Żelazny Tron zmienił się nie do poznania. Nie przypominał już sprawnie zarządzanego pałacu, raczej okręt, który lada chwila ma zatonąć. Wszędzie uwijali się słudzy, wynoszący kufry, walizki i inne pakunki. Nieliczni strażnicy ledwo zerknęli w ich stronę, skupiając się na obecnej krzątaninie. Gdy tak stali w przejściu, zderzyła się z nimi jakaś kobieta, spiesząca się do wyjścia.
"Z drogi, nie blokować przejścia!"
"Hej, uważaj trochę! Co tutaj się w ogóle dzieje?" Zawołała za nią Lenaia.
"Jak to co." Odwarknęła tamta. "Uciekam z tego sypiącego się interesu tak szybko, jak się da."
"Ale czyż Sarevok nie kontroluje tego wszystkiego?" Zapytała zaskoczona elfka.
"Nie wiem, jakie on ma plany, ale raczej nie wyniknie z nich nic dobrego dla Żelaznego Tronu. Jak zostanie Wielkim Księciem równie dobrze może nas wszystkich aresztować."
"Jaki miałby mieć w tym cel?"
"Nie wiem, co chce tym osiągnąć. Wygląda na to, że ze wszystkich sił pragnie rozpętać wojnę z Amn, ale zupełnie nie dba o zyski, które mogłaby mu ona przynieść. Zresztą, zmarnowałam na was już wystarczająco dużo czasu. Radzę wam wziąć ze mnie przykład. Wątpię, aby status posła wam pomógł, gdy wkroczy tu Płomienna Pięść." Z tymi słowami kobieta pchnęła masywne drzwi i wyszła na ulicę.
"Dziwne to w sumie." Powiedziała do swoich towarzyszy Lenaia. Viconia i Imoen wtopiły się gdzieś w krzątający się tłum służby. "Z tego, co mówili na ulicy, ludzie raczej wierzą w Sarevoka. Uważają, że oferuje im stabilizację w tych niepewnych czasach. Jak mogą nie widzieć jego prawdziwej natury?"
"Nic nie wiesz o polityce, mała." Odparł Yeslick. "Ludzie widzą to, co chcą widzieć. A chcieli zobaczyć zbawcę. Potrzebujemy czegoś więcej niż tylko oręża, żeby podważyć jego pozycję."
Ruszyli w kierunku górnego piętra. Strzępki zasłyszanych rozmów potwierdzały to, co powiedziała im kobieta przy wejściu. Sarevok nie dbał o interesy Żelaznego Tronu. Złotem kupił sobie przychylność mieszkańców, a w samej organizacji wywołał liczne konflikty, które nie przysłużyły się zyskom.
"W sumie nie powinniśmy być zdziwieni, mellonamin." Powiedział Kivan. "Tamta dziewczyna, z którą rozmawiałaś, mówiła ci, że Sarevok chce rozpętać wojnę, by stać się nowym Bogiem Mordu."
Lenaię nagle ogarnęło złe przeczucie.
"Musimy się spieszyć." Powiedziała krótko. Rozpoczęli wspinaczkę po licznych schodach siedziby. Od przechodzącego sługi dowiedzieli się, że pokoje Sarevoka znajdują się na najwyższym piętrze budynku. Nikt ich nie zatrzymywał. Na wyższych piętrach nie było zresztą nikogo. Najwyraźniej wszyscy udali się na uroczystość koronacyjną, która miała rozpocząć się lada chwila. Gdy wpadli na najwyższe piętro, oczom ich ukazała się rozległa sala, w której centrum znajdował się duży, zastawiony bogatą zastawą stół biesiadny. Przy jego dalszym końcu siedziała kobieta, która poderwała się z miejsca na ich widok. Była bardzo ładna, jednak jej uroda była dość pospolita i w swej oczywistości niemal arogancka. Albo może takie wrażenie nadawał mocny makijaż i pięknie wykonana, bogato zdobiona klejnotami suknia.
"Ty jesteś Cythandria?" Zapytała wprost Lenaia.
Kobieta zmierzyła ich czworo wzrokiem. Viconii i Imoen wciąż nie było widać. Obie doskonale potrafiły pozostać niezauważalne, jeśli chciały.
"A więc wróciliście." Powiedziała nieznajoma spokojnie. Nie wydawała się przestraszona ich widokiem. "Gdybyś była mądra, Lenaia, zostawiłabyś to wszystko. Nie wiem, jak udało wam się dotrzeć tak daleko, ale tutaj skończy się wasza droga. Dlaczego tutaj jesteście? Sarevoka tutaj nie ma."
"Szukaliśmy ciebie."
"Tamoko was przysłała, prawda?" Piękną twarz Cythandrii wykrzywił grymas wściekłości. "Wiedziałam, że ta dziwka nas zdradzi."
"Jednak ty tutaj zostałaś sama, nie ona." Odparowała z pogardą w głosie Lenaia.
"Nic o mnie nie wiesz." Syknęła kobieta. "Jestem Cythandria, kochanka Sarevoka. To ja byłam przy nim, kiedy poznał swoje dziedzictwo. To, które ty z nim dzielisz, choć nie dorastasz mu do pięt. Sarevok będzie rad, jak dowie się, że zginęłaś z mojej ręki."
"Bardzo jesteś pewna siebie. Jesteś sama jedna przeciwko naszej drużynie."
"Nie jestem tak bezbronna, jak wam się wydaje." Odparła i wykonała szybki gest dłonią.
