Lenaia przetarła dłonią oczy, by choć trochę odpędzić zmęczenie. Od kilku godzin przedzierali się przez podziemia. Tethoril miał rację. Na drodze stanęły im liczne grupy nieumarłych, które choć łatwo padały od ciosów miecza, to i tak przytłaczały ich liczbą. Większość z nich miała drobne rany, na które szkoda było leczących czarów Viconii i Yeslicka. Kilka razy poważnie zostali zranieni przez pułapki, których nie zdążyli dostrzec na czas. Lenaia miała świadomość, że wkrótce muszą odpocząć, mimo że całym sercem pragnęła jak najszybciej opuścić te katakumby. Mieszkając w twierdzy, która była jej domem, nigdy nie myślała, że tak odrażające zakamarki mogą kryć się w jej murach. Było tu zimno, ciemno, a za każdym zakrętem czaił się nowy strach. Drużynie udzielił się przygnębiający klimat tego miejsca, bo od dobrych dwóch godzin nikt nie wypowiedział nawet słowa. Szli w milczeniu, ze spuszczonymi głowami, dokładnie lustrując podłogę, wypatrując wszelkich nierówności czy ruchomych płytek, mogących stanowić spust pułapki. Imoen okazała się nieoceniona w tych zmaganiach i Lenaia była przekonana, że jej siostra co najmniej kilkukrotnie ocaliła ich przed poważnymi ranami, a może nawet i śmiercią. Tunele zdawały ciągnąć się w nieskończoność, wielokrotnie musieli też zawracać, gdyż zawędrowali w ślepy zaułek. Wkrótce Lenaia zaczęła skrobać znaki na ścianach, aby nie zgubić zupełnie drogi. Dźwięk kamienia pocieranego o kamień brzmiał wyjątkowo złowieszczo w tych okolicznościach. Powietrze było nieruchome, zatęchłe, ciężko było złapać głębszy oddech. Rozciągające się tu i ówdzie pajęczyny pozostawały jedynymi oznakami życia w tych martwych do cna tunelach.
„Len..." Szepnęła Imoen, bojąc się, aby dźwięk jej głosu nie przywołał nowego zagrożenia. „Musimy odpocząć."
„Wiem." Sapnęła elfka. „Jak natrafimy na odpowiednie miejsce."
„Tu żadne miejsce nie będzie odpowiednie." Mruknęła rudowłosa dziewczyna. „Może tam?" Kiwnęła dłonią w kierunku odchodzącego na lewo od tunelu, którym teraz szli, przejścia. Było szerokie i jakby nieco jaśniejsze od tunelu, którym obecnie podążali. Czarodziejka wzruszyła ramionami.
„Warto sprawdzić."
Wkrótce znaleźli się w obszernej komnacie. Na środku stał prosty sarkofag. Wokół niego, w rogach, płonęły cztery znicze. Z przodu sarkofagu widniała kamienna tablica, z literami zatartymi przez czas. Lenaia podeszła do płyty, chcąc odczytać napis.
„Len! Uważaj!" Ostrzegawczy okrzyk Imoen dobiegł do niej o sekundy za późno. Usłyszała zgrzyt mechanizmu pułapki pod nogami. Zdążyła jeszcze poczuć kłujący ból pleców i zapadła w ciemność.
Obudziło ją znajome pieczenie magii i przekleństwa Viconii. Syknęła z bólu. Drowka spojrzała na nią zimno.
"Jak nie możesz znieść takich dolegliwości, nie wchodź bezmyślnie w każdą dziurę, wael."
"Długo tu leżę?"
Kapłanka prychnęła pogardliwie i nie odpowiedziała, kontynuując leczenie ran. Wyraźnie widać było po niej wyczerpanie, przedzieranie się przez podziemia i na niej odcisnęło swoje piętno.
"Przynajmniej leżysz w dobrym towarzystwie." Mruknął ponuro Yeslick.
"To znaczy?" Zapytała elfka i próbowała unieść się na łokciu. Viconia zdecydowanym ruchem przygniotła ją z powrotem do podłoża, mamrocząc pod nosem obelgi w swoim języku. Lenaia znała już kilka z nich.
"To grobowiec Alaunda." Dobiegł do niej przytłumiony głos Imoen. "Leżysz na jego sarkofagu."
"Jakże odpowiednio." Mruknęła wisielczo i spojrzała na sufit. Po chwili musiała mocno przygryzać wargę, aby nie jęknąć, gdy czary Viconii znowu leczyły jej rany.
"Skończyłam." Powiedziała kapłanka. "Ale wyczerpałam już wszystko, co miałam, więc mocno sugeruję, abyśmy tu się zatrzymali, zanim wpadnie wam znowu do głowy coś równie głupiego."
