Lenaia spojrzała na masywne wrota świątyni. Były zaskakująco dobrze zachowane, choć świątynia musiała liczyć z tysiąc lat. Jej masywna forma wyróżniała się na tle ruin wypełniających podziemne jaskinie i korytarze. A może to Sarevok i jego poplecznicy przywrócili świątyni choć odrobinę jej dawnej chwały? Wyryte w kamieniu motywy nie zostawiały wątpliwości, czego bogiem był Bhaal. Miały dawać siłę jego wyznawcom, a przynosić strach wszystkich tym, którzy ośmieliliby się przeciwstawić jego niegdysiejszej potędze. Elfka nie bała się już jednak. Towarzyszyło jej uczucie, jakby wszystko było jej dobrze znane, tylko zagrzebane gdzieś pod wspomnieniami. Nie walczyła już z tym uczuciem więcej. Czuła podniecenie i zniecierpliwienie, jakby to, co było za drzwiami wołało ją i kusiło wspaniałą nagrodą. To coś przyciągało ją z taką siłą, że towarzysze patrzyli z niepokojem, jak prawie biegła w stronę wejścia, nie mogąc się powstrzymać. Zatrzymała się jednak przed samymi wrotami, tracąc trochę pewności siebie.
"Byłoby rozsądne, abbil, abyśmy odpowiednio przygotowali się do tej walki." Powiedziała Viconia, łapiąc czarodziejkę za ramię. "Wiesz przecież, że za tymi drzwiami czeka na ciebie twój brat."
"Wolałabym nie walczyć." Odrzekła Lenaia.
"Nie bądź głupia." Warknęła drowka. "On nie da ci wyboru. Przegrał z tobą. Nie daruje ci takiej zniewagi."
"Sarevok nie jest tam sam. Jest z nim co najmniej jeden mag. I ten szczurzy, zakłamany syn dziwki, przywódca Płomiennej Pięści" Dodał mściwym tonem Yeslick. Nie wybaczył Angelo uwięzienia.
"I Tazok." Powiedział przerażająco zimnym i spokojnym tonem Kivan. Jego twarz była prawdziwą maską determinacji. Lenaia ochłonęła trochę.
"Kivan, proszę cię, uważaj na siebie." Powiedziała z niepokojem. Elf uśmiechnął się do niej smutno.
"Nigdy nie podziękowałem ci właściwie, za to, że zabrałaś mnie ze sobą, mellonamin. Dzięki tobie może wreszcie zaznam trochę spokoju."
"Myślałam, że podróżując ze mną, można zaznać wszystkiego, tylko nie spokoju." Zażartowała i uśmiechnęła się z zażenowaniem. Kivan chwycił jej dłoń i podniósł do ust, składając na niej delikatny pocałunek.
"Niemniej dziękuję ci za możliwości, które dzięki tobie stały się realne. I za nadzieje, które może się wreszcie spełnią."
"Jeśli już skończyliście te ckliwe gadki, to przypominam wam, że czeka nas walka." Powiedziała stanowczo Viconia.
Lenaia kiwnęła głową.
"Wszyscy wiedzą co robić?" Odpowiedziało jej potakiwanie. Coran i Kivan przygotowali specjalne strzały. Yeslick zważył w dłoni swój topór. Imoen wyglądała bardzo blado.
"Siostro?" Zapytała elfka, patrząc uważnie na rudowłosą złodziejkę.
"Dam sobie radę, nie myśl sobie." Odparła dziewczyna stanowczo, poprawiając przytoczone do paska buteleczki z miksturami. "O was się boję, nie o siebie."
Lenaia wyciągnęła dłoń i pchnęła wrota świątyni, które okazały się zaskakująco lekkie. Otworzyły się niemal bezszelestnie, na całą szerokość, ukazując w pełni rozległe wnętrze. Zamrugali wszyscy mocno, bo światło bijące z rozpalonych wszędzie pochodni było niezwykle intensywne, zwłaszcza w porównaniu z ciemnością korytarzy, przez które wcześniej się przedzierali. Na posadzce wykuta była ogromnej wielkości czaszka, otoczona kroplami krwi. Za czaszką znajdowało się rozległe podwyższenie, otoczone ze wszystkich stron kolumnami. Gdy już wzrok przyzwyczaił się wszystkim do światła, zobaczyli na podwyższeniu cztery postacie, które podniosły się ze swoich siedzeń na ich widok. Jedna z nich ruszyła w ich stronę. Lenaia podeszła kilka kroków. Postać stanęła na krańcu podwyższenia. Dzielił ich znajdujący się na posadzce symbol. Symbol Bhaala, boga mordu. Ich ojca.
