Następnego dnia o poranku udali się do siedziby „Siedmiu Słońc". Tak jak Lenaia powiedziała Scarowi, zdecydowała postawić na bezpośrednie podejście do sprawy. Budynek ligi kupieckiej znaleźli bez trudu w zachodniej części miasta, niedaleko portu. Poza sporymi rozmiarami nie wyróżniał się niczym specjalnym na tle pozostałej rzeszy budynków mieszczących rozmaite grupy interesów. Dziwne natomiast było, że jego drzwi nie strzegli żadni strażnicy. Weszli do środka. Momentalnie Lenaia zrozumiała, że coś jest nie tak. Zupełnie jakby każda cząsteczka jej ciała krzyczała ostrzegawczo. Czuła jak unoszą się jej włosy nad karkiem, a wzdłuż kręgosłupa przebiega dreszcz. Wzdrygnęła się i przeciągnęła dłonią po twarzy. Jej dziwna reakcja nie umknęła uwadze towarzyszy.

„Wszystko w porządku, siostro?" Zapytała Imoen.

Elfka potrząsnęła głową.

„Coś tu jest bardzo nie w porządku. Miejcie oczy otwarte."

Miejsce nie było zatłoczone. Wśród przesadnie ozdobionych kolumn podtrzymujących strop dostrzegli trzy ludzkie postaci. Po chwili jedna z nich podeszła do nich powolnym krokiem. Był to mężczyzna w sile wieku, choć widać było, że tu i ówdzie przerzedziły mu się włosy, a pas nie dźwigał do końca wydatnego brzucha. Jego twarz nie wyrażała absolutnie nic.

„W czym mogę pomóc?" Zapytał spokojnym, nieco zbyt wysokim głosem.

„Chcielibyśmy spotkać się z właścicielem."

„Nie jest to obecnie możliwe."

„Dlaczego?"

„Bo jest nieobecny."

„A kiedy wróci?"

„Nie wiem, nie informował nas. Skończyliśmy?"

„Możemy się tu trochę rozejrzeć?" Elfka nie zamierzała tak łatwo dać za wygraną.

Osiągnęła tyle, że przez twarz mężczyzny przemknął grymas irytacji.

„Nie, nie możecie. Odejdźcie."

„Trochę dziwnie się zachowujesz, jak na kupca. Nie powinieneś aby próbować mi czegoś sprzedać?"

Mężczyzna na powrót przybrał swój neutralny wyraz twarzy.

„Mamy pewne trudności, dopóki się z nimi nie uporamy, nie prowadzimy handlu. Nie jesteście tu mile widziani."

Elfka kątem oka dostrzegła, że w pomieszczeniu nagle pojawiło się więcej osób. Kryły się w cieniu i pod ścianami, ale i tak czuła ich obecność, jak niewypowiedzianą groźbę.

„Dobrze, dziękujemy za poświęcony nam czas."

Mężczyzna odwrócił się bez słowa. Nie pozostało im nic innego, jak opuścić budynek.

„Jeśli ktoś pytałby mnie o zdanie, to powiedziałbym, że coś tam śmierdzi bardziej niż bagienny szczur." Mruknął Yeslick, gdy oddalili się na wystarczającą odległość od budynku.

Lenaia spojrzała na krasnoluda zaciekawiona.

„Też to poczułeś?"

„Co, zapach?"

„Nie. Nie wiem, nigdy nie czułam czegoś takiego wcześniej. Jakby wszystko wokół mnie nie było prawdziwe. Musimy tam wrócić." Dodała nagle.

„Ale w nocy." Poparł ją Coran. „Może będzie ich tam wtedy nieco mniej. I będziemy mieć nad nimi przewagę, bo widzimy w ciemności."

Kierowali się w kierunku gospody, mijając skąpaną właśnie w świetle południowego słońca zatokę. W miejskiej marinie cumowało obecnie kilka statków kupieckich, wszystkie z opuszczonymi żaglami. Kołysały się leniwie, a woda obmywała z pluskiem ich smukłe kadłuby. Jeden z nich był mniejszy, dłuższy, a po bokach zwieszały się z niego barwne tarcze. Na szczycie głównego masztu powiewała dumnie flaga Amnu.

„Patrzcie, wysłannictwo z Athkatli." Wskazał palcem Yeslick.

„Ktoś z Rady Pięciu?" Zapytała Lenaia.

