XVI
Lucius przełknął właśnie ostatni kęs jajecznicy, gdy do jadalni weszła Hermiona. Uniósł brew, bo wyglądała inaczej. I nie umiał sobie uzmysłowić, dlaczego. Ubrana była w zwykłe rzeczy, a jej włosy były związane w luźny kucyk. Tak, jak zawsze.
Usiadła prawie bezszelestnie przy stole i nalała sobie herbaty, ewidentnie unikając jego wzroku. Chrząknął, ale ona uparcie patrzyła w pusty talerz. W końcu uniosła oczy i zobaczył, że ma zaróżowione policzki i przyspieszony oddech.
"Dobrze się pani czuje, panno Granger?" Hermiona kiwnęła głową szybko, zbyt szybko, i sięgnęła po tosta.
Lucius był skonfudowany - Hermiona zachowywała się dziwnie i nie umiał znaleźć sensownego wytłumaczenia. Każde logiczne wytłumaczenie, na jakie wpadł, nie miało racji bytu. Postanowił więc milczeć, ale po kilku minutach kompletnej ciszy, nie wytrzymał i przerwał ją.
"Co planujesz zrobić jutro w Ministerstwie?" Hermiona uniosła wzrok i widział, jak przełknęła ślinę. Nic nie odpowiedziała, ale zauważył, że jej mina staje się coraz bardziej zacięta. Odłożyła tosta i spojrzała mu w oczy, mówiąc,
"Powiedzieć prawdę." Jej głos podszyty był słabo ukrywanym buntem, dostrzegł, że mocno zacisnęła usta.
"Prawdę?" Pohamował prychnięcie, orientując się że uniosła brew, a jej wargi zadrżały. Skinęła głową, a Lucius westchnął,
"Obawiam się, że Shacklebolt ma zupełnie inne spojrzenie na to wszystko niż ty." Hermiona zamrugała kilka razy w odpowiedzi i widział, jak w jej oczach pojawia się niepewność. Zagryzła wargę, po czym ją wolno oblizała, najwyraźniej myśląc nad słowami, które chce powiedzieć.
"On nie ma prawa narzucać nam kolejnych miesięcy." Zachrypnięty głos miał być stanowczy, ale Lucius widząc jej minę wiedział, że to tylko pozory. Granger była doskonała w budowaniu pozorów. Hermiona zmarszczyła brwi, bo zauważyła jego stanowczą reakcję.
"Mieliśmy już podobną konwersację, panno Granger." To zdanie z jego ust uświadomiło jej, co chciał powiedzieć.
Że nawet jeśli będzie chciała to nie ma żadnych możliwości ani pola do manewru.
"Nie chcę się poddawać bez walki." Wyznała cicho, niepewnie, a Lucius poruszył się na krześle. Po raz pierwszy Hermiona w jego oczach wydawała się być bezbronna, obnażona, wyciągnięta siłą ze swojej strefy komfortu.
Trwało to tylko moment, po tym wyraz jej twarzy zmienił się zupełnie i widział, że złość pojawia się w jej oczach. Hermiona była zupełnie rozbita, targana sprzecznymi emocjami i było to coś, co powinna ukrywać. Szczególnie przed takim człowiekiem jak on.
Hermiona skubala tosta i cisza pewnie by dużo dłużej trwała, gdyby nie nieplanowana wizyta Draco.
Draco wszedł do jadalni i sądząc po jego minie, nie był w najlepszym humorze. Zaskoczył obojga, a Lucius momentalnie wiedział, że coś się wydarzyło.
„Tato, możemy porozmawiać? Na osobności?" Draco zapytał, na co Hermiona przechyliła głowę i nie powiedziała nic, ale Lucius w odpowiedzi wstał bez słowa i wyszedł za synem.
Draco był wyraźnie zdenerwowany i wytrącony z równowagi, gdy Lucius zamknął drzwi biura za ich plecami. Przeciągnął nerwowo dłonią po włosach i podszedł do biurka, opierając się o jego krawędź całym ciężarem swojego ciała. Lucius stał przy drzwiach, czekając na dalszą reakcję syna.
„Co się działo w piątek?" Głos Draco był nadzwyczaj twardy, a jego postawa była wyraźnie zamknięta przez założone ręce. "Dlaczego Blake chce zerwać negocjacje z nami?"
Lucius uniósł obie brwi jednocześnie, wyraźnie zaskoczony - zupełnie nie spodziewał się takiego pytania.
"Słucham?" Draco prychnął w odpowiedzi na reakcję Luciusa i nie była to miła reakcja.
"Alexander wysłał mi wiadomość, że planują wstrzymać negocjacje." Mina Draco była zacięta, bo mężczyzna nie wiedział, co spowodowało taką niespodziewaną i miażdżącą reakcję. Ten kontrakt i negocjacje kosztowały ich już tyle wysiłku, a całość obecnie wisiała na włosku. "Co się wydarzyło w piątek?" Powtórzył pytanie przeciągłym głosem w stronę ojca i popatrzył na niego wyczekująco.
