Następnego dnia wyruszyli o wschodzie słońca. Kivan i Viconia najwyraźniej postanowili tymczasowo zakopać topór wojenny, trzymając się na chłodny dystans. Coran prowadził. Po kilkugodzinnym marszu przywołał ich skinieniem ręki.
„Wchodzimy teraz na terytorium druidów. Oni mają czasem dziwne pomysły, więc uważajmy..." Zamilkł gwałtownie. Zza zarośli przed nimi wyszły trzy osoby, dwie kobiety i jeden mężczyzna. Trzymali w rękach groźnie wyglądające włócznie, skierowane w stronę drużyny. Ubrani byli w krótkie, zielone tuniki, ubłocone i umazane jakaś niezidentyfikowaną substancją. Tak samo umazane mieli twarze i ręce. Wokół nóg jednej z kobiet plątał się młody borsuk.
„Stójcie, jeśli wam życie wasze miłe!" Zawołał mężczyzna wysokim i nieco piskliwym głosem. „Czego tutaj szukacie?"
„Spokojnie, chcemy tylko przejść..."
„A więc zawróćcie. Dość mamy takich, co niszczą drzewa, tratują trawę i kwiaty bez żadnego poszanowania dla natury!"
„Żadnemu drzewu listek nie spadnie z korony, dajemy słowo." Powiedział przymilnie Coran. „Poza tym widzieliście kiedyś elfa, który by niszczył las?"
„Nie obchodzi nas ani to, kim jesteście, ani wasze obietnice. Słyszeliśmy ich w ostatnim czasie wystarczająco dużo. I okazały się warte tyle, co zeszłoroczny śnieg. Powtarzam po raz ostatni: odejdźcie stąd." I na poparcie swoich słów jeszcze wyżej unieśli włócznie. Nawet borsuk odsłonił kły. Lenaię ogarnęła złość. Imoen, widząc wyraz twarzy siostry, położyła jej uspokajająco rękę na ramieniu.
„Chodź siostrzyczko, znajdziemy inną drogę."
Wycofali się. Coran zatrzymał się i zadumał. W końcu powiedział:
„Znam inną drogę. Tylko że... nie jest ona w połowie tak przyjemna ani bezpieczna jak ta przez las druidów."
„Ci umazani błotem naziemcy nie wpuszczą nas do niego bez walki." Zauważyła Viconia.
„Możemy skierować się na południowy zachód, a następnie na północ. Nadrobimy sporo drogi, ale unikniemy niepotrzebnego rozlewu krwi." Powiedział do Lenai elf. Czarodziejka spojrzała na niego badawczo.
„Czemu mówisz, że ta droga nie jest bezpieczna?"
Coran wzruszył ramionami.
„Słyszałem plotki. Mówi się, że w tej okolicy zaginęło sporo ludzi. Być może odpowiada za to wiwerna, do której upolowania mnie wynajęto, ale ją widziano na pewno grubo na wschód od tego miejsca, a wiwerny nie mają w zwyczaju zmieniać terytorium łowieckiego. Poza tym zwykle wolą krowy od ludzi."
„Dobrze, prowadź tą okrężną drogą."
Kiwnął głową. Zagłębili się w las. Teren zrobił się bardziej pagórkowaty. Las zmienił też swoją szatę. Dominujące dotychczas dęby, buki i topole zastąpiły sosny i świerki. Zrobiło się ciemno i chłodno. Światło słońca nie docierało już do runa leśnego. Wyschnięte igliwie nieprzyjemnie trzaskało pod stopami wędrowców. Mijali tajemnicze zagłębienia w ziemi, rozrzucone głazy, porośnięte pnączami wyschnięte pnie drzew, potykali się o ich wystające korzenie. Nad ich głowami nisko zwieszały się gałęzie, szeleszcząc niewypowiedzianą groźbę. Umilkł śpiew ptaków. Las nagle wydał im się martwy.
„Trzymajmy się bliżej siebie." Szepnął Coran. „Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że cały czas ktoś nas obserwuje."
Lenaia kiwnęła głową. Ona też to czuła. Zbili się w gromadę. Nagle Imoen jęknęła i upadła. Noga utknęła jej w dziwnej plątaninie traw, pnączy i jeszcze czegoś lepkiego, poprzetykanego srebrem. Viconia pochyliła się i pomogła dziewczynie oswobodzić nogę. Gdy wyprostowała się, trzymała w dłoni długie, lekkie pasma, przypominające kolorem jej włosy.
