Lenaia rozejrzała się dokoła. Otaczające ją ciemne, surowe ściany niepokojąco przypominały kopalnię Nashkel. Zaczęła schodzić głębiej i głębiej, aż napotkała stojącą, nieruchomą postać. Był to Mulahey, martwy tak, jak go zostawili. Skądś wiedziała, że czekał na nią. Przed nim unosił się kościany sztylet gotowy do pchnięcia. Czuła, że gdyby widmo miało choć odrobinę powietrza w płucach, miotałoby w nią przekleństwa. Czekało na zabójstwo, na śmierć poza śmiercią. Elfka przez chwilę się wahała, ale ostatecznie odwróciła się plecami do sztyletu i usłyszała, jak ten z głuchym szczękiem upadł na ziemię. Zaskoczone widmo spojrzało na nią z wdzięcznością i nagle przeniknęło przez nią, zostawiając w niej fragment własnego „ja". Była to iskierka nadziei, a Lenaia nagle poczuła, że wypełnia ona w niej jakąś pustkę, o której istnieniu nie zdawała sobie sprawy, pustkę o kształcie sztyletu.

Nagle z oddali, a jednocześnie bardzo blisko dobiegł do niej krzyk wściekłości. Kościany sztylet ruszył, celując w jej serce, a ona nagle obudziła się na sekundę przed tym, zanim osiągnął cel. I znowu usłyszała głos, który powinien był zniknąć razem z koszmarem: „Dowiesz się...". Poczuła, jak po plecach spływa jej zimny pot. Podniosła głowę. Kivan siedział niedaleko, wpatrując się w gwiazdy. Wstała i usiadła obok niego.

„Możesz się położyć." Powiedziała.

Pokręcił głową.

„I tak bym nie zasnął. Poza tym my, elfy, nie musimy spać, wiesz o tym. Wystarczy medytacja."

„Wiem. Ale wychowałam się wśród ludzi. Nauczyłam się spać, jak oni. Choć żałuję."

Spojrzał na nią uważnie.

„Dlaczego żałujesz?"

„Mam koszmary."

„Pamiętaj, mellonamin, że jak medytujesz, ty wybierasz miejsce, w które chcesz się udać i wspomnienia, które chcesz przywołać." W głosie łowcy niespodziewanie zabrzmiał smutek. Czarodziejka pokiwała głową i mimo wszystko uśmiechnęła się. Pierwszy raz ktoś nazwał ją „mellonamin", przyjaciółko.

Siedzieli razem w milczeniu aż do wschodu słońca. Gdy pierwsze promienie wypełzły znad horyzontu, obudzili resztę drużyny. Wyśpią się w karczmie, po kąpieli i z pełnym brzuchem, zdecydowała Lenaia. Ruszyli w kierunku Nashkel. Podróż zajęła im więcej czasu, niż poprzednio, bo, mimo odpoczynku, Xan ledwo poruszał nogami. Wróciła mu gorączka. Ostatni odcinek drogi Khalid musiał go nieść. Gdy dotarli do miasta, skierowali się od razu do świątyni. Kapłan uważnie obejrzał Xana i zdecydował, że elf musi zostać. Pożegnali go więc i udali się do burmistrza, zdać mu relację ze swoich działań. Oddali mu próbki żelaza i jedną z buteleczek z trucizną, pokazali też listy Mulaheya. Tych jednak mu nie oddali, stanowiły trop, którym Lenaia zamierzała podążyć. Berrun Ghastkill rozpływał się z wdzięczności. Wypłacił im całą obiecaną sumę pieniędzy, które podzielili równo między siebie. Zaszli też do sklepu, sprzedać to, co zdobyli w kopalni. Ponownie ich fundusze znacząco wzrosły. I ich sława, bo jak tylko weszli do gospody, nikt nie mówił tam o niczym innym. Lenaia skrzywiła się, równie dobrze mogłaby wymalować sobie na plecach wielką tarczę strzelniczą. Nic nie mogli jednak na to poradzić. Karczmarz przybiegł w poskokach, jak tylko ich zobaczył.

„A oto nasi bohaterowie! Zapraszamy, zapraszamy! Czego sobie życzycie?"

Imoen uśmiechnęła się szeroko.

„Jedzenia i kąpieli na początek."