„Raczej nie, za mała łódka, za mały przepych."

„Dobrze znasz tamte rejony?"

„Aha." Krasnolud kiwnął głową. „Dawali zawsze dobre ceny za nasze żelazo. Znali jego wartość. Podczas gdy we Wrotach Baldura woleli skupić się na bankietach i dworskich pierdymałkach, w Athkatli zawsze wiedzieli, gdzie leży złoto. Nie na darmo nazywają ją „Miastem Pieniądza". Jak byłem młody, ojciec często mnie wysyłał wraz z karawaną handlową."

„Co się z nim stało? To znaczy z twoim ojcem?"

„Dopadła go wiwerna."

„Przykro mi, Yeslicku."

„Eee nie, nic się nie stało. Nie warto płakać za tym starym gburem."

Elfka trochę wbrew sobie roześmiała się głośno. Nagle Coran złapał ją za rękę i pochylił się do jej ucha.

„Nie wracajmy do Pieśni." Powiedział.

„Dlaczego?"

„Idzie za nami dwóch ludzi. Zdradzanie miejsca noclegu nie jest dobrym pomysłem."

„Co więc proponujesz?"

„Chodźmy do innej gospody."

„Masz jakąś konkretną na myśli?"

„Chodźcie za mną."

Uczynili tak. Prowadził ich wąskimi, dusznymi uliczkami, gdzie mieszkali drobni handlarze, rybacy i pomniejsi urzędnicy portowi. Pod ich nogami chlupotało błoto zmieszane gdzieniegdzie z zawartością rynsztoków. Na małych podwórkach, leżąc w słońcu, przeciągały się koty, spasione na resztkach, a może i nawet lepszych kąskach wydobytych z magazynów, gdzie gromadzono żywność. Szli na północ. Wkrótce uliczki zaczęły się poszerzać, a spod butów drużyny zniknął podejrzany muł. Zapach portu stał się mniej intensywny, budynki mniej obdrapane, a podwórza bardziej przestronne. Tu i ówdzie widać było kwitnące w gazonach kwiaty. Wkrótce stanęli przed okazałym budynkiem. Nad drzwiami pysznił się duży szyld z napisem „Hełm i płaszcz".

Weszli do środka. Wnętrze było rozległe, znacznie większe niż w „Elfiej pieśni". Na piętro prowadziły co najmniej dwie pary schodów, a cały dolny poziom zastawiony był stolikami, przy których siedziało kilkanaście osób. W centralnej części pomieszczenia znajdował się bar, przy którym uwijał się jak w ukropie łysy szynkarz. Usiedli w rogu, tak, by nie rzucać się zbyt w oczy i zamówili jedzenie. Wkrótce odprężyli się, najwyraźniej zgubili swoich prześladowców. Yeslick stwierdził nawet, że Coranowi musiało się coś przywidzieć. Lenaia jednak nie wierzyła w to. Elf zbyt dobrze znał miejskie zaułki, by ulec złudzeniom. Krasnolud machnął ręką i poszedł zwiedzić piwniczkę z piwem. Coran po chwili również zniknął, elfka podejrzewała, że czuje się nieswojo, nie obejrzawszy najpierw wszystkich kątów i dróg ucieczki z gospody.

Zbliżało się popołudnie. Wkrótce zaczęli schodzić się klienci gospody. Wraz z nimi napatoczyła się też grupa nieźle uzbrojonych mężczyzn. Jak weszli, obrzucili siedzące w rogu elfki, Imoen i Kivana badawczym spojrzeniem i zajęli jeden z sąsiednich stolików. Położyli nogi na stole i zawołali barmana. Wkrótce zaczęli głośno i chełpliwie opowiadać o swoich przygodach. Lenaia postawiłaby całą sumę pieniędzy, że większość była zmyślona. Po chwili elfka wstała, aby podejść do szynkarza. Gdy przechodziła obok mężczyzn, jeden z nich, wielki i owłosiony, trochę przypominający niedźwiedzia, nagle złapał ją za rękę i pociągnął w swoim kierunku, tak, że niemal się przewróciła.

„Już wychodzisz, słodziutka? Może usiądziesz z prawdziwymi mężczyznami, zamiast z tamtym chuderlakiem." Wskazał pogardliwie w kierunku Kivana.

