Miłośnicy gry rozpoznają w kolejnych rozdziałach bardzo dużo dialogów z moda BG1 NPC Projekt, są dla mnie tak nieodłączną częścią opowieści, że nie mogło ich zabraknąć.
Kierowali się na zachód. Na noc urządzili odpoczynek w niewielkiej grocie pełnej porostów i nietoperzy. Viconia wzięła pierwszą wartę. Lenaia przewracała się w posłaniu. Mimo zmęczenia sen nie chciał przyjść. Dręczył ją niepokój, którego źródła po raz kolejny nie potrafiła zidentyfikować. Nagle znalazła się znowu w obozie bandytów. Odwróciła się, aby ponownie rzucić się do ucieczki, ale zorientowała się, że nikt jej nie widzi. Patrzyli przez nią, jakby była duchem. Gwałtowny podmuch wiatru poderwał ją w górę, ponad obóz i las, a jej serce rozparła wielka radość, gdy wtem zaczęła spadać, coraz szybciej i szybciej, i głębiej, aż do wnętrza ziemi. Znalazła się w wielkiej jaskini, tak ciemnej, że nie widać było nic dalej niż na kilka kroków. Ruszyła przed siebie i nagle stanęła twarzą w twarz ze swoim odbiciem. W kamieniu wyryto najdrobniejsze szczegóły. Podniosła rękę i dotknęła ostrożnie swojego policzka. W ciemności rozległ się rozbawiony głos: „Nie przystoi ci ta pycha, wiedz bowiem, że istniejesz na kredyt. Oddaj ten byt, komu się należy i pogódź się zapłatą". Nagle z mroku wyleciał kościany sztylet i musnął pierś posągu, Lenaia jednak poczuła, jakby ją rozdzierano w strzępy. Krzyknęła. Szarpnęła się. Coś zamykało jej usta, coś nią potrząsało. Otworzyła oczy. Zobaczyła nad sobą zaniepokojone twarze przyjaciół. Świtało. Viconia zdjęła dłoń z jej ust, Kivan puścił ramię.
„Już w porządku." Wyszeptała elfka, gdy zdołała się trochę otrząsnąć. „To zły sen."
„Krzyczałaś, jakby cię obdzierali ze skóry." Zauważyła drowka. „A ja wiem, jaki to krzyk." Wykrzywiła usta w dziwnym uśmiechu.
„Zatrzymaj swoje obmierzłe zwyczaje dla siebie i tobie podobnych." Warknął Kivan.
„Nie mówiłam do ciebie, iblith. Nie odzywaj się, kiedy rozmawiają lepsi." Głos mrocznej elfki ociekał takim jadem, że można by nim było wytruć połowę dużego miasta.
„Dosyć." Ucięła kłótnię Lenaia, widząc, że elf już otwiera usta, żeby odpowiedzieć kapłance.
Zebrali swój skromny dobytek i ruszyli w dalszą drogę. W południe przekroczyli trakt. Las robił się coraz bardziej gęsty. Szli tak długo, aż ich uszu dobiegł szum wody. Stanęli na skraju stosunkowo wąskiej, ale rwącej rzeki. Nie było szans, aby przebyć ją wpław. Lenaia spojrzała w dół na kipiącą, zielonkawą wodę.
„Poszukajmy przejścia."
Nie zaszli daleko. Wkrótce zobaczyli ścieżkę, która prowadziła do niewielkiego, drewnianego mostu przerzuconego nad nurtem rzeki. Na wąskiej, drewnianej balustradzie siedział elf, pogryzając dzikie jabłko. Resztkę zamaszystym ruchem rzucił daleko do wody, śledząc spojrzeniem jego lot. Lenaia zastanowiła się, jakim cudem utrzymywał perfekcyjną równowagę na wąskiej deseczce robiącej za poręcz. Gdy ich zobaczył, z gracją zeskoczył z balustrady. Ubrany był w dobrze skrojoną, skórzaną zbroję, a w dłoni trzymał wyjątkowo misternie zrobiony łuk z nieznanego Lenai drewna.
„Hola, wędrowcy." Zawołał miłym dla ucha, melodyjnym głosem. „Cieszę się, że wreszcie widzę kogoś w tej głuszy, stanowczo zbyt długo byłem tu sam. Nazywam się Coran.
