- Szlag! – Probówka spadła na ziemię i roztłukła się w drobny mak. – W kurwę by to. – Mruczała pod nosem, wyjmując różdżkę i sprzątnęła jednym ruchem. Od kiedy przeczytała list od Severusa nie mogła się skupić. Przez te kilka dni była mniej efektywna niż kiedykolwiek wcześniej.
Arthur spojrzał na nią znad papierów porozrzucanych na biurku i podniósł brew kpiąco.
- Wszystko w porządku? – Spytał, a na jego ustach majaczył troskliwy uśmiech. Zauważył co się działo z jego podwładną, ale w jakimś stopniu czuł radość, że jednak czuje coś innego niż obojętność.
- Tak, tak. – Machnęła ręką. – Tylko się zamyśliłam. – Poprawiła kucyka i złapała nową szalkę, by nałożyć na nią próbkę asfaltu.
- Dość często ci się to zdarza, ostatnio. – Jego oczy błyszczały psotnie, a ona miała ochotę go zdzielić.
- Wiem, przepraszam za to. Naprawdę. – Wyznała szczerze. Czuła się głupio, będąc na tyle nierozważną.
- Ten długi weekend naprawdę ci się przyda. – Przeczesał rzednące włosy.
- Ugh, jakbym mogła, to bym została w pracy. – Wywróciła oczami i pokropiła próbkę odpowiednim odczynem.
- To pracoholizm. – Wymruczał dźwięcznie.
- Przypomnieć ci, że sam powinieneś być na emeryturze? – Wytknęła, sięgając po kolejną pipetę z innym eliksirem.
- Słusznie. – Wzruszył ramionami i wrócił do raportów.
Pokręciła z politowaniem głową i skupiła się na badaniu. Pracowali w ciszy, konsekwentnie robiąc wszystkie możliwe procedury. Tajemnicze wybuchy czarodziei na razie ustały i wszystko co mieli do zrobienia w tej sprawie już wysłali aurorom. Co wcale nie zmniejszało ich pracy.
Ze skupienia wyrwało ją pukanie w drzwi. Szybko podniosła głowę i spojrzała wprost w szaro-niebieskie oczy Dracona. W poniedziałek, tak jak zapowiedział, przyszedł na lunch i zachowywali się, jakby nic się nie stało. Jednak dziwne napięcie między nimi zniknęło dopiero wczoraj.
- Pora na lunch. – Podniósł kpiąco brwi. Pokręciła z politowaniem głową. Arthur tylko ponaglił ją dłonią.
- No idę, idę. – Zdjęła swój fartuch i przewiesiła go przez opacie stołka, na którym siedziała przy blacie roboczym. – Jak coś, daj znać patronusem. – Szef kiwnął jej głową, nie skupiając na niej większej uwagi. Wyszli z blondynem z laboratorium i skierowali się do wyjścia z budynku.
- I jak? Gotowa na wystąpienie? – Dźgnął ją w bok, a ona zdzieliła go po łapach. Szczerze przyczyną jej złego humoru było także przygotowywanie owego wystąpienia. Siedziała nieprzerwanie przez kilka nocy, równocześnie nie zmieniając swojego dotychczasowego stylu życia. Skończyło się na tym, że te kilka dni odbiło się na niej bardziej niż kilka ostatnich tygodni.
- Nie. – Odparła tylko. – Ale jak dobrze pójdzie, to na jutro będzie w miarę, jak na tak mało czasu. – Nie czuła się w żadnym stopniu przygotowana do jutrzejszego wydarzenia.
- Wuj mi powiedział, że jedziecie razem. – Przetrzymał jej drzwi i wyszli na parne powietrze lipcowego Londynu. Skrzywiła się.
- Tak, też o tym słyszałam. – W jej głosie pobrzmiewała ironia. Przeszli przez ulicę, korzystając z chwilowego przestoju w ruchu. Budynek, gdzie pracowali mieścił się w mugolskiej dzielnicy miasta. Weszli do ogrodu restauracji, w której zwykle jadali lunche.
- Myślałem, że już nigdy nie będziecie rozmawiać. – Usiadła przy stoliku, tyłem do ulicy i zmierzyła chłopaka wzrokiem.
- W takim razie, nie tylko ja się myliłam. – Rozpuściła włosy i przeczesała je palcami, odchylając się do tyłu. – Draco, twój wuj zdecydował za mnie, że podróżujemy razem. – Uśmiechnęła się do kelnera, który podszedł do nich i wręczył im karty. – Dla mnie sałatka z kurczakiem. I woda. – Od razu oddała kartę, ignorując westchnienie blondyna.
