W stronę kopalni ruszyli koło południa. Brakowało im do niej kilku godzin wędrówki, a nie zamierzali jej szturmować otwarcie. Przed wieczorem pomiędzy drzewami zamajaczyła przed nimi wysoka drewniana palisada. Dobiegały zza niej głosy pracy i obozowego gwaru. Słyszeli turkot kół, stukot młotów, świst pił i górujące nad tym wszystkim pokrzykiwania zarządców. Schowali się w pobliskiej gęstwinie krzaków. Kivan poszedł na krótki zwiad. Wrócił po godzinie.

„Wydobyte żelazo transportują rzeką. Widziałem tory biegnące od niej w głąb drewnianych zabudowań w centrum obozu. Tam musi być wejście do kopalni. Wszędzie pełno strażników."

„Dużo ich jest?"

„Za dużo na naszą piątkę. Są dobrze uzbrojeni."

„Czego oni tak pilnują?"

„Niewolników." Odpowiedział ponuro łowca.

Odczekali do zachodu słońca. Gdy się ściemniło, prześlizgnęli się cicho przez ogrodzenie i ukryli za jednym z baraków. Widzieli wychudzone postacie robotników snujące się jak cienie nad taczkami z żelazem. Gdzieniegdzie mignął im stalowy hełm dozorcy. Ruch w obozie powoli zamierał. Najwyraźniej właściciele kopalni nie chcieli ryzykować nocnego transportu cennego surowca. Lenaia nie łudziła się jednak, żeby i pod ziemią nie było nikogo. Tam, gdzie nie docierało światło słońca, praca nie była uzależniona od cyklu dnia i nocy, a jedynie od wytrzymałości harującego tam człowieka.

„Tam jest wejście." Kivan wskazał dłonią. W wydrążonej w ziemi niecce ziało ciemne przejście, do którego prowadziły tory i liczne ślady kół. W pobliżu kręcił się jeden strażnik.

„Co z nim zrobimy?" Szepnęła Imoen.

Odpowiedziała jej Viconia.

„Mogę poderżnąć mu gardło. Jednego rivvil pracującego dla twoich wrogów mniej."

Elfka rozważyła chwilę te słowa, ale potrząsnęła przecząco głową.

„Mogę go uśpić zaklęciem." Powiedziała do kapłanki. Ta wzruszyła ramionami. „Jak wolisz. Ale to głupie rozwiązanie. Co będzie, jeśli przeszkodzi nam w ucieczce?"

„Będziemy się tym martwić później." Lenaia ucięła dyskusję. Podkradli się cicho do wejścia kopalni niezauważeni i poczekali na dogodny moment, kiedy w zasięgu wzroku nie będzie nikogo. Elfka wyszeptała zaklęcie. Strażnik osunął się na ziemię i zaczął chrapać.

„Dobra robota, mellonamin." Powiedział cicho Kivan. Zanurzyli się w ciemności kopalni. Korytarz był szerszy niż w Nashkel, a powietrze czystsze, więc oddychali swobodnie. Stop podtrzymywały solidne, równo ścięte stemple. Czuć było żelazem, drewnem i potem. Jedyne oświetlenie stanowiły rozmieszczone z rzadka pochodnie. Było im to na rękę. Wkrótce przed sobą zobaczyli rozwidlenie korytarzy. Z prawego dobiegało rytmiczne stukanie kilofa, więc ruszyli lewym. Skradając minęli po lewej kilka masywnych drewnianych drzwi. Lenaia podejrzewała, że kryją jakieś składy lub innego tego typu pomieszczenia, ale nie próbowali ich sprawdzać. Usłyszeli kroki, więc schowali się za stos leżących drewnianych belek. Minął ich kolejny strażnik i poszedł dalej korytarzem, z którego przyszli. Odetchnęli.

„Nie możemy błąkać się po tych korytarzach po omacku, skarbie." Szepnął Coran. Lenaia kiwnęła głową, udając pewność siebie.

„Wiem." Odszepnęła. „Mam pewien plan."