„Pajęczyna." Powiedziała do Lenai. „Wasz świat coraz bardziej przypomina mi Podmrok, abbil."
Kivan spojrzał na nie z niepokojem.
„Powinniśmy jak najszybciej opuścić ten las."
Coran kiwnął głową.
„Też tak myślę. Pospieszcie się."
Ruszyli szybkim krokiem, uważając, aby nie potknąć się o ukryte w podszyciu pułapki czy nie uderzyć głową w nachylające się nad nimi konary drzew. Po przejściu kilkuset metrów idący na czele Coran zatrzymał się gwałtownie. Do uszu Lenai dobiegło ciche przekleństwo. Stanęła za nim i podążyła za jego wzrokiem. Zimny pot wystąpił jej na plecy. Pomiędzy pniami drzew znajdującymi się przed nimi, poprzetykane były pajęczyny sięgające wysokości człowieka. Utkane były tak gęsto i szeroko, że nie byli w stanie powiedzieć, jak daleko w głąb lasu sięgają. Za plecami usłyszeli szelest i odwrócili się szybko. Z mroku wyłoniły się pająki różnej maści i wielkości. Zielone, szare, czarne, czerwone, wielkości pięści, średniego psa lub niedźwiedzia. Było ich kilkadziesiąt. Na ich czele pełzł olbrzymi stwór, jakiego Lenaia nigdy nie widziała. Duży, rozlazły, różowy tułów ze zwisającymi piersiami kołysał się złowrogo na czterech parach pajęczych odnóży. Viconia nagle zesztywniała.
„Drider." Jęknęła.
Na dźwięk jej głosu stwór zwrócił na nich wyłupiaste, blade oczy.
„Zabijcie ich, moje zwierzątka." Wysyczał.
„Czekaj!" Zawołał Coran, zanim pająki zdążyły posłuchać przywódczyni. „Wstrzymaj się, piękna pani. Nie przyszliśmy, aby ciebie niepokoić. Chcieliśmy jedynie złożyć hołd twojej... eee... mądrości."
„Piękna pani, piękna pani. Słodkie słówka, słodkie. Centeol kiedyś słyszała już takie, oj słyszała. Od pięknego elfa, takiego jak ty, o imieniu Joneleth. Był potężnym magiem. Centeol kochała go, bardzo kochała. I widzisz, w co ją zamienił, widzisz?" Jej głos coraz bardziej przypominał syk. „Zemścił się okrutnie. Miał powód, miał. Ale teraz moja kolej na zemstę. Centeol pożywi się waszymi białymi ciałami. Zabijcie ich!"
Lenaia nie czekała, aż potworzyca skończy mówić. Skoncentrowała się, wypowiedziała zaklęcie i między nimi a pająkami, sycząc i mieniąc się, wystrzeliła w górę ściana ognia. Nie wszystkie stwory to powstrzymało. Część przedarła się i rzuciła na drużynę. Nie mieli szans, potworów było za dużo. Kivan, Coran i Imoen wypuścili kilka strzał. Elfka odwróciła się, zamachała gwałtownie rękami i znowu zaklęciem podpaliła zagradzające im drogę ucieczki pajęczyny, które zajęły się ogniem z zatrważającą prędkością. Rzucili się w tunel płonących pasm, osłaniając oczy i twarze. Przebiegli kilkanaście kroków, gdy wtem przed nimi zmaterializował się wielki pająk ze szczypcami ociekającymi jadem i rzucił się na Imoen. Zaskoczona dziewczyna nie zdążyła się uchylić, ale nagle obok niej pojawił się Coran i odepchnął ją mocno, drugą ręką wyciągając sztylet. Stwór rzucił się na elfa i wbił mu szczypce w ramię. Coran krzyknął i ugodził go sztyletem w odwłok. Nie zdało się to na wiele, pająk nadal zaciskał swoje szczęki na ramieniu elfa. Widząc to Kivan przystanął, naciągnął łuk i jedna za drugą wbił w stwora trzy strzały. Pająk znieruchomiał. Kivan chwycił Corana i pociągnął go za sobą. Lenaia po raz trzeci zaintonowała zaklęcie, znowu podpalając leśne podłoże. Ruszyli przed siebie. Elfka obejrzała się, najwyraźniej na chwilę udało się powstrzymać pogoń. Nie zatrzymywali się jednak. Po chwili nie mogli dalej biec. Pod Coranem ugięły się nogi i runął jak długi na leśną ściółkę. Był niezwykle blady, a na czole lśniły mu kropelki potu. Ramię i ręka spuchły mu do prawie dwa razy większego rozmiaru, a z rany po ugryzieniu kapała krew i ropa. Elf zgiął się w pół i gwałtownie zwymiotował. Potem spróbował wstać. Nie dał rady. Lenaia usiadła na ziemi i podtrzymała mu głowę. Odgarnęła mu z czoła przyklejone kosmyki falujących, jasnobrązowych włosów. Miał gorączkę.
