Ruszyli w drogę wraz z pierwszymi promieniami słońca. Przed wyjściem zapłacili gospodarzowi, żeby do pokoju Tranziga zajrzał dopiero następnego dnia. Im później mag zostanie wyswobodzony, tym lepiej dla nich. Tym razem Kivan prowadził. Znał te okolice. Nie prowadził ich jednak drogą, to było zbyt niebezpieczne. Przedzierali się przez las, na skróty. Wkrótce zostawili za sobą okolice Beregostu. Słońce świeciło im w karki, grzejąc plecy. Lenaia zsunęła z głowy kaptur i odkleiła od spoconej twarzy pasemka włosów, zbierając je w dłoniach i ponownie zaplatając w warkocz. Opłukała twarz wodą z bukłaka i wzięła kilka łyków. Wiele by dała za odrobinę wiatru. Po kilku godzinach wędrówki krajobraz się zmienił. Las się przerzedził, mijali wzgórza i niewielkie jeziorka pełne chłodnej wody. Przy jednym z nich zatrzymali się na postój. Wyciągnęli nogi i rozkoszowali się chłodną trawą. Ciszę nagle przerwał jakiś głos dochodzący z oddali. Podnieśli się i zaczęli nasłuchiwać. Wyraźnie dobiegło ich czyjeś wołanie. Nagle zarośla przed nimi zaszeleściły i wypadła z nich jakaś postać. Lenaia wyprostowała się zaskoczona. Nigdy wcześniej nie widziała podobnej istoty. Była to elfka, ale skórę miała ciemną, prawie koloru węgla, a włosy białe jak śnieg. Kivan gwałtownym ruchem nałożył strzałę na cięciwę łuku.
„Drow". Syknął.
Lenaia chwyciła go za rękę. Mroczne elfy zamieszkiwały rozległe podziemne tereny, nazywane przez nich Podmrokiem. Były znane z okrucieństwa, zarówno dla innych ras, jak i dla samych siebie. Większość z nich oddawała cześć mrocznej bogini Lolth, Pajęczej Królowej, która wymagała od swoich wyznawców bezwzględnego posłuszeństwa. Rzadko kiedy widywano je na powierzchni, a jeśli, to zwykle był to ostatni widok w życiu kogoś, kto ich spotkał. Ta elfka nie wyglądała jednak groźnie. Miała rozdartą szatę, skołtunione włosy, a na policzku długą szramę od uderzenia. Spojrzenie przerażonych, szkarłatnych oczu zatrzymała na Lenai.
„Pomóżcie mi, proszę!" Zawołała. „Jeśli mi nie pomożecie, zabiją mnie!"
„Uspokój się." Powiedziała Lenaia. „Kim jesteś?"
„Nazywam się Viconia DeVir i... nie jestem stąd." Nie zdążyła powiedzieć nic więcej. Za nią z zarośli wyłonili się dwaj uzbrojeni mężczyźni. Byli odziani w płytowe zbroje, a w rękach trzymali wielkie, dwuręczne miecze. Obaj mieli identyczny, okrutny i złośliwy grymas twarzy. Zatrzymali się przed drużyną.
„W imię Płonącej Pięści, oddajcie nam tę sukę. Jest poszukiwana za okropne zbrodnie."
Viconia skuliła się jak uderzona biczem.
„Oni kłamią, niczego nie zrobiłam."
„Jest mrocznym elfem, to oczywiste, że jest winna." Jeden z mężczyzn zrobił krok w jej kierunku.
„Co z nią zrobicie, kiedy ją dostaniecie?"
„Zabijemy ją, oczywiście. W końcu." Na ustach mężczyzny pojawił się obleśny uśmiech.
Czarodziejka zmrużyła ostrzegawczo oczy. Po moim stygnącym trupie. - pomyślała.
„A sąd? Skoro jest winna zbrodni, powinna być postawiona przed sądem."
„My jesteśmy sądem, ostroucha cipo." Warknął. „Odstąpcie, bo pożałujecie."