„Zastanowię się." Odpowiedziała spokojnie, gdy odzyskała równowagę. Zmusiła się do krzywego uśmiechu. „Gdy będę potrzebowała towarzystwa, będę wiedziała gdzie was znaleźć." Spróbowała wyszarpnąć rękę z uścisku, ale olbrzym trzymał ją jak w imadle. Szarpnął znowu i elfka, chcąc, nie chcąc, wylądowała na jego kolanach, ku uciesze jego kompanów.

Nagle obok mężczyzny stanął Kivan.

„Zostaw ją." Powiedział cicho, z wyraźną groźbą w głosie. Lenaia potrząsnęła głową, wiedząc, że to było dokładnie to, na co liczyli mężczyźni. Było już jednak za późno. Olbrzym odepchnął elfkę, wstał i spojrzał z góry na Kivana. Był od niego co najmniej o pół metra wyższy.

„Właśnie popełniłeś życiowy błąd, ostrouchy szczurku." Warknął i wysunął rękę z zadziwiającą szybkością, jak na swoje rozmiary, by chwycić łowcę. Elf zrobił jednak błyskawiczny unik, ręka mężczyzny trafiła w próżnię, a on sam zachwiał się, co Kivan wykorzystał i popchnął napastnika, a ten stracił równowagę i zwalił się jak kłoda na sąsiedni stolik, przy którym siedziało dwóch marynarzy, rozbryzgując przy okazji kaszę ze skwarkami, którą jadł jeden z nich. Obaj marynarze zerwali się, jakby ukąsiły ich osy. Jednemu z nich po twarzy i wąsach spływały żałosne resztki posiłku. W kilka sekund w karczmie rozpętało się małe piekło. Kelnerka przezornie schowała się pod stolik, nie na długo jej to jednak pomogło, stolik odleciał kopnięty przez jednego z klientów i roztrzaskał się o przeciwległą ścianę. Jeden z towarzyszących olbrzymowi mężczyzn, łysy i ospowaty, rzucił się w kierunku Kivana, Lenaia jednak zdążyła wysunąć stopę i napastnik runął elfowi pod nogi, co Kivan wykorzystał i kopnął go z rozmachem w twarz, łamiąc mu nos i wybijając kilka zębów, które mężczyzna z jękiem wypluł na podłogę. Reszta mężczyzn ruszyła na pomoc towarzyszowi, jednak elf zniknął im z oczu w ogólnym kurzowisku i rozgardiaszu, jaki zapanował w gospodzie. Wszędzie słychać było krzyki, jęki i trzask łamanych mebli. Lenaia przepchała się jakimś cudem do pozostawionych przy stoliku towarzyszek, obie teraz stały uzbrojone w uratowane z sąsiedniego stołu butelki.

„Zmywamy się!" Krzyknęła. Zaczęły przepychać się w kierunku wyjścia, gdy drogę zatarasował im pokiereszowany przez Kivana łysy człowiek i zamachnął się na Lenaię trzymanym w dłoni nożem. Elfka uchyliła się, a nóż rozdarł jej lekką szatę. Mężczyzna nie zdołał jednak podnieść go ponownie, bo nagle strzała wbiła mu się w pierś, a on sam runął z hukiem na podłogę. Lenaia uniosła głowę i zobaczyła Corana, siedzącego swobodnie na belce wieńczącej powałę. Zamachał jej ręką, wskazując kierunek. Były już blisko wyjścia, w samą porę, żeby zobaczyć jak Yeslick, najwyraźniej wywołany z piwniczki z piwem przez odgłosy bijatyki, rozbija swój kufel na głowie jednego z klientów. Po chwili dołączyli do nich obaj elfowie i wszyscy wypadli z karczmy. Odbiegli kilka kroków i schowali się w jednym z sąsiadujących z karczmą zaułków. Większość z nich wyszła w miarę bez szwanku, jedynie Kivan lekko kulał i miał podrapaną i posiniaczoną twarz, a Yeslick ogromnego guza na czole.

„Wszystko w porządku?" Zapytała ich Lenaia.

Yeslick spojrzał na nią pochmurnym wzrokiem i następnie przeniósł uwagę na trzymane wciąż w dłoni resztki rozbitego kufla.