Kroki strażnika ucichły w oddali, więc odważyli się wyjść z kryjówki. Ruszyli dalej. Nagle ich oczom ukazała się dziwna konstrukcja umiejscowiona na jednej ze ścian. Wyglądem najbardziej przypominała wrota. Składała się z drewnianych elementów nałożonych jeden na drugi, spojonych ze sobą wielkimi, żelaznymi klamrami. Od konstrukcji biegły dziwne przekładnie do czegoś w rodzaju podwyższenia, na którym znajdowały się różne dźwignie i przyciski, powiązane ze sobą ogromnym łańcuchem. Całość wyglądała zdecydowanie krasnoludzko. Nie zdążyli się jednak przyjrzeć dokładniej, bo zza wagonika z żelazem stojącego po przeciwnej stronie usłyszeli jakiś szelest. Jak na komendę wyciągnęli broń. Coran obszedł wagonik, spojrzał i przywołał ją machnięciem ręki. Podążyła za jego wzrokiem. Zobaczyła leżącego na ziemi człowieka. Musiał spać, o czym świadczyła brudna szmata zwinięta pod jego głową. Teraz wpatrywał się w nich szeroko otwartymi z przerażenia oczami. Był stary, stanowczo zbyt stary na pracę w kopalni. Oblizał nerwowo usta. Brakowało mu kilku zębów.

„Nie bijcie, błagam. Pracowałem non stop przez trzydzieści godzin, musiałem położyć się na chwilę. Już wracam do pracy, przysięgam." Wyjęczał i próbował się podnieść. Lenaia powstrzymała go dłonią.

„Nie jesteśmy strażnikami. Pomóż nam, to my pomożemy tobie."

Niewolnik spojrzał na nią.

„Nic... nic nie rozumiem. Kim jesteście?"

„Co możesz powiedzieć nam o kopalni?"

„To... to straszne miejsce, pani. Zarządza nią Daveorn, który ma swoje prywatne pokoje na niższych poziomach kopalni. Jest magiem i potrafi robić okropne rzeczy tym, którzy mają pecha go rozzłościć. Mówią, że składa ofiary z górników, którzy już nie nadają się do pracy. Pani..." W oczach człowieka pojawiła się jakby iskierka nadziei. „Czy to ty... czy to ty pomogłaś górnikom w Nashkel?"

„Wiesz o tym?"

„Szlachetna pani! Krążą przekazywane szeptem w strachu przed strażnikami opowieści o poszukiwaczce przygód, która zabiła w kopalni hordy demonów. Jest piękna i potężna, uwolniła kopalnię od potwora zamieszkującego jej głębiny!" Twarz górnika promieniała uniesieniem, jakby się modlił. Mówił coraz głośniej, więc musiała go uciszyć gestem. Głupiec zaraz wyda nas wszystkich. Górnik pohamował się na szczęście i szepnął błagalnie. „Pomóż mi, proszę."

„Jak mam ci pomóc?"

„Strażnicy uwięzili niektórych z nas oraz nasze rodziny, by zmusić nas do posłuszeństwa. Robią im okropne rzeczy, pani." Zaczął szlochać. Łzy zostawiały na jego twarzy długie, brudne smugi.

„Gdzie ich trzymają?"

„Na niższym poziomie kopalni są cele więzienne." Wskazał ręką kierunek.

„A kwatery zarządcy?"

„Nie wiem dokładnie, pani. Nigdy nie byłem na niższych poziomach. Ale w celach więziennych trzymają też krasnoluda z klanu, który kiedyś zbudował tę kopalnię. Pani, proszę cię..."

„Zrobimy co w naszej mocy." Ucięła rozmowę, bo górnik znowu zaczął mówić głośniej i głośniej. Odwróciła głowę, nie dając mu czasu na wznowienie błagań.

„Chodźmy."

Ruszyli ostrożnie w kierunku wskazanym przez górnika. Skradali się cicho, niczym cienie, i przez nikogo nie zauważeni schodzili coraz głębiej i głębiej pod ziemię. Coran parsknął cicho pod nosem.

„A więc jesteśmy drużyną dzielnych elfów schodzących pod ziemię, aby nieść pomoc ucięmiężonemu krasnoludowi. Jak się ostatnio oglądałem w zwierciadle, nie miałem brody. Dajcie mi znać, jakby to się zmieniło."

Wkrótce korytarz zaczął wyglądać inaczej. Ściany pokryte były regularnie ociosanym kamieniem, a na podłodze wygładzono wszelkie nierówności, zasypując je piaskiem. We wnękach wyżłobionych w ścianach stały skrzynie i beczki. Zrobiło się chłodno i przestronnie. Z oddali dobiegły ich jakieś głosy. Podkradli się bliżej. Korytarz skręcał, a zza zakrętu słychać było głosy mężczyzn i kobiecy szloch. Wyjrzeli i zobaczyli czterech strażników. W sumie nie musieli się specjalnie ukrywać, cała uwaga mężczyzn skupiona była na płaczącej rozpaczliwie dziewczynie, z którą akurat zabawiał się jeden z nich. Elfkę ogarnęła wściekłość. Miała wrażenie, że zupełnie traci nad sobą kontrolę. Spróbowała ją odzyskać, oddychając głęboko. Bez efektu.

