Wrócili do Elfiej Pieśni. Dzień chylił się ku końcowi, kąpiąc miasto w łagodnych promieniach zachodzącego słońca. Nie zdecydowali się na powrót do kwatery Płomiennej Pięści, nie byli nawet pewni, czy o tak późnej porze Książę udzieliłby im audiencji. Postanowili jednak zanieść Brielbarze księgę czarów jej męża. Skoro mała córeczka Corana była chora, to nawet godziny zwłoki mogły mieć fatalne skutki. Elf próbował namówić Lenaię, aby poszła razem z nim, ale elfka nie dała się przekonać. Spotkanie dwóch kobiet zaangażowanych w związek z jednym mężczyzną żadnym sposobem nie mogło być komfortowe, a Lenaia zdecydowanie nie miała ochoty na więcej emocji w tym dniu.

Wkrótce ona, Viconia i Imoen siedziały w kącie głównej sali tawerny, pogryzając posiłek, który zapijały całkiem niezłym winem. Im dłużej mieszkali w karczmie, tym bardziej jej właściciel uważał ich za swoich stałych klientów i tym lepszym winem nagradzał ich wierność. A może miało to też związek z wzrastającymi funduszami drużyny. Mężczyzn nie było z nimi. Yeslick postanowił spędzić wieczór w towarzystwie innych krasnoludów w jednej z karczm w północnej części miasta, a Kivan poszedł z Coranem do Brielbary. Dwaj elfowie, mimo zupełnie odmiennych charakterów, zaprzyjaźnili się wyraźnie, więc łowca nie odmówił przyjacielowi, choć widać było po wyrazie jego twarzy, że zupełnie nie ma ochoty angażować się w tę zbyt skomplikowaną z punktu widzenia łucznika historię.

„O czym myślisz, Len?" Z zamyślenia wyrwał elfkę głos siostry. Imoen kołysała się na krześle, rumiana od gorącego powietrza w karczmie i wypitego wina.

Elfka wzruszyła ramionami.

„O niczym konkretnym."

„Jasne... twój ukochany poszedł właśnie na spotkanie ze swoją byłą kochanką, która okazała się być również matką jego jedynego dziecka, a ty nie myślisz o niczym konkretnym?"

Lenaia rzuciła siostrze spojrzenie pełne złości.

„Dziękuję ci bardzo, Imoen, za tak trafne zobrazowanie mojej sytuacji uczuciowej, od razu mi lepiej." Warknęła. Rudowłosa złodziejka zreflektowała się od razu.

„Przepraszam Len. Może to wygląda dziwnie, ale jestem pewna, że Coranowi na tobie bardzo zależy."

Elfka machnęła ręką, jakby odpędzając złe wspomnienia.

„Naprawdę Imoen, nie mam ochoty o tym rozmawiać."

„No dobrze, już dobrze." Dziewczyna zamilkła na chwilę, widać było jednak, że wrodzona gadatliwość spotęgowana przez wino bierze górę nad rozsądkiem. Rozejrzała się po karczmie. Nagle rozpromieniła się.

„Spójrz Len, to Garrick!"

„Kto?"

„Garrick! Ten bard, który występował u Feldeposta w Beregoście!"

„Ten, do którego wzdychałaś po nocach?"

„Wcale nie...! Wcale nie wzdychałam." Z piersi Imoen wydobyło się westchnienie głębokie jak czeluście Tartaru. „No może trochę, ładny jest."

„Przedstawić cię?" Na twarzy Lenai wykwitł szelmowski uśmiech. Złodziejka spojrzała na siostrę przerażona.

„Nie, dzięki." Odpowiedziała szybko, po czym wstała i ruszyła w kierunku młodzieńca. Bard od razu zauważył zbliżającą się do niego dziewczynę i uśmiechnął się promiennie. Elfka przyglądała się parze przez chwilę, ale wyglądało na to, że Imoen kontroluje sytuację, więc odwróciła wzrok, by dać siostrze choć trochę prywatności.

„Nigdy nie zrozumiem waszych zwyczajów, abbil." Viconia natomiast bez skrępowania patrzyła, jak Garrick nachyla się w kierunku Imoen i szepcze jej coś do ucha.

„Co masz na myśli?"