Lenaia straciła cierpliwość. Poruszyła dłońmi i zaintonowała zaklęcie. W jego moc włożyła całą złość, jaka nagromadziła się w niej przez ostatnie dni. Zanim mężczyźni się zorientowali, co się dzieje, z dłoni wystrzeliły jej płomienie i uderzyły w jednego z nich. Momentalnie jego płytowa zbroja zrobiła się czerwona z gorąca. Mężczyzna zawył z bólu i podniósł miecz. Za wolno, elfka zdążyła odskoczyć. Obok niej znalazła się Viconia, która, nie wiadomo skąd, trzymała w dłoni długie, płonące ostrze, które wbiła mężczyźnie prosto w pierś. Magiczne ostrze zagłębiło się w jego zbroi z cichym sykiem, pozostawiając na niej czarne, wypalone ślady. Mężczyzna zginął, zanim zdążył upaść. Lenaia obejrzała się. Drugiego napastnika powalili Kivan i Imoen. Ubrany w ciężką zbroję mężczyzna nie miał szans z dwójką zwinnych i szybkich osób. Leżał na plecach ze sztyletem Imoen wbitym centralnie w oko. Płonące ostrze zgasło nagle w dłoni drowki i zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Viconia podeszła do Lenai.
„Dziękuję ci." Powiedziała. „Nie każdy zechciałby dać mi szansę, widząc moją ciemną skórę. Przysięgam ci, że nie popełniłam zbrodni, o którą mnie oskarżyli." Zawahała się. „Nie dam sobie rady sama na powierzchni. Powiedz, czy mogę do ciebie dołączyć? Jestem uzdolnioną kapłanką, nie pożałujesz tej decyzji."
Kivan podszedł do nich szybkim krokiem.
„Nie ufaj jej, Lenaia." Syknął. „Ona jest drowem, a drowy zdradę mają we krwi. Może i tej zbrodni nie popełniła, ale na pewno ma na sumieniu inne, o wiele gorsze, które mroczne elfy czynią w imię Pajęczej Królowej."
Viconia uniosła dumnie głowę.
„Nie czczę już Lolth, darthiir. Oddaję cześć Shar, bogini nocy i ona prowadzi moje ścieżki. Ocaliłaś mnie, elfko z powierzchni, a ja umiem się odwdzięczyć za uratowanie życia."
Lenaia spojrzała na Imoen, szukając rady. Rudowłosa dziewczyna skinęła głową.
„Dobrze, Viconio." Podała jej rękę, którą drowka niepewnie uścisnęła. „Nazywam się Lenaia, to jest Imoen, a to Kivan. Witaj w drużynie."
Ruszyli w dalszą drogę. Kivan szedł z tyłu, z ponurym wyrazem twarzy. Lenaia podeszła do niego.
„Daj jej szansę." Powiedziała.
Odwrócił gwałtownie głowę w jej stronę.
„Dlaczego mam to zrobić?"
„Bo każdy na nią zasługuje?"
„Tazok też?" Warknął. „Czy morderca twojego ojca? Oni też zasługują?"
„Nie wiem, mellonamin." Odpowiedziała cicho. „Pewnych rzeczy nigdy się nie dowiemy. Czasem bardziej liczy się to, jak my zachowamy się w danej sytuacji, bo nigdy nie będziemy wiedzieć wszystkiego."
Kivan spuścił głowę.
„Jesteś mądra, jak na swój wiek, mellonamin. Ale obiecaj mi jedno, jeśli staniemy naprzeciw Tazoka, nie będziesz mnie powstrzymywać."
Lenaia uśmiechnęła się lekko zarozumiale.
„Obawiam się, że jak staniemy naprzeciw Tazoka, ty będziesz musiał powstrzymać mnie."
Zatrzymali się na chwilę. Musieli dać Viconii jakieś ubranie, bo jej było tak podarte, że więcej odsłaniało, niż zasłaniało. Dali też jej do ręki krótki miecz, który Viconia zatknęła za pasek z wyrazem zadowolenia. Opowiedzieli również pokrótce o ich misji. Drowka uśmiechnęła się okrutnie.
„Twoi wrogowie są moimi, Lenaia. Razem sprawimy, że ich krew spłynie po naszych ostrzach."
Czarodziejka spojrzała na mroczną elfkę. Przez chwilę zwątpiła, czy podjęła słuszną decyzję. Ale Viconia już ruszyła przed siebie.