Warknęła coś niezrozumiałego pod nosem i skoczyła do ataku, wyciągając sztylet. Chwyciła jednego ze strażników, odciągając go od dziewczyny i wbiła mu nóż prosto w serce. Nie zdążył nawet wydać z siebie żadnego jęku. Pozostali strażnicy, widząc co się dzieje, rzucili się do swojej broni, którą oparli o mur. Za późno. Coran, trzymanym w prawej dłoni mieczem, z półobrotu ciął w szyję drugiego z nich i skoczył na trzeciego. Ten zdołał chwycić swoją broń, ale nim zdążył się nią zasłonić, elf chlasnął go mieczem przez pierś. Czwarty leżał już martwy ze strzałą Kivana wbitą centralnie między oczy. Lenaia zamrugała gwałtownie. Czuła narastającą euforię, nie mogąc oderwać wzroku od powoli wypływającej z ciał krwi. Kręciło jej się w głowie. Widziała, że Imoen coś do niej mówi, ale nie słyszała słów. Odwróciła się, oparła o ścianę i zamknęła oczy, próbując się uspokoić. Częściowo jej się udało. Obejrzała się. Kivan podszedł do zmaltretowanej dziewczyny. Siedziała w kącie i przyglądała się wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami. Na twarzy miała ślady bicia, jej ubranie było doszczętnie podarte. Kivan wyciągnął do niej rękę i szepnął coś łagodnie. Dziewczyna nie zareagowała, poza wciśnięciem się jeszcze głębiej w kąt.

„Imoen, ty się nią zajmij." Powiedziała elfka wciąż jeszcze trochę nieswoim głosem. Siostra podeszła do dziewczyny, odpychając lekko Kivana. Lenaia rozejrzała się dokładnie. Jeden z martwych strażników miał u paska pęk kluczy, które zabrała. W dalszej części pomieszczenia widać było długi korytarz z kratami po bokach. Tam musiały być cele z więźniami. Ruszyli w tym kierunku. Cel było dziesięć. W każdej z nich siedziało kilku ludzi. Mężczyźni, kobiety, czasem dzieci. Wszyscy byli brudni i wychudzeni, wielu z nich również nosiło ślady bicia batem, stalową rękawicą i bogowie tylko wiedzieli, czym jeszcze. W ostatniej celi siedział krasnolud. Miał długą, jasną, skołtunioną brodę i takie same włosy a jego szarą tunikę znaczyły liczne ślady krwi. Gdy elfka podeszła do krat, spojrzał na nią jasnoniebieskimi oczyma, w których zastygł wyraz uporu.

„A ciebie skąd tu przywiało?" Mruknął.

„Chcemy wam pomóc. Ale i my potrzebujemy pomocy. Musimy dostać się do komnat zarządcy. Pokażesz nam drogę?"

Krasnolud przyjrzał jej się uważnie.

„Dlaczego szukacie zarządcy?" Zapytał.

„Powiedzmy, że chcemy mu zadać kilka pytań."

„Jeśli, obok pytań, dacie mu też po łbie toporem, to może być."

Lenaia otworzyła celę jednym z kluczy, które trzymała w dłoni. Krasnolud wyszedł z celi i stanął przed nią. Sięgał jej najwyżej do ramion. Ale nie odważyłaby się go zlekceważyć w walce. Mimo niskiego wzrostu był potężnie zbudowany. Przez liche ubranie widać było kłęby mięśni ramion oraz szeroką, twardą jak stal klatkę piersiową. Głowę by dała, że jego jedno ramie szersze jest niż ona sama.

„Yeslick Orothiar, do usług." Powiedział i wyciągnął w jej kierunku rękę. Podała mu swoją z lekką obawą, ale jego uścisk był niespodziewanie delikatny, jakby trzymał w dłoniach nieopierzone jeszcze kurczątko.

„Lenaia z Candlekeep."

„Co zrobiliście ze strażnikami?"

„Nie żyją." Odpowiedziała ponuro.

