Dobry humor Hermiony, z którym się obudziła, prysnął, gdy o ósmej dostała wezwanie do pracy. Niecałe dwadzieścia minut później już szła obok Arthura. Kolejny raz pojawili się na pokątnej, tym razem, niedaleko banku Gringotta. Przeszli przez kurtynę i jak zwykle przywitał ich smród. Zmarszczyła delikatnie nos.
- Hermiona, Arthur. – Harry wraz z Ronem podeszli do niej, kiedy tylko otworzyła walizkę.
- Hej. – Uśmiechnęła się krótko, ale czuła nadal, że się jej przypatrują. – Coś się stało? – Spojrzała znacząco na resztki ciała, nad którymi kucał Malfoy. – Poza oczywistym. – Nadal kucała przy walizce i patrzyła na nich z dołu. Wymienili znaczące spojrzenia, a ona westchnęła. Założyła rękawiczki i zabrała najpotrzebniejsze rzeczy do zebrania dowodów, a następnie wstała, odczuwając już majaczący ból kolan.
- Nic się nie stało. – W końcu Harry się odezwał, kiedy ruszyła do denata. Zatrzymała się i spojrzała na nich. – Tylko chcieliśmy wiedzieć jak tam zjazd.
- Eee… dobrze. – Wzruszyła ramionami. Jak kochała chłopaków, to wiedziała, że mało ich może interesować konferencja naukowa.
- Pojechałaś tam sama?! – Wybuchnął Ron, choć i tak musiała przyznać, że się wyrobił, bo nie zaczął wrzeszczeć.
- I o to wam chodzi? – Zamrugała zaskoczona. – Że pojechałam tam bez eskorty? – Pokręciła zrezygnowana głową. – Mam to gdzieś, mamy pracę do zrobienia i to nie jest miejsce, w którym powinniśmy o tym rozmawiać. – Zakończyła dobitne i ruszyła do blondyna.
Kucnęła obok niego i bez słowa zaczęła zbierać materiały.
- Widzę, że z rana cudowny humor.
- Odczep się, Malfoy. – Warknęła, ledwo otwierając usta. Już miała po dziurki w nosie tego dnia.
- Nie żartuje, Hermiono. – Jego poważny ton sprawił, że na niego spojrzała. – Naprawdę, po raz pierwszy od kilku tygodni, zachowujesz się, jakbyś była żywa.
Nie wiedziała, czemu się łudziła, że Ron i Harry jej odpuszczą. Czekali na nią przed budynkiem laboratorium, kiedy wyszła po nastawieniu badań i poinstruowaniu dyżurujących analityków. Westchnęła, godząc się ze swoim marnym losem.
- Najmądrzejsza czarownica naszego pokolenia. – Gderał rudy, utrzymując jej tempo, by nie mogła uciec. – A nie potrafi poprosić o pomoc!
- Potrafię, Ronald. – Odrzuciła głowę w tył. – Ale nie potrzebowałam takowej.
- Herm, w Londynie grasuje jakiś psychopata, który wysadza ofiary. – Zielone oczy Harry'ego błysnęły troską.
- I mam już wszędzie chodzić z obstawą? – Oburzyła się.
- Tak! – Odpowiedzieli równocześnie. Z szoku przystanęła, a oni zrobili to samo po kroku.
- Zwariowaliście! – Krzyknęła. – Naprawdę muszę wam przypominać, że ja też walczyłam na wojnie? Umiem się bronić. – Jej oczy rzucały gromy. Wszyscy faceci są tacy sami.
- Ale Hermiona…
- Nie. – Przerwała Harry'emu, podnosząc dłoń. – Uważacie, że tylko dlatego, że nie jestem aurorem zapomniałam wszystkie zaklęcia defensywne? – Stanęła, nie przejmując się, że zablokowała chodnik.
- Ciszej. – Syknął rudy, chcąc ją złapać, ale wywinęła się z jego uścisku.
- Nie. Uciszaj. Mnie. Więcej. – Wywarczała. Była wściekła i wszystko widziała na czerwono. – Gdyby nie ja, utknęlibyście już na pierwszym roku w diabelskich sidłach i tyle po was. – Wypomniała. – Jakbyście jakimś cudem do nich doszli. – Dodała po milisekundzie zastanowienia. Wiedziała, że przegięła, ale miała to gdzieś w tym momencie. – Nigdy więcej, nie zarzucajcie mi, że jestem niewiastą w potrzebie. – Zażądała zimno. – Znacie mnie tyle lat. – Pokręciła głową w politowaniem. – Imbecyle! – Krzyknęła jeszcze i odeszła od nich szybkim krokiem, rozglądając się, czy nie ma żadnych mugoli dookoła.
Nie było, więc skręciła w zaułek, w którym zwykle się teleportowali i właśnie to zrobiła, nie zważając na krzyk Rona w tle.
