W podróż powrotną do Beregostu udali się następnego dnia. Dobrze wypoczęci, najedzeni, z pełnymi sakiewkami. Lenaia jednak nie była zadowolona, dręczyły ją wątpliwości. Każdy trop, zamiast dać odpowiedź, przynosił tylko nowe pytania. Nie była pewna, czego sama oczekuje. Wyjaśnienia? Tak, ale co poza tym? Zemsty? Zaniepokoiła ją ta myśl. Gorion kiedyś opowiadał jej historię człowieka, który całe swoje życie poświęcił na poszukiwanie zemsty. Pamiętała, jak powiedział, że każdy, kto planuje się mścić, powinien najpierw wykopać dwa groby. Czy pochwalałby, gdyby jego jedyna córka szukała pomsty na mordercy jego samego? Lenaia wątpiła w to. Poza tym, musiała to przyznać otwarcie, bała się. Samo wspomnienie mężczyzny w kolczastej zbroi, który zabił jej ojca, sprawiało, że drżała ze strachu. A potem czuła wściekłość, wściekłość na niego, że takie emocje w niej wyzwala, i na siebie, że się nim poddaje. Takiej złości nie czuła nigdy przedtem, krążyła w jej żyłach, uderzała do głowy, odejmowała zdrowy rozsądek i to przerażało ją jeszcze bardziej. Gorion długo uczył ją, jak kontrolować emocje, jak nie dać się im obezwładnić i ogłupić. Teraz z trudem przypominała sobie jego nauki. Strach i złość nie byli dobrymi doradcami, to jedno wiedziała z całą pewnością.
Do Beregostu dotarli nazajutrz późnym popołudniem. I tu czekało ich rozczarowanie: w żadnej z gospód nie meldował się mężczyzna o imieniu Tranzig. W ciągu kilku dni ich nieobecności nie przybył do miasta nikt, kto mógłby pasować do wspomnianej w listach postaci. Trop się urywał.
„Co robimy?" Zapytała Imoen następnego dnia przy śniadaniu.
Lenaia zawahała się.
„Proponuję poczekać kilka dni, może jeszcze się pojawi."
Jaheira chrząknęła. Elfka spojrzała na druidkę, a ta powiedziała:
„Nie powinnaś zostawać długo w jednym miejscu. To jak zapraszanie łowców głów na zjazd."
„Masz lepszy pomysł?"
„Tak. Khalid i ja otrzymaliśmy listy od..." Tu Jaheira zastanowiła się przez chwilę, „Naszych przyjaciół z Amn. Są zaniepokojeni narastającym konfliktem pomiędzy Amn i Wybrzeżem Mieczy. Obie krainy oskarżają się nawzajem o wywołanie kryzysu z żelazem. Nasi przyjaciele uważają, że realnie grozi nam wojna i proszą nas o powrót do Athkatli i pomoc w zażegnaniu zagrożenia.
„Na czym ta pomoc miałaby polegać?"
Jaheira wyglądała na niezdecydowaną. Khalid pospieszył z radą żonie.
„P...po...powiedz jej, kochanie."
„Dobrze. Khalid i ja należymy do Harfiarzy. To organizacja mająca na celu utrzymanie równowagi w całym Faerunie, choć największe wpływy mamy właśnie w Amn, tam też znajduje się nasza główna siedziba. Wiedz, że Gorion też do nas należał, stąd znamy się z nim od wielu lat. Myślę, że chciałby, abyś podążyła jego śladami. W ten sposób może unikniesz też morderców, którzy na ciebie polują, nie sądzę, aby podążyli za tobą tak daleko na południe."
Lenaia zastanowiła się przez chwilę. Wizja była kusząca. Miałaby cel i znalazłaby się jak najdalej od Tazoka i jego popleczników. Nagle spojrzała na Kivana i poczuła wyrzuty sumienia. Byłaby to ucieczka, nic więcej. Podjęła decyzję.
„Nie mogę iść z wami do Athkatli. Muszę znaleźć Tazoka i dowiedzieć się, czego ode mnie chce."
„Ale Gorion..." Zaczęła Jaheira, lecz Lenaia nie dała jej dokończyć.
„Gorion był moim ojcem i bardzo go kochałam. Ale ja nie jestem nim. Muszę... chcę znaleźć własną ścieżkę." Spojrzała na Imoen. Ta bezbłędnie odczytała intencje siostry, nim czarodziejka zdążyła je wypowiedzieć.
„Nawet nie myśl o tym, żeby mnie zostawić. Nie wiem, w co chcesz się wpakować, siostrzyczko, ale idę z tobą."
Lenaia kiwnęła głową i poczuła ulgę. Mimo niepokoju o Imoen, również nie miała ochoty się z nią rozstawać.
„W takim razie Khalid i ja też zostaniemy." Powiedziała Jaheira.