„Oczywiście, oczywiście, siadajcie proszę." I pobiegł poganiać kucharkę. Wkrótce przyniosła im jajecznicę ze skwarkami, świeżo ubite masło, bochenki jeszcze ciepłego chleba, miód i zebrane w lesie jagody. Do picia dostali pachnące jeżynami wino. Przez pewien czas słychać było tylko mlaskanie. W międzyczasie gorliwy gospodarz zamienił dwa pokoje na tyłach gospody na łaźnię i wstawił do nich dwie balie wypełnione gorącą wodą. Po posiłku Lenaia i Imoen zajęły jeden pokój, Khalid i Jaheira drugi, Kivan natomiast nie sprawiał wrażenia zainteresowanego kąpielą. Opłukał jedynie twarz, po czym wziął swój łuk i wyszedł z karczmy.

Dziewczyny zrzuciły zakrwawione, brudne ubrania i zanurzyły się z przyjemnością w gorącej wodzie. Lenaia przezornie zabrała butelkę wina, nie zamierzały się więc nigdzie spieszyć. Wyszorowały się od stóp do głów, śmiejąc się i chlapiąc na siebie od czasu do czasu pianą. Wkrótce potem leżały, rozkoszując się ciepłem i popijając wino. Przez chwilę czuły się, jakby znalazły się znowu za bezpiecznymi murami Candlekeep.

„Mogłabym się do tego przyzwyczaić." powiedziała z uśmiechem Imoen, podziwiając swoją stopę opartą malowniczo o krawędź balii.

„Do kąpieli?" zapytała Lenaia z niemałą nutą sarkazmu w głosie. „Zawsze miałaś z tym problem."

„O ty..." Imoen chlapnęła w stronę siostry niemałą ilością piany, przed którą elfka umknęła zanurzając się pod wodę. „Miałam na myśli, że do sławy. A co do kąpieli, to lubię kąpiel w miłej, ciepłej, pachnącej wodzie. To ty się upierałaś, żeby skakać do tej słonej zimnicy pod murami Candlekeep. Albo siedziałaś godzinami na mokrych kamieniach przy plaży."

„Nie tęsknisz za morzem?"

Imoen zastanowiła się przez chwilę.

„Nie." odpowiedziała w końcu. „Tęsknię za Candlekeep. Za Winthropem, Gorionem, Phlydią i całą resztą. Ale za morzem ani trochę. Nie zapomnę tej pierwszej wyprawy statkiem, kiedy Winthrop zabrał mnie z Wrót Baldura do Candlekeep. Całe długie dwa dni męki."

„Ciesz się, że nie dwa tygodnie." Elfka zaśmiała się głośno, po czym nagle spoważniała. Obserwująca ją uważnie Imoen westchnęła.

„Przepraszam, Len." Powiedziała skruszona. „Nie powinnam przywoływać złych wspomnień, zwłaszcza jeśli są tak świeże."

„To nie są złe wspomnienia, Im. Candlekeep nigdy nie będzie dla mnie złym wspomnieniem. Ani Gorion. Nie masz za co przepraszać."

„Wiem, ale..." Dziewczyna machnęła ręką. Najwyraźniej zabrakło jej słów.

„Co sądzisz o Kivanie?" Zapytała po chwili, pociągając długi łyk wina, zdeterminowana, by znowu wrócić na nieco przyjemniejsze tematy. Czarodziejka spojrzała na nią zaskoczona.

„O Kivanie? Co masz na myśli?"

„Och przestań udawać." Imoen uśmiechnęła się szelmowsko. „Jest bardzo przystojny."

„To prawda." Powiedziała Lenaia po krótkiej chwili. Uśmiech Imoen stał się jeszcze szerszy, wyglądała zupełnie jak kot, który właśnie upolował kanarka. Lenaia znała ten jej wyraz twarzy aż za dobrze. Zwykle krótko potem musiała siostrę wyciągać z kłopotów.

„Przestań, Im. Jest moim przyjacielem. I tyle."

„A myślisz, że mógłby być kimś więcej?"

„Nie." Odparła Lenaia pewnym tonem. Uśmiech Imoen trochę przygasł. Dziewczyna wiedziała, że choć niektóre kobiety czasem lubiły się oszukiwać w kwestiach damsko-męskich, to Len nie robiła tego nigdy. Elfka zwykle dobrze wiedziała czego, lub ewentualnie kogo, chce.

„Kivan jest mi bliski. Cenię go bardzo jako przyjaciela i ufam mu. Ale ani ja nie pożądam jego, ani on mnie. Cokolwiek sobie uroiłaś w tej rudej główce, siostrzyczko, to nic z tego."

„No dobrze, dobrze, ale nie możesz mnie winić, że nie próbowałam ci pomóc."