Yeslick uśmiechnął się szeroko.

„No to mnie uszczęśliwiłaś, dziewczyno. Zobaczę, czy mają coś, co może mi się przydać."

Gdy krasnolud poszedł obszukać zwłoki strażników, elfka otworzyła pozostałe cele. Więźniowie zgromadzili się wokół niej.

„Dziękujemy, pani. Czy... czy wyprowadzisz nas na zewnątrz?" Zapytał któryś z nich.

Czarodziejka potrząsnęła głową.

„Sami musicie wyjść. Mamy tu jeszcze... coś do załatwienia."

„Pani, nie poradzimy sobie. Tam u góry są uzbrojeni strażnicy, zabiją nas." Ktoś zaczął szlochać.

Viconia spojrzała na zgromadzonych ludzi z pogardą.

„O wolność trzeba umieć walczyć, tchórzliwi rivvin. Inaczej na nią nigdy nie zasłużycie."

„Mogę ich wyprowadzić." Kivan udał, że nie słyszy drowki.

„Nie ma takiej potrzeby, elfie." Yeslick zdążył wrócić. W jednej dłoni dzierżył niewielki młot bojowy, a w drugiej małą tarczę. Wytrzasnął też skądś pasującą na niego kolczugę. „Zna ktoś z was kopalnię?" Zwrócił się do zgromadzonych ludzi. Zgłosił się wysoki, chudy, zarośnięty mężczyzna. „Ja znam trochę, panie krasnoludzie."

„Jak pójdziecie zgodnie z moimi wskazówkami, to znajdziecie boczne wyjście. Nie powinno tam być zbyt wielu strażników. Weźcie od tych tutaj martwiaków broń. Im się już nie przyda. Zabierzcie też waszych ludzi z kopalni."

Ludzie wahali się przez chwilę, ale jak zobaczyli, że nikt z drużyny nie kwapi się z pomocą, posłuchali. Krasnolud poinstruował ich, którędy iść. Po dłuższej chwili zniknęli im z oczu.

Lenaia spojrzała na Yeslicka i zapytała:

„W porządku wszystko? Patrząc na stan twojego ubrania musisz mieć kilka ran. Nie potrzebujesz leczenia?"

„Nie martw się o mnie, dziewczyno. Z błogosławieństwem Clangeddina sam potrafię leczyć rany."

„Jesteś kapłanem?"

„Ta. Ale przywalić też potrafię, jeśli o to ci chodzi."

„Dobrze znasz kopalnię?"

„Czy dobrze znam?! Dziecko, to mój klan zbudował te korytarze przed setkami lat! Stąpasz po spuściźnie klanu Orothiarów."

„Co więc się stało?"

„Głupota, ot co." Mruknął ponuro krasnolud. „I chciwość. Za głęboko się dokopaliśmy. Przebiliśmy tunel, przez który wdarła się woda z podziemnej rzeki. Większość zginęła. Przetrwała nas garstka, ci, co akurat byli wtedy na powierzchni, w tym ja. Nie mieliśmy już do czego wracać."

„Kiedy to było?"

„Wiek i ćwierćwiecze temu."

„I co stało się potem?"

Yeslick wbił wzrok w ziemię.

„Potem znowu nie zabłysnąłem mądrością. Zatrudniłem się jako kowal u Rieltara z Sembii, jednego z przywódców Żelaznego Tronu. Może o nich słyszałaś. To bandycka organizacja kupiecka dążąca do rozszerzenia swoich wpływów wzdłuż Wybrzeża Mieczy. I jak ten głupiec wziąłem Rieltara za przyjaciela. Opowiedziałem mu o bogatej w żelazo kopalni należącej do mojego klanu, a ten drań w nagrodę zakuł mnie w kajdany. Torturowali mnie... Powiedziałem im w końcu, gdzie jest kopalnia. I zmusili, żebym im pomógł wybudować śluzę, powstrzymującą wody rzeki. Na Clangeddina, dziewczyno, pomóż mi otworzyć śluzę, żebym mógł ponownie zatopić ten przeklęty grób i te wszystkie skurwysyńskie szczury z Żelaznego Tronu!"

„Musimy najpierw znaleźć zarządcę."

„Przeprowadzę was przejściem, którego te bękarty nie znają. Ominiemy w ten sposób kwatery straży na niższym poziomie."

