- Bambi, wstawaj. – Przebudziło ją szturchnięcie w bark. Z mrukiem rozciągnęła się jak tylko mogła.

- Hm? – Otworzyła oczy, ale natychmiast je zamknęła, porażona słońcem, które świeciło zza okna. – Która godzina? – Usiadła, okrywając nagie piersi kołdrą pod którą spali. Dopiero teraz zauważyła Severusa w pełnej okazałości. Miał już na sobie spodnie, ale ciemna koszula nadal była niezapięta.

- Trochę po siódmej. – Mruknął, zapinając rękawy. Opadła z powrotem na materac, przypatrując się białemu sufitowi. – Wstawaj, nie mam całego dnia. – Popędził ją, przechodząc do garderoby.

- Ale ja mam, w końcu mam wolne. – Mimo swoich słów wstała i podążyła za mężczyzną. Pierwszy waz była w tym pomieszczeniu. Po obu stronach były duże szafy sięgające do sufitu, a naprzeciw drzwi była komoda, przy której stał Severus.

- Myślałem, że jak najszybciej będziesz chciała zdać raport w ministerstwie. – Zapiął ostatni guzik i wyjął z niższej szuflady mebla zwinięte skarpetki. Usiadł na małym zydlu, który stał w rogu i założył je, poprawiając przy okazji nogawki.

- Chce, owszem, dlatego wstałam. – Nie spała do późna, zdjęta paniką, a on pocieszał ją przez ten czas. Po raz pierwszy od tygodni, zrezygnuje ze zwykłej przebieżki.

- Odprowadzę cię tam. – Sapnęła, kiedy poruszył temat, o który pokłócili się już zeszłej nocy.

- Dam sobie radę, Severus. – Podeszła do niego, decydując, że kłótnia nic nie da. Usiadła mu na kolanach, obejmując go za kark. – Naprawdę, w ministerstwie będę bezpieczna.

- Tego nie wiesz. – Warknął, mocniej ściskając jej biodra.

- Wyślę patronusa do Harry'ego i Rona, żeby mnie odebrali z wejścia?

- Och, już widzę, jak Weasley cię odbiera. – Sapnęła, klepnęła go w ramię i wstała, mociej poprawiając pościel dookoła jej ciała.

- Drań. – Syknęła i wyszła z garderoby, a następnie z pokoju, żeby przejść do „swojej" sypialni.

Severus już podczas jej nauki przydzielił jej to pomieszczenie i zapełnił szafę rzeczami, które jemu odpowiadały. Ze złośliwą satysfakcją wzięła odpowiedni komplet i przeszła do łazienki, zamykając drzwi. Nie chciała się kłócić, ale on miał nie przywalać się więcej do Rona. W połowie prysznica zaczął się dobijać, jednak nie mógł się przebić przez jej osłony. W znacznie lepszym humorze, ubrała się w koronkową bieliznę i pończochy, rzucając na nie zaklęcie podtrzymujące. Kiedy wyszła z łazienki on siedział na łóżku i rzucał gromy oczami.

- Nie jesz śniadania? – Spytała niewinnie, podchodząc powoli do szafy i zaczęła przeglądać ciuchy, szukając tych odpowiednich do ministerstwa. Czuła na sobie jego wzrok.

- Czekam na ciebie. – Mruknął i usłyszała, że wstał, podchodząc do niej. Odchyliła głowę w bok, pozwalając, by jego usta całowały jej szyję.

- Zaraz zejdę. – Odwróciła się do niego, kładąc dłonie na jego ramionach. Delikatnie go odepchnęła, a on usłuchał, choć miał niepocieszoną minę. – No leć, i poproś Trawika o kawę. – I na powrót się odwróciła, stojąc przed tym samym dylematem co przed chwilą.

- Pieprzona feministka. – Zrzędził, ale wyszedł. Uśmiechnęła się pod nosem z czułością. Kto by się spodziewał, że wielki Severus Snape będzie posłusznie pójdzie, jeśli ona go o to poprosi?

Finalnie założyła rozkloszowaną spódnicę przed kolano i golf, widząc za oknem pochmurne, deszczowe niebo. Dotykając materiałów, musiała przyznać Severusowi ogromny plus za dobór tych ubrań. Nie wiedziała jak, ale jakimś sposobem trafił w jej gust. Może jak była w Hogwarcie nie patrzyła w co się ubiera, bo miała inne, ważniejsze zmartwienia. Jednak z biegiem lat nauczyła się, nie tyle przejmować się nad życie ciuchami, ale lepiej dobierać komplety, by po prostu poczuć się… kobieco. Choć nadal nie potrafiła zrozumieć Ginny, która nie raz wariowała przez dobór kreacji.

Zeszła na dół i przechodząc przez kuchnię weszła do jadalni, gdzie on już siedział. Nie jadł jednak, ale czytał gazetę. Tuż obok jego dłoni, jak i na jej miejscu, stały parujące kubki. Kiedy usłyszał, że weszła podniósł wzrok znad Proroka i przekręcił stronę.

