Wrócili do „Elfiej Pieśni", po drodze relacjonując reszcie przyjaciół ich spotkanie w piwniczce z sobowtórniakiem. Yeslick splunął.

„Ten szczur, Rieltar, już niżej nie mógł upaść. Tylko patrzeć, jak się z goblinami sprzymierzy." Powiedział.

„Albo wampirami." Dodała Lenaia. Ze wszystkich stworów mroku najbardziej nienawidziła nieumarłych. Stanowili zaprzeczenie wszystkiego, co było życiem, wszystkiego, co było w niej i elfie, i ludzkie.

„Daj spokój, siostro." Uśmiechnęła się Imoen na tę deklarację. „Nigdy nie widziałaś wampira."

„Widziałam." Zaprzeczyła ponuro elfka. Rudowłosa złodziejka spojrzała na nią zaskoczona.

„Kiedy? Nigdy mi nic nie mówiłaś." Dodała z wyrzutem w głosie.

„Dawno temu, w nadmorskiej jaskini na południe od Candlekeep. Gorion zabił wampira, który się tam ukrył. Nie chciałam cię straszyć."

Imoen prychnęła na tę deklarację. Jak mieszkała w Candlekeep uwielbiała mroczne opowieści. Nagle opadło ją nieprzyjemne uczucie, że te opowieści stały się lub wkrótce staną rzeczywistością. Skrzywiła się i nie powiedziała już nic więcej, a obserwująca ją badawczo Lenaia mogła czytać w niej jak w otwartej księdze.

„Wiesz, skarbie, o jedną rzecz chciałem cię zapytać." Wtrącił się nagle Coran.

„Tylko o jedną?" Elf roześmiał się jak zwykle na to pytanie.

„Jedną w tej chwili. Całkiem nieźle posługujesz się mieczem jak na maga. To normalne w waszym zakonie?"

Elfka nieco się zmieszała.

„Nie, Gorion po prostu uważał, że powinnyśmy umieć się bronić nie tylko magią."

„Naprawdę?"

„Jego dosłowne słowa brzmiały: „nie zaszkodzi", o ile dobrze pamiętam."

„A ty co uważałaś?"

„Jak miałam coś około dwunastu lat nastał Czas Niepokojów. Wtedy część bogów została wygnana ze swoich sfer i udała się do Pierwszej Sfery pod postacią awatarów. Wtedy też magia zaczęła zawodzić, magom nie wychodziły zaklęcia, albo, co gorsze, wychodziły na opak. Pamiętam, jak czułam się bezbronna, nie mogąc rzucić zaklęć, które wtedy umiałam. Wtedy też zaczęłam bardziej gorliwie przykładać się do rad Goriona."

„No i Hull był bardziej niż chętny, by cię uczyć, jak tylko urosły ci piersi." Dodała, puszczając oko, Imoen.

„Hull? Chłopak?" Zainteresował się Coran.

„Przyjaciel. Tylko przyjaciel."

Wrócili do „Elfiej Pieśni". Viconia wyleczyła sińce i stłuczenia, których dorobili się w walce z sobowtórniakiem. Lenaia myślała z lekkim drżeniem, co by było, gdyby stworów było tam więcej. Nagle poczuła się zupełnie bezbronna i zdecydowanie nie było to miłe uczucie. Potrzebowała albo lepszego ekwipunku, albo nauczyciela.

Następnego dnia wcześnie opuścili gospodę, chcąc jak najszybciej porozmawiać ze Scarem. Nie uszli kilku kroków, gdy podszedł do nich mężczyzna, który wyglądał, jakby przeżył już większość wiosen swojego życia. Był wysoki, lekko pochylony, miał długie siwe włosy, taką samą brodę i surową, pokrytą zmarszczkami twarz. Oczy jednak miał bystre, wesołe, zdradzające ponadprzeciętną inteligencję. Ruchy miał również żwawe, krok lekki, zaprzeczający wiekowi, który dźwigał na swoich barkach. Nosił długą, jaskrawą szatę i wysoki, szpiczasty kapelusz, który zapewne w innych okolicznościach wywołałby w drużynie wesołość. Spojrzenie wwiercił w Lenaię, a ona poczuła się, jakby sięgał głęboko w jej duszę, odczytując myśli. Nagle wydał jej się znajomy, jakby wspomnienie wypływające na wierzch czekało, żeby tylko je uchwycić.