Lenaia podeszła do elfa i przyjrzała mu się uważnie. Trochę wbrew sobie samej uśmiechnęła się. Spodobały jej się jego lekko zmrużone, ciemne, migdałowe oczy i miły, odrobinę ironiczny uśmiech.
„Co tutaj robisz, Coranie?"
„Szukam chwały i bogactw, oczywiście." Roześmiał się. Również otaksował ich spojrzeniem. Widać było, że się nad czymś zastanawia. „Miałbym dla was propozycję."
„Co to za propozycja?"
„Zostałem wynajęty, aby zabić smoka, który napada karawany na trakcie. Ale zanim uciekniecie z krzykiem, pozwólcie, że rozwieję wasze wątpliwości. Jestem przekonany, że tym smokiem okaże się ni mniej, ni więcej, tylko wiwerna, która ma swoje gniazdo w tejże puszczy. Choć nawet ona wydaje się trochę zbyt wielkim wyzwaniem dla skromnego, samotnego łucznika mojego pokroju. Pomóżcie mi w moim polowaniu, a podzielę się z wami nagrodą. Mój pracodawca oferuje dwa tysiące sztuk złota za zabicie bestii."
Lenaia zamyśliła się. Fundusze zdobyte w Nashkel szybko im się kończyły, a polowanie, zwłaszcza w towarzystwie Kivana, wydawało się dość łatwym zarobkiem.
„Dobrze znasz ten las?" Zapytała.
„Las, miasto, drogi do Tethyru czy Waterdeep. Co tylko zechcesz, kochanie."
„Pomożemy ci w polowaniu, jeśli ty pomożesz nam."
„A w czym potrzebujecie pomocy?"
„Szukamy kopalni w Kniei Otulisko."
Coran pomyślał przez chwilę i odpowiedział:
„Wiem, gdzie jest stara, krasnoludzka kopalnia żelaza. Mogę was tam zaprowadzić. Nie wyglądacie mi jednak na górników." Ponownie się uśmiechnął. Najwyraźniej przychodziło mu to z wyjątkową łatwością. Była to wśród nich pewna nowość.
„Nie chcemy się tam zatrudniać. Chcemy kopalnię... zinfiltrować."
„Robota w sam raz dla kogoś takiego jak ja." Odpowiedział wesoło. „A więc umowa stoi. Szczęśliwie dla was, gniazdo wiwern, którego szukam, znajduje się na naszej drodze."
W ten sposób Coran przejął rolę przewodnika. Knieję, którą przemierzali, znał ewidentnie lepiej niż Kivan, których ich dotychczas prowadził, choć chyba nie tak dobrze, jak sam zapewniał. Kilka razy zatrzymywał się, niby podziwiając otoczenie, ale Lenaia mogłaby przysiąc, że po prostu zastanawiał się nad dalszą drogą. Nie zgubili się jednak. Od czasu do czasu las rzedniał, nie trwało to jednak długo i po chwili znowu zagłębiali się w ciemną gęstwinę. Przemierzali morza paproci falujące pod gęstymi koronami drzew, mijali niewielkie wzgórza i rwące potoki, a las robił cię coraz ciemniejszy i mniej dostępny. Wieczorem Coran doprowadził ich do zapuszczonej chaty myśliwskiej, której położenie znały chyba tylko wilki i wiewiórki. Chata pachniała spróchniałym drewnem, żywicą i dymem, ale po ostatnich nocach spędzonych pod gołym niebem warunki wydały im się niemal luksusowe. Zwłaszcza, że rozpalili ogień z leżącego w kącie drewna - było suche i nie dawało prawie wcale dymu. A światła w tej głuszy i tak by nikt nie zauważył.
„To twój dom, Coranie?" Zapytała złośliwie Imoen, jak zjedli skromny posiłek. Usiadła przy palenisku i grzała plecy. Wprawiło ją to w wyraźnie dobry nastrój.
„To bywał mój dom, i owszem. Kilka razy ukryłem się tutaj, jak musiałem uciekać z Wrót Baldura."
„A dlaczego musiałeś uciekać?"
Elf wyszczerzył zęby.
„Z różnych powodów. Mój tryb życia... eee... pełen jest niespodzianek."
„To znaczy?" Imoen ciężko było ją zbić z tropu.
„Wiesz, jak to bywa, malutka. Czasem namolny lub zbyt spostrzegawczy strażnik, czasem zazdrosny mąż, czasem ambitny kolega po fachu. I nagle musisz uciekać, ciesząc się, że zachowałeś całą skórę na karku. A wy?" Zapytał nagle. „Czemu uciekacie?"