„Następnym razem, dziewczyno, jak będziesz planować porządną bijatykę, uprzedź mnie wcześniej, dobrze? Zaopatrzę się w lepszą broń na takie okazje, niż kufel dobrego ciemnego gorzkiego. Z drugiej strony ten zapijaczony oberżysta mógłby od razu serwować takie piwo, zamiast je kryć po piwnicach, a gości raczyć tymi żółtymi szczynami, które mają w barze."

Elfka tymczasem patrzyła na Kivana. Łowca zmieszał się.

„Nic mi nie jest." Burknął. „Parę sińców i tyle." Zawahał się. „Wybacz, mellonamin. Powinienem był przewidzieć, że ich zaczepki nie są przypadkowe."

Czarodziejka wzruszyła ramionami.

„Nie przepraszaj, jestem ci wdzięczna za pomoc. I, jakby nie patrząc, oni stracili trochę więcej, niż my."

„Więcej, niż im się wydaje. Powiedział wesoło Coran, wyciągając z kieszeni mały, skórzany mieszek.

„Co to?" Zapytała Imoen, prawie nie zauważając, że Yeslick zabrał jej z ręki trzymaną butelkę, obwąchał z zainteresowaniem korek, po czym wyciągnął go zębami i pociągnął spory łyk. Otarł usta z zadowoleniem.

„Dałbym sobie rękę uciąć, że zapłata za wyeliminowanie nas." Odpowiedział złodziejce Coran. „Pożyczyłem to z paska tego niedźwiedzia, co cię zaczepił, kochanie." Uśmiechnął się do Lenai. Imoen spojrzała na elfa z niedowierzaniem.

„Oni nas zaatakowali, a ty tymczasem kradłeś im pieniądze?"

„Poradziliście sobie całkiem nieźle. Zresztą miałem was na oku. Poza tym to godna rekompensata za odniesione... ee... straty moralne." Odpowiedział jej niczym niezrażony elf. „Tu jest prawie dwa tysiące sztuk złota."

„Dobrze wiedzieć, że cena za moją głowę poszła w górę." Mruknęła nieco gorzko Lenaia. „Dobra, chodźmy stąd, zanim sobie o nas przypomną w karczmie."

Wrócili do „Elfiej Pieśni". Nie zauważyli już, żeby ktoś ich śledził. Najwyraźniej szpiedzy nie spostrzegli ich wyjścia z karczmy albo raczej rozsądnie założyli, że nie mieli szans z grupą uzbrojonych po zęby ludzi. Powoli zbliżał się wieczór.

„Nie możemy iść wszyscy, skarbie." Powiedział do Lenai Coran, gdy usiedli, aby omówić plany nocnej eskapady do „Siedmiu Słońc". „Równie dobrze mogę się tam sam rozejrzeć."

Elfka potrząsnęła głową.

„Tam jest magia, w dodatku taka, której nie umiem rozpoznać. Potrzebujemy zaklęć, w tym też kapłańskich. Pójdziesz ty, Viconia i ja."

Jak na komendę reszta zaczęła protestować. Lenaia uniosła szczupłą dłoń, aby wszystkich uciszyć.

„Kivan, ty staniesz na warcie, pilnuj, aby nikt nas z zewnątrz nie zaskoczył. Staniesz niedaleko miejsca naszego wejścia. Ty, Imoen, nie widzisz w ciemnościach..."

„Mam hełm!" -Zaprotestowała żywo dziewczyna.

„...w którym, jak ostatnio dowodziłaś, i tak jesteś prawie ślepa, bo ogranicza ci pole widzenia." Dokończyła elfka. „Niewiele nam to pomoże, jak wpadniesz w ciemności na jakiś przedmiot i narobisz hałasu!"

Imoen zamilkła, wyraźnie nadąsana, nie miała już jednak żadnych argumentów.

„Będziesz pilnować głównego wejścia do budynku. Podobnie jak Yeslick, tylko ciebie, Yeslicku, słychać z kilometra, więc ani nie próbuj się ukrywać, ani nie podchodź zbyt blisko."

„Nie martw się, dziewczyno. Będę wystarczająco blisko, by wam pomóc w razie potrzeby. I będę pilnował wiewiórki, żeby nie narobiła głupot."

„Pilnuj lepiej swojej brody, opoju! Bo ci ją ktoś utnie, jak nie będziesz uważał." Odcięła się Imoen. Yeslick zaczerwienił się ze złości i z niepokojem chwycił swoją długą, jasną brodę.