Lenaia zsunęła się z kamiennego bloku, na którym leżała. Ból pleców zelżał znacznie, choć pozostało dziwne uczucie, jakby ktoś delikatnie wbijał jej w skórę setki małych igieł. Potarła teraz już częściowo zagojone rany. Ubranie miała na plecach niemal zupełnie podarte.
Kivan podał jej kawałek chleba, część skromnych zapasów, które Tethtoril podrzucił im do plecaków. Wzięła bezwiednie, przyglądając się misternym rzeźbieniom pokrywającym sarkofag, który przed chwilą robił za stół operacyjny. Kontury niektórych z nich zostały już zupełnie zatarte przez upływ czasu, gdzieniegdzie widoczny były jednak stare symbole Oghmy. Z przodu sarkofagu wyryty był napis: "Tu spoczywa Alaundo, największy z Mędrców." I data: "76 DR". Elfka rozejrzała się. Na ścianach komnaty również wyryte były różne napisy. Spojrzała niepewnie na Imoen. Siostra zauważyła jej spojrzenie znad kubka wody i kiwnęła głową.
"Sprawdziłam, reszta komnaty jest bezpieczna."
Lenaia spróbowała odczytać najbliższy napis.
"Kie.y n. ziemi. ą cienie, ..si bosc. władcy b.d. chod..ć w...d nas jak i my."
"Przewidział Czas Niepokoju." Powiedziała elfka.
"Szkoda, że nie powiedział, jak zapobiec jego konsekwencjom." Odpowiedział Yeslick. "Z samego gadania jak zwykle niewiele wynika."
Lenaia odczytała na głos wyraźny tym razem kolejny napis:
"Pan Zbrodni zginie, ale spłodzi tuziny śmiertelnych potomków, a ślady ich przejścia znaczyć będzie chaos."
Głos uwiązł jej w gardle. Stała przez ścianą, nie mogąć wymówić słowa. Krasnolud podszedł do niej i rzucił okiem na wyryte znaki.
"Przepowiednia to wredna dziwka, dziewczyno. Czasem się sprawdza, czasem nie, a czasem wychodzi zupełnie na opak."
"Myślisz, że chaos nie idzie naszym śladem?" Zapytała cicho czarodziejka.
Yeslick wzruszył ramionami.
"Śladami twojego brata może i tak. Ale ty krzyżujesz jego plany na każdym kroku."
"On nie jest moim bratem!" Warknęła elfka, nagle zła. Kapłan nie przejął się tym jednak.
"Jest, kim jest. Nie ma co płakać, tylko wziąć się w garść i iść naprzód."
"Łatwo ci powiedzieć. Nie ciągnie się za tobą takie brzemię."
"Jestem stary, dziewczyno i wiele widziałem, jak już ci zresztą mówiłem nie raz. Nie ma w tobie niczego gorszego niż w istotach bez krwi mordu w sobie. A myślę, że jest w tobie więcej dobra niż w nich. Więc nie każ mi razem z tobą użalać się nad twoim pochodzeniem. Masz wiele przeszkód do przezwyciężenia i radzę ci na nich skupić swoją uwagę niż na rozpamiętywaniu rzeczy, na które nie masz wpływu." Rzekł krasnolud spokojnie, po czym wrócił do prowizorycznego posłania, które rozłożył dla nich wszystkich Kivan. Elfka przełknęła gorzką wypowiedź kapłana i odwróciła się w kierunku Imoen, licząc na wsparcie. Ale dziewczyna unikała wzroku siostry. Lenaia spojrzała na Viconię, ta jednak najwyraźniej rozmyślała o czym innym, bo powiedziała:
"Czyli ten Koveras, którego spotkałyśmy w bibliotece to twój brat?"
Elfka zaklęła na to kolejne nazwanie Sarevoka jej bratem. Drowka, słysząc to, uśmiechnęła się z satysfakcją.
"Imponujący mężczyzna. Złamanie go powinno dostarczyć ci wiele przyjemności."
"Jak byś nie zauważyła, nie jesteśmy specjalnie w formie do łamania kogokolwiek."
Kapłanka prychnęła pogardliwie.
"Przeżyłam całe dni sama w Podmroku, abbil. Dotarłam na powierzchnię i muszę znosić nieustanny żar lejący się z waszego nieba albo spadającą mi na głowę wodę. Twoja forma to zaledwie niewielka niedogodność. I akurat zgadzam się z Yeslickiem, że użalanie się nad sobą niewiele zbliża cię ku przyszłej chwale."
"Przestańcie!" Jęknęła nagle Imoen. "Prześpijmy się trochę i ruszajmy. Niedobrze mi się robi od samego patrzenia na te ściany. A wasze kłótnie nie pomagają.".
Lenaia poddała się, westchnęła i osunęła się na posłanie. Kivan został na warcie. Wkrótce pozostali zapadli w niespokojny sen.
