26 Flamerule, 1369

Wrota Baldura

Przez następny tydzień nie mając nic specjalnego do roboty w ciągu dnia załatwialiśmy różne sprawy różnych ludzi, zyskując trochę złota, kilkoro przyjaciół i niestety jeszcze więcej wrogów. Wieczorami kontemplowaliśmy miejskie życie przy winie w karczmie, nocami chodziliśmy na patrole i ogólnie czas upływał nam całkiem przyjemnie, mimo że nie posunęliśmy się ani trochę w naszym śledztwie. Nikt nie nastawał na nasze życie, co było miłą, choć nieco niespodziewaną odmianą. Podreperowaliśmy nasze fundusze, a zlecenia, które wykonaliśmy kosztowały nas jedynie kilka zadrapań i zwichniętą kostkę Yeslicka, którą zresztą krasnolud szybko wyleczył dwoma zaklęciami, dniem odpoczynku i, standardowo, beczułką piwa. Halbazzer Drin w tym czasie naprawił moją magiczną szatę, wplatając misternie w jej materiał włosy, które dostałam w prezencie od uratowanej w trakcie jednej z misji nimfy, a które, jak się okazało, miały bardzo silne magiczne właściwości. W końcu jednak brak postępów w kwestii zasadniczej, czyli naszych działań przeciwko Żelaznemu Tronowi, zaczął nam doskwierać. Zaczęliśmy na poważnie rozważać zwrócenie się o pomoc do Gildii Złodziei, bowiem Coran uważał, że oni, jak nikt w mieście, znali jego wszystkie mroczne tajemnice. Wreszcie w akcie desperacji uzgodniliśmy spotkanie z jednym z kolegów Corana po fachu, co do którego miał on pewność, że zna kogo trzeba. W ten sposób zaskakująco i szybko znaleźliśmy się przed obliczem samego Alatosa, mistrza gildii we Wrotach Baldura. To nagłe zaufanie złodziei do naszej drużyny wzbudziło we mnie pewien niepokój, nie mogłam bowiem zrozumieć, czy tak bardzo nasza reputacja przysporzyła nam sympatię gildii, czy uznano nas za tak mało groźnych i nieznaczących. Jakby się dobrze zastanowić, żadna z tych opcji nie była zbyt pocieszająca. A może (i tej wersji się trzymajmy) po prostu znaleźliśmy się we właściwym miejscu i o właściwym czasie. Alatos potrzebował akurat grupy ludzi do załatwienia pewnej drobnej robótki. Na moje pytanie, czemu nie może wysłać któregoś ze swoich ludzi, odpowiedział wyczerpująco, kłamiąc oczywiście jak z nut. Ale taka była jego cena za istotne dla nas informacje, więc chcąc, nie chcąc, zgodziliśmy się na ten układ, mając złudną nadzieję, że nie wkładamy sobie właśnie z uśmiechem pętli na nasze szyje. Układ przewidywał, że w ciągu kolejnych trzech dni dostarczymy do gildii kilka przedmiotów będących w posiadaniu niejakiego Oberona, szlachcica mającego posiadłość w centralnej części Wrót Baldura. Robota wydawała się łatwa, tak przynajmniej dowodził Coran, a miał on w tej kwestii znacznie większe doświadczenie niż ktokolwiek z pozostałych. Co prawda myśl o kradzieży pozostawiała gorzki smak w moich ustach i nawet potrzeba usprawiedliwienia tego wyższym dobrem nie stanowiła specjalnego pocieszenia, weszliśmy jednak w to zbyt głęboko, aby teraz się wycofać. Skłamałabym jednak, gdybym twierdziła, że pomysł zrobienia czegoś nieprawego nie budził we mnie choć odrobiny satysfakcji i dreszczyku emocji, któremu na chwilę udało się nawet przezwyciężyć wstyd, gdy zadawałam sobie pytanie, co by o mnie w tej chwili pomyślał Gorion. Cóż ojcze, gdybyś zawczasu powiedział mi, o co w tym wszystkim chodzi, nie musiałabym szukać na własną rękę. Wracając do zleconego zadania, to niestety, uczciwie mówiąc, większość z nas niespecjalnie się do niego nadawała, w związku z tym podjął się go Coran, zabierając do towarzystwa Imoen. Wyruszyli oboje około północy, gdy ruch na ulicach zamierał, a w zaułkach było wiele cieni, dających złodziejom schronienie przed niepożądanym wzrokiem. Nie przewidziałam jedynie, ile niespokojnych godzin przyjdzie mi czekać na zakończenie tej misji. Przemierzałam nasz niewielki pokoik, nie mogąc sobie znaleźć miejsca i zastanawiałam się nad niebezpieczeństwami, jakie mogą ich czekać w posiadłości szlachcica. W końcu, nie mogąc już dłużej wysiedzieć w zamkniętym pokoju, wyszłam z gospody, odetchnąć ciężkim, dusznym, morskim powietrzem. Zanim przyszło mi do głowy, jak niemądrze jest samej się włóczyć w nocy po mieście, gdy tyle osób chce mojej śmierci, maszerowałam spokojnie w stronę doków, aż wkrótce przed moimi oczyma ukazała się ciemna tafla wody i chwiejące się w porcie maszty statków. Z pobliskiej tawerny dobiegał głośny śmiech i muzyka bębnów, a przez niczym niezasłonięte okna widać było roznegliżowane tancerki poruszające zmysłowo biodrami w rytm dźwięków. Ruszyłam przed siebie zamyślona, gdy nagle czyjaś ręka złapała mnie za skraj szaty, niemal przewracając mnie na ziemię. W cieniu, wśród rozbitych skrzyń i leżących szmat siedział człowiek, którego nie zauważyłam wcześniej. Nie potrafiłam ocenić jego wieku, bo pobrużdżona zmarszczkami twarz, siwe włosy i przygięty do ziemi kark mogły należeć zarówno do człowieka w średnim wieku, jak i starca. Odwrócił twarz w moim kierunku i wtedy zauważyłam bielmo pokrywające jego źrenice. Wyciągnął w moim kierunku trzęsącą się rękę, która nie sprawiała teraz wrażenia zbyt silnej.