Lucius patrzył na syna, ale żadna sensowna odpowiedź nie nasuwała mu się na myśl, więc po chwili odparł zdawkowo, "Nic."
Był niemal pewien, że Draco nie wierzy w ani jedno jego słowo, ale z drugiej strony nie rozumiał, co się wydarzyło. Czy coś się wydarzyło o przecież, tak naprawdę, nic się nie wydarzyło.
"Jeśli nic się nie wydarzyło, to dlaczego planują wstrzymać negocjacje?" Draco przełknął głośno ślinę, zauważając, jak żyła na szyi ojca zaczyna pulsować, a same ciało Luciusa napina się. Nie oznaczało to niczego dobrego..
"Chciałbym to wiedzieć, Draco." Lucius wycedził, może trochę zbyt ostrym tonem. Ale wzięty z zaskoczenia, nie umiał się inaczej bronić. "Czy coś konkretnego ci przekazał?"
Draco przygryzł wargę wahając się czy odpowiedzieć szczerze. W końcu wydusił, "Podobno łączy cię coś z Granger."
Lucius parsknął i pokręcił głową, czując lekkie rozbawienie, jednak Draco nie było do śmiechu. Stał sztywno i mierzył ojca wzrokiem.
Luciusowi po chwili też zrzedła mina, gdy tylko uświadomił sobie absurd argumentu.
Hermiona zanurzyła stopę w białej pianie, którą wytworzyła w wannie. Nie pamiętała już kiedy ostatni raz leżała w środku dnia leniąc się w przyjemnie ciepłej wodzie. A potrzebowała tego - oddechu i waniliowego zapachu, który unosił się w łazience i miło pieścił jej nozdrza.
Uniosła książkę i przełożyła na następną stronę, próbując skupić się na strategiach szachowych. I faktycznie jej uwaga utrzymywała się, ale tylko przez chwilę, po czym czuła, jak przyjemne ciepło rozchodzi się po jej ciele. Odłożyła książkę, bo…
Zupełnie tak jak w śnie…
Przygryzła wargę, gdy ciepła woda, błogi zapach i relaks spowodowały, że wzięła głębszy oddech, starając się zachować spokój. Poprzednia noc przebiegała przez jej umysł w niewyraźnych, zamglonych obrazach.
I ten głos.
Głos, który chyba znała, wydawał jej się znajomy, ale odmawiała przyznania przed samą sobą, że… wie.
W jej głowie panował bałagan, chaos… Więc pod wpływem chwili zamknęła mocno oczy, zanurzyła się w całości w wodzie. Kilkanaście sekund później wynurzyła się gwałtownie, łapiąc oddech. Otoczenie wokół niej rozmyło się, zbledło, po czym na nowo nabrało kształtów aż wszystko, co widziała, to…
Poczuła skurcz żołądka, przyspieszenie pulsu i oddechu… Walczyła ze sobą, próbując pozostać nieruchomo w wodzie, w ciszy…
Strach z tyłu głowy i cichutki głosik mówił jej, że się myli… Odbijał się echem w jej głowie, był wyczuwalny w pulsie…
Jego cholerny głos.
Hermiona wiedziała, że nie ma urojeń, bo znowu to uczucie przyszło, tym razem gdy była w pełni świadoma. Woda otuliła ją ciepłem, a jej kobiecość stała się gorąca, z wyczuwalną lepkością między jej biodrami.
Jeszcze raz zanurzyła się w wodzie, aby odsunąć wszystkie emocje które buchnęły jej niespodziewanie w twarz. Nie chciała ich w głowie, w uszach, w myślach.
Nie, nie, nie…
Jestem popieprzona, pomyślała Hermiona wynurzając się, nie powinnam o tym myśleć, nie powinnam…
Tego chcieć.
Zacisnęła mocno pięści i oczy, próbując odgonić myśli, uspokoić rozszalały puls i serce tłukące się w piersi.
Ten sen i dzisiejsze myśli nie miały najmniejszego sensu, bo czuła się jakby jej własne ciało usiłowało ją zdradzić. Jakby gorączka ogarniała każdy skrawek jej skóry i rozpalała, pozwalając wypalić się i obrócić w popiół.
Wypuściła wolno powietrze, które było jakby szorstkie, coś między frustracją a rozbawieniem.
"Jestem popieprzona," powtórzyła na głos i utkwiła wzrok w suficie.
Szach, mat, panno Granger., dźwięczał w jej uszach.
Hermiona otuliła się mocno szlafrokiem i poprawiła turban na głowie, podchodząc do okna. Chciała zasunąć kotary, ale zanim ich dotknęła, spostrzegła, że w ogrodzie stoi Lucius.