„Kto by pomyślał, że nasza wspólna przygoda skończy się tak szybko." Powiedział do niej cicho.
„Nie tak szybko, jak myślisz, jaluk." Odezwała się Viconia i przyklęknęła obok niego. Wyciągnęła dłonie nad elfem. „Cieszcie się, że macie drowa za przyjaciela". Zaśpiewała coś w swoim języku. Dłonie zalśniły jej zielonkawym światłem. Coran jęknął i zamknął oczy. Kapłanka ponownie zaintonowała modlitwę. Z rany przestała sączyć się krew i po chwili zasklepiła się zupełnie. Ramię jednak pozostało opuchnięte, a gdy Lenaia dotknęła ponownie jego czoła, wciąż wydawało jej się, że ma gorączkę, choć mniejszą niż poprzednio. Z pomocą drowki pomogła mu wstać. Utrzymał się na nogach.
„Ssssss... Zabili moje dzieci." Rozległo się za nimi. „Zapłacą mi za to, oj zapłacą." Ogień zdążył stracić swoją moc i spomiędzy resztek pajęczyn wyłoniła się Centeol. Kivan napiął łuk i wypuścił strzałę. Lenaia zasłoniła Corana i wypowiedziała swoje ostatnie zaklęcie. W prawej dłoni Viconii ponownie zapłonął miecz. Nie użyła go jednak. Strzały Kivana i Imoen powaliły potworzycę, podczas gdy fala magicznego gorąca objęła całą jej postać. Z okropnym skrzekiem osunęła się na ziemię, zadrgała kilka razy i znieruchomiała. Z jej ran płynęła zielonkawa krew, dymiąc i wgryzając się z sykiem w ziemię. Odwrócili się i ruszyli w drogę, chcąc jak najszybciej zostawić za sobą okropny widok i tę część lasu.
Po kilku godzinach wędrówki las zrobił się bardziej gęsty i bardziej liściasty. Pod ich nogami pojawiła się trawa, a nad głowami rozległ się śpiew ptaków. Zatrzymali się z ulgą. Coran klapnął na miękkim, pokrytym mchem poszyciu. Ramię wróciło mu już do normalnych rozmiarów, ale był tak wycieńczony, że ledwo mógł się ruszać. Lenaia osunęła się obok niego. Rzucanie zaklęć zawsze odbywało się kosztem zdrowia i czuła, że przeholowała. Podejrzewała, że z Viconią dzieje się to samo. Nawet Kivan wydawał się wyjątkowo zmęczony. Zasnęli niemal od razu.
Nad ranem elfka obudziła się ostatnia. Reszta siedziała i jadła suchy chleb i suszone mięso, pogryzając wszystko jagodami, które znalazł Kivan. Coran wyglądał nieźle, choć wciąż był nieco blady.
„W porządku?" Zapytała go.
Kiwnął głową i się uśmiechnął.
„Jakby mi ktoś tydzień temu powiedział, że będę zawdzięczał życie mrocznemu elfowi, to bym uznał, że jest szalony."
„Darthiir jest głupi i uparty." Wtrąciła Viconia. „Mówię mu, że musi jeszcze co najmniej dzień odpocząć."
„Odpoczniemy."
„Nie potrzebuję..." Ale Lenaia nie pozwoliła Coranowi dokończyć. „Uratowałeś moją siostrę." Powiedziała cicho, ale stanowczo. „Nie zapomnę ci tego. I jeśli Viconia mówi, że potrzebujesz dnia odpoczynku, to będziemy dzień odpoczywać. Poza tym... mi też się przyda dzień wolnego od przygód."