- Już wyszykowana? – Spytał, kiedy siadała. Wywróciła oczami, ale uśmiech nie schodził z jej warg.

- Owszem. – Wzruszyła ramionami i nałożyła na talerz trochę jajecznicy. Mężczyzna skrzywił się, zamknął i złożył gazetę, by położyć ją tuż obok ręki Hermiony.

- Skorzystasz z mojego kominka. – Wypalił, kiedy ona już przechwyciła i rozłożyła proroka przed sobą. Spojrzała na niego zdziwiona. – Ale użyjesz na siebie tarczy. – Zastrzegł. Uśmiechnęła się jeszcze szerzej i wstała, by usiąść na jego kolanach.

- Jesteś niesamowity. – Zachichotała i pocałowała głęboko. Jedna z jego rąk znalazła się na jej biodrze, mocno je ściskając, podczas gdy druga wplątała się w jej włosy i docisnęła jej twarz do jego.

Nie interesowało ich, że mają rzeczy do zrobienia. Pocałunek stawał się co raz bardziej zachłanny, aż Severus nie wytrzymał i usadził ją na blacie stołu, przesuwając ją po nim, odsuwając przy okazji naczynia. Uśmiechając się nadal, zarzuciła mu ręce na kark, a nogi oplotła dookoła pasa, przyciągając go jeszcze bliżej. Jednak po chwili chrząknął i nie zważając na jęk protestu, odsunął się.

- Jakkolwiek podoba mi się do czego to zmierza. – Od jego spojrzenia zrobiło jej się bardziej gorąco. – Ale ja niedługo muszę być w pracy, ty najlepiej jakbyś była jak najszybciej w ministerswe, a w ogólnym rozrachunku, jakbym cię zerżną na stole to nic bym z tego nie zjadł. A nie lubię marnować jedzenia. – Cofnął się dwa kroki, dając jej przestrzeń, żeby zeskoczyła ze stołu. Zrobiła to i podeszła do niego.

- Jasne, w sumie i tak nie wiem co by z tego wyszło. – Pomasowała mu ramiona. – W głowie mam tylko tą sprawę. – Spochmurniała, a dobry humor wyparował, kiedy wróciły do niej jej troski. To, że opuściła głowę zauważyła dzięki podniesieniu jej przez palec Snape'a.

- Bambi… – Westchnął. – Nie lubię tego mówić, ale będzie dobrze. – Zapewnił, a ona wbrew sobie uśmiechnęła się leciutko. – Dzięki tobie mają archetyp ofiar, przez co łatwiej będzie je uchronić. – Pokiwała głową, zgadzając się z jego słowami. Bardzo chciała w nie wierzyć. – Chodź jeść. – Pociągnął ją do stołu i usadził na krześle, podsuwając je do blatu. Sam usiadł na swoim krześle i zaczął robić sobie kanapkę.

W ciszy patrzyła na niego, jak wkłada co to nowe produkty na bułkę, a następnie i tak nakłada jajecznicę Trawika. I to wszystko pochłania. Z nikłą zazdrością przesunęła oczami po jego sylwetce. Nie, że Hermiona bardzo przejmowała się samym wyglądem. Jednak jadła o wiele mniej od niego, a nie była nawet zbliżona do jego postury. Oczywiście, była szczupła, co zawdzięczała temu, że po prostu mało jadła. Nigdy nie miała wygórowanego apetytu. A to już drugi facet, z którym, o ironio, jest blisko i który je racje niczym dla armii królowej. I który w ogóle od tego nie tył. Owszem, Ron prześcigał w tym Severusa i był jednak bardziej postawniejszy niż czarnowłosy. Jednak to właśnie Severus wydawał się groźniejszy. I to nawet nie chodzi o jego twarz, jakkolwiek to brzmi. Ron zawsze kojarzył jej się z pustą siłą, która jest groźna ale bardzo łatwo wyczuć kiedy uderzy, co pozwala odpowiednio się zabezpieczać. Snape natomiast był siłą przyczajoną. Nie wiadomo było w co ani skąd uderzy, przez co nie sposób było się przed nią uchronić.

Westchnęła, zdając sobie sprawę, na jakie tereny powędrowały jej myśli.

- Gdzie zniknęłaś? – Zamrugała, patrząc na bruneta.

- Zamyśliłam się o głupotach. – Wyznała cicho i zaczęła czytać gazetę, a on wrócił do jedzenia.

Po kilku stronach gazety, zaklęciu tarczy i kilkudziesięciu minutach stali już gotowi do wyjścia przy jego kominku. Poprawiła ramię o torby, gdzie miała wszystkie możliwe dokumenty i spojrzała na partnera.

- Dam znać jak będę w domu. – Obiecała po raz kolejny. Kiwnął głową i nachylił się nad nią.