Na nocleg zatrzymali się w niewielkim zagłębieniu otoczonym z dwóch stron przez naniesione kiedyś przez wodę okrągłe, białe głazy. Nie odważyli się rozpalić ognia. Zresztą nie potrzebowali go. Powietrze było ciepłe, pachniało ziemią i trawą. Zjedli trochę chleba, suszonego mięsa, popili odrobiną wina, które Lenaia zabrała z gospody. Elfce przypadła pierwsza warta. Siedziała może kwadrans, gdy obok niej ułożyła się Viconia.
„Nie możesz spać?"
Viconia potrząsnęła głową.
„Mam wrażenie, że jak tylko zamknę oczy, całe to wasze niebo runie mi na głowę."
„Skąd pochodzisz?" Zapytała Lenaia z ciekawością.
„Z Menzoberranzan." W głosie drowki zabrzmiała duma. „Jednego z najpiękniejszych miast Podmroku. A mój dom był jednym z najpotężniejszych domów w mieście."
„Co się stało, że znalazłaś się na powierzchni?"
„Musiałam uciekać. Lolth nie wybacza nieposłuszeństwa." Zacisnęła usta, wyraźnie nie chcąc powiedzieć niczego więcej. Lenaia nie naciskała. Siedziały przez chwilę w milczeniu.
„Twojemu jalukowi nie podoba się moja obecność." W głosie drowki zabrzmiało szyderstwo. „Powinnaś go wychłostać, wtedy będzie ci bardziej posłuszny."
Lenaia przez chwilę nie wiedziała, co odpowiedzieć.
„Kivan jest moim przyjacielem." Wykrztusiła w końcu. „Cenię sobie jego zdanie."
Viconia przyjrzała się jej uważnie, coś rozważając. W końcu wzruszyła ramionami.
„Najwyraźniej muszę się wiele nauczyć o zwyczajach naziemców." Powiedziała, po czym wstała i wróciła na swoje posłanie.
Ranek nastał mglisty i różowy. Lenaia przetarła pokrytą rosą twarz. Kivan już był na nogach, siedział nieopodal i czyścił broń. Robił tak każdego dnia. Imoen ziewała niemiłosiernie. Viconia z wdziękiem opierała się o jeden z głazów. Zjedli coś i ruszyli w dalszą drogę. Około południa las na powrót zrobił się gęsty, co znacząco spowolniło ich marsz. Przedzierali się przez paprocie i niskie krzewy jeżyn, które czepiały się ich ubrań, drapały w nieosłonięte części ciała. Pachniało mchem i wilgocią. Wtem wyszli na szeroką polanę.
„Stójcie!" Dobiegł ich ostrzegawczy okrzyk. Zatrzymali się i podążyli wzrokiem za głosem. W wysokiej trawie siedziała grupa mężczyzn, którzy na ich widok zerwali się i zbliżali się do nich z uniesioną ostrzegawczo bronią. Mieli skórzane zbroje, w dłoniach trzymali długie miecze dobrej jakości i łuki. Lenaia uniosła ręce na znak, że nie mają złych zamiarów. Mam nadzieję, że nie wiedzą nic o nagrodzie za moją głowę. - pomyślała.
„Rzućcie broń, to może dożyjecie do wieczora." Powiedział mężczyzna stojący najbliżej nich. Mógł mieć koło trzydziestu lat. Miał ciemne włosy, jasne, zielononiebieskie oczy i paskudną bliznę przecinającą prawy policzek.
„Nie chcemy z wami walczyć." Odpowiedziała elfka. „Prawdę mówiąc, to chcemy się do was przyłączyć."
Bandyci jak na komendę wybuchnęli rechotem.
„Nie prowadzimy burdelu, kochanie."
„Mamy list do waszego szefa, Khossana." Elfka nie dała się zbić z tropu. Na dźwięk tego nazwiska mężczyźni zamilkli. Lider podszedł bliżej.
„Pokaż. „Powiedział.
Lenaia wyciągnęła zwitek papieru i podała mu go. Mężczyzna rozwinął go i przeczytał, poruszając przy tym ustami. Oddał jej go i zmierzył ich ponownie spojrzeniem.