„Achhh, jeśli mamy odpoczywać we dwoje, to w porządku." Odpowiedział wesoło i mrugnął do czarodziejki.
„Nie widziałam nigdy takich czarów leczących, jak twoje." Lenaia tymczasem odwróciła się do Viconii.
„W Podmroku jeśli nie umiesz neutralizować większości trucizn, to nie przeżyjesz jednego dnia."
„Widziałaś kiedyś takie stwory jak... jak wczoraj?"
Kapłanka zacisnęła usta.
„Widziałam. Dawno temu w Podmroku. Ale ona nie była taka jak tamte. Ona była kiedyś naziemcem. I wy uważacie się za lepszych od nas?" Zapytała pogardliwie.
Podnieśli się i poszukali lepszego miejsca na nocleg. Znaleźli małą polankę ukrytą wśród drzew, otoczoną z dwóch stron przez występy skalne. W pobliżu płynął niewielki, wartki strumień, który wpadał do krystalicznie czystego jeziorka. Elfka uśmiechnęła się z zadowoleniem, wiele dałaby za zanurzenie się choć na chwilę w chłodnej wodzie. Rozbili obóz. Kivan postanowił zapolować. Lenaia i Imoen poszły zmyć z siebie brud wielodniowej wędrówki. Viconia została pilnować Corana. Elf spojrzał z wyrzutem na czarodziejkę.
„Nie masz do mnie krzty zaufania, moja droga."
„Krztę mam. Ale ani trochę więcej. Mam uwierzyć, że byś tu leżał spokojnie, kiedy wszystkie trzy poszłybyśmy pluskać się nago w niedalekim stawie?"
„Jesteś równie piękna, co mądra, skarbie."
Dziewczyny szybko wróciły. Woda okazała się tak zimna, że nie dało się w niej wysiedzieć dłużej niż pięć minut. Elfka rozplotła warkocz i wycisnęła wilgoć z gąszczu ciemnobrązowych, prawie czarnych włosów. Imoen potrząsała swoimi jak mokry psiak. Rudowłosa złodziejka przyglądała się siostrze.
„Powiedz mi, Lenaia, jak się czujesz?" Zapytała znienacka.
Elfka spojrzała zaskoczona.
„Masz coś konkretnego na myśli?"
„Niee... nie wiem... po prostu martwię się o ciebie. Zmieniłaś się, wiesz? Prawie nic nie mówisz."
Lenaia wzruszyła ramionami.
„Nic mi nie jest, naprawdę."
„Nie jest to do końca przygoda, o jakiej marzyłyśmy, co?"
Elfka kiwnęła głową. Nie miała ochoty kontynuować dalej tego tematu. Czas sprzed opuszczenia Candlekeep wydał się jej tak odległy, że aż ją to przeraziło. Naprawdę zmieniłam się tak bardzo? Miała nadzieję, że na lepsze. Nie powinnam się oszukiwać. Nauczyła się zabijać, kłamać, manipulować. Viconia ma rację. Czym różnimy się od drowów? Spojrzała na siostrę i na leżącego w pobliżu Corana. Już wiem, czym. Poczuła ulgę.
Dzień płynął leniwie. Po kilku godzinach wrócił Kivan, taszcząc na ramieniu ubitego koziołka. Pierwszy raz od opuszczenia Beregostu nie musieli jeść suchego mięsa i czerstwego chleba. Wszystkim poprawił się humor. Koszmary dnia wczorajszego zostawili za sobą. Kivan zaczął uczyć Imoen strzelania z łuku sposobem elfów, a dziewczyna ponownie okazała się pojętną uczennicą. Lenaia, przyglądając się siostrze, po raz kolejny zastanowiła się, ile ta ma lat. Wszyscy traktowali ją jak podlotka, ale ona, jeśli w ogóle była młodsza od elfki, to na pewno bardzo niewiele. Wesoła, piegowata twarz, zadarty nos i rude, zawsze nieuczesane włosy czyniły z niej typ wiecznego, uśmiechniętego dziecka. Stanowiła przeciwieństwo dla chłodnej, elfiej urody Lenai. Tylko z wyglądu. W tarapaty pakowały się obie identycznie. Ale to zwykle czarodziejka z nich je wyciągała. Wiele się zmieniło. Miała nadzieję, że siostrze nie stanie się krzywda przez podróżowanie z nią. Nie wybaczyłaby sobie tego.