„W Podmroku, jak kobieta chce mężczyznę, to mu to oznajmia. Jego obowiązkiem jest dostarczenie jej przyjemności, jeśli ona sobie tego życzy. Mężczyźni są szkoleni od młodych lat w dostarczaniu kobiecie rozkoszy."

„Nawet jeśli on tego nie chce?"

Viconia prychnęła.

„To jego obowiązek, a niewypełnienie go oznacza śmierć albo los gorszy od śmierci. Oczywiście wszystko zależy od tego, do jakiego domu należą mężczyzna i kobieta. Jeśli on jest szlachcicem z potężnego domu, to żadna z kobiet z mniejszych domów nie narazi się Opiekunce jego domu, czyniąc afront jednemu z jej synów."

„A jeśli dwie kobiety chcą tego samego mężczyzny?"

Kapłanka zmierzyła Lenaię badawczym wzrokiem.

„Pierwszeństwo ma zawsze kapłanka Lolth i kobieta z domu stojącego wyżej w hierarchii. A jeśli obie są sobie równe, to jedna zabija drugą. Zaczynasz żałować, abbil, że nie żyjesz w Podmroku?"

„Chyba wolę jednak, jak mężczyzna idzie ze mną do łóżka z własnej i nieprzymuszonej woli."

„Rozumiem, że może być coś interesującego w tych 'zalotach', jak to nazywa twój głupi jaluk, niemniej w świecie drowów ten aspekt życia jest dużo prostszy. Musisz tylko uważać, aby nie przywiązać się za bardzo do mężczyzny, bo jeśli ci na nim zacznie zależeć, to jego los będzie przesądzony."

„Dlaczego?"

„Obowiązkiem kapłanek i innych kobiet jest pełne oddanie Lolth. Jeśli bogini uzna, że poświęcasz mężczyźnie zbyt wiele uwagi należnej tylko jej, to zażąda od ciebie złożenia go w ofierze."

Lenaia spojrzała na Viconię ze zgrozą.

„To...to strasznie okrutne." Powiedziała po chwili.

„Według standardów naziemców może i tak." Głos kapłanki był cichy i dziwnie obcy. „Wiesz, że drowy mają ponad siedemdziesiąt różnych słów na opisanie okrucieństwa?"

„Czy ty... czy musiałaś kiedyś złożyć w ofierze kogoś, kto był ci bliski?"

Viconia skrzywiła się.

„Dalej nie rozumiesz, widzę, jakim uczuciem darzą kapłanki Pajęczą Królową. Wszystkie moje wspomnienia bledną wobec obrazu Lolth i czci, jaką jej oddawałam od samego młodu. Chociaż przyznam ci, że ciężko znaleźć piękno w całej krwi, jaką utoczyłam w jej imieniu."

„Jednak nie czcisz jej więcej."

Milczały przez chwilę.

„Składanie ofiar wyłącznie dla zaspokojenia nienasyconego apetytu bogini wkrótce przestało dawać satysfakcję." Powiedziała po chwili Viconia. Lenaia milczała. Zawsze skryta drowka niewiele dotychczas mówiła o sobie i elfka czuła, że została obdarzona wyjątkowym zaufaniem, którego bardzo chciała nie zawieść. Kapłanka patrzyła przed siebie, głęboko zanurzona we wspomnieniach.

„Byłam zaledwie dzieckiem, kiedy zabrano mnie z mojego domu i oddano do Arach-Tinilith, Świątyni Lolth." Kontynuowała opowieść. „Dla każdej Matki Opiekunki był to ogromny zaszczyt, kiedy córka zostawała kapłanką. Ze wszystkich sił starałam się spełnić oczekiwania. Pamiętam, jak zaprowadzili mnie do orlenggin... ołtarza ofiarnego... gdzie jakiś naziemiec krzyczał w agonii. Dali mi do ręki rytualny sztylet, abym zakończyła jego żywot dla chwały Pajęczej Królowej. Ten człowiek był dla mnie niczym, ale czułam opór. Naziemiec był nagi, skrępowany, bezsilny. Po policzkach płynęły mu łzy, gdy w swoim niezrozumiałym języku błagał o zmiłowanie. Ale inne kapłanki cały czas czuwały, a wahanie się oznaczało śmierć. Krzyknął, kiedy wbiłam ostrze w jego ciało i splunął krwią. By uradować Pajęczą Królową, wyjęłam jego bijące jeszcze serce."

