Wkrótce dotarli do Beregostu. Było to spore miasteczko, gwarne i tłoczne, bo też pora dnia była taka, kiedy ludzie gromadzą się w tawernach przy piwie, gospodynie plotkują przed domami po całym dniu ciężkiej pracy, a smarkateria uwolniona na chwile od rodzicielskiej władzy biega jak szalona po przydomowych zagrodach. Z daleka zobaczyli szyld gospody i do niej skierowali swoje kroki. „Gospoda Feldeposta", bo tak nazywał się ten przybytek, była dużym, kamiennym, dwupiętrowym budynkiem, mogącym zapewne pomieścić dziesięć mniejszych wielkości karczmy Winthropa, którą znały dziewczyny. Gdy weszli do środka, z kuchni dobiegły ich takie zapachy, że wszystkim jak na komendę zaczęło burczeć w brzuchu. Zajęli jeden z nielicznych wolnych stolików i zamówili posiłki. Przeliczyli fundusze – nie było tego wiele. Jaheira i Khalid mieli jakieś swoje zapasy, ale Lenaia i Imoen nie chciały nadwyrężać ich hojności. Kivan zwykle sypiał po lasach i polował, więc złota nie miał. Mimo sprzeciwów Jaheiry, która chciała jak najszybciej udać się do Nashkel, postanowili zostać w Beregoście kilka dni i rozejrzeć się za zarobkiem. Poszło łatwiej, niż się spodziewali. U pobliskiego kowala sprzedali zabraną hobgoblinom na trakcie broń, a Khalid zaopatrzył się w porządny oręż, przepłacając jednak co najmniej trzykrotnie. Nikt jednak się nie targował, zbyt dobrze pamiętali, co stało się z jego poprzednim mieczem. Dziewczyny spotkały również Firebeada Elvenhaira, maga, który wielokrotnie odwiedzał Candlekeep. Mag zatrudnił ich do kilku drobnych robót, bardzo przypominających bieganie na posyłki, ale potem poszło już łatwo. Komuś oczyścili piwnicę z pająków, innemu odzyskali sprzęt skradziony przez tasloi pałętające się po okolicy. Krasnoludowi o imieniu Kagain, który prowadził miejscowy sklep, pomogli odnaleźć karawanę, napadniętą przez bandytów, przy okazji rozprawiając się z kolejną ich bandą. Lenaia, widząc jak krępy krasnolud wywija swoim toporem, miała przez chwilę ochotę zapytać go, czy nie zechciałby dołączyć na jakiś czas do ich drużyny. Szybko jednak zrezygnowała z tego pomysłu. Kagain był złośliwy, okrutny i sprawiał wrażenie, że nie interesuje go wiele poza złotem, nieważne, w jaki sposób zarobionym.

Spędzili w Beregoście tydzień. Uzupełnili sakiewki, wypełnili brzuchy strawą przygotowywaną codziennie przez pucułowata kucharkę Feldeposta, Maję. Lenaia odprężyła się trochę, przestała za każdym rogiem widzieć wynajętych zbirów z mieczami. Imoen wróciła do roli wesołej, wiecznie rozgadanej siostry. Zaprzyjaźniła się też chyba z Khalidem. Wojownik uczył ją posługiwać się krótkim mieczem, a rudowłosa złodziejka w mig łapała jego nauki. Wieczorami siedzieli w karczmie, rozmawiając i przysłuchując się występom przejezdnych bardów. Jeden z nich, młodzieniec o imieniu Garrick, ewidentnie wpadł Imoen w oko. Dziewczyna rumieniła się za każdym razem, gdy spojrzał choćby przelotnie w ich stronę. Lenaię kusiło, żeby zostawić siostrę samą, chłopak w łóżku mógł być dokładnie tym, czego rudowłosa dziewczyna potrzebowała, aby zapomnieć o niedawnych przeżyciach.