Po obu stronach stołu pojawiły się znikąd dwa ogry i błyskawicznie rzuciły na drużynę. Zanim się zorientowali, co się dzieje, zostali przyparci do ścian przez wściekłe ciosy maczug. Cythandria ruszyła w kierunku znajdujących się za nią korytarzy. Lenaia umknęła przed ciosami ogrów i rzuciła się za nią w pościg. Nagle wokół niej pojawił się duszący dym. Oczy zaczęły jej łzawić. Usłyszała jednak głos Viconii i nagle opary zniknęły. Obie pobiegły korytarzem. Zza ich pleców rozległ się głośny ryk bez wątpienia oznaczający, że któregoś ze stworów dosięgły ciosy ich przyjaciół.
"Tędy." Wyszeptała drowka, wskazując jedne z drzwi. Lenaia nacisnęła ostrożnie klamkę, odskakując w bok, gdy drzwi się otworzyły ze skrzypieniem. W samą porę, bo w miejscu, gdzie stała, uderzył słup gorącego ognia. Elfka zaklęła pod nosem. Czary Cythandrii były potężne, potężniejsze niż jej samej. Lenaia skupiła się przez chwilę i wyrzuciła ręce przed siebie w nowo wyuczonym geście. Przez otwarte drzwi spłynęła do pomieszczenia fala przeraźliwego zimna. Usłyszeli syk bólu i szybką inkantację rozproszenia magii. Elfka dała znać i wpadły z Viconią do pomieszczenia. Nie zobaczyły nikogo. Lenaia skopiowała zaklęcie walczącej z nimi kobiety, rozpraszając otaczającą ją niewidzialność. W samą porę, bo z dłoni Cythandrii wytrysnął w stronę elfek strumień niszczącego ognia. Obie ocaliła elfia zwinność, gdy rzuciły się na boki, unikając niszczącego żywiołu, który osmalił ściany pomieszczenia. Drowka wyskandowała szybko krótką modlitwę do swojej mrocznej bogini. Cythandria nagle stanęła nieruchomo. Widać było, że walczy ze skutkami zaklęcia. Lenaia wyrzuciła w jej stronę serię magicznych pocisków, które jednak nie spowodowały żadnej szkody. Nagle na kobietą pojawiła się Imoen, próbując wbić jej w plecy krótki miecz. Cios magicznego ostrza nie zranił jej jednak. Cythandria, zwalczywszy skutki modlitwy Viconii, odwróciła się, wypowiadając słowa zaklęcia. Nie skończyła jednak, gdy w jej pierś z dziwnym sykiem wbiła się strzała, wzbudzając smużki fioletowego dymu. Kobieta spojrzała na nią zaskoczona i osunęła się na ziemię. Lenaia podskoczyła do niej, ale Cythandria upadła twarzą do podłogi. Elfka spojrzała w kierunku drzwi. Stał tam Coran, opuszczając łuk. Mrugnął do niej.
"Strzała rozproszenia magii. Wiedziałem, że może się przydać."
Viconia przewróciła ciało kobiety, z którą walczyli i spojrzała na Lenaię pytająco. Elfka pokręciła głową przecząco. Szybka interwencja bóstw mogła uratować jej życie, ale zaklęcia kapłanów były zbyt cenne, gdy w tle rysowało się starcie z Sarevokiem. Lenaia nie chciała ryzykować. A może po prostu nie chciała ratować tej kobiety.
"Bądźcie przekl…" Cythandria nie zdołała powiedzieć nic więcej. Z ust poleciała jej cienka strużka krwi. Imoen pochyliła się nad nią, nasłuchując oddechu, ale pokręciła głową. Kobieta leżała martwa u ich stóp.
"Jak reszta?" Zaniepokoiła się elfka. Za Coranem do pokoju wszedł Yeslick i Kivan. Nie odnieśli żadnych ran. Lenaia odetchnęła z ulgą.
"Co teraz, Len?" Zapytała Imoen.
"Przeszukajcie pomieszczenia."
Rozproszyli się. Elfka przyglądała się martwej kobiecie, odruchowo porównując ją z Tamoko. Były od siebie tak różne, że aż dziwne było, że mogły kochać tego samego mężczyznę. I dziwne było, że ktoś mógł pożądać je obie. Nagle uświadomiła sobie, że wreszcie zranili samego Sarevoka, wreszcie dotarli do kręgu najbliższych mu osób. Jeśli jemu w ogóle na nich zależało. Lenaia wolała myśleć, że jednak tak. Nie dlatego, żeby go zranić, ale dlatego, że był wtedy bardziej ludzki w jej wyobrażeniach. Stawał się człowiekiem, a nie potworem.
Z zamyślenia wyrwało ją wołanie Corana. Szperał w biurku, znajdującym się w najbliższym pokoju.
"Co masz?" Zajrzała elfowi przez ramię.
"List od morderców, którzy zaatakowali nas w Głębokich Piwnicach. Piszą w nim, że zabili na jego polecenie księcia Entara. I że czekają na kolejne instrukcje."
"Pokaż!" Lenaia wyrwała Coranowi kawałek papieru z ręki i przestudiowała.
"I co, i co?" Dopytywała się Imoen.
Lenaia zwinęła list z zadowoleniem.
"Myślę, że powinno wystarczyć na dowód."
"To co teraz?"
"Idziemy do pałacu."
"Tak po prostu?"
"W końcu dostaliśmy zaproszenie od Slythe'a i Krystin, prawda?" Lenaia skrzywiła usta w ironicznym uśmiechu.
Yeslick przerzucił topór z ręki do ręki.
"Poza tym nie wiemy, co ten piekielnik planuje zrobić na uroczystości. W końcu tamci zaproszenie mieli z jakiegoś powodu. Lepiej nie dawać im szansy." Powiedział.
"Przygotujmy się i chodźmy." Zarządziła Lenaia. "Nie zostało nam zbyt wiele czasu."