„Nic ci do mojej brody!" Ryknął. „Tylko spróbuj, ty mała..."

„Przestańcie!" Jęknęła Lenaia, w jednej połowie rozbawiona, w drugiej zła. „Bo, słowo daję, przeniosę magicznie brodę z Yeslicka na Imoen. Będzie z ciebie powabna krasnoludka, siostro!" Dodała czarodziejka, nie racząc wspomnieć, że transmutacja pozostawała daleko poza zasięgiem jej umiejętności magicznych.

„Ruszamy o północy." Powiedziała po chwili, ale jej słowa nie przyciągnęły całej uwagi drużyny, bo Coran patrzył właśnie na Yeslicka, jakby odkrył wyjątkowo ciekawy okaz dawno wymarłego stworzenia.

„Powiedz mi, Yeslicku, jest jakaś szansa na to, że jesteś dziewką?" Zapytał z niewinnym wyrazem twarzy.

„Aż tak jesteś zdesperowany?" Odwarknął wciąż zły krasnolud.

„Pytam z ciekawości. Skoro wszyscy macie brody, musi być wam trudno odróżniać płci."

„Nie tak trudno, jak odróżniać elfy, jak przypuszczam."

„Załapałem." Roześmiał się ponownie złodziej.

Do wyjścia przygotowali się bardzo starannie. Lenaia zostawiła swoją podartą magiczną szatę, zadowalając się czarnymi, dopasowanymi spodniami i taką samą koszulą z długimi rękawami, przewiązaną w talii szerokim, magicznym pasem, który nabyła w „Czarodziejskich Rozmaitościach", do pasa przytoczyła pochwę z krótkim mieczem. Viconia miała na sobie swoje kapłańskie szaty, które zdołała zdobyć podczas ich wędrówki, więcej odsłaniające niż zasłaniające, zgodnie ze swoimi upodobaniami i nie zamierzała ich zmieniać. Coran również pozostał w swojej skórzanej, elastycznej zbroi, która pozwalała mu się bezszelestnie poruszać i nie krępowała ruchów. Z żalem zostawił jednak swój długi łuk, który na nic by mu się nie przydał w ciasnych pomieszczeniach, przewiesił jednak przez plecy pochwę z długim mieczem, który do tej pory nosił u pasa. Tak wyekwipowani ukradkiem wymknęli się z karczmy i ruszyli w stronę celu. Yeslick pewnym siebie krokiem, nie bacząc na spojrzenia strażników, pozostali przemykając się od budynku do budynku, od cienia do cienia. W ten sposób dotarli do celu. Yeslick ruszył przed siebie, aby usiąść przed karczmą, która znajdowała się niedaleko i wyciągnął butelkę zabranego z „Hełmu i płaszcza" wina. Imoen zajęła miejsce po przeciwnej stronie wejścia do „Siedmiu Słońc", schowana częściowo za gazonami z kwiatami. Kivan w swoich ciemnozielonych ubraniach wtopił się pomiędzy beczki na deszczówkę, które stały w rogu budynku. Reszta w cieniu okrążyła siedzibę konsorcjum. Coran gestem wskazał zauważone za dnia okienko, prowadzące najpewniej do piwnicy budynku. Było zamknięte drewnianymi okiennicami zabezpieczonymi łańcuchem i kłódką. Elf pochylił się nad nim i wyciągnął wytrych. Lenaia rozglądała się niespokojnie, wydawało się jednak, że ich działania pozostały niezauważone. Po chwili delikatny trzask oznajmił jej, że kłódka ustąpiła. Coran zdjął cicho łańcuch i lekko szarpnął okiennicę. Uchyliła się z delikatnym skrzypieniem. Wstrzymali oddech, jednak ze środka nie dobiegł ich żaden dźwięk. Viconia nachyliła się i spojrzała do wewnątrz piwniczki – jako mroczny elf potrafiła przestawić swój wzrok na widzenie w spektrum ciepła. Potrząsnęła głową, znak, że nikogo nie zauważyła w środku.

„Magazyn." Powiedziała bezgłośnie.

Coran kiwnął głową, jakby potwierdziła jego przypuszczenia i rozwarł okiennice tak, aby mogli się prześliznąć. Okno na szczęście otworzyło się bezgłośnie i jedno po drugim ostrożnie opuścili się do środka. Znaleźli się pomiędzy stosami pakunków, beczek, skrzyń i bel materiału. Niedaleko nich zamajaczyły niewielkie, drewniane drzwi. Coran wskazał je Lenaia, a elfka potrząsnęła głową, wstrzymując go.