„Powiedz mi, Lenaia." Odezwała się nagle Viconia, która najwyraźniej obserwowała ją od jakiegoś czasu. „Czemu jesteś taka nieostrożna?"
„Co masz na myśli?"
„Ciebie i Imoen. Troszczysz się o tą dziewczynę. Jeśli któryś z wrogów będzie chciał cię dopaść, to najłatwiej będzie mu to zrobić przez nią. Ochrona słabszych nie sprzyja silniejszym, sprawia natomiast, że łatwiej będzie cię skrzywdzić."
„Imoen jest moją przyjaciółką i siostrą. Zawsze troszczyłyśmy się o siebie nawzajem."
„Nie rozumiem tej troski. Sama wkładasz swoim wrogom sztylet w ręce."
„A ty, Viconio, nie miałaś nigdy siostry?"
Kapłanka zmarszczyła czoło.
„Miałam ich czternaście. Kilka z nich zginęło z mojej ręki."
„Dlaczego?"
„Jedna na przykład uwiodła mojego męża i próbowała go namówić do zamordowania mnie. Zabiłam ich oboje. Musisz zrozumieć, że w Podmroku siostra wykorzysta każdą twoją słabość przeciwko tobie, aby zyskać władzę i przychylność Lolth. Nie mamy rodziny w waszym rozumieniu, a nasze życie ma służyć naszemu Domowi i Pajęczej Królowej. Na ogół." Na twarzy Viconii odmalował się dziwny wyraz. „Nie będę o tym rozmawiać, nawet z tobą, abbil."
Reszta dnia i noc upłynęły im spokojnie. Następnego dnia spadł deszcz. Przedzierali się przez mokrą trawę, dzikie jeżyny, jagody, trzmieliny i inne krzewy, a nogi ślizgały im się na ściółce i opadłych z drzew liściach. Otulili się szczelnie płaszczami, ale nie pomogło to wiele i wkrótce wszyscy byli przemoczeni do suchej nitki. Viconia sarkała całą drogę. W Podmroku nie było deszczu.
„Najpierw przytłaczające niebo, potem słońce, które parzy i oślepia, a teraz strugi wody leją się na głowę. Jak wy naziemcy możecie żyć na tej powierzchni?"
„Przyzwyczaisz się, Viconio." Odpowiedziała Lenaia z uśmiechem. Kapłanka prychnęła, najwyraźniej szczerze w to wątpiąc.
Po kilku godzinach deszcz przestał padać i wśród drzew zaległa gęsta mgła. Oddychali ciężkim powietrzem przesyconym wonią wilgotnych liści, kwiatów i pyłków. Niedługo potem doleciał ich zgoła odmienny zapach. Jak na komendę wszyscy zmarszczyli nosy. Z wyjątkiem Corana.
„Ha!" Na twarzy elfa pojawił się szeroki uśmiech. „Zbliżamy się do legowiska wiwerny."
Wkrótce wyszli na szeroką polanę, której granicę stanowiła wysoka ściana skalna. Widać było w niej owalny otwór stanowiący najpewniej wejście do jaskini. Przed wejściem zauważyli ślady trójpalczastych łap, zakończonych długimi pazurami. Tu i ówdzie ziemię pokrywały wysuszone kości oraz rdzawe plamy, które kiedyś mogły być krwią jakiegoś nieszczęsnego stworzenia. Coran dokładnie obejrzał okolicę.
„Są dwie. Nie powinny stanowić dla nas problemu. Uważajcie tylko na ich ogony, są jadowite."
Ostrożnie zagłębili się w jaskini. Bez problemu wiedzieli, w którą stronę iść. Pozostawione przez wiwerny ślady nie zostawiały pola na wątpliwości. Obrzydliwy zapach nasilił się. Czuć było zgniliznę, krew i odchody. Lenaia zakręciło się w głowie. Siłą woli powstrzymała się od zwymiotowania ostatniego posiłku.
„O fuujjjjj." Imoen głośno dała wyraz swoich odczuć.