Stał plecami do niej, z rękami założonymi z tyłu. Jego długie platynowe włosy rozwiewał zimny, jesienny wiatr, który zwiastował załamanie pogody. Lucius stał nieruchomo i jedyne czego była pewna, to to, że wpatrywał się w przestrzeń.
Hermiona przełknęła ślinę, bo w tym momencie wyglądał jak posąg. Wykuty w kamieniu, idealny i… nieludzko piękny. A z jego sylwetki biła pewna nostalgia, może smutek. Coś, czego zazwyczaj i na codzień nie pokazywał.
Hermiona poruszyła się spłoszona, kiedy Lucius odwrócił się i ich wzrok spotkał się na dłuższy moment. Skinął w jej kierunku i ruszył w stronę grobu Narcissy.
Poczuła, że powinna zostawić go w spokoju i zasunęła kotarę, pełna dziwnego niepokoju.
Zdjęła ręcznik z włosów i wytarła je do sucha, po czym zabrała się za rozczesywanie. Usiłowała odsunąć swoje myśli od wydarzeń z nocy i kąpieli, ale jej umysł uparcie jej to utrudniał.
Przebrała się i otoczona waniliowym zapachem udała się do biblioteki, gdzie chciała poczytać książkę, ale jej wzrok przyciągnęła szachownica.
Wzięła ją i postawiła przed sobą, porządkując figury i stawiając je na miejsca startowe. Postanowiła poćwiczyć jedną ze strategii, której nauczyła się z książek grając przeciwko szachom partię błyskawiczną.
Rozgrywka pochłonęła ją tak, że nie usłyszała, jak w pomieszczeniu bezszelestnie pojawił się Lucius. Obserwował ją uważnie przez dłuższą chwilę, każdy jej ruch, szybki, ale przemyślany. Widział skupienie na jej twarzy i zaciętość, Hermiona należała do osób upartych i stawiających na swoim, o tym zdążył przekonać się już osobiście. Zazwyczaj tak było.
Kiedy była bliska wygranej, chrząknął, aby dać znać, że jest w pomieszczeniu i powiedział, "Bardzo dobra rozgrywka i obrona sycylijska."
Zaskoczona Hermiona uniosła głowę i spojrzała na niego szeroko otwartymi oczami, obnażając całą swoją duszę w tym ruchu. Po raz kolejny w krótkim czasie Lucius zrozumiał, że gdyby chciał się wedrzeć do jej umysłu to była bezbronna niczym dziecko. Wystarczyła tylko chwila…
"Hmn," Zmarszczyła nos, wytrącona lekko z równowagi, by po chwili kiwnąć głową, "Dziękuję." Podziękowała lekko zmieszana i była jeszcze mocniej zdziwiona, gdy Lucius usiadł naprzeciwko niej i rzucił tylko, "Białe czy czarne?"
Uniosła brew w odpowiedzi, a on patrzył na nią wyczekująco. Jego wzrok był intensywny, ale nie widziała irytacji, raczej wyzwanie.
Rozchyliła usta i oblizała spierzchnięte wargi, przełykając jednoczesnie ślinę. "Białe."
Skinął głową i szachy wróciły na pozycję wyjściową. Zaczęli rozgrywkę i Hermiona czuła, jak z każdym kolejnym ruchem rozgryza jego strategię. Lucius Malfoy był agresywnym graczem, używał obrony Pirca, który polegał na kontratakowaniu przeciwnika.
Hermiona skupiła się tak mocno, że w pewnym momencie zaschło jej w gardle. Rozejrzała się po biurze i ze zdumieniem odkryła, że Lucius zorganizował karafkę wody i… wina. Zauważył jej powątpiewający wzrok, więc dodał lekko, "Nie ma za co," i nieudolnie ukrył uśmieszek.
Najpierw nalała sobie wodę i wypiła ją duszkiem, po czym pomyślała, że wino… Zagryzła wargę, gdy jej dłoń sięgała po wino. Nalała sobie trochę, wzięła łyk i zorientowała się, że to ona powinna wykonać ruch. Poruszyła się po planszy, nie myśląc za długo nad ruchem i kilkanaście sekund po niej Lucius powiedział cicho,
"Szach," I przesunął gładkim ruchem figurę, w taki sposób, że przed jej oczami pojawiły się zupełnie inne obrazy. Zamknęła momentalnie oczy, próbując odgonić je siłą woli.
Ale one nie znikały, a na dodatek usłyszała,
"Panno Granger, dobrze się pani czuje?"
Jego jedwabisty głos, niski tembr, przyprawił ją o dreszcz i poczuła gęsią skórkę na rękach. Otworzyła wolno oczy, wychrypując, „Tu jest po prostu trochę ciepło". Wzięła oddech i doprecyzowała,n "Nic mi nie jest."