Widzę cię." Wycharczał przez bezzębne usta. „Idziesz wśród mroku, a za tobą podąża chaos. Znam strach, przed którym uciekasz"

Cóż ty możesz wiedzieć o mnie, obłąkany starcze." Zapytałam, siłą woli powstrzymując się od ucieczki. Czułam magiczną aurę otaczającą tego człowieka, widać było jednak, że jego umysł już dawno go opuścił. Los wielu magów, którzy igrają z mocą silniejszą od nich samych.

Są miasta pod miastami, sny w głębi innych snów, a przeszłość leży zagrzebana pod doświadczeniami teraźniejszości. Musisz przemierzyć ciemność, żeby odnaleźć światło. Jeśli podołasz... Znam strach, przed którym uciekasz. Krew z twojej krwi, dusza z twojej duszy, nawet ciało..."

Ręka człowieka opadła, a on sam zaczął kiwać się w przód i w tył, mamrocąc słowa, których nie byłam już w stanie zrozumieć. Odwróciłam się i szybkim krokiem ruszyłam w kierunku naszej gospody.

Gdy Lenaia weszła do gospody od razu zorientowała się, że Imoen i Coran również wrócili z nocnej eskapady. Z bijącym sercem wbiegła na piętro, gdzie mieściły się ich pokoje. Z jej pokoju, który dzieliła z elfem, dobiegały głosy. Gdy do niego weszła, cała drużyna siedziała w środku.

„Co ci strzeliło do głowy, dziewczyno, żeby się samej pętać w nocy po Wrotach Baldura?" Warknął na nią Yeslick.

„Dobrze, że karczmarz widział, jak wychodzisz, bo byś nam napędziła strachu, siostrzyczko." Dodała Imoen.

