Na ulicy unosił się niemiłosierny smród. Hermiona, nie przejmując się nim, szła pewnie przed siebie, obok Arthura, wysokiego, przeraźliwie chudego wiekowego czarodzieja. Weszli w zaklęcie maskujące i znaleźli się na miejscu. Dookoła nich było wielu aurorów, którzy krzątali się i próbowali wychwycić jakieś poszlaki zaklęciami. Zauważyła jasną głowę Draco, który nachylał się nad resztkami denata. Sama ofiara… była wszędzie, dosłownie. Ściany pobocznych budynków pokrywały plamy krwi i zaschnięte strzępy narządów, które nie spadły na ziemię. Bez ociągania postawiła walizkę, którą trzymała w dłoni, i ją otworzyła. Rzędy pustych flakoników i szpatułek zadzwoniły cichutko.
- Nie wiem, po co każą ci ze mną łazić. – Westchnął Arthur i spojrzał na nią z błyskiem sympatii. – Sama świetnie sobie dajesz radę. – Wywróciła oczami, ale na jej ustach pojawił się uśmiech.
- Ja się cieszę, że jesteś tutaj ze mną. – Zabrała z walizki kilka pojemniczków na próbki i rękawiczki, które od razu założyła na dłonie. – Bo nie wiem nawet gdzie zacząć.
- Ściany. – Wskazał na mur za nią. – Już i tak wywietrzało, więc czym szybciej je zgarniemy, tym lepiej. – Kiwnęła głową i podeszła rozbryzgu.
Za pomocą różdżki wydzieliła zaschniętą krew od powierzchni i przetransportowała ją do fiolki. Następnie, już za pomocą nożyka, zdrapała zaschnięte szczątki i wrzuciła do kolejnego, szklanego pojemniczka. Przykucnęła już przy czymś, co wyglądało na kawałek wątroby i także zgarnęła próbkę.
- Hermiona! – Wstała, równocześnie odwracając się do rudego przyjaciela.
- Hej, Ron. – Uśmiechnęła się. Nadal czuła się niepewnie z uśmiechami na miejscu zbrodni, ale zarówno Harry jak i Ron tłumaczą jej to za każdym razem.
„- Oni już i tak nie żyją, Hermiono. I to my musimy sobie z tym poradzić, to że uśmiechniesz się do przyjaciela, nie zbezcześci tego miejsca. „
- Paskudna sprawa. – Zmarszczył nos, patrząc w stronę Draco.
- Podobna do tej dwa dni temu. – Wzruszyła ramionami. Zaskakująco dla niej samej, dość szybko poczuła znieczulicę do spraw. Nie wiedziała, czy to przez wojnę, czy jednak jej charakter, ale dla niej najważniejsze było, że pomagało w pracy.
- Owszem. – Spoważniał. – I tak samo, jak dwa dni temu nie ma śladów. – Ledwo skończył zdanie, a przez powłokę przeszedł Harry, wygładzając włosy.
- Hej wam. – Podszedł od razu do nich.
- Miałeś nockę? – Spytała Hermiona, przypatrując się twarzy przyjaciela. Nadal miał odbitą poduszkę na policzku.
- Yhm. – Ziewnął.
- Chodź, stary, pokaże ci co i jak. – Rudy zgarnął przyjaciela i zaczęli odchodzić do innych aurorów. – Herm, dzisiaj o dwudziestej? – Obejrzał się na nią, a ona kiwnęła głową. Od dwóch i pół tygodnia, Ron notorycznie spędzał piątkowe wieczory i weekendy u niej, o ile nie byli u przyszłych państwa Potter.
- Hermiona, jest twój. – Z zawieszenia wyrwał ją głos Draco. Zerknęła na blondyna.
- Jaka przyczyna? – Ruszyła do walizki, szukając wzrokiem Arthura. Staruszek już nachylał się nad ciałem.
- To, co poprzednio. – Skrzywił się, idąc obok niej. Zostawiła zapełnione flakoniki, wzięła puste szkło i nowe rękawiczki. – Jedyne co różki tego biedaka od poprzedniego, to to, że jemu akurat wybuchnęły jelita, a nie śledziona, i serce.
