Exiled – Wygnani
I
Hermiona spojrzała na plik listów, które leżały przed nią. Kilkanaście minut wcześniej otrzymała kolejny.
Zawahała się mocno, bo wiedziała, że jeśli zajrzy do któregokolwiek, wszystko wróci. A nie była pewna, czy jest na to gotowa. Nawet po tylu latach.
Rozwiązała wstążkę i położyła nową kopert na wierzch. Nadawcą wszystkich był nie kto inny a Ginny Potter.
Hermiona westchnęła i schowała je do szuflady. Tyle lat minęło, a Ginny nadal się nie poddawała. Podziwiała jej upartość, ona sama, jak widać, nie miała tyle wytrwałości.
- Hermiono?
Kobieta, wyrwana z zamyślenia, spojrzała w kierunku drzwi. Uśmiechnęła się delikatnie i machnęła dłonią.
- Już idę.
Zamknęła szufladę i poczuła się dziwnie. Może nadszedł już czas, by zmierzyć się z nimi, by zmierzyć się z ich treścią.
Nie dzisiaj.
Wyszła z pokoju, starannie zamykając drzwi. Biuro było jej świątynią, do której nie miał dostępu nikt po za nią.
W kuchni panował gwar, przez ten list zapomniała kompletnie o planach na dzisiejsze popołudnie. Organizowali piknik dla pobliskich rodzin i byli gospodarzami dzisiejszego wydarzenia.
- Hermiono! Już myśleliśmy, że zaginęłaś! – Pani Danbury z uśmiechem przywołała ją do siebie. Była energiczną seniorką, która mogłaby zawstydzić niejednego dorosłego.
- Przepraszam Valerie. Dostałam listy od dawnych znajomych, pochłonęły mnie niechcący. – Zaczęła się tłumaczyć, ale wiedziała, że już straciła jej uwagę.
- Nic nie szkodzi. Patrz jaka piękna pogoda, poszczęściło nam się. Wszyscy bawią się wyśmienicie.
Hermiona przytaknęła i wyszukała w tłumie swojego męża. Był on aktywnie zaangażowany w grę terenową, którą sami obmyślili. Właśnie nawigował dzieci, co muszą wykonać.
- Lucius dzisiaj jest doskonałym gospodarzem, nieprawdaż. – Valerie uśmiechnęła się szelmowsko. – Takiego męża to ze świecą szukać. Jesteś szczęściarą, Hermiono.
- To prawda. Jestem szczęściarą. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszego. – Potwierdziła kobieta i przygryzła wargę. To była czysta prawda, ale gdyby Valerie wiedziała o ich przeszłości… Otrząsnęła się z tej niewygodnej myśli i zmieniła temat:
- A jak dzieciaki? Nie rozniosły ogrodu swoją energią?
Pani Danbury zachichotała, co było na swój osobliwe.
- Wszystko pod kontrolą. Szaleją, ale bez żadnych wypadków. Hayden ma dzisiaj wyjątkowe szczęście do zwycięstw.
- Nic dziwnego – Podsumowała Hermiona.- Cały tata.
- Prawda, widać w nim wiele cech twojego męża. No i mądre wychowanie przez dojrzałego rodzica.
- Ciężko się nie zgodzić, Val. Świadome rodzicielstwo to splot doświadczeń życiowych.
Nie zawsze łatwych. Dodała w myślach Hermiona i zawoła głośno – Hayden!
Dziesięcioletni chłopiec wyglądał jak kopia swojego starszego brata. Platynowe włosy, niebieskie oczy i szelmowski uśmiech zwiastujący problemy. Wulkan energii, który kocha psocić i robić na złość. Ponadprzeciętnie inteligentny, potrafiący perfekcyjnie odwracać kota ogonem.
Właśnie zignorował jej wołanie, na co pani Danbury wzruszyła ramionami.
- Niech się nacieszy dzisiejszym popołudniem. Dawno nie było tak pięknej pogody w tej części Anglii.