„Czemu uważasz, że uciekamy?"
„Widzę, jak oglądacie się za sobą ze strachem, jak czujnie patrzycie, czy zza drzewa nie leci w was przypadkiem zdradziecka strzała. Widzę też, jak patrzycie na waszą elfkę, jakby miała wam za chwilę rozpaść się na kawałki i zniknąć we mgle. To ciebie ktoś ściga." Powiedział do Lenai.
Czarodziejka zawahała się przez chwilę. Nie ufała nowemu towarzyszowi jeszcze wystarczająco, z drugiej strony, zanim dotrą do kopalni i tak będzie musiała wtajemniczyć go w kilka faktów.
„W ciągu ostatnich kilku tygodni cztery razy ktoś próbował mnie zabić." Powiedziała. „Raz na trakcie wiodącym do Candlekeep, raz w gospodzie „Pod Pomocną Dłonią", dwa razy w Nashkel. Nie licząc pospolitych bandytów na drodze. Przebywanie w naszej drużynie może być dla ciebie ryzykowne."
„Wielkie niebezpieczeństwa kryją w sobie wielki urok." Uśmiechnął się. „Twoje towarzystwo stało się jeszcze bardziej atrakcyjne, skarbie."
„Ciekawe co powiesz, kiedy twoja krew spłynie wraz z jedną z tych uroczych rzeczułek, przez które nas przeprowadziłeś."
„Cóż, życie łotrzyka rzadko kiedy bywa długie. Dlatego żyję, jakby każdy dzień był moim ostatnim. I tobie też to radzę." Mówiąc to, bezczelnie wbił wzrok w jej piersi.
Wbrew sobie parsknęła śmiechem. Słowa Corana, wesoły, buzujący ogień, chwila odpoczynku, wszystko to sprawiło, że zagrożenie stało się bardziej odległe, jakby nierealne. Wyciągnęła nogi i ułożyła się wygodniej na posłaniu. Imoen siedziała obok, próbując powyciągać z rudych, rozwichrzonych włosów gałęzie, liście, szyszki i bogowie tylko wiedzą, co jeszcze. W świetle ognia wyglądała, jakby płonęła jej głowa. Viconia przyglądała jej się przez chwilę, po czym zapytała:
„Powiedz mi, Imoen, czemu uporczywie mnie unikasz? Czy moja rasa tak ciebie odstręcza?"
„Nie! Cóż...może trochę. Czytałam w Candlekeep okropne opowieści o drowach. To prawda, że chcecie ze wszystkich zrobić swoich niewolników?"
„Mój lud z wielu powodów zasługuje na swoją ponurą reputację. Pamiętaj jednak, że ja jestem wygnańcem i nie jestem lojalna wobec nich. Ty i ja jesteśmy abbilen, towarzyszami. Nie spotka cię z mojej strony żadna krzywda."
Kivan prychnął z pogardą. Pochylił się nad ogniem i wlepił wzrok w Viconię. W świetle pomarańczowych płomieni jego zwykle ciemne oczy nabrały czerwonego blasku, jak oczy kapłanki.
„Widziałem kiedyś osadę napadniętą przez drowy. Widziałem dziewczynkę, nie starszą niż dziesięć lat, wciąż tulącą do siebie szmacianą lalkę, dziewczynka miała poderżnięte gardło."
„Kobieta jest zawsze groźnym przeciwnikiem, nieważne w jakim wieku. Pytasz goblina, ile ma lat, zanim przeszyjesz go strzałą?"
„W tej samej osadzie znalazłem zwłoki żołnierza drowów. Został zabity ciosem sztyletu prosto w plecy. To dla waszego ludu nic niezwykłego, zabić towarzysza dla awansu czy z zazdrości."
„Nie zrozumiesz ścieżek mojego ludu, choćbym nie wiem jak długo ci tłumaczyła. Drowy zrobią wszystko, by zadowolić Pajęczą Królową."
„Mogłaś być członkiem tej grupy, co napadła tamtą osadę, prawda?"
Viconia wyprostowała się gwałtownie.
„Nazywam się DeVir, pochodzę z czwartego domu w Menzoberranzan i jestem jalil: kobietą. Nie byłabym członkinią grupy, jak już, to bym nią dowodziła, głupi iblith." Warknęła.