- Trawik odprowadzi Krzywołapa do ciebie. Bez aportacji. – Zastrzegł, kiedy zobaczył, że już otwiera usta. Pocałował ją w czoło i odsunął o krok. – Idź, zanim zmienię zdanie. – Pomachał na nią ręką, jednak zamiast iść, weszła szybko na pufę, która stała obok, i korzystając ze zmienionej różnicy wzrostu, pocałowała go prosto w usta.

- Miłego dnia. – Szepnęła i już nie wracając do niego, rzuciła proszek do kominka. – Ministerstwo Magii!

Stał jeszcze przez chwilę w bezruchu, patrząc na zielone, dogasające płomienie.

- W cholere z tobą Snape. – Warknał do ciebie, zgarniając aktówkę z kanapy. – Jesteś na to wszystko za stary.

Nie powinna być zdziwiona, że o ósmej rano w minestralnym atrium będzie aż tyle ludzi. Jednak tłum, który dosłownie ją porwał gdy tylko wyszła z kominka był przerażający. Próbując na nikogo nie wpaść, ani samej się nie przewrócić, szła szybszym tempem dopóki nie stanęła w kolejce do windy. Owszem może dałaby radę schodami, ale biuro aurorów jest po drugiej stronie budynku niż wejście przez kominki. Gdy w końcu dostała się do małej puszki, kliknęła odpowiedni poziom i czekała aż ta się zamknie i ruszy w podróż. Hermiona nienawidziła wizytacji w ministerstwie i była o tym przekonana już kiedy po raz pierwszy musiała dostarczyć jakieś papiery za Arthura. Stary dziad wyręczył się nią, udając problemy z korzonkami, by później się z niej śmiać i wytykać, że to taki chrzest bojowy wśród techników. Śmiechom nie było, kurwa, końca.

Kiedy w winda zatrzymała się z niemałym szarpnięciem na Poziomie Biura Aurorów wyszła z westchnieniem ulgi. Tutaj, w porównaniu do innych części gmachu było cicho. Było słychać tylko szumy rozmów, jednak nic konkretnego nie dało się wśród nich wyłapać. Przeszła przez hall, weszła za szklane drzwi i stanęła twarzą w twarz z nieznaną jej kobietą, której siwiejące jasne włosy były spięte w koka, a okulary zsunięte na nos.

- Dzień dobry, Hermiona Granger, laboratorium śledcze. – Przywitała się, pokazując swoją legitymację. Recepcjonistka wzięła ją do ręki i sprawdziła wszelkie oznaczenia.

- Do kogo? – Jej głos był na tyle skrzekliwy, na jaki sugerował jej wygląd. Hermiona musiała użyć całych swoich sił, by się nie skrzywić.

- Harry Potter lub Ron Weasley. – Nie gadała z chłopakami, ale była przekonana, że któryś z nich na bank jest w pracy. Kobieta kiwnęła głową i wysłała samolocik w głąb korytarza za nią.

- Usiądzie. – Wskazała na cztery krzesła postawione na lewo od wejścia, które świeciły pustkami. Była ciekawa, kto, prócz biednych techników, tu na Merlina przychodzi.

Na całe jej szczęście, bo krzesła były skrajnie niewygodne, czarna czupryna Harry'ego wynurzyła się z głębin aurorskiej jamy.

- Hej, Hermiona. – Uśmiechnał się do niej i uścisnął na powitanie. Jej gniew po kłótni z soboy wyparował, jak zawsze się działo z chłopakami.

- Hej, Harry. – Zarzuciła mu ręcę na szyję i także przytuliła. – Jesteś sam? – Odsunęli się od siebie, a chłopak pokręcił głową.

- Nie, Ron jest w pokoju. Chodź. – Ruszyła za nim, starając się zamaskować zmartwienie.

Mimo, że nazwała Severusa draniem dzisiaj rano, to musiała przyznać mu rację. Nie wiedziała czy Ron by po nią wyszedł. Nie rozmawiali od jego odwiedzin w sobotę i nie była pewna czy jest gotowa na tą rozmowę. Zdawała sobie sprawę, że może wyjść na niewdzięczną dziewuchę, która nie potrafi ogarnąć swojego życia. No bo najpierw płacze, że chłop ją porzucił, a potem nagle do niego wraca. Wiedziała, że powrót do Snape'a jest czystym zaprzeczeniem jej pragmatycznej natury. Jakby była jej wierna wysłałaby byłego ślizgona z kwitkiem i może ładną klątwą. Ale nie, bo serce nie sługa, a Hermiona nauczyła się przez te wszystkie lata, że to właśnie ono dawało jej najlepsze decyzje.

- Hermiona? – Potrząsnęła głową, wyrywając się znów z przemyśleń.

- C-co? – Spytała, masując policzki.