„Cicho". Szepnął Coran. Dobiegł ich jakiś szelest. Zastygli na chwilę. Nic się nie wydarzyło, więc ruszyli dalej. Po chwili ich oczom ukazała się rozległa pieczara. Całe dno było zasłane kośćmi, resztkami zwierząt i innym plugastwem. Lenaia ze zgrozą zauważyła pod jedną ze ścian rozkładające się zwłoki człowieka. Na dnie pieczary w samym jej środku na stosie z kamieni i kości leżały zwinięte dwie wiwerny. Miały połyskujące, zielonkawe ciała pokryte łuskami, błoniaste skrzydła i smukłe, wydłużone głowy ozdobione niewielkimi rogami. Długie ogony zakończone kolcami trzymały owinięte wokół tułowia niczym śpiące koty. Jak na komendę uniosły głowy i wlepiły w intruzów płonące, czerwonawe ślepia. Coran stanął spokojnie, podniósł łuk, nałożył strzałę i przyłożył cięciwę do policzka, spokojnie mierząc. Kivan szybko poszedł za jego przykładem.
„Celuj w głowę lub brzuch." Powiedział pierwszy z elfów. Wystrzelili równocześnie. Jedna strzała trafiła gada w oko, druga przebiła podgardle. Z okropnym kwikiem zwalił się z posłania, brocząc obficie krwią. Jednak zanim łucznicy zdążyli napiąć broń ponownie druga wiwerna rozłożyła szerokie skrzydła i zaatakowała. Lenaia nigdy nie widziała podobnej szybkości. Zwierzę w mgnieniu oka znalazło się przy nich i kłapnęło szczęką w miejscu, gdzie przed ułamkiem sekundy znajdowała się twarz Corana. Elf zdążył odskoczyć. Wiwerna już odwracała się w jego kierunku, gdy strzała wypuszczona przez Imoen trafiła ją w pokryty twardymi łuskami grzbiet. Nie zrobiła jej krzywdy, ale odwróciła uwagę od elfów. Zwierzę zwróciło lśniący łeb w stronę dziewczyny. Wystarczyło, aby obaj mężczyźni ponownie napięli łuki i powalili stwora. Było po wszystkim.
Jak najszybciej wyszli na powierzchnię. Coran chwilę zamarudził, ale po minucie dołączył do pozostałych, wyraźnie zadowolony.
„Dziękuję wam, przyjaciele." Powiedział i spojrzał na niebo. „Zanocujmy gdzieś, a jutro dojdziemy do tej waszej kopalni."
Tak zrobili. Znaleźli miejsce na nocleg na tyle odległe od legowiska wiwern, żeby nie czuć okropnego zapachu stamtąd dobiegającego. Tym razem nie rozpalili już ognia. Zgodnie z tym, co mówił Coran, było za blisko kopalni, by ryzykować. Ponownie podniosła się mgła, ale nie narzekali. Skutecznie skrywała ich małe obozowisko przed niechcianym wzrokiem. Powoli zapadł zmierzch. Elfka wzięła pierwszą wartę. Przesunęła swoje posłanie pod rozłożysty buk i usiadła, opierając się o drzewo. Omiotła spojrzeniem pozostałych. Kivan zniknął z jej wzroku. Wiedziała, że elf kładzie się dalej od pozostałych, wciąż nieprzyzwyczajony do towarzystwa. Medytował sam, pogrążając się we wspomnieniach. Poprzez Splot, z którym połączone są wszystkie elfy, czuła czasem jego smutek, samotność, gniew i poczucie winy. Nie pytała go o to. Nie chciała być wścibska. Poza tym czasem lepiej nie rozdrapywać starych ran. Poszukała wzrokiem reszty. Imoen i Viconia leżały blisko siebie, ruda głowa siostry spoczywała prawie przy ramieniu drowki. Kapłanka spała z lekko rozchylonymi ustami, a srebrzyste włosy rozsypały jej się wokół twarzy. Piękna istota. Ciekawe, czy wszystkie mroczne elfy są tak urodziwe. Miała nadzieję, że nigdy się tego nie dowie. Spojrzała na Corana. Jako jedyny nie spał. Wręcz przeciwnie, leżał, przyglądając się czarodziejce spod długich rzęs. Na ustach błąkał mu się tajemniczy uśmiech. Gdy zobaczył, że elfka mu się przygląda, podniósł się cicho i usiadł obok niej.