- To dla mnie polędwiczki w sosie grzybowym. – Odłożył menu obok, żeby później wybrać sobie deser. – I do tego też woda, gazowana. – Pracownik zapisał zamówienie, kiwnął głową i odszedł. – Zastanawiam się, czy kiedykolwiek weźmiesz coś innego.
- Wezmę, jak będę miała na to ochotę. – Parsknęła.
- Wracając. – Odchrząknął. – Co jest w tym złego, że on cię zabierze? Powiem ci szczerze, jak mi o tym wczoraj powiedział, to mi ulżyło. – Spojrzała na niego zdziwiona.
- Rozmawialiście o mnie? – Spytała i od razu miała ochotę zdzielić się w twarz. Teraz to on obdarzył ją zdziwionym spojrzeniem.
- Na Merlina, Hermiono. – Opadły mu ramiona. Ten moment wybrał sobie kelner, by przynieść im szklane butelki wody i wysokie szklanki. – Dziękuję. – Mruknął, a ona kiwnęła głową, bojąc się co wypłynie z jej ust, kiedy znowu je otworzy. – Tylko to wyłapałaś z tego co powiedziałem? – Zmarszczył brwi.
- Nie, Draco. – Westchnęła. – Faktycznie, nie rozumiem czemu miałoby ci ulżyć. Umiem korzystać ze świstoklika czy się teleportować.
- Może dlatego, że nie chce badać twoich szczątek w jakimś pieprzonym zaułku. – Syknął. – Do cholery, nie wiemy nic o tym zjebie. I nie to, że uważam cię za słabą wiedźmę. – Dodał pośpiesznie, widząc, że chce się wtrącić oburzona. – Ale bezpieczniej jest w dwójkę. A to, że się pokłóciliście, nie jest na tyle ważne co twoje zdrowie i bezpieczeństwo.
- Ron mógłby mnie odprowadzić i odebrać. – Uparła się. – Jest aurorem w końcu. – Oczywiście, że by go nie poprosiła, ale z doświadczenia wiedziała, że nie warto powtarzać, że da radę sama. Czasem wolała dać, to co ktoś chce.
- Już widzę, jak Snape się cieszy. – Zarechotał. Zmarszczyła brwi.
- A co go to obchodzi? – Zakrztusił się wodą, którą akurat pił.
- Ty serio pytasz? – Uważnie jej się przyglądał, równocześnie wycierając stół serwetką. Coś w jej twarzy sprawiło, że znieruchomiał. – Ty go kochasz. – Wypalił, i to ona struchlała. – No tak! To wszystko tłumaczy. – Wplątał palce w swoje włosy i pokręcił głową.
- Zamknij się. – Syknęła. – O czym ty gadasz?!
- Nie udawaj. – Ponownie parsknął. – Dlatego tak przeżywasz waszą kłótnie. I dlatego tak bardzo narzekasz na to, że jedziecie razem, ale finalnie nic z tym nie zrobiłaś. – Zaśmiał się nerwowo. – Genialne!
Dla Hermiony, kelner, który przyniósł jej sałatkę był wybawieniem, większym niż Harry, gdy zabił Voldemorta. Życzyła szybko smacznego i zaczęła jeść, starając się ignorować przyjaciela przed sobą.
Patrzyła na zegar w salonie i trzęsła nogą niecierpliwie. Dochodziła piętnasta, a ona była już w blokach startowych. Spotkać się z nim, dotrzeć jak najszybciej do świstoklika i potem go zgubić na zjeździe. Jutro wieczorem będzie znów w domu. Znów bez niego. Westchnęła głęboko i pociągnęła długiego łyka z kieliszka.
Musiała przyznać sama przed sobą – odwaliła się. Magicznie przedłużyła paznokcie, nałożyła nawet makijaż. Ulizzaną i zaklęciami ujarzmiła włosy, które teraz układały się w ładne fale i założyła swoje ulubione jeansy i ulubioną bluzę. W torbie miała ulubioną koszulę i ulubione eleganckie spodnie. I nie zapomniała o ulubionych szpilkach. Wszystko ulubione i wszystkie komplety ubrań, w których wyglądała obłędnie. Wydawała się gotowa na jego przyjście, ale musiała przyznać przed samą sobą, że wcale tak nie było.
Podskoczyła, gdy usłyszała pukanie do drzwi. Wstała, złapała mocno torbę i ruszyła do wyjścia. Otworzyła z rozmachem mieszkanie.
Trzy tygodnie odcisnęły na niej piętno. Bardziej wyraziste kości policzkowe, smuklejsza sylwetka. Przypatrywali się sobie w ciszy. To ona odchrząknęła i odezwała się pierwsza.