Opadła na kanapę i zapatrzyła się w sufit. Niezależnie od wydarzeń ubiegłego tygodnia sobota była dniem porządku. Przynajmniej ta. Zawsze wolała sprzątać mugolskim sposobem niż machać różdżką. Kiedy wróciła do domu było już po dziesiątej, a teraz dochodziła już siedemnasta. Cały dzień spędziła na ręcznym szorowaniu każdego zakamarka mieszkania. Rozciągnęła się z rozkoszą. Leżałaby tak dalej, gdyby nie pukanie do drzwi. Zmarszczyła brwi, wstała i poszła przywitać gościa, kimkolwiek by był.
Hermiona w całym swoim życiu przeżyła wiele momentów, które z pewnością zapamięta do końca życia. Spotkanie z diabelskimi sidłami, bycie spetryfikowaną przez bazyliszka, uratowanie Syriusza z Azkabanu, jego śmierć, czy po prostu strach i ból wojny. Ta sama Hermiona Granger, wiedziała także, że właśnie w tej chwili przeżywa kolejny taki moment. Ponieważ było dla niej zbyt abstrakcyjne ( nawet po roku znajomości) to, Severus Snape stoi w jej drzwiach ubrany niczym nastolatek, z siatką ze słoneczkiem i nazwą jakiegoś sklepu. Ten sam mistrz eliksirów miał związane włosy, także niczym nastolatek, i patrzył na nią wyczekująco, trzymając jedną dłoń w podartych (!) jeansach.
Zanim jej mózg zaczął działać poprawnie, przywołała różdżkę i przyłożyła mu ją do gardła.
- Kim jesteś i czego chcesz? – Warknęła, a gdy obcy podszywający się pod Severusa nie odpowiedział, mocniej wbiła różdżkę.
- Granger, czysty do reszty postradała myśli? – Warknął i dopiero groźny błysk w oku, błysk, którego nikt nie mógłby podrobić, uświadomił ją, że to faktycznie Severus.
- Na Merlina, przepraszam! – Odsunęła się i wpuściła go do mieszkania. Skruszona oparła się o zamknięte drzwi i przypatrywała się mu, gdy zdejmował buty i masował podgardle. – Naprawdę przepraszam. – Bawiła się końcówką różdżki.
- Gdybym wiedział, że związek z tobą to tyle bólu, nigdy bym się nie pisał. – Zakpił, a ona poczuła mocniejsze rumieńce na polikach .
- Schowam lody. – Odbiła się od drzwi i chciała złapać za siatkę, ale przechwycił jej dłoń i po chwili otoczył ramionami.
- Wytrzymają, rzuciłem czar chłodzący. – Mruknął, by nachylić się do niej i ją głęboko pocałował. Oddała z chęcią pocałunek, nie mogąc się nadziwić jak bardzo za tym tęskniła. Narzuciła złączone dłonie na kark i oddała się przyjemności. Docisnął jej do ściany, a ona mruknęła zadowolona. Już jego dłoń wędrowała pod dużą bluzę, w którą była ubrana, ale zadzwonił telefon. Oderwali się od siebie, oddychając ciężko.
- Ykhm. – Odchrząknęła. – Pójdę odebrać. – Przeszła pod jego ręką, która była oparta nadal o ścianę i dopadła do aparatu. Na wyświetlaczu pojawił się numer jej matki. – Hej mamo. – Nie spuszczała wzroku z mężczyzny, który, mimo wcześniejszych słów, chwał lody do lodówki.
- Cześć skarbie. – Radosny głos jej rodzicielki stopił jej serce. Często się zastanawiała, czy nie jest za duża na taką tęsknotę za rodzicami. – Tak sobie zdałam sprawę, że nie powiedziałaś czy przyjeżdżasz z Severusem czy bez niego i nie wiem jakie zakupy zrobić. – Zamknęła oczy, masując obszar między brwiami. Przez poprzedni tydzień miała taką zawieruchę, że nie myślała o obiecanym weekendzie z rodzicami, podczas którego miała założyć im kominek. Spojrzała na czarnowłosego, który bez ceregieli przeszukał jej szafki i wyjął kieliszki, do których właśnie nalewał wina. – Hermiona?
- Jestem. – Oprzytomniała. – Nie wiem jeszcze, on też nie, bo ma trudny okres w pracy. – Dziękowała w duchu za przygody z Harrym i Ronem, przynajmniej nauczyła się dobrze łgać na poczekaniu i chociaż na żywo nie potrafiłaby okłamać Jane, to przez telefon nie stanowiło to większego problemu. Snape, jakby wyczuwając, że to o niego chodzi podniósł brwi, podchodząc do niej i wręczając jej kieliszek z prosecco z kostkami lodu. Kiwnęła w podziękowaniu.
- Cóż, jak go przestraszyliśmy w święta to niech to powie. – Zażartowała pani Granger, a jej córka tylko wywróciła oczami. – Wiem co robisz. Wydaje mi się, że nawet słyszę ruch twoich gałek ocznych.
- Och mamo. – Miała coś jeszcze powiedzieć, ale ręka Severusa ją uciszyła.
- Pojadę. – Szepnął ledwo słyszalnie. Spiorunowała go wzrokiem, za to, że podsłuchał, ale równocześnie była wdzięczna za odpowiedź.