Kucnęła naprzeciw przełożonego i zaczęła bardzo delikatnie zbierać krew z różnych miejsc. Malfoy przypatrywał się jej uważnie, od czasu do czasu wskazując skąd lepiej je wziąć. Arthur z kolei tylko jej się przypatrywał, a pytany o radę wzruszał ramionami i groził, że jak w końcu pójdzie na emeryturę to nie będzie mógł pomóc. Arthur Cliff w pełnej okazałości.
Kiedy zamknęła ostatnią próbkę, wstała i rozprostowała się.
- To już wszystko. – Obserwowała bacznie siwego czarodzieja, który wstał z ociąganiem i skrzywił się, prostując kręgosłup. Nie proponowała mu pomocy, po tym jak raz mu ją oferowała. Dostała taką burę, że nie chce tego powtarzać nigdy w życiu.
- Na co czekasz? – Złapał się pod boki. Pokręciła głową i spakowała walizkę, zamknęła ją i zabrała z ziemi.
- Gotowa. – Uznała. Znów w jej okolicy zakręcił się Malfoy, tym razem z Robem, głównym patologiem.
- Widzimy się w laboratorium? – Spytał.
- Jasne, pewnie i tak do was zejdę, jak zrobię wszystkie odczyny. – Obiecała. Pomachał jej ręką, co odwzajemniła. Arthur z Robem wymienili kilka myśli i ruszył do wyjścia z osłony, a ona posłusznie za nim.
Lipcowe słońce prażyło niemiłosiernie, kiedy szli Pokątną w stronę budynku, gdzie pracowali. Minęli Gringotta i Hermiona zauważyła ciemną kamienicę. Przyśpieszyła kroku.
- Hola, dziewczyno, zwolnij. – Zaśmiał się, nie zważając na to, że dziewczyna zbladła minimalnie. Zatrzymała się i spięta spojrzała na staruszka, który dopiero ją doganiał.
Nie chciała tu być. Nie chciała widzieć tej przeklętej firmy, która zapoczątkowała burdel jej myśli. Minęły już prawie trzy tygodnie i musi iść dalej, nie myśląc o Severusie Snapie. Dla siebie samej. Cliff wyrównał się z nią, a ona nie czekała nawet chwili jak tylko wznowiła spacer.
- Co się stało? – Spytał wprost, kiedy budynek laboratoirum zamajaczył się na horyzoncie.
- Nic, upał mi przeszkadza. – Odparła cicho.
Trzasnęła drzwiami, rzucając czarną, płócienną torbę na szafkę na buty. Zdjęła baleriny i przeszła do salonu. Cisza. Pustka. Rzuciła zaklęcie sprzątające, jak co dzień po pracy. Przeniosła torbę pod kanapę, na której się rozłożyła i powyjmowała raporty, z którymi Arthur odesłał ją do domu. Rozłożyła wszystkie na stole, jeden obok drugiego i przypatrywała się nim.
Nic, żadnych obcych eliksirów we krwi. Złapała pusty pergamin i napisała jedno proste równanie numerologiczne. Potem kolejne i kolejne, łącząc je w złożony układ. Machnęła różdżką i wypowiedziała cicho zaklęcie, a cały pokój zażarzył się cienkimi srebrnymi nićmi. Podążała jedna po drugiej, szukając czegokolwiek, co mogłoby jej powiedzieć, czemu czarodziej, którego jeszcze tożsamości nie znają, wylądował rozbryzgany na bruku Pokątnej. Nie zdejmując zaklęcia usiadła na sofie i złapała trzy różne wyniki. Jeden, zanim zaczęła pracować, drugi był sprzed dwóch dni, a ostatni z dzisiaj. Trzy morderstwa, chyba że czarodzieje nagle nauczyli się sami z siebie wybuchać.
- Absurd. – Prychnęła cicho.
