18 Flamerule, 1369
Wrota Baldura, „Elfia Pieśń"
Cóż to za miasto! Jednocześnie hałaśliwe i niepokojąco ciche, barwne wszystkimi kolorami tęczy i brudnoszare jak najgorsze ścieki, bogate aż do przesady, a pełne ubogich, chorych i żebrzących. Raj i przekleństwo dla każdego mieszkańca i wędrowca. Miasto pieniądza, szlachectwa, podłoty i rozpusty, a jednocześnie piękne i majestatyczne w promieniach letniego słońca. Otoczone jest podwójnym, grubym murem z brudnoszarego granitu, gdzieniegdznie obłupanym i nienaprawianym od wieków, jakby groźba wojny nie przeniknęła do świadomości mieszkańców i rządzących. W centralnej części miasta pyszni się książęcy pałac z kamienia koloru piasku, siedziba czterech najwyższych książąt, którzy formalnie trzymają w rękach całą władzę nad przyległymi terenami. Wokół pałacu, jak kurczątka przy kwoce, gnieżdżą się domy należące do najbardziej szlachetnych rodów. Ich okazałe ściany frontowe wyglądają, jakby właściciele stanęli do konkursu na najbardziej dziwacznie ozdobioną fasadę tego stulecia. Moje Candlekeep przy Wrotach Baldura wygląda, jak mysz przy pawiu: szare, niepozorne i małe. I pomyśleć, że jeszcze nie tak dawno było prawie moim całym światem. Mam wrażenie, że minęło od tych dni tyle czasu, że ledwo je pamiętam. Zupełnie jakby wspomnienia tamtych chwil dotyczyły kogoś innego, jakiejś innej małej dziewczynki, która w podartej sukience i z obdrapanymi kolanami bawiła się z kotami na dziedzińcu twierdzy.
Do Wrót Baldura dotarliśmy bez większych problemów. W wiosce nieopodal miasta pomogliśmy rycerzowi w polowaniu na przerośnięte skorupiaki, które nazywał ankhegami. Historia miała swój smutny finał, bowiem w jaskini stworów znaleźliśmy ciało dziecka, jak się okazało miejscowego chłopca, który zaginął dwa dni wcześniej. Rycerz o imieniu Ajantis wykazał chęć odwdzięczenia się za pomoc, którą otrzymał i zaproponował przyłączenie się do naszej drużyny, jednak nie zdecydowaliśmy się na skorzystanie z tej propozycji. Viconia aż syknęła, jak zobaczyła jego barwy zakonne, widać wspomnienie prześladowań ze strony rycerzy wciąż było żywe w jej umyśle. Niespodziewanie poparł ją Coran. Ostatecznie, ku rozpaczy Imoen, bo chłopak był młody i ładny, pożegnaliśmy Ajantisa i ruszyliśmy w swoją stronę.
Wkrótce po przygodzie z ankhegami naszym oczom ukazał się most prowadzący do miasta w całej swojej okazałości. Nie uszliśmy nim kilku kroków, gdy zatrzymali nas strażnicy. Imię komendanta Płonącej Pięści, Scara, szybko jednak umożliwiło nam wejście, choć najwyraźniej nie wzbudziliśmy aż tak wielkiego zaufania, bo strażnik eskortował nas aż pod samą kwaterę główną Płonącej Pięści w zachodniej części miasta. Obawiałam się, że drużyna jak nasza zbyt będzie przyciągać uwagę w mieście pełnym ludzi, moje obawy okazały się jednak płonne. Miasto było pełne tak dziwnych indywiduów, zarówno ludzi, jak i elfów, niziołków, krasnoludów, gdzieniegdzie widziałam również i półorków i innych osobników o niezidentyfikowanej przeze mnie prowiniencji, że grupa trzech elfów, drowa, krasnoluda i ludzkiej dziewczyny nie przyciągnęłaby niczyjej uwagi. Pod warunkiem pewnie, że nie wprosilibyśmy się na oficjalny bankiet do pałacu książęcego.
Weszliśmy do siedziby głównej Płonącej Pięści. Wnętrze nie wyglądało zbyt zachęcająco. Wszędzie odchodziły ciemne korytarze, których końce ginęły w półmroku, którego nie rozjaśniały osadzone na ścianach pochodnie. Ty i ówdzie widać było kraty, które najpewniej zamykały wejścia do cel, czasem majaczył za nimi jakiś szary, delikatny cień. Strażnicy obrzucili nas spojrzeniami, które rzucają od zarania dziejów ci, którzy mają władzę nad innym człowiekiem i czasem możliwość decydowania o jego życiu i śmierci. Na szczęście Scar okazał się być spokojnym, honorowym człowiekiem. Był postawnym, dość przystojnym mężczyzną w sile wieku. Co zaskakujące, wiedział, kim jesteśmy, rozpoznał też Yeslicka, z którym się spotkał kilka lat temu. Wysłuchał naszych podejrzeń odnośnie Żelaznego Tronu z nieprzeniknionym wyrazem twarzy, kiwając od czasu do czasu głową. Audiencji u księcia Eltana nie chciał nam jednak udzielić. Przynajmniej na razie.
„Przekażę księciu, czego się od was dowiedziałem." Powiedział. "Macie moje słowo. Zanim książę jednak podejmie decyzję, co z tym dalej zrobić, może minąć trochę czasu. Tymczasem przydałaby mi się wasza pomoc."