Czuła, że Lucius nie do końca wierzy w jej słowa, ale próbowała ponownie skupić się na grze, mimo zamglenia wzroku i przyspieszonego pulsu.
Dotknęła dłonią jedną z figur, ale zawahała się przed zrobieniem ruchu. Zdawała sobie sprawę, że w najlepszym przypadku rozgrywka skończy się remisem. Malfoy również to wiedział, bo był nadzwyczaj pewny siebie i jego postawa wyrażała tą pewność. Sam nie spuszczał oczu z jej ręki.
Hermiona cofnęła dłoń i nalała sobie kieliszek wina, który opróżniła tak szybko, jak wodę. Lucius uniósł jedynie brwi, zdziwiony, ale nic nie powiedział - tylko obserwował.
Zmieniła taktykę w ostatniej chwili i poruszyła się inną figurą, jednoznacznie poddając partię. Lucius popatrzył na planszę, na nią i ponownie na planszę. Zrozumiał, że poddała się w bardzo oczywisty sposób, więc jedyne, co musiał zrobić, to ją zakończyć. Wziął króla w swoje szczupłe i długie palce i przesunął na odpowiednia pozycję. Hermiona spojrzała mu głęboko w oczy, kiedy mówił cicho,
"Szach, mat, panno Granger."
Cały jej misterny plan budowania fortecy wokół umysłu i duszy rozpadł się w pył. Wystarczyło jedno spotkanie z Kingsleyem, aby uświadomiła sobie, że jest nikim w jego oczach.
Nikim.
Słyszała jego szyderczy głos, który cedził słowa, jedno po drugim. Wyrafinowanie, z finezją, sztylety posłane prosto w jej serce.
Podczas spotkania czuła, jak czerwona poświata zasłania jej wzrok, jak jej pięści zaciskają się pod stołem. Jak jej ciało napina się, mruży oczy i usiłuje zachować jakkolwiek resztki opanowania.
Shacklebolt zdecydowanie chciał ją upokorzyć i udało mu się to wyśmienicie. Odebrał jej te resztki godności jakie jej zostały i zdusił w zarodku cały bunt jaki usiłowała wzniecić.
"Możesz odejść." Jego lodowaty głos spowodował, że z trudem opanowała posłanie mu złowrogiego spojrzenia. Wyszła z gabinetu i skierowała swoje kroki w stronę kominków, nie mając siły na aportację. Chciała krzyczeć, ale głos milczał - po za tym nadal znajdowała się w Ministerstwie Magii.
Kręciło jej się w głowie, język zaczynał jej drętwieć i Hermiona zdawała sobie sprawę, że za krótką chwilę będzie mieć atak.
Przejechała nim po suchych wargach i niczym pijana, podeszła do jednego z wolnych kominków. Stanęła w nim i wyszeptała, Malfoy Manor.
Poczuła szarpnięcie i po chwili wypadła w kominka, z którego uniósł się tuman kurzu. Zaczęła kaszleć, po czym zorientowała się, że jest w innej części domu niż powinna.
Lekko zagubiona otrzepała szaty, czując, że ogarnia ją coraz większa panika. Do tego stopnia, że przestała jasno myśleć.
Rozejrzała się wokół i poczuła, jak zastyga, zmrożona. Otaczały ją obrazy wszystkich przodków rodu Malfoyów, które poruszyły się, gdy ją zauważyły.
Nie musiała długo czekać, aż zaczęły przerażająco krzyczeć,
szlama.
Hermiona poczuła, że otacza ją ciemna chmura, z każdą kolejną chwilą pochłania ją, wywołując zamroczenie. Powietrze paliło jej płuca, nie mogła złapać oddechu. Czuła, jak łzy spływają po jej policzkach, jak trzęsie się z każdym kolejnym krzyczantm słowem szlama. Obrazy niczym dementorzy nawiedzały jej umysł, osaczały jak macki. Czuła ich zimne, świszczące oddechy, na karku, na policzkach. Wyciągała dłonie, próbując je odpędzić, ale nie wiedziala, gdzie są, z której strony ją otaczają.
Łzy leciały po jej policzkach kiedy ukryła twarz w dłoniach i zaczęła przeraźliwie krzyczeć.
Słyszała już nie tylko głosy obrazów, ale i miliony szeptów, krzyków, błagań, które wypełniały jej czaszkę. Przerażające krzyki postaci, które osaczały ją.
Jakby obudziły się z letargu, który na nich wymusiła pijąc eliksir snu. I tym razem nie zamierzały odpuścić.
W pewnym momencie krzyk uwiązł w jej gardle i już prawie się poddała, gdy silna dłoń zacisnęła się na jej ramieniu i wyciągnęła ją brutalnie z pokoju.