Z zamyślenia wyrwało ją stukanie w drzwi, na co tylko spojrzała na zegarek. Dwudziesta pięć.
- Wejdź! – Krzyknęła.
- Możesz, na Merlina, zamykać drzwi? – Warknął Ron, wchodząc do jej kuchni z siatkami. – Herm, do cholery, w Londynie grasuje psychol, który wysadza czarodziei.
- Tak, i robi to na ulicy. – Wywróciła oczami, wstając. – Chce uwagi, co doskonale wiesz.
- Zamordowanie Hermiony Granger, nawet w jej własnym mieszkaniu jest chyba wystarczające. – Przystawał przy swoim. – I znieś te przeklęte linie, że nie masz po nich migreny. – Bez słowa zniosła zaklęcie i nitki zdarzeń zniknęły.
- Zadowolony? – Podniosła brew. Kiwnął głową i postawił na blacie butelkę prosecco i whisky Ogdena.
- Jedna dla mnie, druga dla ciebie. – Wyjaśnił na jej zdziwiony wzrok.
- Nie będę pić. – Założyła ręce na piersi.
- Będziesz. – Uparł się. – Może jak w końcu się upijesz, wyrzucisz tego dupka z myśli.
- Nie. – Podniosła dłoń. – To jest tabu, Ron, o… tym nie rozmawiamy.
- I będziesz wiecznie uciekać? – Syknął.
- Co ty żeś się dzisiaj tego uczepił?! – Odepchnęła się od wyspy kuchennej i zaczęła zbierać pracę. – Jakoś nie miałeś z tym wcześniej problemu.
- Bo dawałem ci czas. – Wytłumaczył wyjmując dalej zakupy. – Ale zaraz miną trzy tygodnie, a ty nadal nurzasz się w otchłani rozpaczy. – Jakby na potwierdzenie otworzył jej lodówkę, w której leżały tylko dwie butelki wody i niedokończony olej. – Dziewczyno, gdyby nie to, że wiem, że Malfoy ci wpycha obiady, zacząłbym się poważnie martwić. – Sarknął, pakując warzywa i mięso.
- Nie jestem głodna, nigdy dużo nie jadłam, pragnę zauważyć. – Obroniła się składając idealny stos papierów na półkę z książkami.
- Ale przeginasz. – Wyciągnął szklankę do whisky i wysoki kieliszek. Otworzył alkohole i porozlewał. – No, a teraz śmiało. Możesz wybrać kolejny mugolski film. – Podał jej napełnione szkło. Przyjęła je, wiedząc, że nie odpuści, ale nie miała najmniejszego zamiaru nic pić.
- Nie musisz mnie niańczyć. – Wybuchnęła. To samo mu powiedziała, kiedy przyszedł do niej po raz pierwszy, zmartwiony, że nie odpowiada na sowy. I po raz drugi, kiedy tu przyszedł też to usłyszał. Jednak nie miał zamiaru się tym przejmować.
- Nie niańczę, Hermiono. – Ponownie przewrócił oczami. – Tylko spędzam piątkowy wieczór z przyjaciółką. Lepsza perspektywa niż siedzenie samemu w mieszkaniu, nie uważasz? – Rozłożył się na kanapie, nie zrażony, że gospodyni stoi nad nim. Odłożyła kieliszek na stoli i ułożyła mu się w nogach. Podłożyła kolana pod brodę i przyjrzała się przyjacielowi, kiedy ten brał pierwszy łyk whisky.
- Mógłbyś go spędzić z Kath. – Zaproponowała. Kathrine Wilson była amerykańskim aurorem, która przyleciała dwa miesiące temu i została. Ona i Ron wytwarzali taką chemię między sobą, że w obecnym stanie, Hermiona starała się unikać tej pary, jak tylko może. Nawet teraz, o wzmiance o dziewczynie, zaróżowiły mu się policzki.
- Jutro się z nią widzę. – Przyznał niechętnie. – Zresztą ma dyżur nocny. – Wzruszył ramionami. – Ym, ale słyszałem, że widzisz się jutro z Ginny.