„Masz, panie, na swoje usługi cały garnizon strażników. Do czego potrzebujesz takiej drużyny jak nasza?" Lenaia zapytała wprost.
„To delikatna sprawa. Właściciel konsorcjum handlowego „Siedem Słońc", Jhasso, jest moim przyjacielem i nie chcę, żeby myślał, że nie mam do niego zaufania."
„Którego w oczywisty sposób nie masz." Elfka z trudem powstrzymała się od przewrócenia oczami. Scar spojrzał na nią badawczo.
„Dotychczas miałem. Ale on zaczął się dziwnie zachowywać. Unika rozmowy ze mną. Podjął ostatnio również kilka nietrafnych decyzji handlowych, które odbiły się bardzo niekorzystanie na interesach konsorcjum. Nie wiem, co o tym myśleć, to zupełnie do niego niepodobne. Chcę, abyście dowiedzieli się, co się tam dzieje."
„Przypuszczam, że nie możemy tam po prostu wejść i się zapytać?"
Wzruszył ramionami.
„Jeśli uważasz, że w ten sposób osiągniesz efekt. Macie wolną rękę. Chciałbym jednak, aby Jhasso nic się nie stało. Choć tyle jestem mu winien."
Zgodzili się. Jak trzeźwo zauważył Yeslick, nie mieli zresztą innego wyjścia. Bez wsparcia Wielkiego Księcia ich mała kampania przeciwko Żelaznemu Tronowi nie miała większych szans na powodzenie. Widzieli zresztą siedzibę zajmowaną przed Rieltara i jego organizację. Był to potężny dwór położony niedaleko kwatery głównej Płomiennej Pięści. Szczyt budynku wieńczyły smukłe wieżyczki, a surowość ścian łagodziły wydłużone, pokryte misternymi witrażami okna. Całość niewątpliwie robiła wrażenie i w niczym nie przypominała bezgustownych rezydencji z centralnej części miasta. Przed drzwiami stało dwóch uzbrojonych po zęby strażników, zauważyli również kolejnych dwóch patrolujących teren wokół posiadłości. Jeśli mieliby kiedykolwiek pomysł, żeby ją szturmować siłą, to w tej chwili musiałby on ostatecznie upaść.
Na nocleg zatrzymali się w „Elfiej Pieśni". Coran, który, jak się okazało, Wrota Baldura znał jak własną kieszeń, miał układy z właścicielem, który był mu winien jakąś przysługę. Dostali małe, choć czyste pokoje, w miarę czystą pościel i zapewnienie, że ich obecność pozostanie mniej więcej niezauważona, a przynajmniej zauważona mniej, niż gdyby się zatrzymali gdziekolwiek indziej.
Z westchnieniami ulgi udali się do swoich pokoi. Coran postarał się, aby Lenaia i on dostali osobny pokój, a ona nie protestowała. Późną nocą, gdy leżeli razem, elf wstał nagle i otworzył szeroko okno, wpuszczając do środka morską północną bryzę. Potem podszedł z powrotem do łóżka, bez trudności podniósł dziewczynę i posadził ją na parapecie okiennym, po czym sam usiadł obok niej z nogami przewieszonymi przez drewnianą framugę na zewnątrz. Gwałtowny podmuch wiatru rozsypał obojgu włosy wokół twarzy - ciemne i jasne, jak noc i dzień.
„Uwielbiam to miasto." Powiedział cicho. „Tyle miejsc, tyle ludzi, nieskończone możliwości."
„W kwaterze Płomiennej Pięści nie wyglądałeś na zachwyconego." Zauważyła Lenaia z uśmiechem.
„Ach tak." Przez twarz przemknął mu cień zakłopotania. „Zdarzyło mi się oglądać jej wnętrza w nieco mniej dogodnych warunkach."
„Sprawiedliwie czy niesprawiedliwie?"
„Oczywiście, że niesprawiedliwie. Przecież nikomu krzywdy nie zrobi brak sakiewki, kiedy ma miliony."
Elfka nie wiedziała, czy roześmiać się czy rozzłościć.
„A więc jesteś kieszonkowcem."
Spojrzał na nią z wyrzutem.
„Przyznam, że kilka razy zdarzyło mi się upaść równie nisko w moich gorszych dniach, jednak tego typu zajęcia są znacznie poniżej progu moich umiejętności."
„Dlaczego więc uciekałeś z Wrót Baldura?"
„Ostatnim razem?"
Lenaia kiwnęła głową.
„Hmm, w tę historię zaangażowana jest pewna kobieta."
„Jakżeby inaczej". Elfka przewróciła oczami.
„Spotkałem ją na targu. Stała niezdecydowana pośrodku tłumu ludzi. Na głowie miała kaptur i zasłoniętą twarz, tak, że widać było tylko piękne, smutne oczy."
„Tajemnicza, smutna kobieta w samym sercu okrutnego miasta. To musiała być dla ciebie pokusa nie do odparcia."
Coran roześmiał się.
„To aż straszne, jak dobrze mnie znasz. Była miejscową czarodziejką. Na moje nieszczęście jej mąż również był magiem, w dodatku był wyjątkowo zawzięty i miał na zawołanie całą organizację jemu podobnych i równie zawziętych. Z niewiadomych względów nabrał do mnie wyjątkowej urazy. Ucieczka okazała się najlepszym wyjściem."
„Ile razy wpakowałeś się w kłopoty z powodu kobiety, Coranie?"
Spojrzał na nią badawczo i zawahał się.
„Więcej niż mógłbym zliczyć." Powiedział w końcu.