„Tranzig, tak? Chodźcie za mną."
Ku uldze drużyny ruszył sam jeden, a oni podążyli za nim. Nie odzywali się w obawie, że powiedzą coś niewłaściwego. On zresztą też nic nie mówił. Szli ścieżką wydeptaną w lesie. Nagle las się skończył, a ich oczom ukazała się rozległa przestrzeń pokryta trawą i rozkopaną ziemią. Stało tu kilkanaście prowizorycznych namiotów. Wokół nich kręcili się ludzie i hobgobliny. W oddali stał jeden namiot, wysoki i wykonany lepiej, niż pozostałe. Zapewne siedziba przywódcy. Ich przewodnik wszedł pomiędzy rusztowania obozu. W centrum znajdował się plac, wokół którego stało kilka klatek. W jednej z nich znajdowały się wysuszone zwłoki, chyba człowieka, choć miał tak zniekształconą twarz, że trudno było ustalić to z całą pewnością. Przechodzący obok mężczyźni nie zwracali na niego uwagi. Dużo więcej poświęcali jej przechodzącym obok dziewczynom. Lenaia zauważyła z pewną ulgą, że nie były jedynymi kobietami w obozie. Tu i ówdzie mijały je bandytki ubrane w podobne zbroje, jak ich koledzy, i tak samo uzbrojone. Elfów nie zauważyła jednak żadnych. Sami ludzie i hobgobliny.
Ich przewodnik nagle się zatrzymał. W jego stronę szedł wysoki mężczyzna w płytowej zbroi. Był łysy, miał szeroki kark i wyłupiaste, prawie bezbarwne oczy. W prawej dłoni trzymał ogromny młot bojowy, który oparł nonszalancko o ramię.
„Kogo mi tu przyprowadzasz, Teven?" Warknął.
„Mówią, że chcą się przyłączyć, szefie. Mają listy do ciebie."
„Co za listy?"
Lenaia sięgnęła do torby i podała mu papier napisany przez Tranziga. Taugosz Khossan, bo musiał to być on, przebiegł go oczyma.
„I co ja mam, kurwa, z wami zrobić?" Zmrużył nagle rybie oczy. „Jestem Taugosz Khossam, wódz Czarnych Szponów. Przy nas jesteście słabi i malutcy. I lepiej to zapamiętajcie, bo sam was zabiję."
Elfka uniosła głowę.
„Szanujemy cię, ale nie przestraszysz nas. Strach wolimy zostawiać naszym ofiarom."
„Haha, dobra gadka, kobieto. Zobaczymy, czy tak samo będziesz śpiewać, jak wróci Tazok. Zgłoście się do Credusa, niech wam da jakiś przydział." I machnął ręką, każąc im odejść.
„Nieźle, siostro." Szepnęła Imoen. Lenaia odetchnęła z ulgą. Wszystko szło zgodnie z planem. Ruszyli na poszukiwania Credusa. Długo się nie naszukali, siedział nieopodal, paląc zwinięty w papier tytoń.
„Mamy zgłosić się do ciebie po rozkazy." Powiedziała Lenaia. Bandyta spojrzał na nią znudzonym wzrokiem.
„Znowu mam kogoś niańczyć?" Mruknął. „Idźcie do Tarsusa, niech da wam jakąś porządną broń. Obejmiecie nocną wartę."
Tak zrobili. Tarsus okazał się hobgoblinem. Skrzywił się niechętnie, jak mu powiedzieli, po co przyszli.
„Cholerne ludzie przyjmują już teraz byle kogo." Mruczał. „Lepiej uważajcie, bo moi towarzysze mogą zechcieć posmakować elfie mięso."
„Nie polecałabym. Może okazać się twarde i jeszcze stracą kilka zębów." Lenaia wyszczerzyła się do hobgoblina.
„Może i stracą. Nie gadałbym tak jednak przy Tazoku."
„Dla kogo pracuje Tazok?" Lenaia zaryzykowała pytanie. Nie wierzyła, żeby półogr dowodzący bandą był głową całej operacji. Wynajęcie dwóch kompanii najemników wymagało sporych funduszy, którymi ogry zwykle nie dysponowały.