„Witaj, dziecko." Powiedział niespodziewanie miłym, ciepłym głosem do elfki. „Zdumiewający to zbieg okoliczności, żeśmy się spotkali, zwłaszcza w tak wielkim i tłocznym mieście." Dodał, mrugnąwszy lekko. Elfka nagle zaczęła wątpić, czy to rzeczywiście był zbieg okoliczności.

„Kim jesteś?" Zapytała.

„Kim ja jestem? Ważniejsze jest pytanie, kim ty jesteś, dziecię. Wiele czasu minęło, od kiedy widziałem cię po raz ostatni. Mam nadzieję, że Gorion przygotował cię dobrze na to, co cię spotyka."

„Gorion?" Elfce zaschło w gardle. „Co wiesz o moim ojcu?"

„Był moim przyjacielem, choć kiedy wziął ciebie na wychowanie, więź się nieco rozluźniła. Nie, nie martw się." Dodał, widząc wyraz twarzy Lenai. „Nigdy nie żałował, że cię przygarnął. Uważał, że spokojne dzieciństwo pomoże przezwyciężyć ci wrodzone skłonności."

„Wrodzone skłonności?" Elfka nie mogła wymyślić żadnych rozsądnych słów, poza powtarzaniem słów starca.

„Masz w żyłach krew, głodną krew. Ufam, że starczy ci sił, by stawić czoła temu, co kryje się w tobie?"

„Powiedz jasno, co masz na myśli, starcze." Powiedziała nagle Viconia. „Mów albo odejdź, nie mamy bowiem czasu wysłuchiwać mamrotania głupca."

Przybysz spojrzał na nią i uśmiechnął się, nie wydając się ani trochę urażonym słowami kapłanki.

„Nawet w mroku można znaleźć wartościowych sojuszników." Skłonił głową w jej kierunku. „Nie przedstawiłem się. Jestem Elminster."

Imoen wciągnęła głośno powietrze.

„Elminster? TEN Elminster? Jeden z najpotężniejszych magów w Faerunie?"

„Potęga jest pojęciem względnym, dziecko." Po tych słowach odwrócił się z powrotem do Lenai, która tymczasem odzyskała zdolność rozumowania i marszczyła brwi, przeszukując pamięć.

„Widziałam cię wiele lat temu w Candlekeep." Westchnęła, gdy znalazła to, czego szukała. „Przybyłeś w odwiedziny do Goriona. Wyczarowałeś rój motyli z kapelusza, żeby odwrócić moją uwagę, a sam długo rozmawiałeś z moim ojcem. List... list, który ostrzegał Goriona przed niebezpieczeństwem był wysłany przez ciebie!"

„Tak... Boleję, że moje ostrzeżenie przyszło zbyt późno. Przykro mi z powodu brzemienia, które dźwigasz i to w tak młodym wieku. Teraz się pożegnam... życząc ci jak najlepiej."

„Poczekaj, proszę!" Niemal krzyknęła Lenaia. „Powiedz mi, błagam, co wiesz o moim pochodzeniu!"

Ale mag spojrzał na nią tylko, uśmiechnął się smutno i na oczach przyjaciół otworzył portal magiczny, przez który przeszedł. Wymiarowe drzwi niemal natychmiast się za nim zamknęły, pozostawiając elfkę z jeszcze większym zamętem w głowie i kolejnymi pytaniami bez odpowiedzi.

„Dziwnych ludzi przyciągasz do siebie, dziewczyno." Mruknął Yeslick, zupełnie nie zauważając ironii ukrytej w tym stwierdzeniu. Lenaia nie odpowiedziała, pogrążona w myślach. Znowu miała niemiłe wrażenie, że odpowiedzi na wiele pytań, jeśli w ogóle je znajdzie, wcale jej się nie spodobają.