- Nie wystarczająco go wystraszyliście. – Oznajmiła z uśmiechem. – Właśnie mi powiedział, że da radę i przyjedzie ze mną.
- Cudownie! – Ton głosu kobiety brzmiał tak, jakby cała ta rozmowa była zaplanowana i z góry znano jej wynik. – To czekamy na was z tatą. – Najpewniej świergotałaby dłużej, gdyby nie szmery w tle. – Cholera, skarbie muszę kończyć, mam pacjenta.
- Jasne, buziaki.
- Papa, kocham cię. – I rzuciła słuchawką, najpewniej zmierzając prosto do nieszczęśnika. Dziewczyna westchnęła, odłożyła telefon do stacji i usiadła na kanapę przy Severusie.
- To kiedy jedziemy do twoich rodziców? I po co? – Spytał spokojnie, biorąc łyka wina.
- Za dwa tygodnie. – Z wahaniem oparła głowę o jego ramię, a on ją objął, niby mimochodem. Uśmiechnęła się, zadowolona z siebie. – Dostałam pozwolenie z ministerstwa, żeby założyć im kominek, właśnie po to. – Przymknęła oczy z przyjemności, kiedy smak trunku rozlał jej się na języku. – Co ty w ogóle tutaj robisz? – Spytała w końcu, patrząc na jego profil. Spojrzał na nią z uniesionymi brwiami.
- Po prostu… wpadłem. – Wzruszył ramionami, wprawiając w ruch jej głowę.
- Miałeś pracować. – Wypomniała, poprawiając się.
- Tak, i pracowałem, ale kiedyś to się kończy. – Parsknął. – Nie chciało mi się siedzieć w domu. Z resztą, to co ci wczoraj powiedziałem, przywiązałem się do ciebie i teraz mieszkanie wydaje mi się puste. – Przy ostatnich sowach na jego policzkach pojawiło się minimalne zaróżowienie, które najpewniej by przeoczyła, gdyby nie to, że była tak blisko.
- Zarumieniłeś się. – Zachichotała. Podwinęła nogi i dała mu całusa w policzek.
- Granger. – Warknął, ale po chwili odchrząknął i zamknął na chwilę oczy. – Hermiono, to dla mnie nowe, okej? – Wyrzucił z siebie. – Nigdy… nigdy nie byłem w „związku". – Skrzywił się, na co ona odsunęła się od niego minimalnie i pogłaskała jego policzek.
- Severus. – Zaczęła delikatnie. – Związek wcale nie różni się znacząco od tego co mieliśmy. – Uśmiechnęła się delikatnie. – Tylko teraz wiesz, że cię kocham, a ja wiem, że się do mnie przywiązałeś. – Wzruszyła ramionami, ignorując bolesny ścisk w sercu.
- Naprawdę? Ma to przypominać układ dla seksu? – Parsknął, niezbyt przekonany do tej wizji.
- Ty serio nie byłeś świadomy jak daleko to wyszło, poza ten układ? – Odstawiła swój i jego kieliszek i złapała za obie dłonie. – To co ustaliśmy w święta, które spędziłeś z moimi rodzicami. Jesteśmy przyjaciółmi. – Ścisnęła mocniej. – I to jest dobra podstawa związku. Zabrałeś mnie na kolację, przychodziłeś z ratunkiem, kiedy zostałam sama, bez Ginny. – Nie odzywał się, przypatrując się jej. – Więc mamy bardzo dobre początki. – Podsumowała i jak urzeczona obserwowała, jak podniósł jedną dłoń i pogłaskał jej policzek. Jak nachylił się do niej i głęboko pocałował.
Weszła okrakiem na jego kolana i rozkoszowała się, że jego ręce teraz zaszły na jej pośladki i mocno ścisnęły. Prawie automatycznie rozpięła spodnie i ściągnęła jego bluzkę, gdy on robił to samo z jej bluzą. Obsunął się na krawędź kanapy, przez co miała sygnał, żeby przygotować się, że zaraz wstaną. I tak się stało. Mężczyzna podniósł ją, a ona to wykorzystała i zsunęła jego spodnie. Sama miała tylko stanik i figi. Nie przerywając pocałunku, zdjął nogawki, razem ze skarpetkami i zaczął prowadzić do sypialni. Jednak tam nie dotarli.
Została przyparta do ściany i to tam straciła całą bieliznę. Objęła nogami jego pas, na on bez problemu ją podniósł. Jedną dłonią trzymał ją, a drugą masował jej łechtaczkę, co wywoływało jej głośne jęki i odchylenie głowy do tyłu. Aż w końcu zsunęła jego bokserki, z czego skorzystał i w nią wszedł. Krzyknęła, równocześnie z jego warknięciem.
- Ale… mi… tego… brakowało. – Wyrzucał przy każdym pchnięciu. Kiedy miała złapać go za ramiona, przycisnął jej dłonie do ściany nad jej głową. Hermiona była cała rozciągnięta i to tylko wzmacniało jej przyjemność.