„Myślim, że dla Zhentarimów. Ale nie wiemy na pewno." Hobgoblin zaczął sobie dłubać palcem w zębach.
„A wiesz, kiedy wróci?"
Tarsus wzruszył ramionami. Wyjął palec z ust i zaczął go oglądać.
„Dzień, dwa. Mówią, że pojechał do tej swojej kopalni."
„Dzięki."
Usiedli na granicy linii namiotów, starając się wyglądać swobodnie i nie rzucać za bardzo w oczy. Widzieli z tej odległości strażników strzegących obozu. Dwóch z nich kręciło się wokół największego namiotu, pozostali obchodzili obóz dookoła.
„Co planujesz dalej, Lenaia?" Zapytała Viconia.
„Nie wiem jeszcze. Może udałoby się niepostrzeżenie zerknąć do namiotu Tazoka, zanim wróci."
„Uda się." Wtrąciła Imoen. „Mam te mikstury od Thalantyra, pamiętasz?"
Lenaia zastanowiła się, po czym kiwnęła głową.
„Kivan i Viconia będą kręcić się wokół obozu, my weźmiemy pozycje wokół namiotu. O północy spróbujemy się prześliznąć. Długo działają te mikstury?"
„Mag zapewniał, że pięć minut."
„Powinno wystarczyć."
Tak też zrobili. Jak zapadł zmierzch, ruszyli objąć warty. Dotychczasowi wartownicy obrzucili ich obelgami za spóźnienie się. Lenaia spojrzała na gwiazdy. Do północy zostały dwie godziny. Księżyc był pełni i jego łagodna poświata delikatnie pokrywała cały obóz, co zdecydowanie nie sprzyjało ich planom. Było jednak za późno, żeby się wycofać. Poza tym tyle rzeczy jeszcze mogło pójść źle, że księżyc najpewniej będzie stanowił najmniejszy z ich problemów.
Nadeszła północ. Lenaia i Imoen spotkały się za namiotem Tazoka. Kivana i Viconi nie było nigdzie widać, oboje byli mistrzami w kryciu się w cieniu. Dziewczyny wiedziały jednak, że elf i drowka nie spuszczali ich z oczu.
„Ja biorę lewą stronę namiotu, ty prawą. Policz do dziesięciu, a następnie rusz za mną." Szepnęła Lenaia. „Głupio będzie, jakbyśmy wlazły niewidzialne na siebie."
Na znak elfki wypiły miksturę. I jak na komendę, Imoen zniknęła czarodziejce z oczu. Ta aż sapnęła z wrażenia. Odwróciła się i skierowała do wejścia do namiotu. Poły skór robiące za drzwi były opuszczone, jednak wiatr nimi lekko miotał, tak że nie miała problemu z wśliźnięciem się do środka. Znalazła się w niewielkim przedsionku. Zaklęła w myślach, widząc siedzącego tam strażnika. Na szczęście zwrócony był tyłem do wnętrza namiotu, najwyraźniej miał pilnować, by nikt niepowołany do niego nie wchodził, niż z niego wychodził.
Wnętrze namiotu było obszerne, bogato zdobione. Na podłodze leżały dywany z Sembii, a ściany ozdabiały gobeliny z wyszytymi symbolami kompanii najemników. Pośrodku, na podwyższeniu, stał okazały tron, obok którego znajdował się stół z leżącymi na nim mapami. Po lewej stronie, przy jednym z brzegów namiotu do pala wbitego w podłogę przywiązano jeńca. Był elfem. Siedział skulony z pochyloną głową, ale już od wejścia do namiotu widoczne były na nim rany, świadczące o torturach, jakim go poddano. Lenaia weszła cicho do namiotu i swoją stroną podeszła do drewnianego stołu. Na mapie były zaznaczone różne punkty przy głównych szlakach handlowych i dwie kopalnie żelaza: w Nashkel i Kniei Otulisko. Kątem oka zarejestrowała, że jeniec gwałtownie podniósł głowę.
„Kto tu jest?" Szepnął.
Elfka zastygła. Nie wiedziała, czy usłyszał ją, czy Imoen, sama nie potrafiłaby zlokalizować siostry. Jakby w odpowiedzi na jej myśli, rudowłosa złodziejka zmaterializowała się nagle po drugiej stronie stołu. Lenaia zaklęła.