Scar wypłacił im obiecaną nagrodę. I poprosił o jeszcze jedną przysługę, zanim książę Eltan udzieli im audiencji. Przełknęli złośliwą odpowiedź, słusznie sądząc, że i tak nie mają większego wyboru niż współpraca z Płonącą Pięścią. Tym razem dostali zadanie zbadania nagłych zniknięć ludzi we wschodniej części miasta. Zaginęło kilkoro ludzi, zarówno mężczyzn jak i kobiet. Wyszli z domu i wszelki słuch o nich zaginął. Byli to zwyczajni ludzie, jakich na ulicach pełno i jedna szlachcianka. Lenaia pomyślała gorzko, że gdyby nie owa szlachcianka, to pewnie nikt by się nawet nad sprawą nie zastanowił. Po chwili potrząsnęła głową, zażenowana swoim szybkim osądem. Może nie był błędny, Gorion nauczył ją jednak, jak nie dać się skusić szybką i wygodną oceną, a patrzeć głębiej i dalej. Na razie nie miała żadnych informacji.

„Co robimy z tym?" Zapytał elfkę Yeslick, gdy wyszli z kwatery strażników.

Wzruszyła ramionami.

„Popytajmy. Na przykład w „Elfiej Pieśni". Może karczmarz coś wie."

Nie wiedział. Coran, który z nim rozmawiał, wrócił i pokręcił głową.

„Słyszał, że zginęło kilka osób. Nic poza tym."

„Myślisz, że powinniśmy szukać w innych karczmach?" Zapytała elfa Imoen.

„Nie sądzę. Kto jak kto, ale Vincenzo jest zwykle najbardziej poinformowaną osobą, jaką znam. Może poza przywódcą Gildii Złodziei."

„Gildii Złodziei?"

„No wiesz, mała. Gildia, która zrzesza kieszonkowców, handlarzy czarnym lotosem i innymi przyjemnościami, skrytobójców..." Skrzywił się. „I bardzo nie lubią niezależnych przedsiębiorców, jeśli rozumiesz, co mam na myśli."

Lenaia spojrzała uważnie na swojego kochanka.

„Myślisz, że warto będzie ich zapytać?"

Znowu pokręcił głową.

„Jedynie w ostateczności. Ich pomoc by kosztowała nas więcej niż złoto, obawiam się." Spojrzał uważnie na czarodziejkę. „A magia nie może nam pomóc?"

Zamyśliła się i po chwili na jej twarzy pojawił się wyraz rezygnacji.

„Ja nie znam takich czarów, a proste czary lokalizacyjne rzucali już magowie pracujący dla Płomiennej Pięści. Musimy chyba zrobić to w bardziej tradycyjny sposób."

„Co masz na myśli?"

„Nie wiem, może patrole? Będziemy przechadzać się po wschodnim mieście i mieć oczy otwarte?"

Elf pokiwał głową.

„Popytam jeszcze swoje stare kontakty, może się czegoś dowiem." Uśmiechnął się do Lenai, wstał i wyszedł z karczmy.

„Ja muszę iść do 'Czarodziejskich Rozmaitości'." Powiedziała elfka do reszty. „Imoen pójdzie ze mną. Spotkamy się tu znowu wieczorem i ustalimy warty."

Tak zrobiły. Elfka i jej siostra udały się do sklepu z magicznymi przedmiotami, który prowadził mag, Halbazzer Drin, u którego elfka wcześniej nabyła magiczny pas zwiększający ochronę przed bronią. Zostawiła u niego swoją zniszczoną szatę magiczną, którą mag obiecał naprawić za odpowiednią opłatą i nabyła kilka zwojów z czarami, których nie znała wcześniej. Do tego zaopatrzyła się w magiczne strzały dla obu elfów i kilka mikstur leczących. Gdy przeglądała różne eliksiry jej uwagę przykuł lekko zakurzony regał w tylnej części sklepu. Na półkach znajdowały się zawinięte ciasno, zapieczętowane lakiem zwoje.

„Co to?" Zapytała prowadzącego sklep maga.

„Kapłańskie zwoje ochronne." Odpowiedział z uśmiechem.

„A przed czym chronią?"

„Przed wszystkim." Mrugnął do niej. Podszedł do półki i wyciągnął zwinięty pergamin. Lenaia poczuła wibrację magii wokół niego.