- Spytałem, czy chcesz coś do picia. – Powtórzył z rozbawionym uśmiechem i przez jej myśl przeszło, że jak powie, to co chce powiedzieć to już nie będzie taki wesoły.

- Nie, dziękuję. Jestem tuż po śniadaniu. – Zatrzymała się przy odpowiednim pokoju i przeszła przez drzwi, które otworzył dla niej przyjaciel.

W małym pokoiku mieściły się dwa biurka, obecnie zawalone różnymi papierami, i fioletowa obdrapana kanapa. Przy ścianach mieściły się obszerne półki z książkami i segregatorami. Dość mugoslko. Przeszło jej przez myśl widząc rzędy kolorowych tektur. Była przekonana, że to ręka Harry'ego.

- Czesć, Herm. – Ron przestał odchylać się na krześle i spojrzał na nią z uwagą. Uśmiechneła się do niego z pewną dozą nieśmiałości i wymruczała przywitanie.

- Sidaj gdzie zapragniesz. – Zachęcił Potter, samemu sadzając się za biurko. Cóż, wiele jej nie pozostawił. Zasadniczo tylko kanapę, na której usiadła.

- Czy wszystkie wasze meble są tak piekielnie niewygodne? – Wypaliła, zanim ugryzła się w język. Obaj chłopcy gruchnęli śmiechem, a ona tylko się zaróżowiła.

- W sumie to tak. – Sapnął Harry, kręcąc się od niechcenia na mugolskim, fotelu na kółkach. – Przekonałem Robardsa, żebym mógł nam zmienić fotele, z kanapą nawet sława wybrańca nie pomogła. – Pokręciła głową z politowaniem.

- Co tu robisz? – Wypalił nagle Ron, na co natychmiast spoważniała. Ścisnęła wargi w wąską linię i poprawiła się na siedzeniu.

- Kto nadzoruje sprawę… wybuchów? – Spjrzeli po sobie, a na Polikach Pottera pojawily się rumieńce.

- Ja. – Wzruszył ramionami. – Znaczy ja i Ron, w praktyce, ja na papierze. – Zmarszczył brwi. – A o co chodzi?

- Wczoraj, po pracy siedziałam trochę nad papierami, które Draco dał mi po sekcji zwłok ostatniej ofiary. – Zaczęła tłumaczyć, grzebiąc w torbie. – Przez większość badań skupialiśmy się na substancji, która to spowodowała. – W końcu wyjęła teczki i wstała, podchodząc do ich biurek. Machnęła ręką, a porozrzucane papiery poukładały się same w stos, a papierki i inne śmieci wylądowały samoistnie w koszu. Rozłożyła na wolnej przestrzeni swoje dokumenty. – Jednak albo zrobił to szalony mistrz eliksirów i nie możemy określić co się stało przez znane dotąd testy, albo twórca makabrycznych zaklęć, których nie znamy i zasada taka sama jak w pierwszym.

- Na Merlina, do czego doszłaś, Hermiono? – Zniecierpliwił się rudy. Spojrzała poważnie w oczy przyjaciół.

- Że ludzie, czarodzieje, którzy zostali zamordowani są mugolakami. – Wypaliła. Atmosfera w pomieszczeniu stężała. Harry pozieleniał, a Ron przełknął głośno ślinę. – Najpierw myśleliśmy, że zaburzenia jednego z testów są spowodowane jakąś substancją, ale kolejne testy znów wychodziły negatywnie. Jednak przeoczyliśmy, że ten test, o którym mówię, jest czuły na magiczne korzenie. Nie zaleca się go w przypadku właśnie mugolaków z tego powodu, zaburzeń które się pojawiają. – Wyprostowała się i wróciła na kanapę. Rewelacje z wczorajszego wieczora nie były łatwe dla niej do przełknięcia, wciąż nie są. Ale z upływem nocy, jakkolwiek się do tego zdystansowała.

- Ja pierdole, czy w tym kurwidołku nie może być przez chwilę spokojnie?! – Ona i rudy spojrzeli zszokowani na przyjaciela. Zielonkawy odcień pozostał, ale w oczach zaczął iskrzyć gniew. – Dwie zasrane wojny o czystość krwi! – Krzyknął, wstając zamaszyście. – Dwie, do kurwy! A zaledwie kilka lat później pojawia się jakoś niedojebany śmierciożerca i znów robi sobie segregacje rasową! Kurwa! – Na koniec kopnął kosz i wszystkie śmiecie znów zalały fioletową wykładzinę.

- Harry Potterze, uspokój się! – Podniosła się z kanapy i stanęła przed nim. Weasley patrzył na nich, ale trzymał w pogotowiu różdżkę. – Krzykami i przekleństwami nic nie zdziałasz. – Upomniała go. – Macie profil, szukajcie zaginionych wśród mugoli.