- Kurwa. – Wykwiliła, czując co raz bliższy orgazm. – Kocham cię. – Wysapała, nie panując nad językiem. Zwolnił ruchy, ale nie zdążyła nawet na niego spojrzeć z oburzeniem, jak zwiększył tempo, do szybszego niż przed chwilą.
Krzyczała w euforii, gdy kolejny orgazm zalał jej ciało, razem z pulsowaniem jego penisa, gdy i on doznał szczytu. Cała się trzęsła, gdy on jeszcze całował jej szyję. Powoli opuścił ją na ziemię, ale nadal nie czuła się na tyle pewnie, żeby odejść od ściany.
- Pójdę się ubrać. – Cmoknął ją w czoło i poprawiając bokserki ruszył z powrotem do salonu. Oddychała ciężko jeszcze chwilę, po czym zebrała bieliznę i zniknęła w łazience, by założyć szlafrok.
- Co to w ogóle za strój? – Spytała w końcu, zajadając lody. Tym razem siedzieli już w jej sypialni, rozwaleni na łóżku.
- Domowy? – Obrzucił znaczącym spojrzeniem materiał szlafroka, który poprzednio był jej starą bluzką, którą przetrasmutowała po, kolejnym tego dnia, seksie.
- Chodzi mi o to w czym przyszedłeś. – Wywróciła oczami, na to, że od razu jej nie zrozumiał.
- Och. – Podrapał się za uchem. – Stare rzeczy z szafy. – Podniosła kpiarsko brew.
- Czy ty chciałeś się odmłodzić? – Wypowiedziała głośno swoje podejrzenia, a jego wzrok je potwierdził.
- Kiedy przestaniesz mnie zasypywać pytaniami? – Warknął w odpowiedzi, na co ona tylko się zaśmiała.
- To miłe, ale wolę twój codzienny styl. – Poprawiła zbłąkany kosmyk. – Choć nie powiem, że mi się nie podobasz.
- Podziękowałbym, jeśli by cokolwiek to dla mnie znaczyło. – Wykrzywił okropnie twarz i odstawił puste pudełeczko na ziemię. – Wątpię, żebym nawet dla Lily zmienił styl.
- Czyli koszulka z nadrukiem mugolskiego zespołu rokowego i poszarpane spodnie to twój styl? – Zaczęła grzebać w kącikach pudełka, by wygrzebać resztki lodów.
- Zasadniczo, tak. – Wyznał zaskakująco szczerze, na co zaprzestała polowania na słodkości i spojrzała na niego poważnie. – Wychowywałem się jednak śród mugoli i słuchałem ich muzyki. I wbrew pozorom byłem normalnym nastolatkiem, więc chciałem mieć z nimi koszulki.
- Ale postrzępione spodnie? – Znacząco spojrzała na materiał przewieszony na jej krześle.
- Jakoś mam do nich sentyment. – Odparł prosto, wzruszając ramionami. Pokręciła głową, przegryzając łyżeczkę.
- Tyle czasu, a nie spodziewałam się. – Przyznała, odkładając w ślad za nim puste pudełko na ziemię.
- Nie jest to coś, z czym lubię się afiszować. – Pokręciła głową z niedowierzaniem. Poważny Severus Snape lubiący styl młokosa, coś niesamowitego. – Dodatkowo to skrajnie mugolski styl i dość niepoważny jak na moje stanowisko.
- Ale na świętach też trzymałeś fason. – Zauważyła, kładąc się na łóżku. Jego wzrok spoczął na jej udzie, kiedy materiał szlafroka się obsunął. Odchrząknął.
- Udawałem przed twoimi rodzicami twojego chłopaka, logiczne, że nie byłem do końca swobodny. – Nachylił się do niej i złożył delikatny pocałunek, na odsłoniętej skórze. Od razu poczuła jak zrobiło jej się gorąco. Odchrząknęła, by pozbyć się chrypki, którą już zaczęła czuć. Na Merlina, jak można być aż tak napalona?
- Och czyli upicie się z moim ojcem, było oznaką spięcia? – Nie odrywała wzroku od jego ust, od jego całego.
- Cóż. – Mruknął, nie odrywając się od niej. – To był wypadek. – Jego głowa pojechała w górę uda i zniknęła pod połami szlafroka. Przygotowywała się w sobie na to, co miało nadejść, kiedy rozległo się pukanie do mieszkania. Znowu.
- Co…? – Szepnęła, podrywając się do siadu.
- Spodziewasz się gości? – Spytał zawadzko, podnosząc ironicznie brew.
- Zwariowałeś, nie spodziewałam się nawet ciebie, przecież. – Wstała, równo z kolejnym pukaniem i, poprawiając szlafrok, ruszyła otworzyć. Kiedy już miała otwierać, Severus złapał ją za rękę.
- Może przynajmniej sprawdzisz kto to. – Syknął i skrzywił się, kiedy znów ktoś załomotał w drzwi.