„I ty się dziwisz, że każdy, kto cię widzi, próbuje cię zabić?" Powiedział cicho łowca.
Viconia zmrużyła oczy. Lenaia nagle przemknęło przez myśl, że chętnie znalazłaby się poza zasięgiem wzroku kapłanki. Ta jednak patrzyła tylko na Kivana.
„Gdybyśmy byli w Podmroku," Wysyczała. „Obdarłabym cię ze skóry za dziesiątą część tych zniewag, które od ciebie słyszę na każdym kroku. A ty nawet nie miałbyś czelności podnieść na mnie oczu, a co dopiero odezwać się."
„Nie jesteśmy w Podmroku i nie pragnę..."
„Ha!" Przerwała mu. „Czy ty w ogóle wiesz, co to jest pragnienie? Im dłużej cię obserwuję, tym bardziej jestem przekonana, że nie potrafisz być ani przyjacielem, ani kochankiem. Jesteś zimną furią i pustką, niczym więcej!"
„Myśl sobie, co chcesz, suko o czarnym sercu. I zapamiętaj, że nie jesteś już w Menzoberranzan. Shevarash pobłogosławiłby mnie, gdybym uwolnił świat od twojej trującej obecności."
„Więc dlaczego tego nie zrobisz, jaluk? Dlaczego mnie nie zaatakujesz albo nie zabijesz?"
„Bo, w przeciwieństwie do ciebie, mam przede wszystkim na uwadze dobro drużyny. Lenaia postanowiła cię przygarnąć i szanuję jej decyzję, nawet jeśli jej nie popieram. Więc nie kuś mnie więcej!"
Viconia już otwierała usta, aby odpowiedzieć, ale najwyraźniej w ostatniej chwili rozmyśliła się. Zrobiło się cicho. Słychać było jedynie wesołe trzaskanie ognia. Coran przysunął się do Lenai i powiedział cicho:
„A więc taka jest łagodna i zbuntowana drowia panna? Mam nadzieję, że nie najdzie cię kiedyś nagła i niepowstrzymana ochota, aby przyłączyć do drużyny prawdziwą drowią tradycjonalistkę."
Tymczasem zapadł zmierzch. Lenaia wstała, mając dość ciężkiej, ponurej atmosfery, jaka panowała w chatce i złych spojrzeń, którymi obrzucali się Kivan i Viconia.
„Wezmę pierwszą wartę." Powiedziała i wyszła z chaty. Usiadła niedaleko wejścia, opierając się o pień wielkiego, rozłożystego dębu. Nie minęła chwila, jak obok niej osunął się na trawę Coran, uśmiechając się przepraszająco.
„Lepiej, żeby pozabijali się tam bez nas." Powiedział. „Przypomniała mi się pewna opowieść, jeśli chcesz jej wysłuchać." I nie czekając na jej odpowiedź, kontynuował:
„Wiesz dlaczego elfy nienawidzą orków? Gdyby w Faerunie pozostało po jednym przedstawicielu każdej rasy i jedno jedyne drzewo, to ork ściąłby to drzewo, a elf by go za to zabił. Wtedy elf umarły w smutnej zadumie nad chwalebną przeszłością swojego ludu i w żalu z powodu jego nieuchronnego kresu. Na to zjawiłby się krasnolud i postanowił pochować elfa. Przy kopaniu natrafiłby jednak na żyłę mithrilu, więc użyłby ściętego przez orka drzewa, żeby przetopić metal i w tej bieganinie zapomniałby o ciele elfa. Niziołek otworzyłby w tym miejscu karczmę o nazwie „Elf i ork", a człowiek przyszedłby i pozazdrościł elfowi mistycznej śmierci, choć pewnie głośno nazwałby go aroganckim durniem. Zastanawiam się tylko, jak by zachował się gnom i nie mam pojęcia. Przypomnij mi, żebym się zapytał, jak spotkamy jakiegoś gnoma..."
Lenaia roześmiała się głośno. Spod jej nóg umknęła spłoszona jaszczurka. Cały przygnębiający nastrój gdzieś prysnął. Siedzieli ramię w ramię, cicho rozmawiając. O północy elfka obudziła Imoen, na którą przypadała kolejna warta, a sama położyła się spać, po raz pierwszy od wielu tygodni nie martwiąc się nadchodzącym dniem.