- Odsuniesz się? Chce wyjść i zamknąć drzwi. – Kiwnął głową, nie odrywając od niej wzroku. Zrobił dwa kroki w tył, z czego skorzystała. Zakluczyła mieszkanie i nie oglądając się na niego ruszyła do windy.
Napięcie między nimi było niemal cielesne i nie sądził, żeby jakakolwiek rozmowa coś dała więc milczał. Zjechali w tej samej ciszy na dół i wyszli z budynku. Zeszli na chodnik i w tym momencie Hermiona się zatrzymała.
- Gdzie teraz? – Może i się zmieniła, ale miała te same brązowe oczy. Tak samo łagodne. Łajdak.
- Proszę za mną. – Mruknął i skierował się do samochodu stojącego przy krawężniku. Spojrzała na niego zdziwiona, kiedy otworzył jej drzwi i wskazał głową, żeby wsiadała. – Nie mam całego dnia. – Pośpieszył. Zaróżowiła się i zniknęła w środku. Z westchnieniem zamknął drzwi, obszedł pojazd i wsiadł z drugiej strony. Na miejscu kierowcy siedział brązowowłosy chłopak, niewiele starszy od Granger. – Możemy jechać.
- Jechać? Że do punktu aportacyjnego? – Zapięła pasy, skacząc wzrokiem to na niego to na Hamisha. Pokręcił głową.
- Że do Oxfordu. – Poprawił ją. – To tam jest sympozjum, dokładniej w Bibliotece Bodlejańskiej. – Przypatrywał się jej kiedy znieruchomiała i jej oczy rozszerzyły się w ekscytacji.
- W… w Bibliotece Bodlejańskiej? – Powtórzyła cicho. Wiedział. Wiedział, że Bambi tak zareaguje od kiedy tylko przeczytał w liście.
- Dokładniej w Bibliotece Duke'a Humfrey'a. – Sprecyzował. Oczy dziewczyny zaświeciły na informację, że będzie w najstarszej części biblioteki. Czuł się, jakby nic się nie zmieniło. Jakby wcale wszystkiego nie zniszczył te trzy tygodnie temu.
Jakby usłyszała jego myśli, jej zapał spadł. Przegryzła wargę, odsunęła się bliżej drzwi i spojrzała za okno.
- Ale czemu samochodem? – Jej głos był znów cichy, niepewny.
- To jest maksymalnie dwie godziny drogi mugolskim sposobem. – Sam mówił cicho, żeby jej nie spłoszyć. – Równocześnie, teleportacja tam była by męcząca. A świstoklików nie cierpię. – I chciałem spędzić z tobą więcej czasu. Pomyślał, ale najzwyczajniej nie miał odwagi jej tego powiedzieć. To on to zniszczył i musi się z tym mierzyć.
Spojrzała na niego kątem oka, kiwnęła głową i wróciła do oglądania krajobrazu, nie zaszczycając go odpowiedzią. Sam nie próbował jej zagaić. To, że nie kłóciła się o sam fakt, że ją odstawi był niesamowity, bo był gotowy na batalię. A zamiast epickiej kłótni dostał tylko krótką notkę.
„Okej"
Tyle, jedno, pojedyncze „okej", nawet bez zwyczajowego podpisu. Nie chciał jej spłoszyć, póki ona sama przystawiała się do jego obecności. „W końcu to ona wyznała ci miłość." Pomyślał zgryźliwie i zlustrował ją wzrokiem jeszcze raz. Zdecydowanie schudła i nie był pewien czy mu się to podoba. Zauważył, że ułożyła włosy i estetycznie długie, czerwone paznokcie. To była jego Bambi w jednym z najlepszych wydań. „Już nie moja." Skrzywił się na tą myśl i poprawił na fotelu. Odwrócił wzrok, akurat, kiedy ona sama na niego zerknęła, dzięki temu nadal pozostał niezauważonym obserwatorem.
Jechali w ciszy, patrząc na zachodzące słońce za szybą samochodu. Zacisnął usta. Zdecydowanie się postarzał. Gdzie on widzi problem, żeby z nią po prostu porozmawiać? Był szpiegiem, oszukiwał stale największego czarnoksiężnika ostatnich lat. Do cholery, da sobie radę z dziewczyną. Obrócił się do niej, otwierając usta, ale nie wydobył się z nich żaden dźwięk. Bambi spała, skulona, zakopana w swojej bluzie. Westchnął i wyciągnął do niej rękę. Przejechał palcem po policzku i zawinął zbłąkany kosmyk przy jej twarzy.
- Niech mnie centaur kopnie. – Szepnął, kręcąc z politowaniem głową. Opadł na swoje miejsce i przez resztę drogi przypatrywał się Bambi.
