Z lekkim wahaniem Lenaia pchnęła drzwi prowadzące do siedziby Gildii Złodziei. Księżna Liia dość precyzyjnie określiła, do jakiego adresu prowadzi ślad portalu, którym uciekł Sarevok. Pech chciał, że prowadził prosto w środek przyczółka, w którym, trochę wbrew sobie, byli już kilka razy. Lenaia pamiętała, że byli winni złodziejom już niejedną przysługę. Miała nadzieję, że ta lista nie powiększy się dzisiejszego dnia. Teraz jednak stały przed nimi pilniejsze sprawy. Przy wejściu nie było nikogo. Przeszli znajomymi korytarzami do środka. Powitały ich zacięte twarze członków gildii. Od razu zauważyli ślady krwi na posadzce.
"Jakoś nie dziwi mnie, że was tu widzę." Alatos wyszedł im na spotkanie.
"Dokąd udał się Sarevok?" Lenaia nie miała cierpliwości do przywódcy ukrywających się tu łotrzyków.
"Jak zwykle od razu do sedna, co?" Złodziej uśmiechnął się do elfki. Nagle jego twarz spoważniała. "Ten piekielnik wpadł tu dłuższą chwilę temu, całkowicie bez powodu zabił moich dwóch ludzi i zbiegł schodami w dół, prowadzącymi do labiryntu Maska."
"Co to labirynt Maska?" Zainteresowała się Imoen.
Alatos milczał przez chwilę, coś rozważając. W końcu westchnął.
"To sieć korytarzy, które znajdują się pod tym budynkiem. Jakiś dowcipny złodziej wieki temu naszpikował je pułapkami. Musiał też mieć niemałe umiejętności magiczne, bowiem ciągle pojawiają się tam różne stwory."
"I dokąd prowadzi ten labirynt?"
"I to jest najciekawsze, bowiem nigdzie nie prowadzi. Traktujemy go, jak swoistego rodzaju plac ćwiczeń dla naszych ludzi. Nie wiem, dokąd potem udał się Sarevok. Jedno jest pewne, tędy nie wyszedł."
"Jak przejść przez ten labirynt?"
"Udzielę ci kilka wskazówek. Ale z tamtejszymi stworami musicie poradzić sobie sami."
Szczęśliwie stwory zamieszkujące korytarze, którymi się przemieszczali, nie były zbyt wymagające dla ich grupy. Może dla samotnego złodzieja mogły być zabójcze, ale nie dla zdeterminowanej, dobrze uzbrojonej drużyny. Biegnąc, wypatrywali znaków, które im opisał Alatos. Wskazywały zarówno właściwą drogę, jak i zaznaczały miejsca, w których mogli spodziewać się pułapek. Gdy zbliżyli się do końca korytarzy, spostrzegli leżące na ziemi ciało w kałuży krwi. Podeszli ostrożnie bliżej. Ciało poruszyło się, a leżący mężczyzna otworzył oczy. Uniósł się nieco na ich widok i plecami oparł o ścianę. Na więcej nie starczyło mu sił.
"No no, tak myślałem, że to będziesz ty. Spotkanie rodzinne, nieprawdaż?"
"Pamiętam cię." Powiedziała Lenaia, przyglądając mu się z uwagą. "Stałeś obok Sarevoka na uczcie koronacyjnej. I to ty otworzyłeś portal, którym uciekł."
Mag pokiwał głową.
"Ratowałem mu życie. Zobacz, jak mi się odwdzięczył." Próbował się zaśmiać, ale skrzywił się z bólu. "Pomóż mi, a powiem ci, co musisz wiedzieć."
Elfka zawahała się, ale po chwili wyciągnęła z torby magiczną miksturę i przytknęła mu ją do ust. Wypił łapczywie.
"Wiedziałem, że pójdziesz za nim." Powiedział nieco silniejszym głosem. "Łączy was przeznaczenie. Musisz zaatakować go pierwsza, gdyż inaczej on będzie miał nad tobą przewagę. Nie, żeby to miało jakieś znaczenie, już go pokonałaś. Jego plany legły w gruzach, a jego sprzymierzeńcy wieją niczym szczury. Mierzył wysoko, choć nikt nie pojmował, co go ku temu wszystkiemu pchało. Nikt, prócz mnie. Niestety, mógł mnie się teraz pozbyć, choć niczego więcej się nie spodziewałem."