Lenaia spędzała też więcej czasu w towarzystwie Kivana. Elf nie mówił wiele, ale jej odpowiadała jego spokojna milcząca obecność. Czasem opowiadał jej o zwyczajach swojego ludu, bo wychowana wśród ludzi dziewczyna niewiele o tym wiedziała. Mówił jej o przywiązaniu elfów do historii, wiecznej tęsknocie za tym, co minęło, o pamięci tak doskonałej, że nie zapominała żadnych krzywd. Wtedy zwykle zapadała cisza, a jego twarz przybierała wyraz smutku i determinacji. Lenaia nie dopytywała się przyczyn jego pogoni za zemstą, elf i bez tego był wystarczająco zgorzkniały. Rozmawiali po elficku, w tym względzie Gorion zadbał o edukację córki, a ona teraz cieszyła się, że była pilną uczennicą. Kivanowi rozmowa w jego ojczystym języku wyraźnie sprawiała przyjemność, wspólną mowę znał dobrze, ale wciąż była dla niego obca i nieprzyjazna. Z piątki towarzyszy jedynie Jaheira trzymała się trochę na uboczu, wyraźnie obrażona, że zlekceważyli jej rady jak najszybszego ruszenia w dalszą drogę.

W końcu nie mogli dłużej zwlekać. Ósmego dnia, wczesnym rankiem, po uzupełnieniu zapasów, ruszyli w dalszą drogę. Do Naskhel dotarli już bez przeszkód. Może mieli szczęście, a może stanowili wystarczająco liczną grupę, by zniechęcić potencjalnych amatorów łatwego zarobku. Nashkel niczym nie przypominało Beregostu. Była to mała osada, z dwiema krzyżującymi się drogami, przy których stały nieliczne, zaniedbane budynki. Była tu gospoda, mały sklepik, garnizon, świątynia otoczona sporym cmentarzem jak na tak małą miejscowość i kilka rozpadających się chałup. Jedna z dróg prowadziła na wschód do jarmarku, który stanowił swoiste połączenie targowiska i centrum rozrywek, druga na południowy wschód do kopalni.

Burmistrza znaleźli niemal od razu. Z daleka ich rozpoznał i zaczął machać jak szalony ręką.

„Witajcie. Widzę wśród was Jaheirę, więc musicie być grupą najemników, która oczekuję. Jestem Berrun Ghastkill, burmistrz Nashkel i rad was witam. Przykro mi, że nie spotykamy się w lepszych okolicznościach."

„Witaj Berrunie." Odparła Jaheira. „Zechcesz wyjaśnić moim towarzyszom, w czym problem?"

„Nie wierzę, że sami się nie domyślili. Słyszeliście o kłopotach z żelazem? Zaczęło się wszystko do Nashkel. Nasza kopalnia bliska jest zamknięcia, bo nieustannie giną w niej górnicy, a wydobywana ruda jest czymś skażona. Nie mam wystarczająco ludzi, aby spenetrowali kopalnie, bo musiałem ich oddelegować do ochrony transportów przed bandytami. Chciałem prosić was, abyście zbadali, co zagnieździło się w kopalni."

„Ile płacisz za robotę?" Zapytała Lenaia. Jaheira rzuciła jej zirytowane spojrzenie, ale elfka nie przejęła się. Popatrzyła wyczekująco na burmistrza.

„Jeśli uda wam się rozwiązać mój problem, nie będę wam żałował złota. Dostaniecie 900 sztuk minimum."

Lenaia wymieniła spojrzenie z Imoen. Była to suma, jakiej dziewczyny nie widziały nigdy w życiu. Kiwnęła głową, nie czekając na reakcję Jaheiry.

„A więc uzgodnione."

Burmistrz się wyraźnie rozpromienił.

„Wspaniale. Zapraszam do naszej gospody. Macie nocleg na koszt miasta."

Podziękowali i udali się do niewielkiej gospody. Czekały na nich aż trzy pokoje, bo najwyraźniej miasto na nadmiar gości nie narzekało. Lenaia i Imoen zajęły jeden z nich, Jaheira i Khalid drugi, Kivanowi przyszło nocować samotnie.