„Nie, Jaheiro. Macie swoje obowiązki, a ja nie chcę być dla was ciężarem. Wiem, że czujecie się zobowiązani do opieki nade mną. Ale nie jestem już dzieckiem, które znacie z listów Goriona. Poradzę sobie." A przynajmniej taką mam nadzieję. - ale tego już nie powiedziała głośno. Podróż do Amn byłaby odwróceniem się plecami do wszystkich nękających ją problemów. A w odwrócone plecy dużo łatwiej wbić sztylet. Czuła, że postępuje słusznie. Wyraz wdzięczności w oczach Kivana jeszcze bardziej ją w tym utwierdził. Elf najwyraźniej nie miał wątpliwości, co powinna zrobić.
Jaheira próbowała jeszcze dyskutować, ale wkrótce się poddała. Elfka postawiła na swoim. Pożegnali się około południa. Mimo że Lenaia nie zawsze dogadywała się z druidką, było jej przykro, że się rozstają, w końcu przeżyli razem trochę przygód. Khalid i Jaheira uściskali dziewczyny, rzucając kilka ciepłych słów na pożegnanie, podali rękę Kivanowi i ruszyli w swoją stronę. Zostali we troje.
„Lenaia... Trochę mało nas, co?" Imoen najwyraźniej podzielała obawy siostry.
„Popytajmy, może znajdziemy kogoś do pomocy. Poza tym, zawsze możemy zapłacić Kagainowi." Uśmiechnęła się cierpko na wspomnienie krwiożerczego krasnoluda. Po tej cholernej kopalni niemal żałuję, że nie było go z nami.
Zapytali w „Gospodzie Feldeposta", czy nikt nie szukał pracy. Karczmarz zastanowił się przez chwilę.
„Kręcił się tutaj jakiś elf, szukając pomocy w polowaniu czy czymś takim. Ale zniknął dzień przed waszym przybyciem, przykro mi."
Zostali w Beregoście. Nastrój w mieście nie był najlepszy. Po gospodach szeptano o coraz bardziej zuchwałych napadach bandytów i nadchodzącej wojnie. Nie było dnia, żeby komuś nie wrócił z podróży mąż, brat czy syn. Kryzys z żelazem się pogłębiał. Kopalnia w Nashkel co prawda ruszyła, ale nie poprawiło to sytuacji tak, jak można było się spodziewać, zwłaszcza, że Nashkel znajdowało się na terytorium Amn. Lenaia starała się zachować czujność. Nie trzymali się jednej karczmy. Przenieśli się do „Wesołego Żonglera", a po dwóch dniach do „Płonącego Czarodzieja". Imoen co prawda trzeźwo zauważyła, że i tak już ich wszyscy w mieście znają, zwłaszcza od czasu, jak do Beregostu doszły opowieści z Nashkel. Ale lepsza była imitacja ostrożności niż nic. Uzupełnili zapasy. Trzeciego dnia, za radą Kivana, wybrali się na zachód, do maga, który miał swoją siedzibę poza miastem. Thalantyr, bo tak nazywał się ów mag, był elfowi dobrze znany, łowca pracował dla niego kilka razy. Lenaia kupiła od maga zwoje z zaklęciami, których wcześniej nie znała i nowe, magicznie wzmocnione szaty, bo jej własne były w tak opłakanym stanie, że bała się, że po kolejnej potyczce będzie musiała chodzić nago. Kivan natomiast kupił zapas magicznych strzał na specjalne okazje. Uzupełnili również ekwipunek różnymi miksturami, Imoen szczególnie spodobały się mikstury dające chwilową niewidzialność. Schowała wszystkie do swojej torby z wyjątkowo szelmowską miną.
Wrócili z powrotem do Beregostu. Nagle podbiegł do nich jakiś umorusany dzieciak, może ośmioletni, z twarzy im znajomy, nie mogli sobie jednak przypomnieć, skąd.
„Tata mówi, że ma dla was informacje." Trochę czasu im zajęło, zanim od podekscytowanego malca wydobyli, kim jest jego tata. Feldepost, karczmarz. Udali się do jego gospody.
„Pytaliście mnie o niejakiego Tranziga." Powiedział. „Dziś rano mężczyzna o takim imieniu przybył do mojej gospody i zajął jeden z pokoi na piętrze. Na waszym miejscu uważałbym na niego, wyglądał na maga."
„Był sam?"
„Sam."
Wymienili między sobą spojrzenia. W elfce obudziła się nieufność.
„Dlaczego nam pomagasz?"
„Jeden z moich synów należy do straży w Nashkel. Opowiadał mi o dobrej robocie, jaką odwaliliście w kopalni. Oby było więcej takich jak wy."
„Dziękuję." Powiedziała Lenaia. Najwyraźniej sława na coś się przydała. Wrócili do „Czarodzieja".
„Co teraz?" Zapytała Imoen.
„Zastawmy na niego pułapkę. Wrócimy do Feldeposta i zaczaimy się w jakimś kącie. Ten Tranzig musi czasem z niej wychodzić. Jak wyjdzie, wejdziemy do jego pokoju. Jak wróci, to go capniemy z zaskoczenia."