"A jaka była twoja rola? Czemu mu pomagałeś, wiedząc, że zostaniesz odtrącony?"
"Jaka była moja rola? Byłem jego mentorem i wprowadziłem go w najmroczniejsze rytuały. Gdyby nam się powiodło, niewątpliwie byłbym teraz martwy… ale moje imię przetrwałoby tysiąclecia. Jeśli umrze się we właściwy sposób, można żyć i po śmierci, a jakże nie zapewnić miejsca w historii architektowi, który ukierunkował działania nowego, wstępującego na tron Pana Mordu? Ty tego nie zrozumiesz, urodziłaś się po co, by mieć wpływ na historię Krain. Reszta z nas sama musi sobie wykuwać miejsce sposobami, które uzna za konieczne."
"Wstępującemu na tron? Co on knuje? Wojna z Amn nie ma sensu."
"Powinnaś już się domyślić, jaki był jego plan. Praktycznie szłaś za nim trop w trop. Wygląda na to, że kierowały tobą podobne motywy i pragnienia, choć ty inaczej je urzeczywistniałaś. Nie, wojna z Amn nie była prawdziwym celem Sarevoka, nie zależało mu na zyskach. Pragnął jedynie rzezi na wielką skalę, chodziło mu o to, aby w pierwszych bitwach stracono wystarczająco wiele żywotów, by rozniecić ogień w jego własnej, na poły boskiej krwi. Myślał, że śmierć na odpowiednią skalę pomoże mu w jego własnym wyniesieniu i wzlocie ku boskości. Może i tak by się stało, ale któż to może powiedzieć? Jeżeli jesteś zuchwały niczym bóg i możesz zabijać na boską skalę, któż ci rzeknie, że nie jesteś bogiem?"
Lenaia spojrzała przed siebie, ponad głowy towarzyszy, zamyślona. W końcu pochyliła się znowu nad magiem.
"Sam mówisz, że jego plany legły w gruzach. Nie zabiję cię, magu. Przeżyjesz, choćby tylko po to, żeby odpowiedzieć za swój udział w nich."
Winski patrzył na nią długo.
"Twe miłosierdzie jest godne podziwu. Wybrałaś inną drogę niż Sarevok, choć wątpię, czy w ostatecznym rozrachunku będzie to miało jakiekolwiek znaczenie. Zostaw mnie, nie jestem już groźny ani dla ciebie, ani dla innych."
"Gdzie się udał Sarevok?"
Mag wykonał dziwny gest dłonią. Kilka kroków od niego zmaterializowało się przejście.
"To korytarz, którym dojdziesz do Podziemnego Miasta - starych, elfich ruin, na których fundamentach powstały Wrota Baldura."
"Miasto pod miastem?" Zapytał Yeslick. Lenaia zamrugała. Gdzieś słyszała już to określenie, ale nie potrafiła sobie przypomnieć, gdzie.
"Jest tam stara świątynia Bhaala. Ale uważajcie, od setek lat korytarze zamieszkane są przez nieumarłych. Żywi się tam nigdy nie zapuszczali."
"Aż do teraz. Ilu ludzi ma Sarevok?"
"Czworo, w tym jeden mag o imieniu Semaj. Teraz idźcie już i dajcie mi odpocząć. Powiedziałem wam wszystko, co wiem."
Lenaia wstała i spojrzała na leżącego mężczyznę. Chwilę się zastanawiała, po czym wyciągnęła z sakwy kolejną miksturę leczniczą i podała mu. Przyjął ją i kiwnął głową w podziękowaniu.
Ruszyli przed siebie dusznym korytarzem. Powietrze było suche i pełne kurzu, który sprawił, że szybko wszystkim zaczęły łzawić oczy. Imoen w którymś momencie rozkaszlała się nie na żarty. Tunel prowadził dość ostro w dół, panowały w nim nieprzebite ciemności. Nawet elfy niewiele w nich widziały, może poza Viconią, więc Kivan, idący z tyłu, przyświecał im światłem pochodni. Korytarz był bez wątpienia wykuty ludzką ręką, wystarczająco szeroki i wysoki, aby można było poruszać się nim w miarę swobodnie. Nie zauważyli już żadnych pułapek. Lenaia zastanawiała się, kto i w jakich okolicznościach wykuł to przejście. Wyglądało na bardzo stare. Przeszli może z dwa kilometry, gdy korytarz stopniowo zaczął tracić swoją pochyłość. Tunel poszerzył się, powietrze stało się mniej duszne. Czasem wydawało się, że czuć na twarzy delikatny przewiew. Po kolejnych kilkuset metrach, za jednym z zakrętów zatrzymali się, zaskoczeni. Stanęli u wejścia do ogromnej jaskini, której końca nie było widać. Ciemność rozproszona była przez dziwną poświatę, możliwe, że unoszącą się znad pokrywających kamienie tu i ówdzie dziwnych porostów. Gdzieniegdzie widać było niskie murki, które może kiedyś, dawno temu, były ścianami domów, ale czas nieubłaganie zrobił swoje.