Było już późno. Dziewczyny rozmawiały chwilę, ale szybko umilkły. Jednak mimo zmęczenia elfka nie mogła zasnąć. Dręczył ją jakiś nieokreślony niepokój, burzył myśli, nie pozwalał na odprężenie. Wsłuchała się w spokojny, regularny oddech Imoen. Minęły dwie godziny. Nagle Lenaia usłyszała szelest przy drzwiach. Uchyliła lekko powieki. Jako elfka, w ciemnościach widziała równie dobrze, jak za dnia. Do pokoju cicho jak śmierć wśliznęła się szczupła postać. Była to kobieta. Na głowie miała dziwny hełm, a w ręku trzymała długi, zbójecki nóż, który zalśnił złowieszczo w świetle gwiazd wpadającym przez okno. Rozejrzała się i powoli ruszyła w kierunku Lenai. Elfka jednak nie czekała. Zerwała się z posłania i krzyknęła zaklęcie. Trochę za szybko i niewyraźnie, ale na tyle skutecznie, że zabójczyni zatrzymała się oszołomiona. Wystarczyło. Imoen na krzyk siostry również zerwała się z łóżka, chwyciła sztylet, który zawsze trzymała pod ręką i wbiła go w plecy kobiety aż po rękojeść. Zabójczyni padła bez żadnego jęku. Po chwili do pokoju dziewczyn wpadł Kivan, a za nim Khalid i Jaheira, wszyscy zaalarmowani krzykiem. I wszyscy uzbrojeni. Najwyraźniej nie tylko Imoen sypiała z bronią pod poduszką. Kivan w dodatku miał na sobie swoją skórzaną zbroję, co elfka zarejestrowała wbrew sobie z pewnym rozbawieniem. Najwyraźniej ciężko było mu pozbyć się starych przyzwyczajeń.

„Kolejny zabójca?" Zapytała Jaheira.

Lenaia kiwnęła głową. Pochyliła się i przeszukała torbę martwej kobiety. Znalazła to, czego szukała: list gończy – tym razem oferował za jej głowę 680 sztuk złota. Poczuła niejaką satysfakcję.

Imoen spojrzała na nią zaniepokojona.

„Skąd wiedzieli, gdzie jesteśmy? Nie podoba mi się to wcale. Najpierw atakują cię zaraz po opuszczeniu Candlekeep, potem czekają na schodach gospody „Pod Pomocną Dłonią", a teraz tutaj w Nashkel? Przecież nie wywieszamy ogłoszeń na tablicach, dokąd się udajemy."

Lenaia zastanowiła się chwilę.

„Pewnie poszli w ilość, a nie jakość. Dlatego nie zaatakował nas więcej ten stalowy potwór, który zamordował Goriona. Widocznie uznali, że w końcu jakiś pomniejszy płatny łowca głów będzie miał szczęście i złapie nas na braku czujności. Oznacza to, że możemy spodziewać się zasadzki na każdym kroku, nieważne, gdzie pójdziemy."

Jaheira i Khalid pokiwali głowami.

„Też tak myślę." Powiedziała druidka. Kivan stał z ponurym wyrazem twarzy, milcząc. Imoen rzuciła siostrze przestraszone spojrzenie.

„No teraz to mnie wystraszyłaś. Nie rozmawiajmy o tym więcej, proszę."

Nie rozmawiali. Przerażony gospodarz dyskretnie usunął zwłoki martwej kobiety. Zatrzymali sobie jej hełm, Lenaia szybko odkryła, że był magiczny, dawał umiejętność infrawizji. Podarowała go Imoen. Dziewczyna nieco się wzbraniała, aby nosić rzeczy zabitej przez siebie łowczyni, ale szybko dała się przekonać, w końcu szli do kopalni, a ona, jako jedyny człowiek w drużynie, nie potrafiła widzieć w ciemnościach.

Wyruszyli wczesnym rankiem. Po 4 godzinach wędrówki krajobraz się zmienił. Gęsty las zastąpiły rozległe obszary wyrębu i rozmiękłej ziemi. Tu i ówdzie sterczały pieńki po dawno ściętych drzewach, walały się konary suche i martwe. Wkrótce doszli do wyrobiska. Był to rozległy teren położony w wydrążonej niecce, pokryty torami, po których górnicy toczyli wypełnione żelazem wagoniki. Tory zbiegały się w okolicach tunelu, który niewątpliwie był wejściem do kopalni. Wokół niecki stały drewniane niszczejące budynki zapewne różnego przeznaczenia. Tu i ówdzie kręcili się wychudzeni robotnicy. Zatrzymali jednego i zapytali o zarządce kopalni. Ruchem głowy wskazał im kierunek.

Zarządcę Emersona znaleźli niedaleko wejścia. Władczym głosem wydawał rozkazy krzątającym się górnikom. Obrzucił ich poirytowanym spojrzeniem.

„Ty jesteś Emerson?" Zapytała Lenaia.

