ten widok Jaheira zamachała gwałtownie palcami i wyskandowała zaklęcie, a nagle z ziemi wyskoczyły zielone pędy i oplotły nogi i tułów jednego z łuczników. Pięły się po napastniku, wiążąc ręce, otaczając szyję. Stworowi oczy wyszły z orbit. Widząc to, Lenaia otrząsnęła się z zaskoczenia i gwałtownie uwolniła swoją magię, splatając zaklęcie, na co drugi ze stworów znieruchomiał. Kolejny szybko zorientował się, co się dzieje, uniósł łuk i wycelował, strzała pomknęła w jej kierunku, ale wbiła się w tarczę, którą Khalid zdążył zasłonić kobiety. Pozostałe stwory z rykiem rzuciły się do ataku. Imoen naciągnęła łuk. Khalid wyskoczył im na spotkanie, cios jednego odbił tarczą, drugiego sparował z taką siłą, że tamten zachwiał się na nogach, odsłaniając się na chwilę. Półelf nie zastanawiał się, ciął z rozmachem przez tułów, a stwór, padając, ochlapał krwią stojącą najbliżej Jaheirę. Khalid ponownie uniósł miecz, by sparować pchnięcie przeciwnika, lecz gdy miecze się spotkały Lenaia nagle usłyszała głośny brzęk i zobaczyła z przerażeniem, jak ostrze Khalida pęka prawie przy samej rękojeści, a w ręku półelfa zostaje do niczego nieprzydatny brzeszczot. Stwór, z którym walczył Khalid, ryknął tryumfalnie i zamachnął się do kolejnego ciosu, gdy wtem wydał z siebie dziwny skrzek i zamiast uderzyć, runął wprost na półelfa, prawie zwalając go z nóg. Z jego pleców sterczała długa strzała o ciemnych, dziwnie skręconych lotkach, zdecydowanie nie wystrzelona przez Imoen. Nie było jednak czasu, by zastanawiać się nad niespodziewanym sojusznikiem, bo ostatni stwór przezwyciężył rzucony na początku walki przez elfkę czar i, widząc klęskę swoich towarzyszy, rzucił się do ucieczki. Nie dobiegł daleko, ponownie zaśpiewała strzała, bandyta przewrócił się i zniknął w wysokiej trawie. Nie podniósł się więcej.
Lenaia omiotła spojrzeniem drużynę – nikt najwyraźniej nie odniósł ran. Ogarnęła ją lekka euforia po wygranej walce. Spojrzała w stronę ściany lasu:
„Pokaż się." Zawołała. Zaszeleściło i spomiędzy drzew wyszła niewysoka, zakapturzona postać. Gdy podeszła do grupy, zsunęła kaptur. Był to elf. Ciemne, długie włosy nosił związane na karku. Na twarzy miał wymalowane dziwne znaki, jakich Lenaia nie widziała wcześniej. Ubrany był w prostą, choć oryginalnie pozszywaną zbroję skórzaną, a na ramiona miał zarzucony ciemnozielony płaszcz. W ręku trzymał łuk pięknej roboty, na całej długości jego łęczyska wykaligrafowane były elfickie symbole, zbyt starte i zasłonięte jego dłonią, by Lenaia mogła je odczytać.
„Dziękujemy za pomoc." Powiedziała elfka. „Nazywam się Lenaia. Podróżujemy do Nashkel..." Dodała po chwili.
„Jestem Kivan. Mogę zapytać, jaki jest cel waszej podróży do Nashkel?" Elf miał niski, spokojny głos. Mówił wolno, przeciągając sylaby, jakby był nieprzyzwyczajony do długich rozmów.
„Burmistrz prosił moich przyjaciół o pomoc w rozwiązaniu miejscowych problemów." Coś w postawie Kivana wzbudziło w Lenai zaufanie. Albo fakt, że też był elfem wśród ludzkich osad, jak ona. „Poza tym walczymy z bandytami, jak widać." Uśmiechnęła się.
„Hmm." Na twarzy Kivana odbiło się niezdecydowanie. „Taki i ja mam cel. Te hobgobliny tropiłem od kilku dni. To ja powinienem wam podziękować za pomoc." Spojrzał na każdego z osobna i ponownie zatrzymał wzrok na Lenai. „Skoro mój cel jest zbieżny z waszym, to może mógłbym dołączyć do waszej drużyny? Sam wiele nie zdziałam w tej głuszy, a nie jestem dobry w nawiązywaniu kontaktów z ludźmi z kamiennych miast."
„Dlaczego polujesz na bandytów?"
Kivan ponownie się zawahał. Odpowiedział jednak krótko.
„Zabili kogoś, kto był mi bardzo drogi."
Lenaia kiwnęła głową.
„Witaj w drużynie. Obszukajmy ich." Zwróciła się do reszty. Imoen posłuchała siostry. Jaheira wpatrywała się natomiast w nią gniewnie. Elfka bez trudu domyśliła się, dlaczego. Druidka była wściekła, że dziewczyna zaprosiła Kivana do drużyny bez jej zgody. Lenaia spojrzała na Khalida. Półelf wpatrywał się smętnie w resztki swojego dawnego oręża.
„Co się stało?" Zapytała elfka.
„N... ni... nie wiem." Wyjąkał mężczyzna. „To p... pew... pewnie przez ten kryzys z żelazem."
„Jaki kryzys z żelazem?"
„Nie słyszałyście?" Jaheira wtrąciła się do rozmowy zjadliwym głosem. „Całe Wybrzeże Mieczy o tym mówi." Pohamowała się jednak i dodała normalnym już tonem. „Coś się stało z żelazem. Po przekuciu staje się kruche i szybko niszczeje. Całe bandy napadają na podróżnych dla skrawka normalnej broni. Niedługo dobre żelazo czy stal będzie cenniejsza niż złoto."
Khalid kiwnął głową. Pochylił się nad jednym z martwych stworów i podniósł jego broń. Zważył ją w dłoni.
„B... bę... będzie musiało wystarczyć na jakiś czas."
Imoen tymczasem skończyła przeszukiwać resztę. Hobgobliny nie miały przy sobie zbyt wiele. Kilka sztuk złota, kilka sztuk broni i strzał kiepskiej jakości. I tak to zabrali. Nie przelewało im się w funduszach i każde źródło pieniędzy było w cenie.
Ruszyli w dalszą drogę. Lenaia od czasu do czasu zerkała ciekawie na Kivana. Elf trzymał się nieco na uboczu grupy. Szedł spokojnie, z naciągniętym ponownie kapturem, rozglądając się co kilkadziesiąt kroków. Imoen nie wytrzymała z ciekawości i próbowała go wciągnąć w rozmowę. Elf odpowiadał grzecznie, spokojnie i... ani słowa więcej, niż wymagało tego jej pytanie. Pochodził z lasów Shilmisty, był łowcą i zawołanym łucznikiem. Od wielu tygodni samotnie polował na bandy napadające podróżnych, szukając zwłaszcza ogrów i jednego z ich przywódców, półogra o imieniu Tazok. Więcej o swojej misji nie chciał powiedzieć nic.