"Któż by pomyślał, że takie miejsca znajdują się pod miastem." Mruknął Yeslick.
"Cicho!" Szepnę Kivan. "Słyszę kroki."
Lenaia kiwnęła głową. Też je słyszała.
"Jedna osoba."
Wyciągnęli broń.
Z ciemności wyłoniła się drobna postać. Lenaia wyprostowała się z ulgą. Znała ją. Rozmawiały raz, w cieniu kolumn Komnaty Cudów, ale zapamiętała ją dobrze. Tym razem nieznajoma miała na sobie pełną zbroję, a w dłoni trzymała zakrzywione, długie ostrze. I nagle do elfki dotarło, że spotkały się więcej niż raz. Przypomniała sobie kobiecą postać, którą widziała tej nocy, gdy wraz z Gorionem uciekali z Candlekeep. Zacisnęła dłoń na swoim kosturze.
"Witaj znowu, Lenaia." Powiedziała nieznajoma melodyjnym, kobiecym głosem, z którego przebijał smutek.
"Ty jesteś Tamoko." Elfka bardziej stwierdziła, niż zapytała.
"To ja." Odpowiedziała tamta. "Obawiam się, że tym razem nie będziemy rozmawiać, a przyjdzie nam walczyć. Uczyniłaś… co musiałaś uczynić, jak sądzę. Sarevok jednak jakoś dowiedział się o mojej zdradzie. Zostawił mnie, bym zginęła na twojej drodze. Muszę się bić, by odzyskać jego zaufanie. I tak oto staję przed tobą, wiedząc, że jeśli cię pokonam, on spełni to, co sobie zamierzył i będzie dla mnie stracony, a jeśli ty mnie pokonasz, pójdziesz dalej, by go zabić. Żadnemu z nas się nie podda, a ja… nie mam wyboru."
Lenaia długo patrzyła drugiej kobiecie w oczy. Widziała w nich determintację, ale przede wszystkim bezgraniczny smutek.
"Nie mogę cię skrzywdzić." Rzekła w końcu. "Nie ty jesteś moim wrogiem."
"Musisz!" W głosie wojowniczki zabrzmiała desperacja. "Staję przed tobą i nie pozwolę iść dalej. Jestem przeszkodą, którą musisz usunąć! Uwolnisz… będziesz ze mną walczyć! Ja… byłam z nim wtedy, kiedy zginął Gorion. Jestem tak samo winna, jak on."
"Ty już jesteś martwa, Tamoko, ty już odrzuciłaś życie. To był twój wybór, a ja nie jestem ci do niczego potrzebna."
Tym razem Tamoko milczała dłuższą chwilę.
"Nie… jednak nie jesteście aż tak bardzo do siebie podobni." Powiedziała wreszcie. "On nie zawahałby się ani przez chwilę. Może… może nie tylko krew uczyniła go takim, jakim jest. Byłam głupia. Idź! Droga wolna, życzę ci powodzenia. Przygotuj się dobrze na nadciągający ogień."
Pozdrowiła ich jeszcze gestem, zanim zniknęła w ciemności korytarza, z którego przyszli.
Coran zagwizdał cicho.
"Niesamowita kobieta. Piękna, zdeterminowana. Szkoda, że po przeciwnej stronie. Miałybyście ze sobą wiele wspólnego, Len."
"Na przykład kiepski wybór partnerów?" Parsknęła Imoen. Coraz zmieszał się nieco i ukłonił. Spojrzał na Lenaię.
"Nie wiem, czy to dobry moment, ale…"
"To stanowczo nie jest dobry moment." Ucięła czarodziejka, przeczuwając, co elf chce powiedzieć. "Chodźmy więc." Kivan wyciągnął dłoń w jednym z kierunków. Chyba wschodnim, choć w tej jaskini ciężko było to stwierdzić z całą pewnością. "Widzę w oddali jakiś budynek."