Elfka uniosła obie ręce w obronnym geście.

„W porządku, macie rację! Powiedzcie lepiej, jak wam poszło."

„Mamy, co trzeba." Odpowiedział z uśmiechem Coran, wskazując niewielki worek leżący obok niego na łóżku.

„Bez problemów?"

„No tego to bym nie powiedział..." Na twarzy elfa odbiło się tak rzadko widziane zakłopotanie.

Czarodziejka obrzuciła go zaniepokojonym spojrzeniem, po czym przeniosła wzrok na siostrę.

„Imoen?"

„Nooo... do posiadłości dostaliśmy się bez problemów. Bez problemów też zlokalizowaliśmy położenie skrytki, w której Oberon trzymał cenne rzeczy. Okazało się jednak, że skrytka jest zabezpieczona magiczną pułapką. Coran został więc na miejscu, a ja wróciłam do ciebie, choć nie byłam pewna, czy umiesz sobie radzić z magicznymi zamkami. Ciebie jednak nie było, oberżysta powiedział, że wyszłaś, więc obudziłam Viconię i razem wróciłyśmy do posiadłości Oberona. Tylko że Coran w międzyczasie najwyraźniej się zniecierpliwił i postanowił otworzyć skrytkę samemu. W efekcie znalazłyśmy go leżącego bez ruchu na podłodze." Imoen przerwała na chwilę, aby złapać oddech, co Lenaia wykorzystała, by rzucić Coranowi spojrzenie pełne wyrzutu, a elf miał w sobie wystarczająco przyzwoitości, aby zrobić skruszoną minę. „Viconia na szczęście potrafiła zdjąć klątwę paraliżu, otworzyła też skrytkę, więc wzięliśmy co trzeba i parę jeszcze innych rzeczy, i wróciliśmy."

„Parę innych rzeczy?"

„Noo... pieniądze, błyskotki, takie tam..." Imoen skuliła się pod spojrzeniem siostry. „Ejj, nie patrz tak na mnie, to był jego pomysł."

„Dobra, dzieci, mnie chyba nie potrzebujecie." Mruknął Yeslick i poszedł w kierunku swojego pokoju, ziewając ostentacyjnie. Kivan i Viconia ruszyli jego śladem. Imoen skorzystała z okazji i umknęła za nimi, zatrzymała się jednak w drzwiach i powiedziała:

„Wiesz Len, jak chcesz, to naprawdę potrafisz być straszna." Po czym umknęła, zanim elfka zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Lenaia odwróciła się więc w kierunku Corana. Skruszona mina już dawno zniknęła z jego twarzy i na jego ustach ponownie gościł typowy dla niego uśmiech.

„Mów co chcesz, skarbie, ale to były udane łowy." Mruknął zadowolony.

„Jak mogłeś być tak nieostroż..." Nie zdołała dokończyć, bo elf nagle przyciągnął ją do siebie i zaczął całować.

„P...przestań." Odepchnęła go i wciągnęła głęboko powietrze. Nie odsunął się jednak, tylko lewą ręką objął ją w talii, a prawą położył na jej odsłoniętym udzie.

„Martwiłam się o was." Szepnęła Lenaia. „A ty..." Słowa przeszły w cichy jęk, gdy Coran spokojnym, stanowczym ruchem przesunął prawą dłoń wyżej i przeniósł swój ciężar, przygniatając sobą elfkę.

„Nie wybaczę ci, jak zginiesz." Zdołała jeszcze powiedzieć. Uśmiechnął się triumfująco.

Nazajutrz z samego rana udali się do Alatosa. Mistrz Gildii pokiwał im aprobująco głową, gdy wręczyli mu nocną zdobycz Corana i Imoen, oczywiście ograniczoną tylko do zleconych przedmiotów, bez dodatków, które oboje złodzieje dołączyli do łupów.