Ocknęła się, kiedy jej ciało potężniej się zachwiało. Słyszała przejeżdżający samochód przejeżdżający rower. Otworzyła oczy i zmarszczyła brwi, widząc tylko czerń. Potem zarejestrowała, że jest niesiona. I to niesiona przez Severusa. Zesztywniała.
- Czuje, że się obudziłaś. – Jego głos był zniekształcony, jak się okazało, przez jej kaptur, który miała na głowie. Spojrzała w górę, żałując tego, kiedy zachodzące słońce poraziło jej oczy.
- Postaw mnie. – Zażądała słabo. Mimo, że chętnie wróciłaby do snu, nie chciała być dłużej na jego rękach. Za blisko, za blisko!
Bez słowa stanął i delikatnie ją opuścił. Stanęła na własnych nogach i odsunęła się na bezpieczną odległość.
- Gdzie moja torba? – Zdjęła kaptur i odsunęła włosy z twarzy, rozglądając się w około.
- Wysłałem je już do pokoju hotelowego. – Tylko stał i przypatrywał jej się. Czuła gęsią skórkę na karku.
- Do pokoju… – Mruknęła niezrozumiale i dopiero pojęła, że są na ścieżce z parkingu, najprawdopodobniej do wejścia do hotelu. – Mogłeś mnie obudzić.
- Nie widziałem powodu. – Wzruszył ramionami. – Wyglądasz na tyle słabą, że nie wiem czy normalnie sypiasz, więc wolałem ci nie przerywać. – Rozchyliła usta oburzona.
- Nie w twojej kwestii o tym decydować. – Złapała się pod boki. Przewrócił oczami.
- Nie obudziłaś się, kiedy wysiadałem po raz pierwszy i odbierałem klucze. – Ruszył przed siebie, a ona chwilę za nim.
- To nie tłumaczy, dlaczego mnie nie obudziłeś! – Ciskała w jego stronę gromy, ale nic sobie z tego nie robił. Pacan.
- Spałaś. Jak. Zabita. – Wyartykułował, jakby była upierdliwym dzieckiem. Prychnęła, ale już się nie odezwała, uznając, że to bez sensu. On też milczał, wchodząc do hotelu i mijając recepcję.
Miejsce przypominało po prawdzie znacząco pensjonat, ale to właśnie podobało jej się najbardziej. Schody, po których właśnie szli były obłożone czerwoną wykładziną, a na ściany nałożono boazerię w ciepłym odcieniu drewna. Wchodząc co raz wyżej wpatrywała się w jego plecy. Przez czarną koszulę widziała pracujące mięśnie. Zagryzła wargę. Wiedziała, że tęskniła, ale równocześnie nie wiedziała, że tak bardzo. Nie tak dawno, miała te plecy na własność, ale sama z nich zrezygnowała. Zamknęła oczy i westchnęła. Resztki snu ostatecznie ją opuściły. Weszli na drugie piętro i ruszyli korytarzem, aż przystanęli przy drzwiach z dziewiątką. Severus je otworzył i przepuścił ją w przejściu. Obróciła się zamaszyście, kiedy się za nią zatrzasnęły. Stał przy nich i przypatrywał się jej.
- Już dobrze, wiem, gdzie śpię. Dziękuje. – Założyła ręce na piersiach i zaczęła się rozglądać po pokoju, by tylko nie patrzeć na niego. Kominek, kanapy i fotele. Oraz trójka drzwi. Zmarszczyła brwi.
- Nie, nie wiesz. – Znów skupiła na nim uwagę, kiedy się odezwał. – Po lewo. – Wskazał lewe skrajne drzwi. W brzuchu gnieździło się jej co raz większe, nieprzyjemne przeczucie.
- A ty? Gdzie śpisz? – Złączone dłonie zjechały na brzuch.
- Po prawej. – Odparł, jak gdyby nigdy nic, mijając ją. Zamrugała zdziwiona.
- Co? Ale czemu tak? – Nie spuszczała z niego wzroku. Wzruszył ramionami.
- Nie wiem, takie klucze dostałem, a wszystkie inne pokoje są już zajęte. – Otworzył drzwi od swojej sypialni, wszedł do niej i trzasnął drzwiami.
Westchnął, ale nadal stał przy drzwiach, nasłuchując dziewczyny. Słyszał jak sapnęła, pokręciła się po salonie by następnie zatrzasnąć drzwi. Zamknął oczy, opierając czoło o twarde drewno. Wyrzucał sobie, że zmiękł na starość. Bo co prawda, kolegium załatwiło im nocleg w tym hotelu, ale już o pokój łączony to postarał się on sam. Jak stary zboczeniec i psychopata.