Mężczyzna tym razem odziany był w nabitą kolcami zbroję, która prześladowała ją w snach. Hełm trzymał pod lewą pachą, a w prawej dłoni dzierżył znany jej, ogromny miecz, który teraz opierał lekko o podłogę. Gdy szedł, nie odrywał od niej wzroku. Gdy się zatrzymał, Lenaia pierwszy raz prawdziwie spojrzała mu w oczy. Oczy miał ciemne, głęboko osadzone, pozbawione żółtawego poblasku, który zapamiętała. Wyczytała z nich nienawiść, złość, smutek, pożądanie i parę innych rzeczy, których nie była do końca w stanie zinterpretować. I żal. A może żal był jej, że wszystko musi skończyć się tak, a nie inaczej. I może reszta tego, co widziała, też była odbiciem jej własnych uczuć, które tak bardzo chciała zobaczyć w oczach Sarevoka. Bo może… może gdyby on nie okazał się potworem, za którego wszyscy go mieli, może nie byłaby nim i ona.
"Czekałem tu na ciebie." Powiedział dźwięcznym, niskim głosem, który rozległ się echem, odbitym przez puste ściany świątyni. "Rzeczywiście jesteśmy rodziną. Nikt inny nie ośmieliłby mi się przeciwstawić. Ostatecznie i tak nie będzie miało to żadnego znaczenia."
"Musi być jakiś inny sposób." Lenaia pokręciła smutno głową. Cała nienawiść, którą czuła do niego po śmierci Goriona, gdzieś zniknęła. "Możemy… możemy połączyć siły i razem przeciwwstawić się złu!"
Sarevok zmrużył oczy i przyglądał jej się przez chwilę.
"Jeszcze tego nie rozumiesz, prawda?" Zapytał w końcu. "Nie ma żadnego wielkiego zła do zwalczania. Jest tylko to, które znajduje się w nas samych."
Lenaia dalej kręciła głową.
"Słyszałam jego mroczne szepty, śniłam sny, które zsyłał, które ty śnić również musiałeś. Nie mów mi, że on nie istnieje, bo w to nie uwierzę. Ty… ty sam nie pragniesz go wskrzesić?"
Sarevok roześmiał się pogardliwie.
"Bhaal nie żyje, powinnaś to wiedzieć. Choć jego świadomość dość długo unosiła się w podmuchach niebiańskich wiatrów. Ja jednak nie pragnę jego wskrzeszenia, chcę tylko jego mocy."
"Dlaczego zabiłeś Goriona?" Zapytała szybko, bojąc się, że za chwilę nie będzie już mogła nigdy tego uczynić. Skrzywił się na dźwięk jego imienia.
"Bo chciałem dostać ciebie… siostro. Poza tym byłem mu to winien."
"Co on ci zrobił?"
"Zostawił mnie w świątyni Bhaala. Tej, którą ci po stokroć przeklęci Harfiarze postanowili splądrować. Ledwo uszedłem z życiem, gdy wzniecili pożar. Wiesz, ile dzieci w nim zginęło?"
"Swojego ojca też zabiłeś?"
"Mój przybrany ojciec w pełni zasłużył na to, co go spotkało." Oczy lekko zalśniły mu żółtym blaskiem. "Nawet ty byś to przyznała, gdybyś znała prawdę."
"Powiesz mi, dlaczego?"
"Nie." Odparł krótko. "Dość tej rozmowy. Zdecyduj, siostro. Nadchodzi nowa era dla krain. A ty, jeśli spróbujesz mnie powstrzymać, umrzesz jeszcze tej nocy."
"Pozwoliłbyś mi odejść?"
Uśmiechnął się drwiąco.
"Może. Ale wiesz, że prędzej czy później wróciłbym po ciebie. A wcześniej ziemia ta spłynęłaby krwią."
Kiwnęła głową, spodziewając się takiej odpowiedzi. Ale milczała dalej, mierząc go wzrokiem, wahając się.
"Oboje wiemy wystarczająco dobrze, że jesteś zbyt odpowiedzialna na to, aby wypuścić na krainy kogoś takiego, jak ja." Powiedział jeszcze. "Decyduj!" Wyczuła w jego głosie lekką niepewność.