„Wypełniliśmy naszą część umowy, złodzieju." Przypomniała Alatosowi Viconia. Ludzie otaczający swojego mistrza obrzucili ją wrogimi spojrzeniami, nieprzyzwyczajeni, żeby ktoś odzywał się do niego w ten sposób. Alatos jednak najwyraźniej się tym nie przejął, wydawał się być wręcz nieco rozbawiony.

„Zaiste, wypełniliście. To, czego szukacie, znajduje się w kanałach pod południową częścią miasta. Wejście do kanałów znajduje się pod murem, zaraz za sklepem Halbazzera Drina. Oto klucz." Podał niewielki, żelazny klucz Coranowi. „Radziłbym tam udać się, kiedy już się ściemni."

„Powiesz nam teraz, dlaczego twoi ludzie nie mogli wypełnić tego zlecenia?" Zapytała Lenaia. „Wiesz dobrze, że nie kupiliśmy tych bredni, które próbowałeś nam wcisnąć poprzednio."

Alatos obdarzył elfkę rozbawionym spojrzeniem, w którym kryła się również iskra szacunku.

„Skradzione przez was figurki nie należą do Oberona. On dostał je tylko na przechowanie. Ich właścicielem jest mag, który mieszka w Brodzie Ulgotha, Shandalar. Słyszałem, że jego moc jest imponująca."

„I nie chciałeś narażać siebie i swoich ludzi na jego gniew." Lenaia wykrzywiła usta w grymasie niechęci.

„Cóż, jestem człowiekiem praktycznym. Dotrzymaliście swojej części umowy, ja dotrzymałem swojej. To była prawdziwa przyjemność."

Ton Alatosa jednoznacznie sugerował, że rozmowę uznaje za zakończoną. Gdy wyszli z siedziby gildii, Yeslick zazgrzytał zębami.

„Jeśli ten szczurołapek uważa, że będzie ot tak sobie narażał moich przyjaciół, to następnym razem zetrę mu ten uśmieszek z twarzy toporem."

„I będziesz miał na karku całą resztę zgrai." Zauważyła Imoen.

„Myślałem, że od pilnowania pleców mam was." Mruknął krasnolud, po czym przetarł dłonią spoconą twarz. „Diabelnie tu ciepło."

„To co, po zmierzchu idziemy penetrować kanały?" Zapytała Lenaia. Pokiwali głowami i wrócili do gospody na odpoczynek. Czas upływał im leniwie, gdy siedzieli we wspólnej izbie w karczmie przy jedzeniu i napitkach. Nocna wyprawa Imoen i Corana mocno podreperowała drużynowe fundusze, nadwyrężone ostatnimi zakupami czarodziejek, stąd nie musieli martwić się o wydatki. Sączyli całkiem przyzwoite wino, wysłuchując miejscowych plotek. Hitem ostatnich dni były pogłoski o ucieczce córki księcia Entara Srebrnej Tarczy z jakimś szemranym bardem z Waterdeep. Mówiło się również najnowszym romansie księcia Belta, o problemach Ligi Kupieckiej w południowej części Wrót, o suszy na wschodzie i o niepokojach wśród klanów trolli na północy. O grożącej wojnie z Amn nie mówiło się nic. Zupełnie jakby kryzys żelaza i jego polityczne konsekwencje zostały zatrzymane przez sypiące się mury miasta. Przynajmniej na razie.

Wieczorem drużyna udała się na nocne łowy do kanałów. Bez trudu zidentyfikowali wejście, o którym mówił Mistrz Gildii Złodziei. Wkrótce wszyscy zanurzyli się w cuchnącym, pokrytym szlamem tunelu. Przejście było szczęśliwie dość szerokie, pośrodku niego płynął wąski strumyk ścieków, a po obu stronach było wystarczająco dużo miejsca, by przejść suchą nogą.

„Chwała Maskowi za małe cuda." Mruknęła pod nosem Imoen.

„To chyba dość dziwne miejsce i czas na modlitwę, wiewiórko." Skomentował Yeslick, który wraz z Imoen zamykał pochód.