- Tak, chciała już zacząć szukać sukienki i ewentualnie rozejrzeć się za miejscami na wesele. – Ginny weszła z pełnym impetem w planowanie ślubu. Okazało się, że załatwienie terminu dla wybrańca było najbanalniejszą rzeczą na świecie. Ruda wspomniała przy urzędniku, że chciałaby ślub w lutym, a on sypnął całym miesiącem do dyspozycji.
- A potem? Co robisz? – Krzywołap wskoczył nogi Weasleya i zaczął domagać się pieszczot Hermiony, nie zwracając uwagi na ryk mężczyzny. – Głupi kocur.
- Potem wracam do mieszkania. – Odparła prosto. – I siedzę nad sprawą. Nie tylko was cisną z tymi morderstwami. – I nie jest głupi. – Burknęła obrażona, drapiąc kocisko za uchem.
- Może wyjdziesz z nami na piwo? – Wypalił, ale spojrzała na niego jak na wariata.
- Tak, zabierz byłą dziewczynę, na randkę z inną. Przyjazna atmosfera murowana. – Zaszydziła, a chłopak się zmieszał.
- Może faktycznie. – Wyburczał pod nosem. Myślała, że koniec tematu, ale przypatrywał się jej z mocą.
- Dobrze, jeśli Gin będzie wolna wpadnę do nich do Doliny. – Obiecała, żeby dał jej spokój. Była pewna, że powie o tym siostrze i będzie musiała wywiązać się z obietnicy.
Wieczór mijał im spokojnie. Odpalili na jej laptopie film, z płyty, którą pożyczyła od rodziców. Ron zasypiał wraz z opróżnieniem butelki, a ona twardo odmawiała wypicia choćby łyka. W końcu wyłączyła urządzenie i przykryła gościa kołdrą, która została ochrzczona jako jego tydzień temu. Wyrzuciła pustą butelkę, wylała prosecco do zlewu i zmyła naczynia, odkładając je na suszarkę. Zgasiła światła i poszła się położyć do swojego łóżka.
Przez pierwsze pół godziny naprawdę starała się zasnąć. Jednak potrafiła się tylko przewracać z miejsca na miejsce, a kiedy już się poddała patrzyła tępo na ścianę. Po godzinie nadszedł płacz. Leżała skulona pod kołdrą i łkała, wiedząc, że dzięki zaklęciom wyciszającym Ron jej nie usłyszy. Kiedy wróciła od niego, przez dwa dni nie wychodziła nigdzie, dbając tylko o łazienkę. Potem wpadł Ron i wysłuchał wszystkiego co się stało i kopnął w tyłek, by się wzięła w garść. Zaczęła chodzić do pracy co też zajmowało jej myśli. Ale nie mogła spać. Przesypiała maksymalnie cztery godziny po czym leżała i umartwiała się nad sobą. Dlatego zaczęła biegać. Port przyniósł jej niespotykane wytchnienie i równocześnie wypełniało lukę w ciągu dnia.
Jednak niezmiennie, noce były najgorsze. To właśnie wtedy rozpamiętywała te wspólne chwile, te chwile, kiedy zbliżali się do siebie. Poprawka, ona zbliżała się do niego. Jeszcze jej rodzice. D kiedy skończyła studia zapraszają ją do siebie, oczywiście z Severusem. Nie była w stanie im powiedzieć prawdy. Zamiast tego odsuwała termin przyjazdu w nieskończoność.
Krzywołap wskoczył przed jej twarzą i zaczął łebkiem ocierać jej łzy. Przytuliła się do niego i załkała głośniej.
- Wiedziałem, że nie śpisz. – Mruknął zaspany głos za nią. Po chwili poczuła, jak materac się ugniata, a ramiona Rona ją przytulają. – Spróbuj zasnąć, Hermi. Pamiętaj, że nie jesteś sama.
Rozpłakała się mocniej, ale nie odwróciła do niego. Zasnęła dopiero wymęczona płaczem, wsłuchana w spokojny oddech śpiącego Rona.