„O czym myślisz, Lenaia?"
„O dziwnych zrządzeniach losu, który stawia obok siebie tak różne osoby jak my."
„Tak się składa, że myślałem o tym samym. Choć ja nazwałem to niezwykle dla mnie szczęśliwym zbiegiem okoliczności. A może to Hanali Celanil pokierowała tak moimi ścieżkami, że spotkałem ciebie?"
„Modlisz się do Pani o Złotym Sercu, Coranie?"
Elf przysunął się bliżej. Czuła na policzku ciepło jego oddechu.
„Mogę ci pokazać moją modlitwę, jeśli zechcesz, skarbie." Powiedział cicho, pochylił głowę i pocałował ją w szyję, tuż nad ramieniem, po czym przesunął delikatnie usta, wodząc językiem po jej skórze w kierunku ucha. Odsunęła się lekko, zaskoczona, ignorując miłe ciepło rozchodzące się wzdłuż kręgosłupa.
„Nie musisz obawiać się mojej miłości, Lenaia." Szepnął. „To nic strasznego. Potrafię kochać czule, łagodnie..."
Elfka spojrzała na niego badawczo.
„Wyznajesz mi miłość czy po prostu ćwiczysz uwodzenie?" Zapytała cicho.
„Nigdy nie ćwiczę uwodzenia. Zaloty to improwizowana gra, moja pani. Wyznaję ci moje uczucia i teraz twoja kolej. Zaskocz mnie swoim „tak" lub rzuć wyzwanie swoim „nie"."
Lenaia uśmiechnęła się zagadkowo i nie odpowiedziała. Coran przyglądał jej się przez chwilę, po czym westchnął.
„Brawo, skarbie. Zdecydowanie wiesz, kiedy milczeć, żeby przyprawić mężczyznę o zawrót głowy. Widzę, że napotkałem uzdolnionego gracza w mojej własnej grze."
„Właśnie sobie uświadomiłam, jak niewiele wiem o tobie, Coranie."
„A co chcesz wiedzieć? Za pocałunek albo dwa powiem ci wszystko."
Elfka parsknęła śmiechem i pocałowała go delikatnie w czoło. Znowu westchnął.
„Urodziłem się w roku 1185 w Suldanesselar, w lasach Tethyru, jako potomek leśnych i księżycowych elfów..."
„Czekaj, czekaj. W którym roku?"
„1185..."
„Czy to nie był..."
„Tak, rok Rozpustnego Chochlika. Mogę kontynuować?"
Lenaia, śmiejąc się, kiwnęła głową, ignorując poirytowane spojrzenie elfa.
„Szybko znudziło mi się spokojne, uporządkowane życie. Nie bawiły mnie rozmowy o utraconej, chwalebnej przeszłości, zaborczych ludziach czy przeznaczeniu elfiej rasy. Wkrótce wyruszyłem w kierunku ludzkich siedzib. Nie mogłem wybrać sobie na to gorszego czasu."
„Dlaczego?" Elfka ułożyła się wygodnie, podpierając brodę szczupłymi dłońmi.
„Król Errilam zginął w wypadku na polowaniu. Polował w towarzystwie swoich elfich przyjaciół, co stało się wystarczającym powodem dla jego następców, aby wycinać lasy i zabijać każdego napotkanego elfa."
„Musiał to być dla ciebie trudny czas."
„Dałem radę, skarbie. Ukryłem się w miejscach, w których ani nie pytają o twoje imię, ani nikogo nie dziwi nisko naciągnięty kaptur skrywający twoją twarz. Wtedy też nabyłem kilka przydatnych umiejętności, które pozwoliły mi na przetrwanie niekorzystnego okresu."
„A co potem?"
„Potem tak spodobał mi się mój nowy styl życia, że nie pragnąłem go już zmieniać. Ale dość już o mnie. Twoja kolej na opowiadanie historii. O jakiś zabawnych przygodach mnichów z Candlekeep, może?"
Opowiedziała. Coran był dobrym słuchaczem. Szybko minął czas jej warty. Ułożyła się obok elfa i zasnęła, a on pojawił się w jej śnie w sposób, który sprawił, że zaraz po przebudzeniu wczesnym rankiem musiała mocno opłukać twarz zimną wodą, aby móc zacząć na powrót choć trochę trzeźwo myśleć.