Odepchnął się od drzwi i ruszył w kierunku łóżka. Minął fotel, na którym leżała jego marynarka i torba. Rozłożył się na materacu, rozciągając zasiedziałe kości. Badał biały sufit, zastanawiając się co najlepszego w świecie robi i co chce zrobić.
Kiedy w końcu zamknął oczy pojawiła się ona. Skulona na kanapie samochodu, śpiąca jak zabita. Nie miał serca jej budzić i najchętniej by tego nie robił. Tyle, że nie był pewny czy chodziło o jej wypoczynek czy o jego ciszę. Finalnie i tak się zbudziła w najgorszym momencie.
Postawiła ostatnią kropkę na pergaminie i podmuchała, by na pewno się nie rozmazała. Ostatecznie zakończyła swoje jutrzejsze wystąpienie, z przerwą na obiad, na który się wymknęła przed Severusem. Nadal nie mogła uwierzyć, w swoje szczęście. Naprawdę chyba tylko ona może wylądować ze swoją jednostronną miłością w jednym apartamencie. Przynajmniej nie w jednym pokoju, łóżko przy łóżku. Pomyślała, chcąc się rozweselić. Spojrzała w ogień i przygryzła wargę. Po obiedzie, korzystając z tego, że sam Severus uciekł przed innymi ludźmi prosto do pokoju, usiadła na kanapie w saloniku i korzystała z ciepła kominka.
Upewniwszy się, że atrament jest całkowicie suchy, zwinęła pergamin i odłożyła go na stolik. Zawinęła nogi pod brodę i objęła je dłońmi. Nie chciała się ruszać, sypialnia choć ładna, nie była aż tak ciepła jak salon z kominkiem. Skuliła się bardziej, głębiej chowając głowę. Prawie przysypiała, kiedy drzwi od przyległej sypialni kliknęły.
Severus był w jej ulubionym wydaniu. Związana grzywka, zwykła koszulka i dresy. Taki domowy. Zmarszczyła brwi, kiedy zobaczyła w jego dłoniach ognistą whisky i prosecco. Podniósł butelki w górę.
- Napijesz się? – Stał w miejscu, czekając na pozwolenie. Ten gest, że człowiek, który zawsze bierze, stoi, niemal niepewnie, czekając na jej zgodę. Jej serce drgnęło.
- Myślę, że dobre wino nie może się zmarnować. – Uśmiechnęła się nieśmiało, stawiając nogi na ziemi.
Podszedł do kredensu w rogu pokoju i wyjął z niego odpowiednie szkło. Ku jej zaskoczeniu usiadł na kanapie, obok niej, choć myślała, że jednak wybierze fotel.
- Skąd wiedziałeś, że prosecco? – Spytała, by zagłuszyć ciszę, kiedy odebrała od niego pełny kieliszek.
- Pamiętałem, że… – Odchrząknął. – Ostatnio cały czas to piłaś. – Prychnęła rozbawiona.
- Brzmi jakbym była alkoholiczką. – Nadal czuła się skrępowana, ale rodzący się humor trochę pomógł.
- Z naszej dwójki, to jednak ja wlewałem w siebie więcej, więc wychodzi na mnie. – Zmarszczył nos w zabawny sposób. Przekręciła oczami.
- To… za nie popadnięcie w uzależnienie? – Pal licho, że to ty jesteś moim uzależnieniem. Podniosła smukły kieliszek i czekała aż w niego stuknie swoją szklanką.
- Za nie bycie alkoholikiem. – Stuk naczyń rozniósł się po pokoju.
Od dwóch pustych butelek odbijał się mały płomień, podczas gdy obok stały nowe, zaczęte. W pokoju zabrzmiał śmiech Hermiony i parsknięcie Severusa. Oboje mieli wypieki na twarzy, choć to u dziewczyny były bardziej widoczne.
Siedział bokiem, zwrócony w jej stronę, podobnie jak ona w jego, z jedną nogą przy policzku. Byli wpatrzeni w siebie, opowiadając co się działo przez trzy tygodnie. Głównie Hermiona, która przeżywała pierwsze tygodnie pracy.
- Żałuj, że tego nie widziałeś! – Krzyknęła, już nie przejmując się sąsiadami. Uśmiech Severusa zniknął, nadal skupiając na niej całą swoją uwagę. Kiedy już się uspokoiła, jeszcze mocniej się zarumieniła zauważając, jak na nią patrzy. Przygryzła wargę. Wyciągnął do rękę do jej twarz i z uwagą ją uwolnił.
- Żałuję. – Szepnął. – Żałuję tych trzech tygodni. – Wstrzymała oddech, kiedy nachylił się do niej bardziej.
Nie ruszała się, tylko przypatrywała spod przymkniętych powiek. Dotknął jej ust swoimi.