Tak zrobili. Krasnolud otworzył jedne z drewnianych drzwi, które minęli wcześniej. Znaleźli się w niewielkim pomieszczeniu wypełnionym stojakami z narzędziami górniczymi. Yeslick pomanewrował w jednej ze ścian i nagle ich oczom ukazało się niewielkie, okrągłe przejście. Zagłębili się w ciemny, wąski tunel. Na końcu tunelu znajdowały się kręte, drewniane schody. Prowadziły zarówno w dół, jak i w górę. Imoen niepewnie spojrzała na spróchniałe, wilgotne deski.

„Utrzymają nas?" Zapytała.

„Zaraz się przekonamy, wiewiórko." Odpowiedział krasnolud i pierwszy zaczął schodzić. Drewno skrzypiało złowieszczo pod jego stopami, ale wytrzymało. Podążyli za nim. Zeszli o kilkadziesiąt stopni i elfka zobaczyła w ścianie stare, drewniane drzwi. Yeslick jednak ani myślał się zatrzymywać, więc, chcąc, nie chcąc, schodzili dalej. W końcu krasnolud dał znak ręką, aby stanęli i byli cicho. Lenaia zobaczyła, jak znika w tunelu, na tyle szerokim, że potężny kapłan mieścił się bez problemu. Na szerokość, bo tunel ewidentnie był budowany na miarę wzrostu krasnoludów. Lenaia sięgała głową sufitu, a Coran musiał się mocno schylić. Na szczęście ta wędrówka nie trwała długo. Na końcu tunel przechodził w niewielkie pomieszczenie, które mogło kiedyś robić za posterunek straży. Teraz było w nim ciemno i pusto.

„Za tą ścianą są komnaty Daveorna. Jest w niej przejście, tylko muszę znaleźć przełącznik. Cholera, dawno tędy nie chodziłem." Mruknął Yeslick i zaczął oglądać kamienną ścianę z bliska. Lenaia zbliżyła się do niego. Miała wrażenie, że słyszy zza ściany jakieś głosy. Przyłożyła do niej ucho.

„… wysłał Tazoka do Lasu Ostrych Kłów, aby przejął dowodzenie nad oddziałami w tamtym rejonie. - mówił męski głos, wyniosły i stanowczy - Rieltar zamierza mianować go naczelnym dowódcą jego sił zbrojnych..."

Lenaia nie słyszała drugiego rozmówcy, musiał jednak zadać pytanie, bo władczy głos odpowiedział.

„Tak, przechwycili większość transportów żelaza. Do Amn dotarł głównie surowiec z zatrutej kopalni w Nashkel."

Znowu cisza.

„Na pewno zginęli, jeśli Tazok rzeczywiście wysłał Nimbula. Inaczej Tazok osobiście będzie się tłumaczył przed Sarevokiem z niewypełnienia jego rozkazów. Chciałbym to zobaczyć." Mężczyzna zaśmiał się z przekąsem.

Lenaia, wciąż z uchem przyklejonym do ściany, zamarła. W końcu jakiś trop. Wiele by dała, aby podsłuchiwany człowiek powiedział coś więcej. Nie miała szczęścia.

„Idź, pomódl się. Dołączę do ciebie za chwilę." I więcej nie było słychać nic.

Yeslick wydał nagle z siebie pomruk zadowolenia.

„Znalazłem. Wchodzimy?"

Elfka kiwnęła głową. Krasnolud wcisnął ukryty w ścianie przełącznik i fragment ściany odsunął się. Wpadli przez przejście do środka. Przy biurku siedział człowiek. Zerwał się na nogi zaskoczony ich widokiem. Był wysoki, dobrze zbudowany, miał ciemne, krótko ostrzyżone włosy i bardzo przystojną twarz.

„Co do... Yeslick?" Nagle wykrzywił się. „Żałosne stworzenia. Myślicie, że jesteście dla mnie zagrożeniem?"

„Odpowiedz nam na kilka pytań, to może ocalisz życie." Powiedziała Lenaia.

Wybuchnął śmiechem.