- Wyglądasz jak beza. – Palnęła bez skrępowania Hermiona, mierząc Ginny spojrzeniem. Faktycznie, sukienka w stylu księżniczki z bufiastymi rękawami, sprawiała, że rudowłosa ginęła w materiale. Molly, która siedziała na kanapie obok, sapnęła.
- Owszem, wycofuję się. – Poprawiła siedzenie to właśnie ona wybrała ten nieszczęsny model.
- Na szczęście, jesteśmy jednogłośne. – Przyszła panna młoda zaklaskała i zeszła z podwyższenia, prawie biegiem zmierzając do przymierzalni, gdzie czekały na nią inne propozycje. Między starzą kobietą, a Hermioną zapadła spokojna cisza.
- Myślałam, że wcześniej ty i Ron weźmiecie ślub. – Wyznała nagle pani Weasley. Brązowowłosa spojrzała na nią zdziwiona. – Naprawdę na to liczyłam.
- Przykro mi. – Odparła. Naprawdę było jej przykro, że tak się nie potoczyło. Nie miałaby teraz złamanego serca. Rudowłosa prychnęła.
- Nigdy nie może ci być przykro, bo nie byłaś w stanie kogoś pokochać tak, jak on ciebie. – Odwróciły od siebie wzrok. – I naprawdę jest mi przykro, że ty też poznałaś ten ból. – Odwróciła się do niej, tak szybko, że coś jej zastrzykało w karku.
- Słucham…? – Dostała rozbawione spojrzenie.
- Skarbie wychowałam siódemkę dzieci, potrafię rozpoznać dziewczynę ze złamanym sercem. – Obdarowała ją delikatnym uśmiechem.
- To nie ważne, muszę się z tym uporać. – Szepnęła, pusto patrząc na ścianę przebieralni. Poczuła obcą rękę, na swoich dłoniach.
- Ale nie sama, kochanie. – Czując gulę w gardle kiwnęła głową. Atak rozpaczy przerwała Ginny, która wyszła w sukience typu syrenki i obróciła się na podeście.
- Chyba wybrałam. – Zaćwierkała, nie zauważając atmosfery między kobietami.
- Jest idealna. – Brązowowłosa uśmiechnęła się, a starsza kobieta ją poparła. Ucieszona przyjaciółka znów poszła się przebrać.
- Mam nadzieję, że będzie najszczęśliwsza. – Szepnęła Molly.
- Będzie, jeśli nie Harry, to ja o to zadbam. – Obiecała uroczyście.
O mało co nie wpadła na obcą kobietę. Pokręciła głową nad swoim roztargnieniem i wznowiła bieg, uprzednio przepraszając przechodnia. Zwykle biegała wzdłuż Tamizy i dzisiaj nie było inaczej. Kucyk kołysał się w rytm jej kroków, co dodawało jej otuchy. Nie było wiele ludzi dookoła, a jeśli ktoś się pojawiał, jak na przykład kobieta, na którą wpadła, śpieszyli się do pracy. Było niewiele po szóstej, kiedy wyszła z mieszkania, znów nie mogąc spać. Chociaż musiała przyznać, że miniony weekend był najlepszym od „zerwania" z nim. Ginny i Molly zaprosiły ją do Nory, by spędzić razem popołudnie, co skończyło się dopiero o czwartej nad ranem, kiedy obie dziewczyny musiały zaciągnąć pijaną panią Weasley do sypialni. Kiedy wtedy wróciła do mieszkania, była na tyle zmęczona, że w końcu nie płakała tylko od razu zasnęła. W niedzielę przyszedł z kolei Neville, jak nigdy i posiedział z nią przez większość dnia. Musiała przyznać sama przed sobą, że to nie jej były mistrz praktyk wybił z rytmu. Były to koszmary z czasów drugiej wojny czarodziejów. Dlatego niecałe dziesięć minut po obudzeniu wyleciała z mieszkania.