"Masz rację." Rzekła wreszcie. "We wszystkim. Nie mogę ci pozwolić na zrealizowanie twoich planów. I moi przyjaciele mają dług wobec twoich zwolenników." Wskazała ręką w kierunku podwyższenia.
"Kończmy więc z tym wszystkim." Założył na głowę trzymany dotychczas pod lewym ramieniem hełm.
I wtedy rozpętało się piekło. Podwyższenie, na którym stali poplecznicy Sarevoka w okamgnieniu pochłonęły płomienie po wypuszczonych przez elfy magicznych strzałach. Wybuchy były tak silne, że Lenaia odruchowo zasłoniła twarz przed podmuchem gorąca. Odsłoniła ją w ostatniej chwili, by dostrzec i uniknąć zamachu potężnego miecza. Sarevok, mimo pełnej zbroi, był niewiarygodnie szybki. Uchylała się przed jego ciosami, cofając się w kierunku przyjaciół. Zza jego pleców wyszedł Angelo, na jego magicznej tarczy wciąż tańczyły płomienie. Semaja nigdzie nie było widać. Viconia wyskandowała zaklęcie. Mag pojawił się na chwilę, gdy rozproszyła się otaczająca go niewidzialność. Coran wypuścił w jego stronę strzałę, ale ta ześlizgnęła się po ochronnych zaklęciach. Kivan szył z łuku w kierunku Tazoka. Półogr ryknął głośno, gdy dwie strzały wbiły mu się w pierś. Wyrwał je jednym ruchem i runął w stronę Kivana, wymachując ogromnym toporem. Lenaię przed furią Sarevoka ocalił Yeslick. Krasnolud wpadł na wojownika, wytrącając go z równowagi. Cios miecza odbił tarczą, sam wyprowadzając tak silne uderzenie, że zachwiało Sarevokiem. Lenaia domyśliła się, że kapłan wezwał swojego boga na pomoc. Wiedziała jednak, że ta pomoc na długo nie wystarczy. Zaczęła gromadzić magię. Wypuściła w kierunku swojego przeciwnika dwa zaklęcia, rozpełzły się jednak po jego zbroi, która musiała być magicznie wzmocniona. Pamiętała, że zaklęcia Goriona nie miały na Sarevoka żadnego wpływu. Skoncentrowała się. Magia zaczęła płynąć w jej kierunku cichym, silnym strumieniem, który wyostrzył jej zmysły. Czuła przyjemne pulsowanie w skroni i w brzuchu, które rozlewało się stopniowo po całym jej ciele. Czuła Splot, czuła otaczające ją pasma fioletowej energii. Jeszcze trochę, jeszcze odrobinę więcej. Myślała, zaciskając zęby, powstrzymując moc przed uwolnieniem się. Trzymała ją kurczowo, skupiając się z całych sił, nie zważając na to, co się wokół niej dzieje, mając nadzieję, że Yeslick jeszcze przez chwilę zdoła powstrzymać Sarevoka. Nie widziała, jak Viconia odczytuje zwój, kierując dłoń w kierunku Semaja. Jak mag otwiera oczy w zdumieniu, gdy cała jego magia zostaje wessana przez otaczające go wiry, pozostawiając go bezbronnego i zdanego na łaskę Imoen. Nie widziała, jak jej siostra przebija maga swoim krótkim ostrzem, a jego krew tryska na wykuty w posadzce symbol. Nie słyszała gorączkowego brzęku mieczy, towarzyszącemu tańcowi, w którym zwarli się Angelo z Coranem. Nie widziała, jak strzały jedna za drugą wbijają się w Tazoka, jak półogr chwyta Kivana, miażdżąc mu ramię. Jak elf próbuje sięgnąć po zatknięty za pas sztylet, miotając się w uścisku swojego oprawcy. Nie czuła krwi wypływającej jej cienką strużką z nosa, zlekceważyła ból, gdy paznokcie wbiły się jej w dłonie zwinięte w pięści. Skoncentrowała się jeszcze bardziej, utkwiła spojrzenie w Sarevoka, który właśnie potężnym ciosem miecza roztrzaskał Yeslickowi tarczę. Krasnolud osunął się, przyciągając do siebie dziwnie skręconą rękę. I gwałtownie uwolniła falę skoncentrowanej magicznej energii. Jej atak był tak silny, że odrzuciło Sarevoka aż do podwyższenia. Mężczyzna ciężko uderzył plecami w jedną z kolumn, która na jej oczach pękła i runęła w dół, przysypując wojownika gradem kamieni. Wypuścił z dłoni miecz. Elfka podbiegła szybko i odrzuciła go na bok, poza zasięgiem jego dłoni. Sarevok wyciągnął rękę, przez chwilę myślała, że szuka swojego oręża, ale on zdarł z głowy hełm, oddychając ciężko. Odkaszlnął kroplami krwi. Musiała złamać mu co najmniej kilka żeber. Osunął się, opierając plecami o pozostałości kolumny. Podeszła do niego.
