Sarevok szedł szybkim krokiem przez długie korytarze siedziby Żelaznego Tronu. Zamyślony mijał kolejne drzwi, schody i pomieszczenia, nie racząc poświecić im większej uwagi, od czasu tylko do czasu kiwając głową w odpowiedzi na rzucane przez obecnych tam ludzi słowa powitania. Zmierzał na spotkanie z ojcem. Mimo całej wściekłości, jaką budził w nim bezceremonialny rozkaz ojca, wiedział, że nie byłoby rozsądne zlekceważenie go. Mimo, że był dorosłym mężczyzną, gdzieś w nim ciągle tkwił strach przed tym starym magiem, który przygarnął go i ustanowił swoim synem kilkanaście lat temu. Niektóre z blizn na jego ciele w dalszym ciągu przypominały mu kary, które Rieltar Anchev wykonywał, gdy syn nie spełniał pokładanych w nim oczekiwań. Wciąż pamiętał słowa ojca, wyrażające nadzieję, że syn nie będzie mu tak niewierny jak jego matka. Potrząsnął głową, ponownie starając odpędzić od siebie wspomnienia. Był dorosłym mężczyzną, doskonale wyszkolonym w walce, posiadał duże grono przyjaciół i zagorzałych zwolenników i miał wkrótce osiągnąć jeszcze więcej. Zadrżał z przyjemności, gdy myślał o swoich planach, które już zaczął powoli wprowadzać w życie i nic ani nikt nie mógł już mu w tym przeszkodzić. Zamyślania jego przerwało dotarcie do celu jego wędrówki – stał przed dużymi, rzeźbionymi drzwiami z mahoniu. Wyciągnął dłoń i silnie zapukał.

„Wejść!" Usłyszał.

Pchnął skrzydło dłonią i wszedł do środka. Ojciec siedział przy ogromnym, równie rzeźbionym jak drzwi do jego gabinetu biurku, które rok temu kazał sobie przywieźć aż z Sembii. Nie był sam, nieopodal niego siedział, trzymając na kolanach notatnik oprawiony w skórę, młody chłopak, który właśnie wybałuszał ze strachem oczy na widok wchodzącego Sarevoka. Rieltar machnął dłonią i chłopak wybiegł z gabinetu, nieomal nie przewracając się o własne nogi w pośpiechu. Sarevok zatrzasnął za nim drzwi i zwalił się na ogromny fotel, stojący obok wypełnionego książkami regału.

„Najemnicy dobrze wykonują swoje rozkazy. W kopalni także wszystko idzie zgodnie z planem." Powiedział beznamiętnie.

Rieltar gwałtownie poderwał się ze swojego miejsca i zaczął przechadzać się nerwowo po gabinecie. Sarevok z miejsca zorientował się, że coś ojca mocno martwi.

„W kopalni Orothiarów tak. Ale w Nashkel..." Rieltar zawiesił głos. „Nie dotarły do ciebie wieści? Wysłałem gońców."

Sarevok zachował kamienną twarz. Ojciec nie musiał wiedzieć, że syn niekoniecznie obrał najkrótszą drogę powrotną do miasta.

„Co się stało?" Zapytał spokojnie.

„Mulahey nie żyje. Został zabity przez grupę jakiś domorosłych obrońców prawa wynajętych przez burmistrza Nashkel. Pchnąłem gońca do ciebie i Daveorna, abyście mieli na nich baczenie."

„Co to za jedni?"

„Banda elfów pod przywództwem kobiety o imieniu Lenaia."

Sarevok staranie ukrył zaskoczenie.

„Nic mi o nich nie wiadomo." Skłamał bez mrugnięcia okiem.

„Nasi szpiedzy uważają, że pracują dla Harfiarzy". Rieltar zatrzymał się i po raz pierwszy w trakcie tego spotkania spojrzał synowi prosto w oczy. „Zajmij się nimi. Dobrze by było też ich najpierw przesłuchać."

Sarevok wykrzywił usta, z trudem tłumiąc chęć roześmiania się ojcu prosto w twarz. Ironia całej sytuacji była wręcz niewyobrażalna.

„Jak sobie życzysz, ojcze."

Rieltar kiwnął głową, wyraźnie zadowolony z posłuszeństwa syna.

„Nasza pozycja w mieście stopniowo rośnie. Nie jesteśmy już jednym z wielu stowarzyszeń kupieckich, a siłą, z którą należy się liczyć." Kontynuował starszy z mężczyzn. „Czas bardziej zaznaczyć naszą obecność na dworze książęcym."

„Co mam zrobić?"

„Pójdziesz na bankiet w Pałacu Książęcym jako mój wysłannik i następca. Zrób dobre wrażenie. Zasugeruj naszą pomoc miastu z dostawami żelaza."