Spokoju nie dawały jej też morderstwa. Owszem, było jej na rękę, że ledwo zaczęła pracować i już miała mnóstwo na głowie, jednak nie mogła pojąć jakim cudem, czarodzieje od tak wybuchają. Zamknęła na chwilę oczy i odetchnęła głęboko. Cóż, to zagadnienie zostawić aurorom, a sama tylko im pomóc jak najlepiej umie.
Zatrzymała się przy brzegu i zapatrzyła w taflę rzeki. Kiedy zaczęła biegać, często stałą w tym miejscu, czują chęć wskoczenia do ciemnej toni. Ale zawsze w porę się opamiętywała i biegła ile sił w nogach jak najdalej od brzegu. Nie rozumiała co jej się stało. Owszem, kochała tego człowieka, do tej pory nie przestała, ale wpadać w taką rozpacz, dlatego, że on jej nie chce? Dlatego, że on zakochał się tak jak ona, tylko w kimś innym? Od małego, jak patrzyła na takie sytuacje prychała z zniesmaczona, z głupoty kobiet, którą finalnie się okazała.
- Do dupy to wszystko. – Mruknęła potrząsając głową. Patrzyła jeszcze chwilę, w szarawce poranka, by następnie znów zacząć biec. Wzdłuż Tamizy.
- Zastanawiam się, czy kiedykolwiek przyjdziesz naj normalny pracownik. – Powitał ją Arthur, wchodząc do laboratorium, gdzie Hermiona już się pochylała nad kociołkiem.
- A ja się zastanawiam, czy będzie dzień, kiedy się nie spóźnisz. – Odparła dźwięcznie, w skupieniu mieszając w eliksirze.
- Jak zwykle urocza. – Zaśmiał się i usiadł obok niej na stołku. Spojrzała na niego ze smutnym uśmiechem.
- Oczywiście. – Wzruszyła ramionami. – Sahmin wyszedł pozytywnie. – Dodała po chwili, a mężczyzna zaklął.
- Czyli go truła. – Postukał palcem w blat.
- Na to wychodzi. – Zebrała papiery. – Wstawiłam nowy, dla pewności. – Strzeliła wzrokiem na kociołek przy którym przed chwilą pracowała. – Jednak polecam już teraz napisać raport. – Pokręciła karkiem, w którym coś jej strzyknęło. Skrzywiła się na to.
- To napisz. – Parsknął. – To twoja sprawa, ja tylko mam służyć radą. – Jego oczy zabłyszczały z wesołości. – Masz coś z piątku? – Pokręciła zrezygnowana głową.
- Sahmin nic nie wykazał, ale Rother miał jakieś załamania, więc badam dalej Fellerem. – Wymieniała, jak automat, wszystkie testy na substancje toksyczne, które mogłyby spowodować wybuch czarodzieja. I tylko w tym wypadku było jakiekolwiek zaburzenie przechylające się na jakąkolwiek obecność.
- Psia krew. – Sarknął pod nosem. – A robiłaś Kleve? – Ponownie pokręciła głową.
- Poprzednio nic nie było, wątpię żeby teraz coś się zmieniło. Ale mogę wstawić.
- To zrób to. – Zarządził. Podeszła do pustego stanowiska i zaczęła wszystko przygotowywać. Eliksir Rabastana Kleve'a, który pokazywał obecność czaru w badanej tkance, musiał być świeżo zrobiony, bez użycia nawet grama magii, bo to mogło zaburzyć odczyt. Napełniła kocioł wodą z kranu i wstawiła na palnik gazowy, by doprowadzić ją do wrzenia.
- Jeśli będziesz mnie potrzebować, będę w biurze. – Ponownie zabrała papiery i ruszyła do przeszklonego pokoju na końcu laboratorium.
Rozłożyła się na swoim biurku, które dostała po przyjściu do pracy, i zaczęła układać wszystkie formalności. Przerwała jej papierowa siatka z logiem kawiarni i kubek z tego samego miejsca oraz jego aromatyczny zapach.
- Jedz, pewnie olałaś śniadanie. – Zarządził Draco, siadając bez pytania naprzeciw niej. On sam miał ten sam kubek. Podniosła brew.