„Tak, to ja. A wy jesteście zapewne tą grupą przysłaną przez Berruna? Jakby mi byli potrzebni poszukujący przygód głupcy plątający się po mojej kopalni. Macie jeden dzień. - po czym odwrócił się ostentacyjnie i odszedł, zanim ktokolwiek z nich zdążył zareagować."

„A bo co, mamy uwierzyć, że pójdziesz nas szukać, jak nie wrócimy?" Mruknęła Lenaia pod nosem.

Strażnicy pilnujący wejścia przepuścili ich bez problemów. Po kolei zagłębili się w tunelu. Kivan przez chwilę zwlekał, ale idąca przed nim Imoen zniknęła mu już z oczu, więc z westchnieniem podążył za drużyną.

Tunel, który prowadził w głąb kopalni, był wystarczająco szeroki, aby pomieścić tory i toczące się po nich wózki. Strop podtrzymywały ociosane, masywne, drewniane stemple. Powietrze było gęste i szare od pyłu, który dusił w gardle i piekł w oczy. Lenaia mrugnęła kilka razy, ale niewiele to pomogło, oczy wkrótce zaczęły jej łzawić. Khalid i Jaheira obwiązali sobie twarze chustami. Kivan kasłał.

„Naprawdę musimy naśladować krasnoludy, pełzając przez te królicze nory?" Mruczał z nieszczęśliwą miną. Lenaia wbrew woli parsknęła śmiechem.

Wkrótce doszli do większego pomieszczenia. Krzyżowało się tu wiele torów. Tu i ówdzie kręcili się górnicy. Lenaia podeszła do jednego z wózków i zanurzyła dłoń w szarym żwirze. Wyciągnęła jeden kawałek, który rozsypał jej się w dłoni.

„Przydałby się krasnolud w drużynie. Nikt z was pewnie nie zna się na rudach metali?" Odpowiedziało jej milczenie. Wydobyła kolejny kawałek i ostrożnie schowała go do plecaka. Rozejrzała się. Jaheira podeszła do jednego z górników. Był zgarbiony, ubrany w podarte, robotnicze ubranie tak brudne, że niemożliwością było określenie jego pierwotnego koloru.

„Możesz nam powiedzieć, co dzieje się w kopali? Słyszeliśmy, że zginęło kilku z was?"

Mężczyzna spojrzał na nią i skulił się pod surowym spojrzeniem druidki.

„Sz... szlachetna pani, ja nic nie wiem. Słyszałem tylko, jak Kylee opowiadał, że widział demony wychodzące ze ścian." Górnik zaczął się trząść.

„Demony?" Ale człowiek nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Wybałuszył oczy i zasłonił dłonią usta, jakby wspomniane demony mógł przywołać brzmieniem swojego głosu.

„Gdzie znajdziemy Kylee?" Jaheira była bezlitosna. Górnik drżącą ręką wskazał kierunek. Lenaia zauważyła, że nie miał dwóch palców.

Ruszyli przed siebie. Korytarz sukcesywnie prowadził w dół. Powietrze zrobiło się chłodniejsze, pyłu było mniej i łatwiej było oddychać. Bardziej za to śmierdziało. Żelazem, potem, brudem, szczurami i czymś jeszcze, czego nie potrafili zidentyfikować. Jakieś 100 metrów dalej znaleźli kolejną niby-salę. Zbliżyli się do grupy ludzi ładujących rudę do jednego z wózków.

„Który z was to Kylee?" Na głos Jaheiry jeden z górników odłożył łopatę i podszedł do nich.

„To ja."

„Ponoć widziałeś te demony atakujące górników?"

Pokiwał głową w odpowiedzi. Na prawej skroni miał bliznę po oparzeniu wielkości ludzkiej dłoni.

„Jak wyglądały?"

„Były ogromne, miały długą sierść, wielkie kły, a z ich gardeł wydobywał się piekielny chichot. Nie przyglądałem się im dobrze, odwróciłem się i uciekałem co sił w nogach." Górnik zaczął się trząść zupełnie jak jego poprzednik.

„N... n... nie bój się, jesteśmy tutaj, żeby wam pomóc." Wtrącił uspokajająco Khalid. Górnik spojrzał na niego z wdzięcznością.

„Możesz nam pokazać, z jakiego kierunku przyszły?" Zapytała Lenaia.

„Ze wschodniego korytarza. Ale błagam was, nie każcie mi iść z wami!"