- Wiemy! Wiemy. – Były wybraniec pomasował sobie brwi i usiadł znów na swoim miejscu. Gniew wyleciał, chyba z całą chęcią do czegokolwiek. Nachyliła się nad nim i położyła rękę na jego ramieniu.

- Rozgryziemy to, Harry. Jak zawsze. Prawda? – Zwróciła się do Rona.

- Jasne, że tak. Drużyna marzeń znowu w akcji. Tylko tym razem nie mamy regulaminów do złamania. – Uśmiechnęła się do niego i nawet na wargach Pottera wykwitł nikły uśmiech.

- Dzięki wam chyba jeszcze nie zwariowałem. – Poklepał przyjaciółkę po dłoni, a ona odsunęła się. – No i Ginny, oczywiście.

- Zawsze do usług. – Powiedzieli równocześnie ona i Ronem i spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Raz gwardia wybrańca, na zawsze gwardia wybrańca.

- Nie będę wam dłużej przeszkadzać. – Zgarneła swoją torbę i znów nachyliła się do Harry'ego, tym razem, żeby pocałować go w policzek. – Trzymaj się, dobrze? – Kiedy kiwnął głową, wyprostowała się i ruszyła w kierunku Rona. Jakie było jej zdziwienie, kiedy wstał i zgarnął lekką kurtkę.

- Odprowadzę cię i aportuję pod twoją klatkę. – Wytłumaczył. W pierwszej myśli chciała zaprzeczyć, jednak zdała sobie sprawę, że to chyba najlepsza okazja na rozmowę. – I nie myśl, że masz cos do powiedzenia. Teraz, kiedy wiadomo, że siłą rzeczy wpasowujesz się w profil ofiar, nie damy się tak łatwo przekonać. – Przewróciła oczami, ale już nic nie powiedziała. Kiedy emocje opadną, wtedy z nimi poważnie porozmawia.

Pomachała ostatni raz Harry'emu i wyszli. W ciszy przeszli przez korytarz, hall i nadal się do siebie nie odzywali, kiedy weszli do zatłoczonej windy. Swoboda, która między nimi panowała przez trzy tygodnie i przed chwilą w gabinecie, zniknęła. No cóż, szykuje się niezła awanturka, ale nie miała zamiaru kajać się za uczucia. Zniecierpliwieni czekali aż będą mogli wyjść i gdy w końcu to nastąpiło bez słowa ruszyli w stronę punktu aportacyjnego. Dopiero kiedy niemiłe uczucie w brzuchu minęło i stali o wiele pewniej na ziemi, tuż przy wejściu na studnie jej kamienicy Ron wybuchnął.

- Wytłumaczysz mi to?! – Krzyknął, a złość sprawiła, że jego Poliki stały się czerwone.

- Co mam ci tłumaczyć? Że na wyjeździe porozmawialiśmy? Czy to, że jestem szczęśliwa? – Oplotła ręce na piersiach by dać sobie odrobinę uczucia pewności.

- Szcześliwa? – Zaszydził. – Hermiona przez trzy jebane tygodnie byłaś cieniem samej siebie przez tego kutasa, a teraz co? Znów rozkładasz przed nim nogi, bo powiedział „przepraszam"? - Zanim zdała sobie sprawę, co robi, przystąpiła do przodu i spoliczkowała go na tyle mocno, że jego głowa odskoczyła w bok.

- Rozumiem, czemu masz obiekcje. – Wysyczała. – Uwierz, że nie jestem naiwną idiotką, za jaką mnie masz. Ale ja go kocham, Ron. I nie mam zamiaru stracić szansy na szczęście przez głupi strach.

- Jasne, ale jak znowu złamie ci serce, nie przychodź znowu do mnie. – Odwrócił się na pięcie.

- Nie zamierzam. – Rzuciła i przeszła wkurzona za bramę. Żal przyszedł równocześnie z odgłosem aportacji. Westchnęła przygnębiona.

I tyle jeśli chodzi o cywilizowaną rozmowę. Zawsze to samo. Zawsze wybuch ich temperamentów, a potem przeprosiny i najlepsza przyjaźń. Tak już było i nie zapowiadało się na zmiany. Złapała się na tym, że boi się, że z Severusem będzie tak samo. Oboje potrafią być apodyktyczni i uparci.

- Pięknie, Hermiono. – Sarknęła, otwierając drzwi. Przywitał ją długi miałk Krzywołapa, a następnie smród. Zmarszczyła nos, odkładając torbę i od razu szukając źródła brzydkiego zapachu.

Westchnęła, kiedy zobaczyła wymiociny na dywanie. Cóż, Severus wspominał, że Trawik robi większość rzeczy po swojemu, teraz jak widać stwierdził, że lepiej będzie się teleportować z kotem, niż chodzić przez Londyn. Piękna, skrzacia logika.