- Hermiona?! Proszę, nie chce tu stać jak dureń! – Kiedy usłyszała głos przyjaciela, otworzyła mieszkanie, nie bacząc na Snape'a,
- Ron? Co ty tu robisz? – Z nerwów poprawiła szlafrok, by zasłaniał jak najwięcej.
- Um, spałaś? – Spytał niepewnie, patrząc na zegarek, który wskazywał na dochodzącą godzinę dwudziestą. Zanim zdążyła odpowiedzieć, poczuła za sobą dominującą obecność Severusa.
- Nie, nie spała. – Odpowiedział za nią, za co tylko obrzuciła go spojrzeniem, zauważając mimochodem, że przetransmutował szlafrok w czarną koszulę i spodnie. Pozory. Przeszło jej przez myśl, wracając wzrokiem do zaskoczonego Rona.
- Wejdziesz? – Spytała nieśmiało, co spotkało się z oburzeniem obydwu mężczyzn.
- Nie… dzięki. – Obrzucił lodowatym spojrzeniem czarnowłosego, który nie pozostał bierny. – Widzimy się w pracy. – Rzucił na odchodnym i czym prędzej, ruszył w stronę klatki schodowe, by tylko nie czekać na windę.
Zatrzasnęła drzwi i obróciła się całym ciałem do partnera.
- Musiałeś! – Wysyczała, zakładając ręce na piersi.
- Tak, musiałem. – Przyznał kompletnie szczerze. – Ten szczeniak rości sobie do ciebie prawa, a akurat to było nie zmienne, od kiedy zaczęliśmy naszą przygodę. Nie. Lubię. Się. Dzielić.
- Wie, że nie ma u mnie szans. – Poprawiła go. – Na Morganę, przecież to on mnie pocieszał przez ten cały czas… – Zamknęła oczy, przypominając sobie co weekendowe odwiedziny Rona. – Cholera blada. – Szepnęła.
- Co się dzieje? – Spojrzała na niego, nadal czując urazę.
- Wiem, czemu przyszedł. Od trzech tygodni tak robił, żebym nie katowała się myślami o tobie. – Jego wzrok złagodniał i objął ją, opierają policzek o czubek jej głowy.
- Już tu jestem, Bambi. – Westchnął ciężko. – Może postaram się go tolerować, ale potrzebuję do tego czasu. Jak na razie muszę zmienić te ciuchy, bo zwariuję. – Zachichotała, ale bardzo chętnie pomogła mu się pozbyć wszystkich ubrań z jego ciała.
Obudziła się pierwsza, przez promień słońca, który wlał jej się do pokoju. Severus spał na plecach, z wyjątkowo spokojnym wyrazem twarzy. Chciała wrócić do snu, ale głębokie, pełne żalu, miauknięcie przypomniało jej, że Krzywołap przyzwyczaił się do wczesnych śniadań. Najdelikatniej jak potrafiła, wysunęła się z łóżka i na palcach wyszła z pokoju, zostawiając przekręcającego się na bok mężczyznę, samego w łóżku.
- No uspokój się, ruda zarazo. – Mruknęła, kiedy kocur nie dał jej nawet nałożyć do miski jego karmy, zanim się na nią rzucił. Wyrzuciła pustą saszetkę do kosza i oparła się o blat. Nie chciało jej się pić ani herbaty, ani kawy, dlatego zdecydowała się na szklankę wody i jabłko do tego.
Przeprała się w swój zwyczajowy strój do biegania, który miała w łazience i wyszła, zamykając drzwi na zamek, który da się otworzyć od wewnątrz. Zbiegła po schodach, przed klatką się rozciągnęła i ruszyła w zwyczajową trasę.
Kiedy otworzyła drzwi, po półtorej godziny nieobecności, Severus siedział z marsową miną przy kuchennym stole, pijąc czarną kawę.
- Już nie śpisz. – Zauważyła mimochodem, kładąc siatkę ze świeżym pieczywem, które kupiła wracając do mieszkania.
- Tak i widzę, że ty też. – Zmarszczyła brwi, wyczuwając złość w jego głosie.
- Zapomnieliśmy zasłonić wczoraj okna. – Rzuciła w ramach wytłumaczenia. – Co się stało? – Założyła ręce na piesi, czekając na jego wytłumaczenie. Prychnął, a ona już wiedziała, że miły poranek, na który miała nadzieję, wracając, nie będzie miał miejsca.
- Poważne pytasz? – Wysyczał, a ona udając niewzruszoną, nastawiła wodę na swoją kawę.
- Zważywszy, że jak wczoraj zasypialiśmy miałeś dobry humor, to tak. Poważnie. – Wstał zamaszyście od stołu, płosząc śpiącego na kanapie Krzywołapa.
- A nie pomyślałaś, że jak wstanę rano, bez ciebie obok, kiedy na ulicach Londynu grasuje Kuba Wybuchacz to poczuje się lepiej? – Stanął na tyle blisko niej, że musiała unieść głowę, by na niego spojrzeć.