„Składaliście wiele ofiar, prawda?" Zapytała niemal szeptem Lenaia.

Viconia skrzywiła usta.

„Drowów, elfów, ludzi, bez różnicy. Krew spływała w obfitości, by zaspokoić wieczny głód Lolth. Jaskinie Podmroku mają w mojej wyobraźni kolor czerwony. Ale teraz... mam to już za sobą."

„Dlatego uciekłaś?"

Kapłanka przeczesała dłonią swoje białe włosy.

„Pewnego dnia Lolth zażądała ode mnie uśmiercenia kilkumiesięcznego dziecka. Przez taką ofiarę Pajęcza Królowa nie stałaby się potężniejsza, bardziej wpływowa, ani boska. Tamtego dnia... straciłam swoją wiarę. Jedna z kapłanek, widząc moje wahanie, wyrwała mi z dłoni sztylet i uśmierciła niemowlę, by zająć moje miejsce i zyskać łaskę w oczach Lolth. Wieść szybko obiegła miasto. Mój dom popadł w niełaskę Pajęczej Królowej. Moja Matka Opiekunka składała ofiary z wartościowych przedmiotów i sług, aby przebłagać Lolth, ale bogini miała to wszystko za nic. Pomniejszy dom wykorzystał chwilową słabość domu De Vir i wypowiedział nam wojnę. Musieliśmy walczyć z podwójną zaciekłością, aby przeżyć i odzyskać łaskę Mrocznej Królowej. Moja matka chciała, abym się pokajała i błagała boginię o wybaczenie. Ale Lolth napawała mnie już obrzydzeniem. Przeklęłam więc moją Matkę Opiekunkę i moją rodzinę. Wystawiłam na niebezpieczeństwo cały mój dom. Wiedziałam, że nie ujdzie mi to na sucho."

Viconia zamilkła. Lenaia odczekała chwilę, ale nie wytrzymała dłużej i zapytała:

„I co zrobiłaś?"

Ale kapłanka potrząsnęła głową.

„I tak zbyt wiele już ci powiedziałam, jalil. Te wspomnienia napawają mnie goryczą. Może kiedyś usłyszysz dalszy ciąg tej opowieści. Ale nie dzisiaj."

Siedziały dalej w milczeniu. Imoen i Garrick gdzieś zniknęli. Lenaia pomyślała o Coranie i jakby w odpowiedzi drzwi do karczmy otworzyły się szeroko. Elfka obejrzała się z nadzieją, ale do środka wszedł tylko Kivan. Gdy zobaczył siedzące elfki, podszedł do nich i usiadł przy stoliku. Lenaia podsunęła mu talerz z jedzeniem, ale łowca kiwnął przecząco głową.

„Nie dam rady już nic zjeść. Brielbara wmusiła we mnie tyle jedzenia, że przez tydzień nie będę głodny." Powiedział znękanym tonem.

„A gdzie Coran?"

„Został z Namarą. Jej matka udała się do znajomego, prosić o pomoc w zdjęciu klątwy. Od kiedy Yago odszedł, Briel nie ma funduszy, więc musiała zwolnić służbę, a przez chorobę dziewczynki nie miała jak poszukać pracy." Łowca spojrzał na Lenaię z niepokojem. Elfka westchnęła i wstała ze swojego miejsca.

„Pójdę już spać." Powiedziała.

Pokój, który dotychczas dzieliła z Coranem, nagle wydał jej się pusty i zbyt duży dla niej samej. Rozebrała się i zwinęła w kłębek pod chłodną pościelą. Leżała tak bez ruchu, ale sen nie chciał przyjść. Nagle usłyszała pieśń śpiewaną cichym, melodyjnym głosem. Znała historię o duchu elfki nawiedzającym karczmę, od którego wzięła się jej nazwa. Ponoć nawet kapłani nie wiedzieli, kim była ta kobieta, ale wszyscy byli zgodni, że to widmo elfki opłakujące kochanka utraconego na morzu. Lenaia zastygła i wsłuchała się w smutne, poruszające dźwięki. Gdy pieśń się skończyła, elfka pogrążyła się w medytacji, wspominając białe, surowe, wyniosłe klify, na których wznosiło się Candlekeep.