„Ten zapewnia całkowitą ochronę przed ogniem. A ten sprawi, że będziesz niepodatna na jakąkolwiek truciznę." Mag wyciągnął kolejne. „Ten uczyni cię niewidzialną dla nieumarłych oczu. A ten... ten jest najcenniejszy. Sprawia, że przez dwie godziny nie będzie się ciebie imała żadna magia. Niestety oznacza to też, że nie będziesz mogła rzucać zaklęć. Wspaniała rzecz dla wojownika, walczącego z magiem lub kapłanem..."

Lenaia w myślach przeliczyła pozostałe pieniądze. Wystarczyło. Kupiła zwój ochrony przed magią. Miała dziwne przeczucie, że wkrótce się przyda.

Wróciły do karczmy, a elfka następne kilka godzin poświęciła na anazlizowanie nowo zakupionych czarów. Gdy wieczorem zeszła do wspólnej sali karczmarz przywołał ją skinieniem ręki.

„Był tu mag. Ramazith. Prosił, aby ci przekazać, że ma zadanie dla grupy, która współpracuje z Płonącą Pięścią. Oczekuje na wasze przybycie w swojej wieży, w północnej części miasta, za Pałacem Książęcym. Dodał coś o wysokiej nagrodzie."

„A mówił, czego chce?"

Karczmarz pokręcił głową. Elfka podziękowała i dołączyła do towarzyszy, którzy czekali już na nią, jedząc kolację.

„Jakiś mag ma dla nas zadanie." Powiedziała do towarzyszy.

„Nasza sława rośnie." Zauważył z uśmiechem Coran. „Dobrze, należy dbać o reputację."

Yeslick prychnął na te słowa.

„I kto to mówi. Poza tym nie należy ufać magom."

„Serio?" Lenaia uśmiechnęła się do krasnoluda szeroko.

„Nie bierz tego do siebie, dziewczyno. Większość magów to aroganckie durnie, którzy uważają, że ich cel warty jest poświęcenia wszystkich wokół. I zwykle płonie wtedy pół miasta albo przywołany przez nich demon zjada wszystkich tych, którzy nie uciekają zbyt szybko. Nie ufaj magom, mówię ci. Wystarczy, że się odwrócisz, a jesteś żabą albo z brzucha wyrasta ci dodatkowa noga. W najlepszym wypadku."

„Złe doświadczenia?" Zapytała nieco złośliwie Imoen. Krasnolud obrzucił ją ponurym wzrokiem, który już nauczyli się rozpoznawać.

„Żyję na tym świecie już ponad dwieście lat, dziecko. Wiem, do czego zdolni są ci, którzy uważają, że ich intelekt, pochodzenie czy bogactwo upoważnia ich do decydowania o losie innych. Arogancja i pycha mają swoje różne źródła, ale nieodmiennie ten sam efekt: cierpienie niewinnych. Jeśli kiedykolwiek uwierzysz, że masz władzę nad inną myśląca istotą, to tak samo jesteś zgubiona."

Gdy krasnolud skończył swój krótki wywód, wszyscy spoglądali na niego w oszołomieniu. Zauważył ich wzrok i parsknął:

„Myśleliście, że tylko w piciu jestem dobry? Na Clangeddina, jestem w końcu kapłanem. Do tego trzeba mieć trochę rozumu."

„Kto by pomyślał, krasnolud filozof." Roześmiał się Coran.

„Nic nie wiesz o krasnoludach, elfie. Powiem ci więc, że twoje mizdrzenie się nie przyniosłoby ci chwały pośród mojego ludu."

„Mam nadzieję, że to nie przez brak brody." Elf potarł dłonią gładki policzek.

„Phi. To twoje zachowanie oceniam, nie twój wygląd."

„Po prostu jestem młody. Uwielbiam być młody." Coran uśmiechnął się szeroko i mrugnął do Lenai, która spojrzała na niego z niedowierzaniem. Elf miał prawie tyle samo lat, co krasnolud. Choć w kontekście tysiąca lat, bo tyle mogły żyć elfy, nie było to dużo. Czarodziejka wedle tej rachuby była jeszcze praktycznie dzieckiem, choć zdecydowanie nie czuła się jak dziecko.

„Proponuję, abyśmy w parach patrolowali wschodnią część miasta." Powiedziała głośno.