- Jeśli ta bułka…
- Ślimak cynamonowy. – Wtrącił.
- Jeśli ten tłusty ślimak. – Poprawiła się. – Zatłuści mi te ważne papiery, to cię zabiję i rozpuszczę w eliksirze. – Oznajmiła dobitnie.
- To jedz to szybciej, bo chce żyć. – Ponaglił ją z udawaną zgrozą, ale jego oczy się śmiały.
- Jesteś niemożliwy. – Zawyrokowała, ale sięgnęła po podarek. Wysunęła wypiek i zaczęła jeść, popijając to ulubioną kawą. – Skąd wiedziałeś jaka kawa? – Spojrzała zdziwiona to na kubek, to na gościa. Malfoy stracił trochę animuszu i powiercił się na krześle. Zwęziła oczy, a następne je zamknęła. – Nie. Nie mów. – Bo już wiedziała. Tylko w jednym przypadku Draco tracił tą zdumiewającą pewność siebie. Jeśli do rozmowy miał wkroczyć Severus.
Dziedzic Malfoy'ów nie wiedział co się dokładnie stało między Hermioną, a jego chrzestnym. Po prostu pewnego dnia jeśli przy jednym wspomniało się drugie, trzeba było liczyć się z paskudną klątwą na głowie. On sam też nie wiercił ku informacji. Znał swojego wuja i zdążył poznać Granger, by wiedzieć, że żadne z nich nie powie niczego, póki oni sami nie chcieli wiedzieć. Ale mimo to, postarał się zaopiekować gryfonki. Jak znał ją tyle lat, teraz wyglądała niesamowicie krucho. Kiedy Weasley powiedział mu, nie dba o coś tak prozaicznego jak posiłki, postawił sobie za cel honoru pilnować, by przynajmniej jadła w pracy. I jak do tej pory uznaje to za pełny sukces.
Więc zwykle milczał w takich chwilach. Ale teraz, kiedy wczoraj miał niemiłe starcie z wujem, miał już dość.
- Co się do cholery z wami stało? – Warknął, przerwała śniadanie zdziwiona.
- Jak to „ co się z nami stało"? – Zmarszczyła brwi. – Po prostu zakończyliśmy współpracę w nienajlepszych stosunkach. – Przełknęła gulę w gardle i odechciało jej się jeść.
- To eufemizm, Hermiono. – Nachylił się do niej. – Oboje chodzicie niczym po cruciatusie, więc to chyba coś więcej.
- Nic więcej! – Uderzyła otwartą dłonią w blat. – Draco, to nasza sprawa. – Wstał z prychnięciem.
- Uważasz się za najmądrzejszą czarownicę, a jesteś tempa niczym tabaka w rogu. – Pokręcił głową z politowaniem. – Widzimy się na lunchu. – Pożegnał się z nią i wyszedł, zostawiając ją samą.
- Palant. – Mruknęła pod nosem i wyrzuciła niedojedzonego ślimaka, straciła kompletnie apetyt. – A ten lunch wsadź sobie w… – Wybuch przerwał Arthur, który akurat minął blondyna i wszedł do biura.
- Dobrze się czujesz, Hermiono? – Spytał powątpiewająco.
- Tak, do cholery, czuje się świetnie. – Wsadziła palce we włosy. – Dajcie mi wszyscy święty spokój, nie jestem ze szkła! – Krzyknęła, znosząc oczy ku górze.
- Może… weź sobie wolny dzień? – Spytał niepewnie, a Hermionę szlag strzelił.
Kiedy wróciła do mieszkania, czuła się wypruta z emocji. Po porannym wybuchu, nie mogła się ustawić na normalne tory. Miała głęboko po dziurki w nosie ludzi, którzy chodzą wokół niej, jakby była upośledzona. Ma tylko złamane serce, nie dodatkowy chromosom, na Merlina. Usiadła na kanapie, jęcząc, kiedy odchyliła maksymalnie głowę do tyłu. Spojrzała na lodówkę, w której wiedziała, że będzie prosecco.