"Brawo, siostro." Wycharczał. "Żałuję tylko, że…" Nie był w stanie powiedzieć nic więcej. Lenaia osunęła się na kolana obok niego. Spojrzał na nią, zamrugał. Widziała, jak rozmywa się żółty poblask jego oczu, jak jego czarne oczy szukają jej oczu, jak powoli zachodzą mgłą. Przestał się ruszać. Podniosła głowę.
"Len… Lenaia…" To Imoen. Elfka zamrugała, starając się odpędzić z oczu łzy. "Len… Kivan…" To ją otrzeźwiło. Rozejrzała się. Nieopodal leżał martwy Semaj. Trochę dalej spostrzegła ogromne cielsko Tazoka, naszpikowane tyloma strzałami, że przypominał makabrycznego jeża. W jednym oczodole tkwił mu sztylet. Obok półogra leżał…
"Kivan!" Elfka krzyknęła i podbiegła do łowcy. Nie oddychał. Pod lewym obojczykiem miał rozległą ranę od topora, wypełnioną zakrzepnięta krwią.
"Nie! Kivan, przyjacielu." Ostatnie dwa słowa elfka wypowiedziała niemal szeptem. Podłożyła obie dłonie pod głowę łowcy. Po chwili coś jej się przypomniało.
"Viconio! Viconio!" Zawołała rozpaczliwie. Rozejrzała się. Drowka stała obok, nie wyglądała na ranną. Lenaia poszukała wzrokiem pozostałych towarzyszy. Imoen również nie wyglądała, jakby odniosła jakiekolwiek obrażenia. Yeslick przyciskał do klatki piersiowej zranioną, może złamaną rękę, ale stał na własnych nogach. Coran właśnie kończył owijanie prowizorycznego opatrunku na udzie. Widząc jej spojrzenie, pokręcił głową. Ponownie spojrzała na Viconię.
"Powiedz, proszę, że dasz radę." Drowka, słysząc jej słowa, westchnęła.
"Skoro tego chcesz. Odsuńcie się." Powiedziała i wyciągnęła zwój. Zerknęła na niego i rozpoczęła mozolne rysowanie na posadzce kapłańskich symboli. Lenaia rozejrzała się i krzyknęła. Odwrócili się wszyscy i spojrzeli w kierunku, który wskazywała. Na ich oczach ciało Sarevoka zaczęło się zmieniać. Rysy jego twarzy złagodniały, skóra przybrała złoty kolor. Nagle uniósł się w powietrzu złocisty pył, który zawirował i rozmył się jak pod wpływem podmuchu wiatru. Gdy spojrzeli znowu, na posadzce leżała sama zbroja. Lenaia przełknęła głośno ślinę.
"Co… co to było?" Zapytała Imoen.
"Nie mam pojęcia." Wzdrygnęła się elfka. Nie miała jednak siły się nad tym zastanawiać. Skupiła swoją uwagę na Viconii, która po chwili skończyła rysowanie znaków, wyciągnęła z torby kolejny zwój i rozpoczęła modlitwę do swojej mrocznej bogini. Lenaia zamknęła oczy i ze wszystkich sił zaczęła modlić się do Sehanine. Po chwili, która ciągnęła się im w nieskończoność, modlitwy zostały wysłuchane, bo Kivan odetchnął mocno i otworzył oczy. Viconia pochyliła się nad nim i rozpoczęła leczenie najcięższych obrażeń. Lenaia, nie wiedząc, co zrobić z ulgi, objęła Imoen i przytuliła się do niej z całych sił.
"Len… to już koniec, prawda? Koniec tego wszystkiego?" Zapytała rudowłosa złodziejka.
"Tak, to koniec." Odpowiedziała elfka.
Nie miała pojęcia, jak bardzo się myliła.