„Cśśś." Syknęła Viconia, która szła z przodu, najlepiej widząc w ciemnościach. „Coś umknęło korytarzem."

Lenaia wyjrzała poza ramieniem drowki.

„Co zobaczyłaś?" Zapytała.

Kapłanka zmarszczyła nos w wyrazie absolutnego obrzydzenia.

„Wy chyba te stwory nazywacie pełzaczami."

„Dużo ich?"

Drowka wzruszyła ramionami.

„Widziałam jednego. Bądźcie w gotowości."

Ruszyli przed siebie powoli, trzymając dłonie na rękojeściach broni. Samotny pełzacz nie stanowił zagrożenia dla uzbrojonej drużyny, wiedzieli jednak wszyscy, że te stworzenia często łączyły się w stada, a ich trujące ugryzienia mogły powalić nawet najtwardszego krasnoluda. Przeszli jednak korytarzem, nie napotykając już niczego, aż doszli do rozwidlenia. Szeroki tunel, którym szli, dzielił się na trzy mniejsze odnogi.

„Może się rozdzielimy?" Zaproponował Yeslick. Lenaia stanęła niezdecydowana. Kivan jednak stanowczo potrząsnął głową.

„To nie jest dobry pomysł. Nie wiemy, co napotkamy w tych kanałach." Powiedział.

„To którędy pójdziemy?" Zapytał Coran, wpatrując się uważnie w tunel najbardziej po lewej stronie. Lenaia podążyła za jego wzrokiem, ale nie dostrzegła niczego, oprócz wszechobecnego szlamu, ścieków i innego plugastwa.

Kivan wskazał dłonią na kanał po lewej.

„Tędy."

„Skąd wiesz?" Zainteresowała się Imoen.

„Stąd dobiega najgorszy zapach."

Poszli za jego radą i zagłębili się dalej w ciemność. Wkrótce przekonali się, że wyćwiczony nos łowcy i tym razem ich nie zawiódł. Po chwili marszu wszyscy poczuli mdlący, słodkawy odór rozkładu.

„Błeheh. Zaraz zwymiotuję." Jęknęła Imoen. Lenaia rozumiała ją w pełni. Sama mrugała gwałtownie, walcząc z napływającymi do oczu łzami. Kivan, który zastąpił Viconię na przodzie pochodu, odwrócił się nagle do nich i Lenaia nawet w ciemności dostrzegła jego poszarzałą twarz. Łowca spojrzał na nią, położył palec na ustach, nakazując milczenie i pokazał na coś w dalszej części tunelu. Elfka wytężyła wzrok i po chwili zauważyła to, co wskazywał. Zbladła. Jakieś trzydzieści kroków od nich, pod jedną ze ścian kanału leżały ludzkie zwłoki w różnym stopniu rozkładu. Głównie mężczyzn, ale zauważyła też kilka kobiet, które rozpoznać jednak można było tylko i wyłącznie po jasnych kolorach sukienek, bo twarze, napuchnięte i częściowo nadjedzone przez szczury i inne bytujące w kanałach stworzenia, nie stanowiły już żadnej wskazówki. Ciała leżały bezładnie, rozrzucone niczym szmaciane lalki, części z nich brakowało też dużych fragmentów kończyn, a jednemu całej głowy. Zupełnie jakby przyglądali się okropnej, nieludzkiej parodii stosu zabawek niesfornego dziecka. Imoen na ten widok odwróciła się do ściany i gwałtownie zwymiotowała. Do uszu Lenai doszło ciche przekleństwo Corana. Yeslick wpatrywał się w przerażający widok jak zahipnotyzowany. Jedynie Viconia wydawała się nieporuszona. Podeszła do stosu ciał i przyjrzała mu się z bliska.