Kieliszki upadły na dywan, wydając głuchy łoskot.
Usiadła na nim okrakiem, wplątując w jego włosy swoje palce. Ścisnął jej pośladki, przyciągając ją bardziej do siebie. Jęknęła mu w usta, mocniej ściskając tył jego głowy. Jego dłonie poszły w górę, podwijając jej bluzkę w górę. Pomogła mu ją ściągnąć, samej korzystając i ściągając mu koszulkę. Gdzieś na dnie jej pijackiego umysłu, pamiętała, żeby go nie dotykać.
Złapał ją mocniej za uda i podniósł się, początkowo chwiejąc się. Zeskoczyła z niego i zaczęła ciągnąć go za szlufki od spodni. Wpadli na drzwi, a klamka wbiła się w jej plecy. Syknęła rozbawiona, ale to im nie przeszkodziło. Wpadli do sypialni, gdzie pozbył się jej stanika i rzucił ją na łóżko. Wsunął się między jej nogi i mocno ją pocałował. Rozpięła mu spodnie i zaczęła je zsuwać, kiedy zszedł pocałunkami na jej szyję. Wcisnął głowę w załamanie jej szyi i mocniej ścisnął pierś.
I zasnął.
Zamrugała zdziwiona, mocniej ściskając go w pasie. Gniótł ją, ale po chwili odsunął się na bok, pozwalając wziąć jej głębszy oddech.
Po którym i ona zasnęła.
Obudził się, kiedy na zegarku wybiła siódma. Zmarszczył brwi przypominając sobie, koniec wieczoru. Spojrzał na wymiętą pościel obok siebie. Była zimna, ale był przekonany, że jak się przebudził w środku nocy, to ona była obok. Podniósł się i rozejrzał po sypialni. Jej stanik zniknął, jego koszulka z wczoraj leżała na fotelu, a drzwi były uchylone. Wstał z łóżka i wyszedł do saloniku, tak jak się spodziewał było posprzątane. Niedokończone butelki stały na komodzie, a kieliszków nie było w ogóle widać.
Jego uwagę przyciągnął trzask drzwi. Weszła do pokoju, spocona szybko oddychając. Jej ciało opinał tylko stanik sportowy i leginsy. Przystanęła, kiedy go tylko zobaczyła.
- Severus. – Kiwnęła mu głową i pomaszerowała szybko do swojej sypialni. – O ósmej śniadanie! – Krzyknęła jeszcze i zatrzasnęła drzwi. Pokręcił głową, wiedząc, że spaprał tym pocałunkiem.
- Za wcześnie, za wcześnie. – Mruknął. – Wykąp się pierwsza, ja mogę poczekać! – Krzyknął jeszcze do nie, doskonale wiedząc, jak pot potrafi być wkurzający, jeśli się go szybko nie zmyje. Jak on żałował, że nie spocili się wspólnie. W jego łóżku.
- Okej! Dzięki! – Usłyszał zza drzwi i już nie drążył. Po prostu zamknął się u siebie.
Słuchała ze sztucznym uśmiechem wiekowego mistrza eliksirów, ściskając od czasu do czasu mocniej kieliszek z szampanem. Właśnie byli na pierwszej przerwie między wykładami. Na początku, kiedy udało jej się dogadać w takimi kopalniami wiedzy była wniebowzięta. Ale niestety, jej szczęście się skończyło, gdy starzec zaczął opowiadać jaki to on nieszczęśliwy.
- I mnie zostawił, rozumie pani? – Prychnął zniesmaczony, a ona musiała się cofnąć by nie zostać oplutą. – To było dwa lata temu i to był mój ostatni praktykant. Ale patrząc na szczęście Severusa może bym spróbował. – Zamrugała, mocniej ściskając szklaną nóżkę. Pisała do tego mistrza, kiedy szukała mentora. Zbył ją stwierdzając, że ma już ucznia. Zgrzybiały kłamczuch.
W tej chwili marzyła tylko o ucieczce. Dzień jej wielkiego debiutu, nie mógł okazać się gorszy. Nie dość, że obudziła się przy Severusie, wyrzucając sobie swoją głupotę, to jeszcze przeceniła swoje myśli na porannej przebieżce i czuła ból w łydkach. Na dodatek, okazało się, że straciła zbyt na wadzę i ciuchy na niej wisiały, więc musiała wspomóc się czarami, za czym nie przepadała w przypadku ubrań. I jeszcze ten staruch, od którego nie mogła się uwolnić.
Wtem poczuła rękę na ramieniu.