- Od kilku dni muszę to powtarzać i naprawdę zaczyna mnie to męczyć. – Zaczęła lodowato, naprawdę czując irytację. – Dam. Sobie. Radę. – Wyartykułowała. – Nie potrzebuje ochrony na codzienną przebieżkę. Nie zostałam zamordowana, przez te trzy tygodnie, kiedy ciebie nie było, to wątpię, żebym nagle stała się targetem tego, jak to ładnie ująłeś, Kuby Wybuchacza. – Sapnęła ciężko przez nos. – A nawet jeśli, przeżyłam wojnę, przeżyje i jednego zjeba. Umiem się bronić.
- Na Merlina, Granger! – Mocno walnął o blat, co wywołało mały huk, na który podskoczyła. – Martwię się o ciebie, a ty mi tu robisz wyrzut? – Prychnął. – Zrozum w końcu, że tu nie chodzi o wiarę w twoje umiejętności, a troskę o twoje bezpieczeństwo. Zachowaj się w końcu jak dorosła, za którą się uważasz. – Poczuła się głęboko dotknięta jego ostatnim zdaniem.
- Skoro uważasz, że jestem dzieckiem to słabo, że mnie bzykasz, huh? – Czuła w oczach zdradzieckie łzy, ale nie chciała dać im wypłynąć. Z kolei Snape chyba zrozumiał, że powiedział za dużo, bo opadły mu ramiona i pomasował zmarszczkę między brwiami.
- Hermiona, nie uważam cię za dziecko. – Bardzo powoli, jakby bał się, że go odtrąci, złapał ją delikatnie po bokach. – Zrozum, na ulicach jest morderca, którego nikt nie rozumie, jak działa ani dlaczego. Nawet ja nie czuję się w stu procentach komfortowo, bo nie wiadomo czego się spodziewać. – Zamknął oczy i odetchnął głęboko. – Straciłem już jedną ważną dla mnie kobietę, nie chce stracić drugiej. – Chwycona za serce, tym wyznaniem, delikatne złapała jego dłonie w swoje i pogłaskała kciukiem.
- Nie jestem Lily. – Szepnęła. Stanęła na palcach i delikatnie go pocałowała w usta. – I nie stracisz mnie, obiecuje. – Pokręcił ze zrezygnowaniem głową.
- Tego niestety… – On również szeptał. – …obiecać nie możesz.
Malfoy wparował do jej laboratorium o dwunastej, pod pachą trzymają kilka brązowych teczek, które rzucił na jej blat.
- Substancje, za które zbadanie byłbym wdzięczny. – Spojrzała na niego znad kociołka i kiwnęła głową.
- Jasne, najpóźniej jutro będziesz miał wyniki. – Chciała wrócić do pracy, ale blondyn stał bez widocznego zamiaru opuszczenia jej. – Tak, Draco? Czego jeszcze potrzebujesz? – Spytała powoli, prostując się za blatem.
- Zasadniczo zjeść. – Odparł, wzruszając ramionami. Westchnęła i spojrzała za zegarek.
- Już dwunasta? – Jej brwi powędrowały do góry. – Poczekasz trzy minuty? Muszę skończyć test Colberga.
- Bez problemu, moja droga. – Rozsiadł się przy jednym z pustych stanowisk, czy zasłużył sobie na krzywe spojrzenie od Tamary, drugiej laborantki w pomieszczeniu. – Mam się martwić, że nie walczysz ze mną, że nie jesteś głodna? – Odezwał się po niespełna minucie, na co tylko pokręciła głową z rezygnacją.
- Nie, bo nie będę się z tobą kłócić, że nie chce jeść, skoro już mi burczy w brzuchu. – Rzuciła mu szybkie, rozbawione spojrzenie.
- Muszę się schować w bunkrze. – Mruknął na tyle cicho, że ledwo go usłyszała.
- Coś ty powiedział?
- Powiedziałem, że muszę się schować w bunkrze. – Powtórzył śmielej. – To, że przyznałaś się do głodu, zwiastuje apokalipsę. – Rzuciła w niego książką, którą akurat miała pod ręką. Było wysoce nieprofesjonalne zachowanie, co tylko zostało podkreślone przez prychnięcie Tamary, ale chwilowo się tym nie przejmowała. Chciała już coś dodać, ale mikstura w jej kociołku zmieniła kolor na intensywnie niebieski.
- Szlag. – Przeklęła pod nosem i zaczęła szybko zapisywać wyniki na papierze. Po wstępnym raporcie, wsadziła papierek diagnostyczny i kiedy ten zmienił kolor na czerwony znów spisała właściwą interpretację wyniku.
- Coś się stało? – Spytał, już poważniejszy.
- Nie, nic. – Pokręciła głową. – Po prostu wyszedł pozytyw, co zmusza mnie do przyznania racji Arthurowi. – Zabezpieczyła zaklęciem kociołek i zdjęła fartuch, by przewiesić go na krześle. – Wrócę za max godzinę. – Rzuciła jeszcze koleżance, która badała swoje próbki pod ogromną lupą.
- Nie śpiesz się. – Mruknęła i coś szybko zanotowała.