„Nie trzeba, dziękuję za pomoc."

Odeszli od pracujących mężczyzn. Imoen złapała Lenaię za rękaw jej szaty.

„Myślisz, że to naprawdę demony?"

„Musiałyby być to cholernie małe demony, żeby zmieścić się w tych korytarzach." Elfka mruknęła przez zaciśnięte zęby. Niskie przejścia kopalni zaczynały działać jej na nerwy. Stwierdziła, że rozumie Kivana. Elf był blady jak śmierć, Jaheira wyglądała niewiele lepiej. Jedynie Khalid sprawiał wrażenie, że nie przeszkadza mu otoczenie, stał spokojnie, opierając dłoń na rękojeści nowego miecza.

„P...p...przeszukajmy te korytarze." Powiedział. Tak zrobili. Niemal 2 godziny błądzili po plątaninie przejść. Znaleźli porzucone wózki z rozsypaną zawartością, rozrzucone narzędzia górnicze i pełno szczurzych bobków. Co ciekawe, szczura nie widzieli żadnego. Było to co najmniej zastanawiające.

Nagle Kivan zatrzymał się. Gestem dłoni przywołał Lenaię i wskazał coś na ziemi. Najpierw nie zrozumiała, o co mu chodzi, ale po chwili i ona to dostrzegła. Ślady niewielkich trójpalczastych stóp. Co najmniej kilkanaście par takich śladów. Ruszyli za nimi. Prowadziły do wąskiego przejścia ukrytego za niewielkim zawałem z gruzów. Gdyby nie ślady i gdyby nie bystre, widzące w ciemnościach elfie oczy, to nigdy by go nie znaleźli. Zagłębili się w wąskim korytarzu. Elfom i Imoen poszło łatwo, Jaheira również była drobna i szczupła, jednak Khalid mało co nie utknął w przejściu. Szedł potem przygarbiony i coraz bardziej wściekły.

„N...następnym razem zabierzcie ze sobą kogoś o waszych rozmiarach." Warczał. Nikt jednak nie zwracał uwagi na jego narzekanie. Sami mieli dość tego czołgania się po kopalni. Na szczęście tunel stopniowo się rozszerzył, tak że po chwili mogli iść już swobodnie parami. Lenaia odwróciła się do idącego za nią Kivana, gdy elf zatrzymał się gwałtownie i chwycił ją za szatę, żeby i ona stanęła. Elfka podążyła za jego wzrokiem i zdrętwiała. Przed nimi przejście się rozwidlało i w prawej odnodze stał mały stwór. Miał około metra wzrostu, długi ryjek, w którym widać było ostre zęby, żółtą, pokrytą łuskami skórę, a jego dłonie i stopy zakończone były brudnymi szponami. W rękach trzymał niewielkich rozmiarów łuk. Był to kobold, jaszczurkowaty potworek, który zamieszkiwał wszelkiego rodzaju dziury i jaskinie. I, niestety, nigdy samotnie.

Ten wydawał się równie zaskoczony widokiem drużyny, jak oni jego. Ale zaskoczenie szybko minęło i stwór przenikliwie zaskrzeczał. Potem wydarzenia potoczyły się już bardzo szybko. Kivan podniósł łuk, aby uciszyć kobolda, było jednak za późno. Opadł ich kłąb ciał, który skrzeczał, ciął, kłuł i przeraźliwie śmierdział. Lenaia otworzyła usta, by rzucić zaklęcie, nie miała jednak w kogo celować. Wszyscy stanowili jeden wielki szamoczący się tłum. Słyszała krzyki Imoen i przekleństwa Khalida. Coś rozerwało jej szatę na ramieniu, coś ugryzło w nogę, coś spadło na plecy. Wyszarpnęła zza paska nóż i cięła na oślep. Na oczy chlusnęła jej ciepła, lepka ciecz i elfka na chwilę przestała widzieć cokolwiek. Gwałtownym ruchem otarła twarz, w samą porę, żeby uchylić się przed mieczem Khalida, który machał nim na wszystkie strony. Skrzeki nasiliły się, przechodząc w rozpaczliwe crescendo.