„Ale w nocy." Dodał Coran. „Pytałem trochę. Ludzie słyszeli o zniknięciach, ale niczego konkretnego. Poza tym, że dochodziło do nich w nocy lub wczesnym rankiem, kiedy mało kto chodzi po ulicach. Zresztą wiecie, jak jest. Dopóki komuś nie zwiną dzieciaka sprzed domu, to mało kogo obchodzi los sąsiada."

„Dobrze. Yeslick i Imoen wezmą pierwszą zmianę, Viconia i ja drugą, a Kivan i Coran ostatnią."

Tak zrobili. Krasnolud i złodziejka przygotowali się do wyjścia i wkrótce wyruszyli na ulice miasta, podczas gdy reszta udała się na spoczynek. Lenaia zdjęła ekwipunek i usiadła na łóżku. Wkrótce dołączył do niej Coran.

„O czym myślisz?" Zapytał z uśmiechem.

„Jaki jest Suldanesselar?" Odpowiedziała pytaniem na pytanie. Elf spojrzał na nią badawczo. „Nigdy nie widziałam elfiego miasta." Dodała, jakby nieco się usprawiedliwiając.

„Chciałbym cię kiedyś do niego zabrać." Odpowiedział poważnie. „A tymczasem mogę ci je pokazać."

„Pokazać?" Elfka otworzyła szerzej oczy.

„Podczas medytacji. Ułóż się wygodnie."

Lenaia oparła się o ścianę i zamknęła oczy. Czuła jak elf przysunął się do niej i wziął jej dłoń w swoją. Czuła bijące od niego ciepło i skupiła się na tym odczuciu, pozwalając swoim myślom leniwie błądzić wokół niego. Nagle poczuła podmuch wiatru na twarzy. Otworzyła gwałtownie oczy. Zniknęła ciasna izba w gospodzie, proste meble i wąskie łóżko, które dzielili. Przed nimi rozpościerał się widok, który elfce zaparł dech w piersiach. Potężne, smukłe drzewa wznosiły się ku chmurom, a spomiędzy ich delikatnych, jasnych liści przedzierały się subtelne, migoczące promienie zachodzącego słońca. Jasna kora drzew była poprzetykana drobnymi żyłkami, a Lenaia mogłaby przysiąc, że czuje w nich żyjące, bijące tętno lasu. Pomiędzy drzewami, na znacznej wysokości znajdowały się mosty łączące spoczywające na gałęziach platformy, stanowiące place i podpory pięknych, delikatnie zbudowanych domów. Każdy z nich był prawdziwym dziełem sztuki, wplecionym w las, idealnie z nim współgrający w pełnej harmonii. Balkony domów ozdobione były misternymi krużgankami błyszczącymi w lekkim półmroku, który panował. Elfka rozejrzała się wokół. Obok niej stał Coran, uśmiechając się tajemniczo, a oboje znajdowali się na jednym z takich placów. Lenaia zerknęła w dół, ale nie zobaczyła leśnego runa, bowiem spowijała je lekka mgła. Tu i ówdzie świeciły się latarnie, jednak nie płonął w nich ogień, a rodzaj magicznego, nieznanego elfce światła.

„A więc tak wygląda Suldanesselar. Jest tu pięknie." Szepnęła.

„Tak wygląda Suldanesselar, jaki pamiętam." Poprawił ją Coran.

„Czemu nie ma w nim mieszkańców?"

Elf wzruszył ramionami.

„Bo w tej chwili nie chciałem ich pamiętać. Chodź ze mną." Ponownie ujął ją za rękę i poprowadził wzdłuż jednego z wiszących między drzewami mostów. Lenaia czuła silną, choć lekką konstrukcję pod stopami, kołyszącą się ledwo zauważalnie na wieczornym wietrze, który niósł ze sobą przyprawiający o zawrót głowy zapach lasu. Wkrótce stanęli przed największą budowlą znajdującą się w centrum miasta. Dostępu do niej broniły dwie potężne bramy zbudowane z błyszczącego, delikatnego metalu. Budynek o równie lekkiej konstrukcji jak inne mimo swej wielkości był niezwykle piękny. Wokół strzelistych okien wiły się pnącza o ciężkich, białych kwiatach. Na frontowych drzwiach również wyrzeźbione były kwiaty ozdobione błyszczącymi, delikatnymi klejnotami. Nad całością unosiła się korona olbrzymiego drzewa o ciemnozielonych, drobnych liściach, którego pień najwyraźniej rósł w centrum budynku.