- Coś mi się należy. – Wstała z mocnym postanowieniem.
Hermiona nie była zwykłą dziewczyną. Nie wpadła do domu, żeby się upić i wypłakać swoje smutki pijana przed lustrem. Ona to w sobie dusiła, nie jadła i wynajdowała nowe rzeczy do roboty. Ale alkoholu nie dotykała. Postanowiła to zmienić. Właśnie dzisiaj, właśnie teraz, kończy z przeklętym Severusem Snape'em, jeśli ludzie przez to mają ją traktować jak jajko. Co z tego, że czasem widzi jego widmo w mieszkaniu? Wydaje jej się, bo jej mózg, mimo, że chce o nim zapomnieć, jak na złość przywołuje jego obraz co raz częściej.
- Do diabła z tym całym gównem. – Złorzeczyła bez końca. Zauważyła, że Ron kupił też syrop z czarnego bzu. Niesamowite że Weasley o tym pomyślał. – Jakby był taki, jak byliśmy razem, najpewniej byłabym już Weasley. – Mruknęła ponuro, ale wzięła butelkę i odmierzyła odpowiednią ilość dodatku i wlała go do wina. Zamknęła oczy, rozkoszując się dobrym smakiem. Patrząc na napoczętą butelkę, obiecała sobie, że pójdzie pobiegać wieczorem i kupi go więcej. Arthur, po tym jak wrzasnęła na Terry'ego, chłopaka od zaopatrzenia, za zbitą fiolkę zarządził kategorycznie, że ma zostać w domu i poukładać skołatane wnętrze.
Na samą myśl o tym jej policzki zaczerwieniły się wściekle i wypiła cały kieliszek jednym haustem. Poszła do pokoju, przebrała się w legginsy, sportowy stanik i top, założyła odpowiednie buty i wyszła z mieszkania, trzaskając drzwiami.
Biegała przez dwie godziny, nie mogąc się uspokoić. Zgodnie z obietnicą, wstąpiła do sklepu, kupiła to co ją interesowało i dopiero wróciła do domu. Napuściła wody do wanny i rozkoszowała się nią, przez resztę butelki, robiąc poręczny barek na krawędzi wanny. Czuła, że za sprawą wina delikatnie się rozluźnia, a dodatkowo ciepła woda dobrze robiła na jej mięśnie.
Kiedy otwierała kolejną butelkę, w ciepłym szlafroku i turbanem na głowie, mogła spojrzeć w końcu z uśmiechem w przyszłość. Nawet zjadła rzodkiewki, które kupił jej Ron. Kiedy właśnie wymieszała sok z bzu z alkoholem, usłyszała pukanie w szybę. Ze zmarszczonymi brwiami przeszła przez cały salon i otworzyła okno, wpuszczając sowę. Zesztywniała, rozpoznając do kogo ona należy.
Baron rzucił na jej stolik zwój pergaminu i odleciał, nie dając jej czasu nawet zamknąć okna. Ale ona się tym nie trudziła. Nie przejmowała się też swoją dumą. Po prostu rzuciła się na wiadomość i rozwinęła ją drżącymi dłońmi.
„Nie wiem, czy pamiętasz (jak nie, to się nie dziwię), ale za trzy dni zaczyna się sympozjum, które razem wywalczyliśmy. Jako, że byłem twoim mistrzem i gwarantem rzetelności badań, to do mnie przyszło dokładne miejsce spotkania. Oczywiście, mógłbym ci je podać, ale jestem na tyle dużym sukinsynem, że nie chcę byś podróżowała sama, zwłaszcza, że były już trzy przypadki morderstwa.
Proponuję, że przyjdę po ciebie w czwartek o piętnastej. Jeśli naprawdę nie chcesz – bezczelnie mam to gdzieś, bardziej dbam o twoje bezpieczeństwo.
Severus Snape
Mistrz Eliksirów
Prezes Episkey Inc."
Spokój, jaki sobie zbudowała przez ten wieczór, runął, niczym domek z kart.