„Niektórzy nie żyją od co najmniej miesiąca." Powiedziała spokojnie. Spojrzała na ciągnące się w głąb tunelu rdzawe plamy. „Nie umarli tutaj. Zostali tu przeniesieni już po śmierci. Zginęli od ran, być może część została uduszona, ciężko powiedzieć po tak długim czasie. Nie mają nic przy sobie. Tutaj chyba jest wasza zaginiona szlachcianka." Potrąciła nogą jedno z ciał. Widać było, że sukienka kobiety uszyta była z drogiego, błyszczącego materiału.

„Nie wiemy, co ich zabiło?" Wykrztusiła Lenaia, starając się przy tym zbyt głęboko nie oddychać. Viconia wzruszyła ramionami.

„Coś dużego i silnego. Nie jest łatwo wyrwać komuś kończynę. Jak pójdziemy w tym kierunku, to pewnie się dowiemy." Wskazała ręką dalszą część kanału. Lenaia zawahała się. Walka w ciasnym korytarzu z nieznanym przeciwnikiem nie była najlepszą strategią, jednak mieli okazję rozwiązać zagadkę i jednocześnie pozbyć się problemu. Dlatego elfka niechętnie kiwnęła w końcu głową i ruszyła przed siebie. Reszta drużyny podążyła za nią.

„Gorąco tu." Powiedział nagle Yeslick.

„TO akurat jest teraz twoim głównym zmartwieniem?" Mruknął ironicznie Coran.

„Żebyś wiedział, elfie. W tej temperaturze, przy takiej ilości szamba... Powiedzmy, że nie chcielibyśmy wylecieć najbliższą studzienką kanalizacyjną wraz z fontanną śmierdzącego ognia. Nie wiem jak u was, ale nie jest to mój wymarzony rodzaj śmierci."

„A masz w ogóle coś takiego, jak wymarzony rodzaj śmierci?"

Lenaia zatrzymała się gwałtownie.

„Yeslicku?"

„Na pewno nie chciałbym umrzeć umazany gównem, przelatując nad głowami wracających po nocnej libacji do domu mieszczuchów." Odpowiedział elfowi ponuro krasnolud.

„Yeslicku, co masz na myśli, mówiąc o wybuchu?" Cierpliwie drążyła czarodziejka.

„Ano tylko to, że stężenie gazów tu musi być duże. Postaraj się nie bawić tu ogniem, dziewczyno."

„Po prostu pięknie." Mruknęła Lenaia ze złością. Czary ognia wychodziły jej zawsze najlepiej. „Wie ktoś, dokąd w ogóle prowadzą te kanały?"

„Zbiegają się w dzielnicy portowej i uchodzą do morza, na zachód od przystani." Odpowiedział Coran.

„Nie wiem Coranie, czy w ogóle powinniśmy pytać, skąd ty to wiesz." Imoen najwyraźniej odzyskała cząstkę humoru.

„Nie powinniście." Uśmiechnął się do niej elf. „Ale jak bardzo chcesz, mogę ci opowiedzieć historię pewnej szalonej ucieczki. Była piękna, zimowa noc, gdy..." Imoen nie dowiedziała się jednak, w jakich okolicznościach Coran poznał kanały, bo do uszu wszystkich dobiegł całkiem wyraźny, spotęgowany przez echo stukot. Wszyscy zastygli, nasłuchując. Po chwili usłyszeli cichy warkot, a gdy zbliżyli się powoli, zdołali w nim rozróżnić pojedyncze słowa.

„...macie, moje zwierzątka." Po czym zabrzmiał szelest, jakby jakiś stwór grubą skórą ocierał się o ścianę. Lenaia bardziej poczuła, niż usłyszała, jak Viconia i Yeslick szepczą pod nosem ochronne zaklęcia. W duchu obiecała sobie, że przy najbliższej okazji sama spróbuje się jakiś nauczyć. Nie zdążyła jednak zdecydować, jaką strategię przyjąć wobec nieznanego przeciwnika, bo nagle na ich głowami zabrzmiał zachrypnięty, nieludzki głos.

„Wychodźcie, czuję was. Wszyscy, bo zginiecie natychmiast."