„Jesteście dla mnie niczym. Zapytałbym was o imiona, ale w sumie trupy imion nie mają." Po czym wyciągnął rękę i zaintonował zaklęcie. Kivan napiął łuk, a Coran i Yeslick skoczyli do ataku. Ku ich zaskoczeniu broń ześlizgnęła się z ciała maga z głuchym zgrzytem, nie czyniąc mu najmniejszej krzywdy. Coran zdołał odskoczyć, ale krasnolud stracił równowagę i runął na maga, odbijając się od niego jak od ściany. Daveorn znowu wypowiedział czar, a z jego dłoni z sykiem wystrzeliły w kierunku drużyny niewielkie błyskawice. Wszyscy rzucili się za osłony, w większości unikając porażenia. Z jednym wyjątkiem. Imoen stała centralnie w pomieszczeniu, nie zdążyła się schować. Lenaia z przerażeniem zauważyła, jak energia iskrząc i paląc, uderza siostrę i rozpełza się po jej ciele. Imoen krzyknęła rozdzierająco i upadła. Elfka jak w transie zatrzymała się i wykrzyczała zaklęcie. Pocisk skondensowanej magii uderzył Daveorna i ten zachwiał się. Otworzył usta, by rzucić kolejny czar. Nagle za nim stanęła Viconia i cięła go przez plecy przywołanym przez siebie płonącym ostrzem. Z sykiem magiczny miecz przerwał osłony rzucone na siebie przez maga. Mężczyzna z jękiem zwalił się na ziemię. Cięcie było płytkie, więc odwrócił się i spróbował wstać. Nie zdążył. Lenaia stanęła za nim i przyłożyła mu nóż do gardła. Wystarczył lekki ruch ręki. Mag upadł i już się nie podniósł. Elfka wypuściła z rąk nóż i przypadła do leżącej opodal Imoen. Odwróciła siostrę twarzą do góry. Dziewczyna miała wszędzie ślady poparzeń, sine usta trzymała rozchylone, z spomiędzy warg wydobywał się słaby oddech. Rozchodził się od niej intensywny zapach spalonego ciała. Jęknęła.

„Im... siostrzyczko..." Szepnęła Lenaia drżącym głosem.

„Odsuń się, dziewczyno." Yeslick delikatnie, choć stanowczo poderwał elfkę na nogi i sam usiadł przy rudowłosej złodziejce. Wymamrotał kilka słów. Po chwili oddech Imoen pogłębił się, stał się równy i spokojny. Obok krasnoluda pochyliła się Viconia. Znowu błysnęło niebieskie światło. Raz, drugi, trzeci. Poparzenia dziewczyny zagoiły się, pozostawiając delikatne blizny. Kapłanka podsunęła Imoen do ust jedną ze swoich mikstur. Dziewczyna zakrztusiła się, przełknęła i otworzyła oczy. Spojrzała na leżącego Daveorna, któremu z przeciętego gardła wciąż wypływała krew, na leżący obok nóż siostry i na łzy zasychające w kącikach jej oczu. Podniosła się chwiejnie.

„Dziękuję." Powiedziała do stojących krasnoluda i drowki. Spojrzała w stronę siostry i krzyknęła ostrzegawczo. W wejściu do komnaty, w której się znajdowali, stał młody człowiek. Nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia lat. Miał delikatną cerę i regularne, niemal kobiece rysy twarzy, którą wykrzywiał teraz grymas przerażenia.

„Daveorn..." Jęknął rozpaczliwie i nim zdążyli zareagować, rzucił się do ucieczki i zniknął im z pola widzenia.

„Kto to był?" Lenaia zdążyła otrząsnąć się z szoku.

„Stephan." Yeslick splunął. „Niby uczeń tego śmiecia. A nocami jego zabawka." Trącił nogą zwłoki maga. „Jeżeli chcesz znać moje zdanie, to zasługuje na to samo, co jego pan. Cóż, pozostaje nadzieja, że później go dorwiemy. Ruszajmy się teraz, jeśli nie chcemy mieć na głowie całego garnizonu."

Przeszukali w pośpiechu pomieszczenie. W jednej ze skrzyń znaleźli różdżkę magiczną, którą elfka schowała do swojej torby. Przy ciele zarządcy, oprócz sporego mieszka złota, znaleźli również klucz, który Yeslick zabrał z wyrazem ponurej satysfakcji na twarzy.

„Chodźcie za mną." Powiedział. Posłuchali go. Poprowadził ich wysokim, jasnym korytarzem, który w jednym miejscu rozszerzał się, tworząc obszerną komnatę. Krasnolud nagle zatrzymał się jak wryty.

„Przeklęte szczurze ścierwa." Warknął. „Zapłacą mi za to. Jak śmieli... jak śmieli zbeszcześcić świątynię Clangeddinga tym... tym czymś."

Lenaia z drużyną stanęli za krasnoludem.