Sarevok uśmiechnął się. Pokładane w nim zaufanie idealnie współgrało z jego własnymi planami.

„Daj mi miesiąc, ojcze, a Wielcy Książęta nie będą mogli iść się odlać bez mojego pozwolenia."

Rieltar zmarszczył brwi, ale nie powiedział już nic, tylko pokiwał głową i usiadł z powrotem przy swoim biurku. Sarevok rozpoznał, że rozmowa dobiegła końca, więc podniósł się z fotela, mruknął coś niezrozumiałego pod nosem na pożegnanie, ruszył w kierunku wyjścia i dalej, do swoich komnat na ostatnim piętrze. Gdy zamknął za sobą dębowe drzwi prowadzące do zajmowanych przez niego pokoi, na jego twarzy zagościł przelotny uśmiech, a oczy zapłonęły żółtym blaskiem, który gwałtownie zgasł, gdy mężczyzna usłyszał hałas dobiegający z jednego z pokojów. Z pomieszczenia wyszła wysoka kobieta. Była ubrana w turkusową sukienkę sięgającą połowy ud, tak dopasowaną i tak delikatną, że przez cienki materiał wyraźnie było widać jej pełne, kobiece kształty. Długie jasne włosy spięła w misterną fryzurę z tyłu głowy, która musiała być trzymana przy użyciu czarów, bo wymykała się wszelkim prawom grawitacji. Miała regularne, ładne rysy twarzy, jednak cały efekt psuł właśnie grymas dezaprobaty i oburzenia, które promieniowało z całej jej postaci. Kobieta podeszła szybkim krokiem do Sarevoka i przez chwilę sprawiała wrażenie, jakby się zastanawiała, czy go uderzyć czy rzucić mu się na szyję. Mężczyzna, widząc wyraz jej twarzy, uśmiechnął się kpiąco, jakby dobrze wiedział, że nie odważy się ani na pierwsze, ani zapewne na drugie. I przewidział dobrze, bo zatrzymała się przed nim, niepewna, co zrobić dalej.

„Wróciłeś." Powiedziała w końcu.

„Błyskotliwa dedukcja."

W zielono-niebieskich oczach kobiety zapłonęła złość.

„Dlaczego mnie nie zabrałeś ze sobą?"

„Nie wykazywałaś dotychczas chęci wychodzenia z tych komnat. A dokładniej z sypialni."

„Nie słyszałam, abyś narzekał."

„Wystarczy, że ty ciągle narzekasz."

„I zabrałeś ze sobą tę dziwkę z Kozakury."

„Z zazdrością ci nie do twarzy, Cythandrio."

„Nie ufam jej. Ty też nie powinieneś."

Sarevok poczuł ogarniającą go irytację i zmrużył oczy, które zaczęły mu nienaturalnie lśnić.

„Nie próbuj mówić mi, co powinienem, a czego nie."

Cythandria powstrzymała się przed komentarzem. Nie chciała złościć Sarevoka, na pewno nie teraz, kiedy wreszcie wrócił i znów mogła go mieć dla siebie. Przywołała uwodzicielski uśmiech na twarzy.

„Nie chciałabym, aby coś pokrzyżowało twoje plany. Tak wiele osiągnąłeś. A to dopiero początek."

Sarevok nie odpowiedział. Zsunął z dłoni skórzane rękawice i zaczął rozpinać sprzączki swojego podróżnego pancerza. Cythandria podeszła do stojącego niedaleko stolika, nalała do szklanki rubinowego płynu i podała Sarevokowi. Mężczyzna spojrzał jej w oczy i zanim zdążyła mrugnąć, chwycił ją ręką za szyję.

„Najpierw ty." Powiedział spokojnie. Kobieta odruchowo złożyła usta w formułę zaklęcia, ale opamiętała się i zacisnęła zęby. Wiedziała, że był szybszy niż jej magia. Spojrzała więc na niego z wyzwaniem, zbliżyła szkło do ust i jednym haustem wypiła połowę zawartości. Sarevok przyglądał jej się uważnie, a w jego spojrzeniu krył się głód, którego nie było tam chwilę wcześniej. Kobieta odstawiła trzymane w dłoni naczynie, chwyciła za rękę mężczyzny i odciągnęła ją, pochylając się i całując go mocno w usta. Odpowiedział na pocałunek gwałtownie. Cythandria wtuliła się w niego mocno, wyginając plecy w łuk i lekko pojękując. Podniósł ją z łatwością jedną ręką i posadził na stojącej obok komodzie, drugą ręką zsuwając jej niecierpliwie sukienkę z ramion. Nie minęło wiele czasu, jak krzyknęła i wyprężyła się jeszcze bardziej. Sarevok oddychał ciężko, a żółty blask jego oczu powoli rozmywał się w ich naturalny kolor.