- Wybacz, Oswaldzie. – Miękki głos Severusa zadźwięczał jej w uszach. Spojrzała na niego, jednak on patrzył wprost na jej rozmówcę. – Ale muszę porwać pannę Granger, by domówić szczegóły wystąpienia.
- Och, oczywiście, oczywiście! – Paciorkowe oczy znów skupiły się na niej. – Powodzenia, młoda damo. Tarence! – I odszedł, wybierając sobie innego czarodzieja na ofiarę.
Wysunęła się spod dotyku mężczyzny i stanęła naprzeciw niego, w bezpiecznej dla niej odległości.
- Nie musisz się ze mną dogadywać. Mam prelekcję o piętnastej, pierwsza po obiedzie, a tekst jej gotowy. – Założyła ręce, uważając na kieliszek.
- Wiem to. – Wyznał prosto. – Ale wiem, jaki potrafi być Oswald i nie chciałem, żebyś długo cierpiała. – Podczas, gdy ona parsknęła śmiechem, bardziej z nerwów niż wesołości, on tylko uniósł kącik ust. – Dodatkowo zdaję sobie sprawę, że najpewniej zaraz zniesiesz jajko z nerwów. – Zironizował, a ona spoważniała.
- Hermiono, umiesz to. Ba, ty jako jedyna bo to twoja teoria. – Wyciągnął rękę, jakby chciał ją dotknąć, ale tylko włożył dłoń do kieszeni.
- A jak przedstawię ją źle? – Edytowała swoje wystąpienie z dziesięć razy, ale jej serce nadal było niepewne.
- Nie da się. A już zwłaszcza, nie ty. – Przekręcił oczami. – Dzięki tobie, ci imbecyle, twoi przyjaciele, zdali Hogwart. Raczej umiesz tłumaczyć. – Patrzyli w swoje oczy. Kiedy zdała sobie z tego sprawę, spojrzała szybko na podłogę.
- Dziękuję, za słowa otuchy, panie Snape. – Szepnęła. Jego ramiona o padły a na twarzy błysnęło jakieś smutne uczucie.
- Hermiono, wczoraj… – Przerwał mu dzwonek oznaczający koniec przerwy.
- Przepraszam. – Mruknęła i odeszła czym prędzej na swoje miejsce. Przynajmniej jedna dobra rzecz w tym dniu.
Zapach książek ją uspokajał. Chodziła między regałami, chłonąc stare księgi, choć wiedziała, że po te naprawdę stare by musiała sięgnąć do archiwum znajdującego się w piwnicach. Te muszą jej wystarczyć. Różnorodne prace na wszystkie tematy. Wzięła jedną i zaczęła kartkować. Była spisana w łacinie, języku, który ona na szczęście znała. Nauczyła się go, by bardziej zrozumieć formy zaklęć i był dość przydatny do eliksirów. Kartkowała grube stronice, a ona chłonęła zapisane na nich słowa.
Wystąpienie poszło wyjątkowo dobrze. Miała problem, by zacząć, ale gdy powiedziała już jedno słowo, to cała reszta popłynęła. Severus miał rację, czuła się jakby tłumaczyła coś chłopakom.
Severus.
Wspólny wyjazd się kończy. A on oczywiście nawet na koniec musiał się zachować jak… on.
„Spakuję twoje rzeczy zaklęciem. Zostań tu, ja zdam pokój. „
Nawet nie czekał na jej odpowiedź tylko ruszył do hotelu, a ona miała zbyt mało silnej woli by odmówić sam na sam w najstarszej części biblioteki bodlejańskiej. Zresztą już rano cała się spakowała.
Odłożyła wolumin na miejsce i ruszyła dalej, jeżdżąc delikatnie palcem po grzbietach. Weszła na antresole, nadal chłonąc tą specyficzną energię. Tu czuła się spokojna.
Prawda była taka, że jej głupie serce się znów wyrywało do mężczyzny który odstawi ją do domu i zapomni o niej. Ale wersja, którą jej pokazał… ta wersja, którą ceni wśród wielu wersji, które kocha. Westchnęła tęsknie.
- Granger. – W ciszy biblioteki usłyszała go doskonale, choć nie krzyczał. W końcu to biblioteka. Podeszłą do barierki. Stał tuż pod nią. Jak on to zrobił, że był taki cichy?
- Już wszystko gotowe? – Oparła się o metal. Kiwnął głową.
- Tak. – Czuła jego wzrok, gdy zmierzała do schodów. – Niestety już zamykają. I tak zostawili trochę dłużej otwarte. – Zeszła na parter i kiwnęła głową. Ruszyła za nim do wyjścia, wciąż tęsknie patrząc na półki. – Zabiorę cię tu kiedyś. I dam ci kartę biblioteczną. – Parsknął, a ona przystanęła. Stanął w drzwiach, otwierając je. Stanął akurat w dysku zachodzącego słońca. Ciemna plama na jasnym dysku. – Idziesz? Nie będę czekać wiecznie.