„Ładne mi pięć minut." Szepnęła i spojrzała na jeńca, jednocześnie gestem nakazując mu milczenie.
„Pomóżcie mi." Powiedział cicho elf, nie okazując najmniejszego zaskoczenia. Albo narobiły więcej hałasu, niż im się wydawało, albo elfa już nic nie mogło zaskoczyć.
„Pomożemy ci, tylko skończymy szukać."
„A czego szukacie?"
„Wskazówek, kim jest pracodawca Tazoka."
„Pomóżcie mi, to wam powiem."
„Co ty możesz o tym wiedzieć?"
„Siedzę tu od tygodnia i czekam na śmierć. Wiem, co w trawie piszczy. Chłód i Szpony myślą, że Tazok pracuje dla Zhentarimów. A jemu nie opłaca się wyprowadzanie ich z błędu. Jestem pewien, że Twierdza Zhentil nie ma z tym nic wspólnego. Wypuść mnie, to powiem ci, co chcesz wiedzieć."
Lenaia podjęła decyzję. Skinęła na Imoen i dziewczyna zaczęła grzebać cicho wytrychem w kajdanach jeńca. Czarodziejka oglądała się nerwowo przez ramię, czy aby ich starania nie zostały zauważone przez strażnika w przedsionku. Miały szczęście. Łańcuch nagle ustąpił z cichym brzękiem. Elf wyprostował się.
„Dziękuję." Wyszeptał. „Nazywam się Ender Sai." Roztarł sobie zdrętwiałe ręce, po czym uśmiechnął się i, nim któraś z dziewczyn zdołała zareagować, skoczył, chwycił dwie stojące na stole lampy wypełnione olejem i roztrzaskał je o podłogę. Dywany w mgnieniu oka zajęły się ogniem. Lenaia przez dym i płomienie zdążyła dostrzec przerażoną twarz strażnika. Ender Sai chwycił ją za rękę i pociągnął w stronę tylnej ściany namiotu.
„Daj mi nóż!" Krzyknął. Elfka jednak nie zamierzała oddać mu na stałe inicjatywy. Odepchnęła go, wyciągnęła swój sztylet i wbiła go w ścianę namiotu. Materiał rozdarł się z cichym trzaskiem i cała trójka wypadła na zewnątrz. Zewsząd dobiegały ich krzyki, na plecach czuli gorący oddech płonącego namiotu. Rzucili się między resztę namiotów. Lenaia zauważyła dobiegających do nich Kivana i Viconię. Ruszyli biegiem w stronę ściany lasu. Elfka miała wrażenie, że słyszy świst strzał, a może jej się tylko wydawało. Nie zamierzała się oglądać. Linia drzew była bardzo blisko. Po chwili wpadli do kniei. Przebiegli kilkaset metrów i zatrzymali się, nasłuchując. W oddali słychać było krzyki i nawoływania. Nikt ich nie ścigał. Ender Sai podszedł do niej.
„Tazoka wynajmuje organizacja o nazwie Żelazny Tron." Powiedział. „Mają kopalnię w Kniei Otulisko. Na twoim miejscu tam bym się udał. A jak spotkasz ich przywódców, powiedz im, że Ender Sai cię przysłał. Vanya sulie." Po czym elf uśmiechnął się do niej i zniknął między drzewami.
Zaczęli przedzierać się przez las. Tym razem księżyc był ich sojusznikiem, niezawodnie wskazywał odpowiedni kierunek. Nie zatrzymywali się przez najbliższe kilka godzin. Wkrótce zaczęło świtać. Przystanęli zmęczeni.
„Gdzie teraz?" Zapytała Imoen.
„Do kopalni." Lenaia usłyszała wystarczająco, aby uznać, że rada elfa była słuszna.
Imoen zastanowiła się przez chwilę.
„Czy nie będziemy mijać gospody „Pod Pomocną Dłonią"? Moglibyśmy się zatrzymać i odpocząć."
„Nie." Powiedział stanowczo Kivan. „Bandyci mogą nas szukać w pobliskich gospodach. Będziemy je omijać szerokim łukiem."