„To pałac." Wyjaśnił Coran. „Należący do władczyni miasta, królowej Ellesime. Nad nim góruje Drzewo Życia."

„Drzewo Życia?"

„Magiczny byt, stanowiący o więzi mieszkańców miasta ze Splotem."

„Czemu odszedłeś?"

„Bo piękno to nie wszystko. Nie ma tu szybkiego wiru życia, nie ma zmian wynikających z ciągłej tęsknoty za lepszą przyszłością. Jest za to tęsknota za tym co było, pełna żalu i goryczy na rzeczy, których zmienić nie można. Elfy nie balansują na krawędzi, nie żyją każdym dniem, mając świadomość kruchości swojego istnienia, jak inne rasy". Wzruszył ramionami. „Jeśli miałbym szukać najlepszego określenia, to powiedziałbym, że pochłonęła je nuda."

„Myślisz, że jesteś sprawiedliwy w swojej ocenie? Jest wiele elfów, które nie pasują do twojego opisu." Zauważyła Lenaia. Coran kiwnął głową.

„I oby było ich jak najwięcej. Ale nie znajdziesz ich w Suldanesselarze."

„Myślę, że mógłbyś się zdziwić."

„Może kiedyś się przekonam." Uśmiechnął się, po czym spojrzał na elfkę, pochylił się i pocałował ją mocno. „Musisz wracać." Powiedział krótko, a ona otworzyła oczy. Siedziała na wąskim łóżku w gospodzie, a obok leżał Coran z zamkniętymi oczyma, oddychając równo, pogrążony w medytacji. Rzut oka przez okno powiedział jej, że jest koło północy. Wstała, zabrała swój ekwipunek i zeszła na dół. Viconia już na nią czekała. Po chwili do gospody wrócili Yeslick i Imoen. Oboje kręcili głowami.

„Nic. Poza awanturującymi się pijakami, parzącymi się w zaułkach kotami i czasem ludźmi, nie widzieliśmy niczego ciekawego." Powiedział krasnolud. Imoen ziewnęła szeroko.

„Powodzenia." Powiedziała do elfek.

Wyszły na ulicę. Nie było ciemno, zwłaszcza dla przedstawicielek ras widzących w ciemnościach. Ruszyły przed siebie. Szły lekko i cicho jak koty, słyszane tylko przez nielicznych. Dwa podobne do siebie cienie w rzucanym przez uliczne latarnie świetle. Lenaia spojrzała przelotnie na Viconię. Kapłanka marszczyła nos z wyrazem obrzydzenia na twarzy.

„Viconio? Coś się stało?"

„Mierzi mnie ten smród zbiorowiska rivvin."

Czarodziejka pomyślała przez chwilę o elfim mieście, które pokazał jej we śnie Coran.

„Opowiesz mi o Menzoberranzan?"

„Dlaczego chcesz o tym słuchać?" Drowka zmrużyła swoje oczy w podejrzliwym spojrzeniu.

„Jestem ciekawa." Lenaia wzruszyła ramionami. Viconia przyglądała jej się przez chwilę.

„To jedno z najpiękniejszych miast Podmroku." Powiedziała w końcu, odwracając wzrok. „Położone w rozległej jaskini, której końca nie widać, gdy stoisz przy jednym z wejść do miasta. Od góry jaskini nad miastem spływają majestatyczne stalaktyty, których końce dotykają dachów niektórych potężniejszych domów. Nad miastem góruje Tier Breche, płaskowyż, na którym znajduje się Świątynia Lolth, Arach-Tinilith, Sorcere, szkoła magów i Malee-Magthere, szkoła wojowników. W centrum miasta wznosi się Narbondel, obelisk mieniący się kolorami w spektrum ciepła stanowiący zegar w mieście, gdzie nie pada blask waszych gwiazd i słońca." W miarę jak drowka mówiła, w jej głosie słychać było coraz większą tęsknotę. „Poza miastem napotkasz błyszczącą taflę podziemnego jeziora Donigarten, którego czarnych wód nie burzy nawet najmniejszy podmuch wiatru. Módl się do swojej bogini, abbil, abyś nigdy nie ujrzała jego piękna."