„Widzisz coś?" Szepnęła do Viconii. Kapłanka przysunęła twarz do drewna.

„Dwoje rivvin jakieś dwadzieścia kroków od nas. Jeden leży na podłodze, drugi siedzi nieopodal. Nie palą światła."

Odczekali dłuższą chwilę, ale nie zmieniło to specjalnie ich sytuacji. Najwyraźniej dwoje ludzi nie zamierzało stamtąd odchodzić.

W końcu Lenaia zniecierpliwiła się i delikatnie nacisnęła klamkę drzwi. Wstrzymała oddech. Ustąpiły i otworzyły się z lekkim skrzypieniem. Czarodziejka momentalnie poczuła nieprzyjemne mrowienie obcej magii, które przyprawiło ją niemal o zawrót głowy. Nie było jednak czasu, aby się nad tym zastanawiać. Na dźwięk otwieranych drzwi oboje ludzi uniosło głowę. Jeden człowiek znajdował się w niewielkiej celi odgraniczonej kratami, leżąc na wyłożonej gdzieniegdzie słomą posadzce. Drugi, który teraz zerwał się, widząc wtargnięcie drużyny, znajdował się poza celą. To, co sprawiło jednak, że elfka zamarła ze zdziwienia, to fakt, że obaj mężczyźni, bo byli to mężczyźni, wyglądali tak samo. Obaj mieli taką samą, surową twarz otoczoną krótkimi brązowymi włosami, podobnego koloru brodę, przystrzyżoną zgodnie z najnowszą modą, tak samo wysoką sylwetkę i, co było najdziwniejsze, ubrani byli w identyczne, eleganckie szaty z najlepszego gatunku aksamitu. Lenaia szybko otrząsnęła się z szoku i zaśpiewała zaklęcie usypiające. Trafiło w człowieka poza celą, ku zaskoczeniu elfki nie odniosło jednak żadnego skutku. Obok niej stanął Coran, wyciągając cicho miecz. Mężczyzna nie czekał jednak i rzucił się do ataku, unosząc rękę. Nie miał żadnej broni, ale zanim elfka zdążyła zastanowić się nad sensownością jego ataku na uzbrojoną drużynę, błyskawiczny cios obcego trafił Corana, zanim ten zdążył się zastawić i elf poleciał pod przeciwległą ścianę, uderzając w nią boleśnie plecami. Po chwili podobne uderzenie sięgnęło Lenaię i choć czarodziejka zdołała instynktownie zasłonić się swoim mieczem, cios był tak silny, że runęła pięć kroków dalej, lądując na stosie leżących na podłodze pakunków. Broń trafiła jednak najwyraźniej w rękę napastnika, bo trójka przyjaciół usłyszała pełen bólu syk i ich przeciwnik zawahał się na chwilę. Nie na długo jednak, wszyscy zobaczyli, jak spręża się do ponownego skoku. Tymczasem Viconia skończyła modlitwę do swojej mrocznej bogini i rzuciła czar. Siła zaklęcia zatrzymała mężczyznę w pół skoku i nagle jego ruchy stały się powolne, jakby cały zanurzył się w gęstej galarecie. Widząc to, zarówno Lenaia jak i Coran zdołali podnieść się na nogi i oboje zaatakowali wroga. Ten zdołał jeszcze zwolnionym ruchem nadgarstka odbić krótki miecz czarodziejki, ale elf trafił go swoim długim ostrzem prosto w pierś. Mężczyzna zaskrzeczał dziwnym głosem i upadł na ziemię, nieruchomiejąc. I nagle, na oczach oszołomionych przyjaciół, zaczął się zmieniać. Po chwili patrzyli na bezkształtną postać o dziwnych, rozmazanych konturach, leżącą u ich stóp. Lenaia domyśliła się, czym był stwór, choć nigdy nie widziała podobnego na własne oczy.

„To sobowtórniak." Szepnęła, trącając go lekko nogą. Coran spojrzał na nią z niedowierzaniem.

„Słyszałem, że wynajęcie ich jest bardzo drogie."