Hermiona miała szczerą nadzieję, że ich kolejne dziecko będzie bardziej podobne do niej. Kilka dni temu dowiedziała się, że jest ponownie w ciąży. Chociaż ponownie nie było właściwym słowem. Po tylu latach starań i poronień udało im się. Nikt jeszcze nie wiedział, nawet Lucius. Tylko ona.
- Masz rację. – Kobieta westchnęła. – Nie możemy zapanować nad wszystkim. Czasem rzeczy po prostu dzieją się niezależnie od nas.
- Złote słowa, Hermiono. A teraz.. – Pani Danbury ściszyła głos. – Jesteś w ciąży, prawda?
Hermiona spojrzała na nią w szoku, nie spodziewała się, że ktokolwiek może ją o to podejrzewać. W końcu miała trzydzieści pięć lat i od dziesięciu była matką.
- Skąd…? – Wyjąkała, ale Valerie się roześmiała.
- Mam siedemdziesiąt pięć lat, Hermiono. Nie jedno już w życiu widziałam. A kobiety w ciąży wyglądają inaczej… Mają taki blask, który ciężko jest wytłumaczyć. I tym nim lśnisz. Promieniejesz niczym najpiękniejsza gwiazda na niebie.
Słowa pani Danbury zmieszały Hermionę. To miał być sekret, a jak widać, ktoś już wiedział.
- Nie przejmuj się, nikomu nie powiem. To po prostu przeczucie, czasem ludzie tak mają. – Puściła do niej oczko i ruszyła w stronę innych, zostawiając Hermionę samą z jej myślami.
Valerie Danbury była człowiekiem z krwi i kości, a wydalałoby się jakby miała czarodziejskie moce. A na pewno była Mugolem.
W wiosce, w której mieszkali, nie spotkali nigdy żadnego czarodzieja. Jeśli miała być szczera, to w praktyce od dziesięciu lat nie widywali czarodziejów. Jej wizyty na Pokątnej i w Londynie zdarzały się raz w roku. Najczęściej gdy Lucius udawał się do Malfoy Manor, by spotkać się z Draco, Astorią i Scorpiusem.
Hermiona wzięła szklankę soku, wzięła łyk i zawołała ponownie: Hayden!
Tym razem jej krnąbrne dziecko przyszło, ale minę miał nietęgą. Był wyraźnie zły, że ośmiela się go wzywać.
- Co jest mamo? – Kochała ten ton pełen dziecięcej pretensji. – Coś ważnego, bo chyba już przegrywam. – Spojrzał na inne dzieci i parsknął. Zabawa toczyła się bez niego. – Mamo? – Jęknął przeciągle błagalnym tonem.
- Nic, Hayden. Baw się dobrze. – Hermiona była okrutną matką w oczach syna. Odrywać od zwycięstwa tylko po to, żeby coś powiedzieć. – Kocham cię, Synu. – Dodała z ciepłym uśmiechem, ale Hayden już nie słyszał. Biegł do innych, aby odebrać im zwycięstwo.
Zachowanie godne Slytherinu.
Ta myśl wywołała skurcz żołądka u Hermiony. Bardzo obawiała się września, bo wiedziała, co przyjdzie do jej ten moment nie wiedziała jeszcze, co z tym zrobią.
Ale jedno było pewne – będzie musiała zmierzyć się z demonami przeszłości. Oboje będą musieli to zrobić dla dobra ich dziecka.
Dzieci nie mogą płacić za błędy swoich rodziców.
Do Hermiony podszedł Lucius i złapał ją za dłoń.
- O czym myślisz?
- O naszym synu. Niedługo kończy jedenaście lat i wiesz co to oznacza.
Objął ją ramieniem.
- Wiem. – Pocałował ją w czubek głowy. – Wiedzieliśmy o tym od dawna. Musimy się z tym zmierzyć.
- Tyle lat minęło. – Hermiona wtuliła się w niego. – Miejmy nadzieję, że… - Urwała, bo jej głos zaczął drżeć. Wszystkie wspomnienia, które trzymała zamknięte, zaczynały się wyzierać.
Lucius zaczął ją uspokajać i szeptać kojące słowa.
Jedno było pewne, Hayden nie mógł płacić za ich błąd. Ani teraz, ani nigdy.