„Dlaczego tak mówisz?"

„Bo to byłby ostatni pejzaż, jaki widziałyby twoje oczy. Nie ma w Menzoberranzan innych naziemców niż niewolnicy. A ich życie zwykle jest pełne bólu i nieodmiennie kończy się śmiercią z dala od waszej ukochanej powierzchni."

„Chciałabyś tam wrócić?"

„Nie widzę sensu w rozważaniu tego, co nie może się wydarzyć." Odpowiedziała ostro kapłanka.

„Myślisz, że twoja rodzina jeszcze żyje?"

„Nie mam już rodziny." Warknęła Viconia. „I nie obchodzi mnie, co stało się z głupcami, którzy kiedyś nią byli. Mam tylko nadzieję, że ich upadek był długi i bolesny."

Zapadło długie milczenie. Szły ulicami, a szczury umykały spod ich nóg. Czasem Lenaia kątem oka rejestrowała jakiś ruch w zaułku, najwyraźniej jednak obecność mrocznej elfki powstrzymywała potencjalnych agresorów. Ponura opinia, jaką się zasłużenie cieszyły drowy, sprzyjała im teraz. Czarodziejka przyglądała się ukradkiem kapłance i pierwszy raz uderzyło ją, jak bardzo są do siebie podobne z wyglądu. Tylko kolory były inne. Drowka miała ciemną skórę, srebrzyste włosy i takie same brwi oraz szkarłatne oczy, podczas gdy skóra elfki była jasna, prawie biała, włosy czarne, a oczy niebieskie. Lenaia wielokrotnie zastanawiała się nad swoim pochodzeniem i doszła kiedyś do wniosku, że musi należeć do księżycowych elfów, które swoje siedziby miały daleko na północny zachód od Candlekeep. Nie była jednak tego pewna, bo jej skóra nie miała błękitnego odcienia, jaki jest typowy dla przedstawicieli tej podrasy, a oczy pozbawione były złocistej otoczki wokół tęczówek. Viconia zauważyła spojrzenie czarodziejki i powiedziała nagle:

„Czemu mi się tak przyglądasz, abbil? Czyżbyś szukała we mnie tego, czego nie znajdujesz w ramionach swojego jaluka?"

„Nic z tych rzeczy!" Elfka zarumieniła się gwałtownie. Viconia ponownie zmrużyła oczy.

„Ciesz się, jalil. Bo nie znalazłabyś niczego. Nawiasem mówiąc, dziwię się, że bratasz się z tym darthiir. Nie jest warty twojego zainteresowania."

„Jak przypuszczam, wedle twojej opinii, tylko drow byłby go warty." Parsknęła Lenaia.

„Jeśli byłby wpływowy i potężny." Zgodziła się uprzejmie kapłanka.

„Daj znać, jak jakiegoś zauważysz." Powiedziała sarkastycznie elfka. „Viconio..." Dodała po chwili poważnym tonem. „Nauczysz mnie języka drowów?"

Kapłanka obrzuciła ją długim, badawczym spojrzeniem, po czym ku zdumieniu czarodziejki kiwnęła głową.

„Jeśli sobie tego życzysz. Może na początek powinnaś zapamiętać słowa: 'Lil waela lueth waela ragar brorna lueth wund nind, kyorlin elghinn.' Znaczy to: 'Głupi i nieostrożny znajdzie wiele niespodzianek, a wśród nich czekającą śmierć.'"

Elfka roześmiała się głośno.

„To kolejna rada, przyjaciółko?"

„Interpretuj ją, jak chcesz, Lenaia."

Ruszyły dalej. Wkrótce dobiegł czas ich warty i obie kobiety wróciły do gospody. Obaj elfowie czekali już na nie.

„Żadnych niespodzianek?" Zapytał Coran.

Czarodziejka pokręciła głową.

„Powodzenia." Uśmiechnęła się do elfów. Również odpowiedzieli uśmiechem, po czym naciągnęli kaptury swoich ciemnych płaszczy nisko na twarze i wyszli z gospody.

Również nie mieli szczęścia. Wrócili wraz z pierwszymi promieniami słońca. Ich śledztwo musiało poczekać do kolejnej nocy.