„Cóż, najwyraźniej kogoś na to stać." Powiedziała stanowczo elfka. I nie trudno było im się domyślić, kogo. Nagle do ich uszu dobiegł cichy odgłos kroków dochodzący z wyższego piętra. Lenaia odwróciła się do człowieka siedzącego w celi.

„Kim jesteś?" Powiedziała ponaglającym tonem. Człowiek spojrzał na nią wzrokiem pełnym bólu. Dopiero teraz zauważyła ropiejące rany pod kajdanami, które miał na dłoniach.

„Nazywam się Jhasso. Jestem... byłem właścicielem ligi kupieckiej, zanim przejęły ją sobowtórniaki."

„Coran, dasz radę go wyciągnąć?" Szepnęła elfka do swojego towarzysza.

„Dla ciebie, skarbie, wszystko." Błysnął zębami w uśmiechu i wyciągnął wytrychy. Po chwili mężczyzna był wolny. Usłyszeli dźwięk klucza wsuwanego do zamka. Rzucili się w kierunku magazynu i okna, którym weszli. Tą samą drogą wydostali się na zewnątrz, niemal ciągnąc za sobą oswobodzonego więźnia. Za sobą usłyszeli krzyk pełen dzikiej złości. Przyspieszyli kroku. Po chwili dogoniła ich reszta drużyny.

„Co teraz?" Zapytała Imoen.

„Do 'Płomiennej Pięści'." Wydyszał za jej plecami Yeslick. Lenaia kiwnęła głową. Do kwartery rycerzy było blisko i wierzyła, że tam nikt nie będzie ich ścigał. Zdyszani stanęli przed strażnikami, którzy skrzyżowali przed nimi swoje halabardy, blokując im przejście.

„Chcemy się widzieć ze Scarem." Powiedziała stanowczo elfka.

„Jest środek nocy." Odpowiedział jej jeden ze strażników. „Komendant śpi."

Czarodziejka powoli zaczynała tracić cierpliwość.

„Obudź go więc." Warknęła. „Zapewniam cię, że twój komendant nie będzie zadowolony, gdy dowie się, że opóźniłeś otrzymanie przez niego niezwykle istotnych informacji."

Strażnik obrzucił ich wątpiącym spojrzeniem, najwyraźniej jednak doszedł do wniosku, że nie opłaca mu się dyskutować z dziwnie wyglądającą gromadą elfów i ludzi. Po chwili usłyszeli kroki i wyszedł im na spotkanie Scar. Był w pełnym rynsztunku bojowym, co powiedziało im, że z całą pewnością nie spał mimo późnej pory.

„Jhasso!" Krzyknął zdumiony na widok oswobodzonego przez nich człowieka, zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć.

„Scar, dzięki bogom! Wpuść nas! Ścigają nas sobowtórniaki!" Jęknął uwolniony mężczyzna.

Komendant z machnięciem ręki nakazał im wejść do środka. Rzucili za siebie spojrzenia, nie zauważyli jednak żadnego pościgu. Stwory najwyraźniej zrezygnowały, jak tylko wydostali się z ich siedziby.

„Co się, do Dziewięciu Piekieł, dzieje?" Zapytał Scar, jak tylko znaleźli się w środku.

„Sobowtórniaki przejęły kontrolę nad moim konsorcjum. Jeden z nich podszywał się pode mnie. Wydobył ze mnie wszystkie tajemnice..." Mężczyzna wyraźnie wzdrygnął się i zająknął. Lenaia nie dziwiła się, czytała o umiejętnościach, jakimi sobowtórniaki wdzierały się do umysłów swoich ofiar, żeby tym pewniej kopiować ich zachowania i zwyczaje. Na szczęście uważało się, że nie było ich wiele na Wybrzeżu Mieczy. O ile rzeczywiście można policzyć, ile ich jest naprawdę. - pomyślała elfka i tym razem to ona wzdrygnęła się z odrazą.

„Co się z nimi stało?" Zapytał Scar, tym razem kierując pytanie bezpośrednio do czarodziejki. Wzruszyła ramionami.

„Jednego zabiliśmy. Nie wiem, ilu ich tam jeszcze zostało. Teraz to twoje zmartwienie, komendancie."

Kiwnął głową.

„Dziękuję wam. Pozwólcie mi teraz zająć się moim przyjacielem. Przyjdźcie jutro, to otrzymacie nagrodę."