Właśnie posypywała lasagne serem, kiedy usłyszała szarpnięcie za drzwi. Znieruchomiała, by w następnej chwili złapać za różdżkę i wyjść do przedpokoju. Zamki wydały charakterystyczny odgłos zwolnienia mechanizmów. Już zebrała intencję na zaklęcie, kiedy na progu pokazała się drobna postura Ginny.

- Gin! – Hermiona opuściła natychmiast różdżkę, co jednak po chwili zrewidowała, kiedy zobaczyła wściekłą minę przyjaciółki.

- Jak mogłaś?! – Krzykneła z wyrzutem.

- Ron ci powiedział. – Zauważyła zrezygnowana. Nie trzeba było być najmądrzejszą czarownicą od Roveny Revenclaw, żeby się tego domyśleć.

- Tak! A co? Bałaś się, że twój brudny sekret wyjdzie na jaw? – Twarz przyszłej pani Potter była cała czerwona.

- Gin, to żaden brudny sekret. – Zaczeła, jednak nie udało jej się za dużo dodać.

- Jasne! Dlatego dowiaduje się od mojego brata, a nie od najlepszej przyjaciółki! – Młodsza z dziewczyn zaczęła machać rękoma. – Jak dobrze się bawiłaś, kiedy ja się męczyłam brakiem twoich praktyk?! I jak musieliście się śmiać, kiedy byłam tam z tobą! By cię wspierać!

- Nic ci nie mówiłam, bo… - Przerwała w połowie, zdjając sobie sprawę, że nie wie co powiedzieć. Jaki argument byłby najlepszy?

- Bo się wstydziłaś swojej reputacji? – Podsunęła jej szyderczo, a ona poczuła się ugodzona do żywego.

- Wiesz, że nie. – Zaprzeczyła. – Po prostu sama nie wiedziałam, co o tym wszystkim myśleć.

- No jasne! – Zakrzyknęła ruda. – Więc jak ty nie wiesz, to nikt inny ma nie wiedzieć. – Zaśmiała się histerycznie. – Sypiałaś ze Snape'em. Ze. Snape'em! Ale to nic, ale co więcej zakochałaś się w nim! I podczas gdy ty wiedziałaś wszystko o mnie, ja nic nie wiedziałam o tobie! – Złość zaczęła przygasać, zostawiając ból. Granger już wolała, kiedy Ginny była zła, niż smutna. – Te wszystkie noce, kiedy mówiłaś, że zostałaś dłużej bo eliksir… nie dlatego tam tyle zostawałaś.

- Nie. – Wyksztusiła, nie widząc sensu w kłamstwach. Już to zrobiła raz i właśnie teraz płaci za to cenę. – Ginny, zrozum, że chciałam dobrze.

- Oczywiście, ty zawsze chcesz dobrze. – Przerwała jej ponownie, z jadem w głosie. – Zawsze chcesz dobrze i tylko ty możesz to zapewnić. – Pokręciła głową, rozrzucając rude włosy dookoła. – Jesteś egoistką, Hermiono. Ty możesz dla bliskich wszystko, podczas gdy bliscy nie mogą dla ciebie nic. – Rzuciła i minęła skamieniałą dziewczynę i wyszła z mieszkania, trzaskając drzwiami.

Z łzami w oczach osunęła się na ziemię i zaczęła płakać.

Miał złe przeczucia. Coś podskórnie mu mówiło, że coś się rypnie i tyle będzie z spokojnego trybu ich życia. Bo przecież w porównaniu do Voldemorta, przypadkowy Kuba Wybuchasz, jak zaczął go autorsko nazywać, to podlotek. Niebezpieczny, ale nadal podlotek. Szedł spokojnie mugolskim Londynem, mając przewieszoną marynarkę przez ramię, trzymając ją tą samą dłonią co aktówkę.

Musiał sam przed sobą przyznać, że poza owym złym przeczuciem, czuje się… lżejszy. To, jak Bambi wniosła do jego życia powiew życia i świeżości zaskoczyło nawet jego. No i w końcu zaczął normalnie sypiać, regularnym snem.

Jednak z tyłu czaszki nadal coś mu wrzeszczało, że nie zasługuje na nią. No bo w końcu nie jest w stanie nic jej dać. Nawet uczucia, którym ona go darzy. Po prawdzie bał się jej miłości. Nikogo, kto kiedykolwiek obdarzył go tym uczuciem dobrze nie skończył. Lily, zamordowana. Matka, skatowana przez sukinsyna. Miał mizerny rachunek ukochanych kobiet. Już nie mówiąc, że musi się nauczyć dzielić z kimś życie. Nie je ustawiać, nie zdominować. A koegzystować, a podejrzewa, że z Granger, która jest równie apodyktyczna jak on, łatwe to nie będzie. W skrócie, tak jak się spodziewał, związek to problem na problemie. Bomba.

Przeszedł z mugolskiej części na magiczną Temidę i skierował się do sklepu, który akurat był po drodze do dziewczyny. Mruknął powitanie i skierował się do działu z alkoholami, mając w pamięci prośbę dziewczyny.