Po chwili było po wszystkim. Koboldy, mimo liczebności, nie miały większych szans z dobrze uzbrojoną drużyną. Lenaia oparła się o ścianę i zwymiotowała. Kręciło jej się w głowie. Oni też nie wyszli z potyczki bez szwanku. Khalid i Kivan mieli bardzo wiele drobnych ciętych ran na ramionach i twarzy, Jaheirze krew spływała z rany na czole, Imoen miała rozdarte spodnie i właśnie wyrywała sobie z uda niewielką strzałę, po czym osunęła się na ziemię z jękiem. Lenaia zrobiła krok w jej kierunku i niemal krzyknęła, gdy noga załamała się pod nią – powyżej kostki miała wyrwany zębami stwora kawałek skóry i mięśnia. Jaheira otarła sobie krew z twarzy i pochyliła się nad Imoen. Przyłożyła rękę do rany i wyszeptała zaklęcie. Rana zniknęła. Imoen otworzyła ze zdumienia oczy.

„Jestem druidką, a druidzi, z błogosławieństwem Mielikki, umieją leczyć nie gorzej niż kapłani." Wyjaśniła półelfka, po czym podeszła do Lenai i to samo powtórzyła nad raną na jej nodze. Elfka ostrożnie zrobiła krok. Nic nie poczuła. Uśmiechnęła się z wdzięcznością. Mężczyźni tymczasem wyjęli z plecaków mikstury uzdrawiające i nacierali swoje rany, sycząc z bólu. Powierzchowne cięcia nie potrzebowały wsparcia bóstw, wystarczyła zwykła magia. Gdy doprowadzili się do jako takiego porządku, obejrzeli zwłoki koboldów. Stworów było ze dwadzieścia, a większość z nich zginęła od ciosów miecza Khalida. Lenaia pochyliła się nad jednym z nich i zauważyła przytroczoną do jego paska buteleczkę. Podniosła ją i przyjrzała się.

„Co to?" Zapytała Imoen. Lenaia wypowiedziała formułę identyfikacji. Bez zbytniego powodzenia. Była to mieszanka kwasów, metali i bogowie wiedzą, czego jeszcze.

„Nie wiem, ale myślę, że używają tego do zanieczyszczania żelaza." Powiedziała, po czym wzięła nóż od jednego z martwych stworów i włożyła do butelki. Po wyciągnięciu w nożu były widoczne wypalone dziury.

Jaheira przyglądała się temu ze zmarszczonym czołem

„Skąd koboldy miałyby wziąć taką substancję? Zwykle są za głupie, żeby odróżnić krowę od wózka na kółkach."

„Ktoś im to musiał dać. Rozejrzyjmy się tu trochę." Słowa elfki zostały skwitowane powszechnym jękiem. Nikt się jednak nie sprzeciwił. W końcu przyjęli tę robotę i chcieli ją wykonać do końca. Ruszyli przed siebie korytarzem, którego strzegła napotkana przez nich banda koboldów. Mieli szczęście. Przeszli nie więcej, niż kilkaset metrów i znaleźli się w obszernej jaskini. Była pusta, nie licząc nietoperzy u sufitu i walających się gdzieniegdzie kości. Głównie zwierzęcych, choć natknęli się na kilka niewątpliwie ludzkich czaszek. Centralnie biegł niewielki strumień wody. Ruszyli przed siebie. Po lewej stronie dostrzegli biegnący w górę korytarz. Już chcieli skierować się w jego stronę, gdy nagle spostrzegli smugę światła dobiegającą spośród licznych znajdujących się w jaskini głazów i prowadzącą do nich nad strumieniem wąską kładkę. Khalid, idący jako pierwszy, gestem nakazał milczenie. Podążyli w kierunku światła. Przeszli po kładce i zobaczyli ponownie niewielkie przejście. Gdy je minęli, zatrzymali się oszołomieni. Po prawej stronie tunelu znajdował się drewniany łuk, na którym zawieszone były bogato zdobione zasłony, teraz rozchylone i udraperowane. Na kamiennej podłodze leżał dywan pokryty ornamentami. Widok był tak absurdalny, że Lenaia miała ochotę się roześmiać głośno. Nie zrobiła tego jednak, machnęła natomiast ręką na drużynę, aby podążyła za nią. Jej stopy zagłębiły się w miękkim dywanie, który ewidentnie stłumił kroki, bo gdy znaleźli się w bogato wyposażonym pokoju, siedząca tam postać poderwała się zaskoczona. Był to półork, wysoki i potężnie zbudowany, jak wszyscy przedstawiciele tych mieszańców. Nosił elegancką zbroję, niewątpliwie kosztującą majątek, na której wymalowane były znaki kapłańskie. Chwycił leżący obok niego długi stalowy miecz.