Elfka zawahała się chwilę, ale nie mieli specjalnie innego wyjścia, więc wyszła zza zakrętu korytarza, zanim któryś z towarzyszy zdążył ją powstrzymać. Przed jej oczyma ukazało się dość szerokie pomieszczenie, które musiało kiedyś służyć jako zbiornik w okresie deszczów. Teraz jedynie brudnozielone zacieki na ścianach sugerowały jego pierwotne przeznaczenie. Pośrodku stał olbrzymi ogr, ubrany w najwyraźniej szytą własnoręcznie szatę, która niestety nie zasłaniała większości jego ogromnego, tłustego, zielonego ciała. U stóp stwora kręciły się trzy wyrośnięte pełzacze. Ogr w wielkiej łapie trzymał osobliwie wyglądającą laskę, która, co Lenaia uświadomiła sobie z rosnącym przerażeniem, była magicznym kosturem. Ogr był magiem.

„Widzę, że żałosne, małe stworzenia z miasta na górze przyszły po swoją śmierć." Powiedział. „Moje zwierzątka was zaniepokoiły? Są bardzo przydatne. Przynoszą mi wszystkie świecidełka, jakie mogą znaleźć, jedynie za odrobinę mięsa z powierzchni. Zabijcie ich!" Zawył i trzy pełzacze łaszące się dotychczas do jego stóp rzuciły się nagle w kierunku drużyny. Yeslick przepchał się naprzód, zasłonił sobą elfkę i z zimną precyzją odrąbał głowę stworowi, który miał pecha dobiec do nich pierwszy. Drugiego położył Coran, zwinnie uskakując przed strumieniem zielonej krwi, który trysnął z przeciętej tętnicy, trzeci padł, zanim się do nich zbliżył, naszpikowany strzałami. Ogr, widząc klęskę swoich zwierzątek, zawył dziko i schował się w jednym z tuneli, odchodzących od jego siedziby. Rzucili się za nim w pościg, gdy nagle elfka usłyszała skandowane zaklęcie i opadła ich chmura żółtawego pyłu. Przestała widzieć więcej niż na wyciągnięcie ręki.

„Nie oddychajcie tym." Zawołała Viconia i zaśpiewała inkantację. Lenaia poczuła, że coś ją ciągnie do jednego z tuneli i zanim podjęła próbę wyswobodzenia się, zorientowała się, że to Coran.

„To ja." Wysapał elf niepotrzebnie i rozkaszlał się. Wokół nich zgromadziła się reszta, mrugając zawzięcie oczyma. Yeslick i Kivan mieli nos i usta przykryte płaszczami. Zaklęcie Viconii szczęśliwie po chwili rozwiało chmurę toksycznych oparów, Lenaia nie zdążyła jednak odetchnąć, bo znowu usłyszała głos ogrzego maga i włosy zjeżyły się jej na karku ze strachu. Tym razem znała zaklęcie.

„Uciekajcie!" Zawołała rozpaczliwie, wpychając Imoen w tunel. Kivan w międzyczasie spokojnie nałożył na cięciwę strzałę i równie spokojnie wypuścił ją przed siebie, w tunel, z którego dochodził głos. Nie miał szans trafić maga, ale najwyraźniej wariackim szczęściem na tyle zakłócił jego koncentrację, że mag przerwał rzucanie czaru, zaklął plugawie i zaczął od nowa.

„Kivan, biegnij!" Elfka odepchnęła łowcę od siebie, zamachała gwałtownie palcami i wyskandowała to samo zaklęcie, wkładając w nie cały swój strach i gdy uwolniła jego moc, rzuciła się do ucieczki. Sekundę później usłyszała wybuch i poczuła na plecach chmurę gorącego powietrza, która rzuciła nią do przodu. Zdążyła jeszcze usłyszeć gdzieś przed sobą krzyk Imoen, gdy upadając, uderzyła głową o posadzkę i straciła przytomność.