„Co to, do Dziewięciu Piekieł, jest?" Zapytał Coran.

Stali przed podwyższeniem, stanowiącym swojego rodzaju ołtarz. Pośrodku ołtarza znajdował się stół, na którym wciąż było widać wymowne, rdzawe plamy. Nad stołem wisiał wykuty w skale symbol przypominający ludzką czaszkę. Po obu stronach umieszczone były potężne kamienne gazony, w których płonął jasny, wysoki ogień.

„Gdzieś... gdzieś już widziałam ten znak." Powiedziała Imoen.

„W „Historii Martwej Trójcy" w Candlekeep. Opowieści o dojściu do władzy Bane'a, Bhaala i Myrkula. Ten symbol to symbol Bhaala." Odpowiedziała czarodziejka.

„Boga mordu? Który podczas Czasu Niepokoju zginął z ręki Szalonego Cyrica?"

Lenaia pokiwała głową. Najwyraźniej Daveorn był wyznawcą nieżyjącego bóstwa. Elfka poczuła znajomy niepokój. Wzdrygnęła się.

„Chodźmy stąd." Powiedziała.

Yeslick stanął przed nią.

„Zalejmy kopalnię. Nie mogę stanąć przed moimi pobratymcami bez krwi tych szczurzych skurwysynów na moich rękach. Nie daruję im tego. Zrobili z grobu mojego klanu jaskinię łowców niewolników, a z kaplicy Clangeddina ołtarz dla ich obmierzłego bóstwa. Na honor Orothiarów, dziewczyno, daj mi moją zemstę!"

Elfka spojrzała na wzburzonego krasnoluda.

„Jak chcesz to zrobić?" Zapytała.

„Mam klucz to śluzy. Wystarczy ją otworzyć."

„Zdążymy uciec?"

„Ta. Wrota otwierają się stopniowo, będzie czas."

Lenaia kiwnęła głową. Podążyli znowu za krasnoludem. Prowadził ich inną ścieżką niż dotychczas. Kluczyli tunelami, które zakręcały niezliczoną ilość razy. Raz pięły się w górę, raz w dół. Od czasu do czasu Yeslick otwierał zamknięte wcześniej i niewidoczne przejścia. Stracili zupełnie orientację. Krasnolud jednak parł pewnie przez siebie. W końcu wyszli w niewielkim pomieszczeniu zamkniętym drewnianymi drzwiami. Gdy je otworzyli, ich oczom ukazał się znajomy korytarz.

„Tam jest wyjście na powierzchnię." Krasnolud wskazał dłonią niewielkie przejście widoczne w oddali. - Idźcie, a ja was dogonię za chwilę.

Tak zrobili. Podążając za wskazówkami Yeslicka znaleźli niewielkie schodki pnące się w górę. Za sobą usłyszeli zgrzyt odsuwanych potężnych drzwi. Wraz z nim dobiegło ich najpierw ciche, a potem coraz głośniejsze dudnienie. Przyspieszyli kroku. Po chwili dogonił ich zasapany krasnolud. Dudnienie stało się tak głośne, że nie słyszeli nic poza nim. Nagle ucichło, a na nimi rozległ się głośny szum wody. Elfce wydawało się, że wraz z szumem wody niesie się cichy krzyk, ale mogła to być jej wyobraźnia. Doszli do metalowego włazu, przy którym Yeslick pomanewrował kluczem zabranym Daveornowi. Drzwi na zewnątrz stanęły przed nimi otworem i wysypali się na powierzchnię. Akurat świtało. W oddali zobaczyli drewnianą palisadę. Ruszyli przed siebie, aby znaleźć się jak najdalej od niej, zagłębiając się ponownie w las. Wszyscy odetchnęli z ulgą. Bez słowa przedzierali się przez knieję, jakby chcieli wymazać z pamięci niedawne zdarzenia. W końcu zmęczeni zatrzymali się na niewielkiej polanie, gdzie tu i ówdzie zdołały przedrzeć się nieśmiałe promienie słońca poprzez gęste korony drzew.

„Mam wobec ciebie dług, dziewczyno." Powiedział do Lenai Yeslick, jak już rozbili obóz. „Za moją wolność i moją zemstę."

„Ty również mi pomogłeś. Nie jesteś mi niczego winien." Odparła elfka.

„Niewielka to była pomoc w porównaniu z uratowaniem komuś życia. Co zamierzasz zrobić dalej?"