„Szef was przysłał, a te zdradzieckie koboldy was przepuściły tak?" Wysyczał. „Wiedziałem, że nie powinienem im ufać. Żadna uncja tego cholernego żelaza nie przeszła nieskażona, a i tak mam zginąć? Na Cyrika, nie dostaniecie mnie tak łatwo!" Krzyknął, po czym podniósł miecz i z rykiem rzucił się na drużynę, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć. Ciężko było to nazwać walką. Khalid odbił tarczą cios miecza, a Kivan i Imoen władowali w półorka dwie strzały, przy czym strzała Imoen przebiła mu szyję, a Kivana wbiła się w udo. Upadł, charcząc i po chwili nie żył. Lenaia pochyliła się nad zwłokami z westchnieniem.

„Mogliśmy go przesłuchać." Powiedziała z wyrzutem. Kivan kiwnął głową. Imoen wyglądała na skruszoną. Celowała w ramię.

Przeszukali pokój. W skrzyni stojącej obok łóżka znaleźli emblematy Cyrika – półork ewidentnie był kapłanem złego boga. Znaleźli również listy zaadresowane do niejakiego Mulaheya, więc tak musiało brzmieć jego imię. Pisząca je osoba była wyjątkowo niezadowolona z efektów pracy półorka, kilkukrotnie przewijała się w nich groźba zastąpienia go kim innym. Zrozumieli, czemu wziął ich za zabójców. Dalej listy zawierały instrukcje, a także namiary na mężczyznę o imieniu Tranzig, który miał czekać w Beregoście i był kontaktem Mulaheya z jego pracodawcą. Wszystkie podpisane były jednakowo: „Tazok". Kivan nagle pochylił się nad elfką i wyrwał jej papier z ręki. Sam przebiegł go oczyma i zwinął papier w dłoni. Oddychał ciężko. Lenaia spojrzała na niego badawczo.

„To jego szukasz, prawda? Tego Tazoka?"

Elf nie odpowiedział, kiwnął jednak nieznacznie głową.

„Dlatego się do nas przyłączyłeś. Sam nie mogłeś znaleźć tropu." Czarodziejka nie ustępowała.

Ponownie kiwnięcie głową.

„Co on ci zrobił, ten Tazok?"

Kivan spojrzał na Lenaię. Zapadła cisza. Elfka westchnęła i już chciała się odwrócić, kiedy powiedział cicho:

„Tazok i jego banda ogrów napadli mnie i moją żonę, Deherianę, w lasach Shilmisty. Torturowali nas. Deheriana nie przeżyła... Od tej pory Shevarash kieruje moimi ścieżkami."

„M...mrocznego masz patrona, przyjacielu." Powiedział ze współczuciem w głosie Khalid. „Zemsta może być kusząca, ale na końcu obraca się przeciwko temu, kto podąża za jej głosem."

„Co ty możesz o tym wiedzieć, półelfie." Z goryczą w głosie odpowiedział Kivan i odwrócił się. Lenaia położyła mu rękę na ramieniu. Wzdrygnął się, ale jej nie strącił. Nagle ich uszu dobiegło wołanie Imoen. Dziewczyna nie brała udziału w rozmowie, myszkowała w tym czasie po okolicy. Pobiegli w kierunku dźwięku. Imoen była w pomieszczeniu, którego nie zauważyli wcześniej. Klęczała na ziemi, pochylając się nad jakąś leżącą postacią. Od postaci biegły łańcuchy przykuwające ją do ściany. Imoen właśnie zawzięcie grzebała wytrychem w zamkach. Nagle kajdany puściły i opadły. Dziewczyna gwizdnęła z satysfakcją i wstała. Podeszli bliżej. Tajemnicza postać okazała się być elfem. Był nieprzytomny. Miał długie, czarne, skołtunione włosy i podartą w wielu miejscach fioletową szatę. Rysy jego twarzy były delikatne, a tą delikatność podkreślało jeszcze znaczne wychudzenie widoczne po całej jego postaci. Tu i ówdzie mieniły się stare sińce, a miejsca, w których kajdany ocierały jego skórę, pokryte były sączącymi się strupami. Lenaia pochyliła się nad nim i dotknęła go. Miał gorączkę. Musiał spędzić w niewoli wiele dni. Jaheira odsunęła ją delikatnie i sama uklękła przy chorym. Położyła rękę na jego czole i wyszeptała kilka zaklęć. Elf poruszył powiekami. Druidka spojrzała na Lenaię i powiedziała.