Pokręciła głową i podbiegła do niego.
Właśnie opuścili Oxford, a Hermiona poprawiła się po raz dwudziesty.
- Masz robaki, że się tak wiercisz? – Spojrzała na niego oburzona. – Jak nie chcesz, żebym takie coś sugerował, to siedź spokojnie. – Uprzedził ją. Zamknęła buzię, którą otworzyła, żeby mu strzelić reprymendę. Zamiast tego tylko prychnęła. – Poważnie, Hermiono, co się dzieje. – Zagryzła policzek od środka.
- O to co powiedziałeś. – Zdecydowała się powiedzieć mu prawdę. W końcu jak dojadą do Londynu, to się rozejdą, tym razem na zawsze.
- A co powiedziałem, tym razem? – Podniósł brew. – Nie należę do najmilszych ludzi.
- To w bibliotece. – Wytłumaczyła szybko. – Że mnie kiedyś tam zabierzesz. – Parsknął rozbawiony.
- Proponuję ci bibliotekę, a ty się tym denerwujesz?
- Wiesz o co mi chodzi! – Syknęła. – Do cholery Severus, takie deklaracje mówi się komuś z kim masz kontakt. A ja nie mam zamiaru wrócić do roli seks-odskoczni. – Przypatrywał jej się z uwagą.
- To nie bądź nią. – Szepnął, ale w ciszy, która panowała w aucie to brzmiało jak krzyk. – Wczoraj, Hermiono… to nie było pijackie gadanie, naprawdę żałuję, że nie było mnie, kiedy zaczynałaś pracę. – Odchrząknął, odwracając na chwilę głowę. Podczas gdy ona patrzyła na niego zszokowana. – Chcę, żebyś wróciła. Ale nie jako seks-odskocznia – Skrzywił się na to określenie. – Ale jako… moja dziewczyna. – Zamrugała.
- Ale powiedziałeś… Jak według ciebie ma to niby wyglądać? – Zacisnęła ręce na kolanach. – Że będę z tobą, wiedząc, że mnie nie kochasz?
- Przeceniasz miłość. – Wyznał. – Przywiązałem się do ciebie, a myślałem, że to niemożliwe. Dla mnie mówi to więcej niż zakochanie. – Przegryzła wargę.
- Ale to nadal ja jestem pokrzywdzona. – Przekrzywiła głowę. – Ale okej, możemy spróbować. – Miała tylko nadzieję, że nie będzie tego żałować. Ale… skoro uważał, że przywiązanie jest niemożliwe, to może i poczuje do niej coś więcej.
- Nie będziesz, uwierz mi. – Uśmiechnął się do niej z pełnym przekonaniem. Wyciągnął do niej rękę, a ona ją uchwyciła. Przyciągnął ją do siebie, na co ona cicho pisnęła. Oparła dłonie na jego ramionach, kiedy wciągnął ją na kolana. Zaróżowiła się.
- Nie chcę znów skończyć ze złamanym sercem. – Szepnęła ufnie.
- Postaram się je uchronić jak najlepiej umiem.
Znów obudziło ją huśtanie. Ale tym razem w oczy poraziło ją sztuczne światło windy.
- Obudziłaś się. – Zauważył.
- Yhm. – Mruknęła, ale tym razem ani jej się śniło ruszać się z tych ramion.
- Wstawaj. – Potrząsnął ją bardziej, wychodząc na korytarz, prowadzący do jej mieszkania.
- Ugh. – Stanęła na własnych nogach tuż przed drzwiami. Podał jej torbę, a ona ją przeszukała, by znaleźć klucze. Otworzyła drzwi i weszła do przedpokoju. – Wchodzisz? – Spytała, rzucając bagaż na szafkę. Oparł się o framugę i pokręcił głową.
- Jutro muszę odrobić dzień stracony w pracy.
- Przecież jesteś prezesem. – Parsknęła z rozbawieniem.
- Ale robota musi być zrobiona niezależnie od stanowiska. – Postawił krok w jej stronę. – A jak zostanę to nie będę dużo spać. – Nachylił się do niej i pocałował prosto w usta. – A nie o to chodzi.
- Jesteś niemożliwy. – Wymruczała i oddała pocałunek. Wypchnęła go za drzwi i zaśmiała głośno na widok jego miny. – To paa. – Pomachała mu i zamknęła drzwi. Zjechała po nich, nasłuchując jego kroków, które się oddalały. Kiedy usłyszała pisk windy, poderwała się na nogi.
I zaczęła piszczeć.