Wyszli w ciszy z jej laboratorium, a następnie z całego budynku. Przeszli przez ulicę i usiedli w ogródku zwyczajowej restauracji, w której było więcej osób, większość och współpracowników.
- Jak zwykle sałatka? – Zakpił, kiedy mieli już menu i stał nad nimi kelner.
- A nie. – Zaćwierkała. – Poproszę tagiatelle z krewetkami i do tego wodę. – Uśmiechnęła się do młodego chłopaka i poszerzyła uśmiech, patrząc na zaskoczonego Draco.
- Kolejny powód do ucieczki do schronu. – Mruknął pod nosem, ale zignorowała to. – Ja za to poproszę danie dnia, niech kucharz mnie zaskoczy, i do tego cole. – Także oddał kartę, żadne z nich nie brało nigdy deseru i dawno temu doszli do wniosku, że bez sensu trzymać te menu na i tak małych stolikach. – Dobra, wróciliście do siebie z… nim, prawda? – Zdębiała, dziękując, że jeszcze nie miała wody.
- C-co? Co ty mówisz? – Czuła, jak jej policzki różowieją, a jej głos nie przekonał nawet jej samej.
- Och, nie ściemniaj. – Machnął lekceważąco dłonią. – W sobotę spotkałem go w sklepie, jakoś tak się złożyło, że z Astorią byliśmy u znajomych i musieliśmy coś dokupić. Kupował lody, Hermiono. I wino. Średnio to do niego pasuje, już nie mówiąc, że był ubrany jak nastolatek, co rzadko mu się zdarza. A potem szok. – Zrobił teatralną pauzę. – Jak wczoraj zaszedłem do niego, po dwudziestej, to go nie było. Nawet on woli pobyć w domu o takiej porze w taki dzień. – Nachylił się do niej, z uśmiechem śledząc jej czerwony policzek. – Nie byłbym taki pewien swego, ale dziewczyno, promieniejesz. Więc? Powiesz mi w końcu prawdę? – Wiedziała, czemu nie wymówił jego imienia. Mimo, że samo pytanie trochę średnio dba o jej prywatność, to jest ich osobista sprawa, a nie piętnastu innych pracowników zakładu. Westchnęła poddańczo.
- Wyszliśmy razem do pracy rano. – Szepnęła, wiedząc, że dla Draco to będzie wystarczająca odpowiedź. – Ale nie mów mu, że wiesz. – Poprosiła szybko, entuzjazm, który budował się na jego twarzy zgasł.
- Czemu?
- Bo może nie chce się z tym afiszować? – Podziękowała pracownikowi za podanie napoi, od razu korzystając i obejmując szklankę.
- Chcesz zobaczyć czy się ciebie wstydzi. – Poprawił ją zdziwiony blondyn. – Herm, to jest… on. – Znacząco przeleciał wzrokiem otoczenie. – Przecież jakby wstydził się być z tobą, to by po prostu nie był.
- Nadal Draco. – Przerwała mu. – Nawet jak nie wstyd… to po prostu chce uszanować jego prywatność i to on z naszej dwójki powinien ci to powiedzieć.
- No rozumiem. – Złapał ją za dłoń. – I cieszę się, że znaleźliście do siebie drogę. – Nic nie powiedziała na to. Była przekonana, że jej cała czerwona twarz wyrażała więcej, niż jakakolwiek odpowiedź.
Koło osiemnastej nadal siedziała nad kociołkiem, tym razem badając ostatnią próbkę jaką dał jej Draco. Wszyscy poszli już do domów, poza Arthurem, który miał mnóstwo roboty papierkowej, na której myśl przechodził go dreszcz i chyba zaczynał poważnie rozważać emeryturę. Mimowolnie spojrzała na mężczyznę, który siedział za biurkiem w gabinecie. Jakby wyczuwając jej wzrok uniósł głowę znad pergaminów i pomachał do niej sennie. Odmachała mu i znów nachyliła się nad swoim raportem.
- A więc to tutaj pracujesz. – Poderwała głowę, kiedy w pomieszczeniu rozbrzmiał głęboki glos Severusa. Stał w progu laboratorium, w koszuli i eleganckich spodniach z jego aktówką, tylko musiał zmienić jej budowę zaklęciami, ponieważ teraz była przewieszona przez jego ramię.
- Hej, co to robisz? – Zeszła ucieszona ze stołka i podeszła do niego.
- Tak lekkomyślnie zostawiasz eliksir? – Podniósł brew, ale, ku jej uciesze, pocałował ją w czoło na powitanie.
- Och, to Rother. W dodatku właśnie spisałam wynik. – Machnęła lekceważąco ręką. – Ale co ty tu robisz? – Powtórzyła pytanie.
- Miałaś dać znać jak będziesz w domu, nie dałaś, a ja wyszedłem z pracy. Pomyślałem, że po ciebie przyjdę. – Mówił to tak swobodnie, jakby było oczywiste. Uśmiechnęła się szeroko.
- Dasz mi pięć minut? Posprzątam stanowisko i możemy iść.
- No to się sprężaj, nie mam całego wieczora.