„Nie jestem pewna. Może powinniśmy zadać parę pytań Rieltarowi i temu, który rozkazał Tazokowi nas zabić. Sarevok, tak? Kim on jest?"

Krasnolud zasępił się.

„Chyba synem Rieltara. Imię obiło mi się jedynie o uszy. Nigdy go nie widziałem. Ale nie damy rady w tej grupce. Rieltar jest bogaty i ma na swoich usługach licznych najemników. Jak tylko się do niego zbliżymy, to każe nas powiesić na najbliższej gałęzi."

Lenaia zamyśliła się.

„Jeśli dobrze rozumiem całą intrygę, to Żelazny Tron zatruł rudę w kopalni w Nashkel i wysłał oddziały bandytów na drogi, aby zmonopolizować rynek żelaza w tym regionie. Jedyne dobre żelazo pochodzi teraz bowiem z ich kopalni w Kniei Otulisko."

„A przy okazji wywołał napięcie między Wrotami Baldura a Athkatlą." Dodał Coran. „O niczym innym się teraz nie mówi w oberżach, niż o nadchodzącej wojnie. A nic tak nie przyspiesza negocjacji na temat cen broni, jak potrzeba szybkiego jej użycia. Ten wasz Rieltar zdecydowanie wie, gdzie leży złoto."

„Powiedzmy komuś o tym." Wtrąciła się Imoen.

Yeslick spojrzał na nich uważnie i zamyślił się.

„Płonącą Pięść mogą zainteresować te rewelacje." Powiedział w końcu. „Znam Scara, komendanta Płonącej Pięści we Wrotach Baldura. To uczciwy i sprawiedliwy człowiek."

„Czy ma wystarczające wpływy, aby powstrzymać Żelazny Tron?" Zapytała Lenaia

Krasnolud wzruszył ramionami.

„Nie wiem. Ale jego bezpośrednim przełożonym jest sam książę Eltan. Może udzieli ci audiencji."

„Dobrze. Chodźmy do Wrót Baldura."

„Nie wiem, jak stoicie z funduszami, skarbie." Uśmiechnął się do niej Coran. „Ale życie w mieście jest drogie, a ja nie mam już ani grosza przy duszy. Zaprowadzę was do Wrót Baldura. Ale nadłóżmy nieco drogi i zatrzymajmy się w Beregoście. Mam tam obiecaną nagrodę za wiwerny do odebrania."

Tak zrobili. Nocowali w lesie, za dnia przedzierali się przez gęstą knieję. Podróż do Beregostu zajęła im kilka dni, bo znowu nadrobili drogi, starając się ominąć las, w którym omal nie zginęli pożarci przez zmutowane pająki. Lenaia cieszyła się, że mają jakiś cel i być może w końcu uda się jej znaleźć odpowiedź na dręczące ją pytania. Intryga zdawała się być rozwikłana, jednak dziewczyna nie mogła zrozumieć, jaka jej przypadła w niej rola. W czym jedna, wychowana w klasztorze elfka, mogła zaszkodzić potężnej i bogatej organizacji, jaką był Żelazny Tron, że ten zdecydował się nasłać na nią zabójców? Brak logiki w tych wydarzeniach zwiększał tylko jej niepokój. Gorion wiedział. Poczuła dobrze znaną złość na swojego przybranego ojca. Wszystkie tajemnice, półsłówka, niedopowiedzenia wracały do niej jak fala na morzu w sztormowy dzień. Gdybyś mi powiedział, ojcze, jakże wszystko byłoby teraz prostsze. Gorion jednak nie żył, a ona została sama z wszystkimi wątpliwościami. Nie, nie sama. - poprawiła się w myślach. Poczuła wdzięczność do wszystkich, którzy jej towarzyszyli. Byli jej przyjaciółmi i mogła na nich polegać. Po raz drugi, od czasu opuszczenia Candlekeep, poczuła się szczęśliwa.

W świątyni Lathrandera odebrali nagrodę za zabicie dwóch wiwern. Coran wyciągnął z plecaka odciętą głowę potwora i oddał ją kapłanowi. Lenaia zastanowiła się, jakim cudem zdołał ukryć przez nimi, że dźwiga w swoich bagażach rozkładające się szczątki. Gdy go zapytała, uśmiechnął się tylko. Elfka nie naciskała. Była zmęczona i marzyła o miękkim łóżku w jednej z gospód w Beregoście. Udali się do „Wesołego Żonglera".