Na te słowa czarodziejka roześmiała się jeszcze głośniej niż poprzednio.

„O ile dobrze pamiętam, to ostatnio, jak próbowałaś mi 'pomóc' skończyło się to kompromitacją, po której przez tydzień wstydziłam się wyjść z pokoju. Ty zresztą też."

„Szczegóły, szczegóły." Zawtórowała śmiechem Imoen.

Radosne wrażenie zburzył zimny powiew, który gwałtownie wtargnął do prowizorycznej łaźni. Śmiech dziewczyn zamarł, jak przecięty ostrzem. Drzwi otworzyły się na oścież i stanął w nich jakiś mężczyzna. Miał zasłoniętą twarz. Wszedł do środka i zamknął za sobą drzwi. Poruszał się cicho i dużą gracją, jak na swoje rozmiary. Odwrócił się do dziewczyn.

„Ach, to niemal zbyt proste." Powiedział cicho. „Całe miasto trąbi o waszym sukcesie. Nawet nie musiałem cię szukać."

Lenaia zerwała się na nogi. Domyśliła się, kim był obcy. Mężczyzna zmierzył ją spojrzeniem.

„Wielka szkoda, że nie mamy więcej czasu." Powiedział i wyciągnął długi nóż.

Imoen, widząc co się dzieje, chwyciła ręką butelkę wina i cisnęła nią w napastnika. Ten zręcznie się uchylił, dało to jednak czas elfce na wyskoczenie z balii i sięgnięcie do torby. Rozpaczliwie szukała broni. Nie mogła użyć zaklęć, ostatniej nocy nie odpoczęła wystarczająco, by móc ponownie zaczerpnąć ze Splotu. Kątem oka zobaczyła, jak mężczyzna spręża się do ataku. Namacała jakąś buteleczkę pod palcami, była to pozostała próbka trucizny koboldów. Chwyciła ją i w desperacji rzuciła w zabójcę. Napastnik machnął zgrabnie nożem, butelka w powietrzu rozbiła się i toksyczna ciecz ochlapała mu twarz. Zawył z bólu i skoczył na elfkę. Cios nie trafił, nóż wyśliznął mu się z dłoni, jednak mężczyzna upadł na czarodziejkę i przygniótł ją do podłogi. Lenaia zobaczyła pęcherze, pokrywające mu twarz i oczy. Zabójca znalazł ręką jej szyję i zacisnął dłoń. Dziewczyna kątem oka spostrzegła leżący obok nóż. Zauważyła, jak czyjaś drobna dłoń chwyciła go i wbiła z całej siły mężczyźnie w szyję. Znieruchomiał. Te same dłonie chwyciły ją i wyciągnęły spod leżącego ciała. Imoen. Elfka stanęła, krztusząc się i prychając.

„Nic ci nie jest?" Zapytała rudowłosa złodziejka, blada jak śmierć.

Lenaia pokręciła głową. Odzyskała oddech. Spojrzała na siebie. Z szyi, po ramieniu i między piersiami spływała po niej krew napastnika i skapywała na mokrą posadzkę, mieszając się z wodą i pianą. Zamarła, równie przerażona, jak zafascynowana.

„Lenaia?" Głos Imoen przywrócił jej rozsądek. Otrząsnęła się z oszołomienia i wskoczyła z powrotem do balii zmyć z siebie ślady walki. Potem dziewczyny wytarły się, ubrały, przeszukały ciało zabójcy i poszły szukać reszty drużyny. Znaleźli ich wszystkich we wspólnej sali, gdzie kończyli drugi posiłek. Kivan wrócił z przechadzki. Opowiedziały, co się stało. Tym razem napastnik również miał przy sobie list gończy, ten był jednak inny. Zaadresowany do niego, zabójcy o imieniu Nimbul. I podpisany. Imieniem, które już znali. Tazok.

Imoen zmarszczyła brwi.

„A więc półogr, który jest odpowiedzialny za niszczenie żelaza, jest jednocześnie tym, który nasyła na ciebie zabójców? Co twoja osoba ma wspólnego z kryzysem żelaza na Wybrzeżu Mieczy?"

„Przecież wiesz, że nie znam odpowiedzi na to pytanie. Ale zamierzam się dowiedzieć. Zamierzam znaleźć tego Tranziga. I dowiedzieć się, gdzie jest Tazok."

„A potem?"

„A potem nie wiem. Zobaczymy."

„A więc Beregost?"

„Beregost."