W podskokach wylała zawartość kociołka do zlewu neutralizującego wartości eliksiru i odłożyła brudny kociołek na specjalnej tacy, która kiedy się zapełni zacznie szorować kociołki tak sterylnie, na ile się da. Wpakowała teczki od Malfoya do torby i odwiesiła kitel na wieszaku.
- Jeszcze tylko dam znać szefowi. – I zniknęła w kuchni socjalnej, która prowadziła do przeszklonego gabinetu.
- Severus Snape. – Zagwizdał Arthur, który chyba porzucił papiery, bo leżały rozwalone na całym biurku, a on sam był odchylony na krześle. – Nie był przypadkiem twoim promotorem? – Wiedziała, że mężczyzna nie miał nic złego na myśli, ale i tak się zaróżowiła.
- Cóż, dużo czasu spędzaliśmy razem. – Wytłumaczyła pośpiesznie. Prychnął rozbawiony.
- Cóż, ja moją żonę też poznałem na studiach. – Uśmiechnął się z nostalgią.
- To do niej wracaj, jutro pomogę ci z papierami. – Obiecała i odwróciła się do drzwi.
- Chyba masz rację. – Przetarł twarz dłońmi. – Sprzątam i koniec. Dobranoc, Hermiono. – Spojrzała na niego przez ramię.
- Dobranoc, Arthur. – Wyszła z biura, przechodząc przez pomieszczenia, aż trafiła z powrotem do Severusa. – Idziemy? – Kiwnął głową i ruszyli do wyjścia z laboratorium.
Siedzieli u niego w salonie, rozpalili kominek i przy winie, co nie raz robili za czasów praktyki Hermiony, rozwiązywali swoje sprawunki. Zajął zwyczajowe miejsce przy stoliku nocnym, podczas gdy Bambi działała w otwartej jadalni. Krzywołap, który został tu przetransportowany, po wyraźnym sprzeciwie Granger, co by zostawiać go samego, nadal z ciekawością zaglądał w każdy kąt.
Dziewczyna siedziała nad stosem papierów pełnym obliczeń numerologicznych i wprowadzała do nich poprawki, związane z wynikami jej testów, przez co całe pomieszczenie było pełne jasnych linii ciągu zdarzeń, co jakiś czas wstając i sprawdzając dokąd i jak prowadzą owe linie.
- Bardzo nad tym siedzisz, jak na analityka. – Zauważył. Cóż, zauważył też jak dobrze wygląda w spiętych włosach i golfie, który znalazła u niego w szafie. Smukła szyja i żuchwa non stop go kusiły. Westchnęła zrezygnowana, opadając na krzesło.
- Wymagają od nas, jako analityków, nie dość, że wyników to jeszcze ich interpretacji w najbliższy dedukcji sposób. – Spojrzała na niego zmęczona. – I podczas, gdy z samych wyników można dużo wywnioskować, to kiedy stosuje się linie ciągów można naprawdę coś odkryć.
- W skrócie czasami odwalacie brudną robotę za aurorów. – Podsumował kwaśno.
- W skrócie. – Wzruszyła ramionami. Nagle zmarszczyła brwi i sięgnęła do swojej wielkiej torby, która leżała na krześle obok niej.
Wyjęła z niej kilka brązowych, klasycznych teczek i zaczęła je przeglądać.
- Cholera. – Szepnęła i szybko poprawiła coś na kartce i machnęła różdżką, sprawiając, że linie zamigotały i zmieniły układ, co jak zauważył, spowodowała jedna nowa. O wiele grubsza niż pozostałe, a wszystkie pozostałe widocznie krążyły wokół niej.
Bambi zbladła i nawet nie próbowała wstać. Zaniepokojony wstał i podszedł do niej, ściskając ją za ramię.
- Co się dzieje?
- Ofiary były rozsadzone i nie miały różdżek ani dokumentów, przez co nie można było ustalić ich tożsamości. – Przełknęła ślinę. – Nie mogliśmy znaleźć nikogo w bazie poszukiwanych, kto by pasował, poza jedną osobą. Ale źle szukaliśmy. – Pokręciła głową. – Miałam zaburzenia w Rotherze i myślałam, że mam w końcu substancję, ale wtedy Feller już nie wykazał żadnych nieprawidłowości.
- Co wyklucza toksyny. – Mruknął, bardziej do siebie niż do niej, ale i tak pokiwała.
- Myślałam, że ja coś źle zrobiłam. – Spojrzała na niego, a sam Severus poczuł duży niepokój, widząc żal w jej oczach. – Ale u wszystkich ofiar były te zaburzenia. A na co jeszcze jest czuły ten test? – Zmrużył oczy, przypominając to sobie.
- Na czystość krwi. – Wyszeptał, czując, jak jego wargi wysychają. Kiwnęła głową.
- Źle szukaliśmy bo przeglądaliśmy tylko bazę z magicznego świata. – Ścisnęła mocniej jego dłonie, które podczas rozmowy wylądowały na kolanach. – Ale osoby zamordowane były mugolakami. Wszystkie.