Wróciłam.

Kup dobre wino, proszę?

H.G

Pani każe, on robi. Parsknał śmiechem, na tą myśl, przypominając sobie od razu, od czego to się zaczęło. Życie zawsze udowadniało mu, że nic nie jest pewne, ale ta przewrotność, jedna z nielicznych pozytywnych, wyjątkowo go bawiła.

- Bez reszty. – Mruknął, kiedy zapłacił z górką i wyszedł, mrucząc tym razem pożegnanie.

Kolejną rzeczą, nad jaką się zastanawiał było to, kiedy ich związek się wyda. Nie było opcji, żeby ten zasrany prorok zignorował to, że kręcą się w swoich okolicach, a on sam kupuje hurtowe ilości alkoholi. Więc albo będą pieprzyć o ich romansie, czy innych pierdołach, albo uznają go za krypto alkoholika, czego chyba jeszcze bardziej nie znosił.

Mimo, że Severus cenił sobie dobre trunki i lubił się nimi raczyć wieczorami, to zaczął dopiero podczas wojny, by ukoić nerwy. Nadal pozostała w nim wzmożona niechęć do ludzi, którzy widzieli w alkoholu rozwiązanie problemu. Ludzi, którzy nie dbali o smak, póki kopie. Oczywiście, sam nie raz nawalił się jak szpadel, czy to z ojcem Bambi, czy z nią czy sam, kiedy wyszła z jego mieszkania na zakończenie jej praktyk. Ale to były okazjonalne wypadki, kiedy to emocje przysłoniły zdrowy rozsądek. Wątpił, żeby jego ojciec cierpiał na aż tak pernamenty ból istnienia.

Wyrywając się z mrocznych myśli podjechał windą na odpowiednie piętro i poszukał kluczy, które dziewczyna mu dała kiedy był tu ostatnim razem. Zmarszczył brwi, kiedy okazały się niezakluczone, a klamka ustąpiła bez problemu. W jego dłoni, w ułamku sekundy, pojawiła się różdżka. Kopnał drzwi, od razu ustawiając się do ataku.

Jakie było jego zdziwienie, kiedy zobaczył Bambi, skuloną pod ścianą za ziemi, która ryczała jak bóbr.

- Granger? – Spytał, nawet je jego mniemaniu, głupio. Odłożył zakupy na szafkę, razem z torbą i marynarką. Schował różdżkę i uklęknął przed nią. – Granger, nie rycz. – Spróbował nieporadnie.

Mimo wielu lat szpiegostwa i narażania życia, płacząca kobieta wydawała mu się jeszcze gorsza niż cała posługa u Czarnego Pana. Obejrzał ją od stóp od głów, szukając jakichkolwiek obrażeń, bo przejmujący szloch jest zaskakująco mało komunikatywny. Westchnął, ale wziął ją na ręce, a ona ufnie wtuliła się w niego. Bez słowa zaniósł ją na kanapę i głaskał po głowie, patrząc niewidzącym wzrokiem na okna. Kiedy dziewczyna wydawała się trochę uspokoić, spróbował ponownie.

- No już, Bambi. – Mruknął. – Co się stało? – Nie patrzyła za niego, tylko bawiła się palcami.

- Czy jestem egoistką? – Spytała cicho. Zamrugał zdziwiony. Czy ona była egoistką? Ona?

Severus wiele razy, zwłaszcza podczas roku jej praktyk zauważył, że nie rozumiał kobiet tak dobrze, jak mu się wydawało. Jednak w tym momencie dziewczyna przebiła samą siebie. Dziewczyna, która od jedenastego roku życia ryzykowała życie, albo najmniej, wyrzucenie ze szkoły. Dziewczyna, która w pierwszej chwili myślała o innych, a ona jakoś sobie poradzi. I na koniec, dziewczyna, która bezinteresownie uratowała życie zdradzieckiego śmiecia.

- Zwariwałaś? – Warknął. Siłą zmusił ją do spojrzenia na niego. – Nie jesteś nią, Bambi. – Wyartykułował dokładnie. – Kto ci nagadał takich bzdur?

- Gin. – Szepnęła, ledwo otwierając usta. Przeklęte rude pomioty szatana. Przeszło mu przez myśl.

- O co się pokłóciłyście. – Jednak poznał logikę kobiet na tyle, żeby wiedzieć, że ona i najmłodsza ruda nie wyzywają się z byle gówna.

- Ron jej powiedział o nas. – Ścisnęła wargi. – Stwierdziła, że jestem egoistką, bo nie pozwalam się do siebie zbliżyć, a sama oczekuję, że obnażą się przede mną. – Westchnął głęboko.