Tak zrobili. Wynajęli pokój naprzeciwko pokoju maga. Mieli dobry widok. Pilnowali na zmianę. Lenaia miała szczęście. Na jej warcie około północy wysoki, w sile wieku mężczyzna o szczurzej twarzy wyszedł z pokoju. Wśliznęli się cicho i ukryli. W samą porę. Po chwili mag wrócił, niosąc dwie butelki wina. Rzucili się na niego. Był tak zaskoczony, że nawet nie zdążył krzyknąć. Imoen zatkała mu usta, Kivan związał ręce, a Lenaia przyłożyła do gardła sztylet. Mag wybałuszył oczy.
„Wyjmę ci knebel z ust." Powiedziała cicho elfka. „Ale jak tylko podniesiesz głos albo zaczniesz rzucać zaklęcie, zabiję cię. Lepiej mi uwierz." I żeby poprzeć swoją groźbę skaleczyła go lekko nożem. Podskoczyłby, gdyby ręka Kivana nie przytrzymała go na krześle. Imoen wyjęła mu knebel. Oblizał nerwowo wargi.
„To... to wy. Czego ode mnie chcecie?"
„Znasz nas?"
Kiwnął głową.
„To za twoją głowę Tazok wyznaczył nagrodę."
„Dlaczego?"
„Nie wiem, przysięgam."
Lenaia pochyliła się nad nim.
„Co chce osiągnąć Tazok?"
„Chce podporządkować sobie przepływ żelaza. Kopalnia w Naskhel miała być nieczynna, aby mógł kontrolować jedyne dobre żelazo w całej okolicy."
„Skąd pochodzi to dobre żelazo?"
„Nie wiem! Tazok nic mi nie mówi. Miałem tylko pilnować Mulaheya i zapłacić komukolwiek, kto udowodniłby waszą śmierć!"
„Gdzie jest Tazok?"
Tranzig zacisnął usta. Dotychczas był wylewny, teraz jednak na jego twarzy pojawił się opór.
„Powiedz mi." Elfka szepnęła cicho. Imoen spojrzała na nią ze strachem, jakby bała się, co siostra dalej zrobi. Mag potrząsnął głową i zaczął się trząść ze strachu. Lenaia, nie zastanawiając się, chwyciła jego lewą dłoń i wbiła mu nóż pod paznokieć. Mężczyzna wrzasnął, zanim ręka Imoen nie zatkała mu ponownie ust. Z oczu pociekły mu łzy. Zaczął coś bulgotać. Imoen puściła go.
„Powiem, powiem wam, proszę, zostawcie mnie..." Jęczał.
„Słucham." Elfka sama nie poznawała swojego głosu.
„Ma obóz w kniei Larsa. Nie dostaniecie się tam. Jest dobrze strzeżony, a w środku znajdują się dwie kompanie najemników Chłodu i Czarnych Szponów!"
„Kto nimi dowodzi?"
„Chłodem Ardenor Crush, hobgoblin. Szponami Taugosz Khossan, on jest człowiekiem!"
„Znają cię?"
Tranzig pokiwał głową.
„Taugosz to mój dobry znajomy."
„Świetnie. Masz kartkę i pióro. Pisz." Lenaia położyła obie rzeczy przed magiem. Spojrzał na nią, niczego nie rozumiejąc.
„Napisz, że spotkałeś grupę zaufanych najemników i polecasz ich uwadze dowódcy Szponów. Że byliby wartościowym dodatkiem do jego kompanii."
Tranzig, trzęsąc się, spełnił jej polecenie. Spojrzała na list. Idealnie. Ruchem głowy przywołała Kivana i Imoen. Szeptem uzgodnili dalsze działania. Mag spoglądał na nich z przerażeniem i aż zakwilił ze strachu, kiedy do niego znowu podeszli. Oni jednak tylko zakneblowali go, przenieśli na łóżko i przywiązali.
„Masz szczęście, magu." Lenaia znowu pochyliła mu się do ucha. „W końcu cię tu ktoś znajdzie. Nie zmarnuj swojej szansy. Słyszałam, że w Calimshanie jest równie pięknie, co na Wybrzeżu Mieczy. Proponuję ci tam skierować swoje kroki." Po czym wyszli i zamknęli drzwi. Imoen spojrzała na siostrę.
„Wiesz Lenaia, czasami zaczynam się ciebie bać."
Elfka wzruszyła ramionami.
„Co miałam zrobić? Prosić go? Zapląsać w tańcu?"
„Nie, po prostu... sprawiałaś wrażenie, jakby ci to sprawiało przyjemność."
„Nie bądź głupia." Elfka ofuknęła siostrę. „Mieliśmy cel, osiągnęliśmy go. Nie zabiłam go przecież."
Imoen nie wydawała się przekonana, choć nie powiedziała już nic więcej. Lenaia odwróciła się do Kivana.
„Kivan." Rozpoczęła łagodnie, nie bardzo wiedząc, jak ma ująć to, co chce powiedzieć. Spojrzał na nią. „Gdy dostaniemy się do obozu bandytów, bądź, proszę, ostrożny. Nie daj się zabić, ani nie wydaj nas. Poczekaj z zemstą na odpowiednią okazję."
Elf zawahał się.
„Postaram się, mellonamin. Postaram się nie narażać niczyjego życia, poza własnym."