„Nie mam więcej zaklęć, aby mu pomóc. Musiałabym medytować wiele godzin, żeby je odzyskać, a nie byłoby to bezpieczne w tym miejscu." Elfka kiwnęła głową. Z jej czarami działo się tak samo. Więzień na głos Jaheiry otworzył oczy. Najpierw spojrzenie jego było przymglone, jakby starał się przypomnieć sobie, kim jest i gdzie się znajduje. Potem spojrzał całkiem przytomnie na pochyloną nad nim druidkę, a następnie omiótł wzrokiem całą drużynę.

„Mulahey?" Zapytał.

„Nie żyje." Odpowiedziała Lenaia. Więzień na te słowa westchnął.

„Dziękuję." Po czym spróbował wstać. Khalid podsunął mu ramię i z jego pomocą elf stanął na chwiejących się nogach. „Nazywam się Xan. Pochodzę z Evereski. Rada mojego miasta przysłała mnie, abym zbadał niepokojące pogłoski o kryzysie żelaza i bandyckich napaściach. Najwyraźniej nie byłem wystarczająco ostrożny. Spędziłem w tej norze kilka miesięcy. Gdyby nie wy..." Wzdrygnął się. „Jeszcze raz dziękuję. Powiedzcie mi, nie znaleźliście może mojego miecza?"

„A jak wygląda?" Zapytała Imoen.

„Widzę, że nie znaleźliście, bo byście na pewno wiedzieli." Westchnął ponownie. „Pomóżcie mi, proszę, go poszukać w tym miejscu."

Wrócili do komnaty Mulaheya i ponownie zaczęli przetrząsać jego rzeczy. Miecz znaleźli w szafce zawierającej rozmaite sztuki broni. Jak na komendę westchnęli, gdy go zobaczyli. Był wykonany starannie, z dziwnego stopu, jakiego jeszcze nie widzieli. Jego ostrze lśniło chłodnym, niebieskim blaskiem, a na całej jego długości znajdowały się runy. Rękojeść była bogato ozdobiona tak lubionymi przez elfy roślinnymi motywami wyrzeźbionymi w srebrze.

„Czy to... czy to księżycowe ostrze?" Zapytała Lenaia.

Xan kiwnął głową. Elfka wpatrywała się w niego zdumiona. Czytała kiedyś z zapartym tchem opowieści o strażnikach magicznych księżycowych ostrzy. Byli to najznamienitsi przedstawiciele elfiej rasy, którzy szlachetnymi czynami musieli dowieść swojej odwagi i dzielności, aby stać się godnymi dzierżenia takiego oręża. Mówiono, że miecz sam wybierał swojego właściciela i dotknięcie go przez kogoś niepowołanego mogło skończyć się tragicznie. Ledwo stojący przed nią na własnych nogach elf zdecydowanie nie przypominał bohaterów z jej wyobrażeń. Sięgnął ręką i zacisnął dłoń na rękojeści. Na twarzy odmalowała mu się ulga.

„Raz jeszcze wam dziękuję. Niedaleko powinno być wyjście na powierzchnię, widziałem wielokrotnie, jak Mulahey nim wychodził i przychodził."

Podążyli za wskazówkami Xana. Musieli często odpoczywać. Elf był tak słaby, że zaklęcia Jaheiry i ich mikstury lecznicze okazały się niewystarczające, by przywrócić mu choćby i połowę jego sił. Ale droga, którą wskazał, okazała się trafna. Po dwóch godzinach powolnej wspinaczki tunelem wreszcie zobaczyli światło gwiazd. Była już noc. Powiew świeżego powietrza wszyscy powitali westchnieniami ulgi. Xan sprawiał wrażenie, jakby był bliski płaczu.

„Nawet sobie nie wyobrażacie, jak tęskniłem za świeżym powietrzem i niebem nad głową. Myślałem, że już nigdy go nie zobaczę."

Wyrazy twarzy reszty drużyny wyrażały dokładnie to samo.