- Hermiona, posłuchaj. – Zaczał delikatnie, aż sam się zdziwił, że tak potrafi. – Poznałem wielu, egoistycznych ludzi. Sam nim jestem. – Zakneblował ją dłonią, kiedy chciała coś powiedzieć. – Nie przerywaj. – Zastrzegł. – Ale to, co Weasley opisała pod egoizmem nim nie jest. Po prostu masz z tym problem, ale to już wiemy od dawien dawna. – Patrzyła na niego oczekująco, aż odsłoni jej usta, ale jakoś spodobała mu się ta cisza. – Pokłóciłyście się, ale jesteście przyjaciółkami, więc raz dwa, emocje opadną i się pogodzicie. Zobaczysz.

Patrzyła na niego, wciąż jeszcze załzawionymi oczami, ale delikatnie odsunał od niej rekę.

- Nie jesteś egoistą i nie zamierzam o tym dyskurować. – Zastrzegla cicho. – A swoją drogą. Dziękuję. Czasem zapominam, że jednak byłeś nauczycielem. – Szepnęła, a on jęknął.

Właśnie poczuł, że jego libido zapada w zimowy sen.

Stary zgred. Przeszło mu przez myśl.

- Przesadzasz. – Sarknęła, stawiając przed nim kubek z kawą. Spojrzał na nią z krzywym uśmiechem.

- Ależ skąd, twoje włosy naprawdę mnie kiedyś uduszą. – Pokręciła głową i usiadła naprzeciw niego przy stole.

Minął prawie tydzień. Spokojny prawie tydzień, bez żadnych rozerwanych ciał, bez awantur i bez płaczu. Ale także bez pogodzeń. Nadal unikała się subtelnie z Ronem, zwłaszcza, że on był zajęty śledztwem, razem z Harrym. A Giny się nie odzywała, ani nie odpowiadała na wszelkie próby skontaktowania się.

Był piątek i rozkoszowała się drugim dniem wolnym w tygodniu. Wypadał jej dyżur w weekend, więc miała do odebrania dwa dni w miesiącu za to. Severus stwierdził, że ma dosyć siedzenia w firmie i postanowił, że na spotkania jakie miał zaplanowane tego dnia po prostu pójdzie od niej. W skrócie sielanka.

- Mogę je ściąć, jeśli wolisz. – mruknęła melodyjnie, biorąc łyk kawy. Skuliła nogi na krześle, nie trudząc się zdjęciem kapci. Była w spodniach od piżamy, kapciach Pikachu, podkoszulku, a na to wszystko miała zarzucony szlafrok. Włosy, o które teraz prowadzili rozmowę spięła motykiem, jednak i tak kilka pasm uciekło.

- A spróbuj tylko. – Lewo go dosłyszała, a co dopiero zrozumiała. Zarumieniła się odrobinę. On też, wyjątkowo długo jak na niego, był w piżamie. Czyli dresach i t-shircie, w jego ulubionym kolorze. Patrzyli na siebie w ciszy, podjadając świeże pieczywo, które kupiła rano, wracają z przebieżki. – Zamieszkaj ze mną. – Wypalił, a ona zaktusiła się kawałkiem rogalika.

- Ja… – Zaczęła, ale przerwało jej walenie w drzwi. Zmarszczyła brwi i idąc do nich, zgarnęła różdżkę, lezącą dotąd na blacie. Mając ją w pogotowiu i przygotowaną do ataku czy obrony spojrzała przez Judasza w drzwiach. Zachłysnęła się powietrzem.

Otworzyła drzwi i w progu stała zapłakana Ginny.

- Na Merlina, Gon, co się stało? – Spytała, ale tamta nic nie odpowiedziała, tylko rzuciła jej się w ramiona i zaczęła jeszcze mocniej płakać. Spojrzała przez ramię przyjaciółki na mężczyznę, ale ten pokręcił głową i wskazał nią salon.

- Zamknę drzwi. – Mruknął, na co rzuciła mu wdzięczne spojrzenie, podczas, gdy ruda chyba w ogóle go nie usłyszała zawładnięta płaczem.

Poprowadziła przyjaciółkę do stołu, gdzie było rozłożone śniadanie i nalała jej z dzbanka kawę, dodając do niej mleka. Nie słodziła, doskonale wiedząc jaką najbardziej lubi. Postawiła przez płaczącą dziewczyną kubek i wcisnęła je w jej ręce. Usiadła naprzeciw niej, podczas gdy brunet obok Hermiony i położył swoją dłoń na jej udzie, dodając otuchy.

- Gin, skarbie, co się dzieje? – Spytała jeszcze raz. Dziewczyna zanosiła się co chwilę szlochem, ale po chwili udało się się złapać w miarę regularny oddech.

- Ja… ja… – Ścisnęła oczy i pokręciła głową. – Zerwałam z Harrym. – Wyrzuciła z siebie.

- Kurwa. – Rzucili równocześnie i spojrzeli po sobie. Zapowiadał się trudny okres dla Hermiony-Zawsze-Pomogę-Granger.