Zaśmiała się i wzięła kolejnego orzechowego M&M'sa, na co tylko pokręcił głową.

- Przypomnij mi, żeby z tobą tylko pociąg lub teleportacja. – Burknął ponuro, choć widziała jego podniesiony kącik ust.

- Oczywiście, ale tam też będę ci specjalnie śpiewać. – Nachyliła się do niego i uśmiechnęła się szeroko.

Zwykle tak się nie zachowywała, była spokojniejsza. Ale teraz wypełniała ją radość i nie miała jak jej spuścić w małym samochodzie. Jej ukochany, jej sarkastyczny stary nauczyciel, nie dość, że umie prowadzić, to prowadzi ten cudownie przeklęty samochód do jej rodziców. Zatem może i była głupią smarkulą, ale czuła niezmierzoną satysfakcję z tego. W rezultacie, właśnie wyśpiewała mu większość piosenki Abby, która leciała z płyty, którą znaleźli w schowku.

- Po prostu cię zabiję. – Wzruszył ramionami i zmienił bieg.

- Wielu próbowało, a nadal mam siłę śpiewać. – Podała mu świeżą garść drażetek, które wziął na raz. Okazało się, że Snape, który nie przepada za słodyczami, orzechowe M&M'sy potrafi jeść kilogramami.

- Ja nie. – Uparł się. – Ja nigdy nie próbowałem. – Dodał zamyślony, a ona poczuła ulatujący humor.

- Nie, ty zawsze nas ratowałeś. – Przyznała. Zmarkotniała jeszcze bardziej, kiedy przypomniała sobie kabałę z Harrym. Od kiedy dowiedział się o jej związku z Severusem milczy. Choć mogło to być spowodowane śledztwem lub jej zakazem zbliżania się do mieszkania gdzie przebywała Ginny.

- Nie myśl o tym. – Jego głos wyrwał ją z zamyślenia.

- Skąd ty zawsze wiesz o czym myślę? – Spytała, nie odrywając wzroku od widoku za oknem.

- Nie wiem. – Przyznał szczerze. – Po prostu jesteś jak otwarta księga i widzę, kiedy zaczynasz myśleć o nieprzyjemnych rzeczach. A ostatnio to albo nasz mały psychopata albo Potter.

- Jest moim przyjacielem…

- I musi sobie poukładać niektóre rzeczy w głowie. – Przerwał jej. – Pomimo, jak bardzo złotego chcesz go widzieć, jest impulsywny i butny, daj mu czas. – Spojrzeli na siebie w ciszy.

- Może o tym już rozmawialiśmy. – Szepnęła, patrząc na krajobraz za oknem, który zaczął się zmieniać na lasy Farley Hill. – Ale naprawdę nie wiem czemu byłeś takim sukinsynem kiedy uczyłeś.

- Nadal nim jestem, tylko nie dla ciebie. – Spojrzała na jego dłoń na jej udzie. Na jego palec, który zaczął kręcić kółka.

- Kocham cię. – Szepnęła nieprzytomnie, nadal patrząc na palec, który zatrzymał się na chwilę. Patrząc na niego, nie zauważyła, że Severus spojrzał na nią.

Na jej delikatny profil. Na ciemniejszą skórę, włosy związane w niski niechlujny kok, wysokie kości policzkowe. Na jej brązowe oczy skupione na jego dłoni. I te pełne usta, które jako pierwsze wyznały mu miłość. Miłość, na którą nie zasługiwał.

Była zbyt skupiona na jego dłoni by zauważyć, że jego rysy zmiękły, a w oczach zapłonął ciepły błysk.

- Wiem, Bambi.

Kiedy dojechali pod dom, jej rodzice już stali na ganku i na nich czekali. Hermiona dała im znać, że przyjadą sami, dzwoniąc z telefonu w barze, przy którym się zatrzymali na chwilę. Nie czekając, aż Severus wyjdzie, wyskoczyła z samochodu i pobiegła uściskać rodziców.

- Dobrze cię widzieć, Molu. – Zaśmiał się jej ojciec, przypatrując się córce, która ściskała matkę.

- Was też. – Przyznała, oddalając się od matki i tuląc Williama.

- Severus, cieszę się, że jednak ci się udało przyjechać! – Jane wysunęła się przed córkę i męża i ucałowała Severusa w oba policzki. Hermiona wiedziała, że używa całych pokładów samokontroli, żeby się nie skrzywić.

- Ja się z kolei cieszę, że mi się to udało. – Uśmiechnął się do niej i ze zdziwieniem zauważył, że mu to nie przeszkadza. – William. – Podszedł i wyciągnął rękę do czarnoskórego.

- Severus. - Błysnął zębami i uściskał mocno jego dłoń. – Zgadzam się z Jane, fajnie, że jednak ci się udało.

Następnie gospodarze odwrócili się i zaczęli ich zapraszać do środka na obiad, zanim wypakują rzeczy z samochodu. Tuż za nimi ruszyła Hermiona, ale stanęła w progu i obróciła się do niego. Za jej plecami majaczyli Jane i William, którzy zobaczyli, że gości są w tyle i także przystanęli by poczekać.

Dom.

Uczucie towarzyszące tej myśli było na tyle silne, że o mało się nie zachwiał.

- Severus, w porządku? – Bambi przekrzywiła głowę, sprawiając, że jej włosy uwolniły się spod gumki i rozsypały się na jej ramieniu. Sapnęła wkurzona, a z domu zagrzmiał głęboki śmiech jej ojca, a następnie jęk, kiedy Jane go zdzieliła.

- Tak, tak. – Ruszył w jej stronę, przystając, by weszła pierwsza.

W jak najlepszym porządku, po raz pierwszy od lat.

Ginny siedziała w swoich spodenkach od pidżamy i przewiewnej koszulce na łóżku, stukając w pergamin z zapisanym wywiadem. Nuda dopadła ją godzinę po wyjeździe państwa Snape, jak nazywała ich w myślach. Więc wzięła się za pracę. Pogwizdywała pod nosem najnowszy kawałek Fatalnych Jędz, kiedy rozległo się pukanie do drzwi. Zmarszczyła brwi i podniosła się ze swojego łóżka.

Faktycznie zamykała drzwi, a Ron pewnie też się znudził swoim pustym mieszkaniem. Nie przejmując się swoim strojem, skoro to tylko brat, podeszła do wejścia i otworzyła mieszkanie.

To nie był Ron.

Na progu stał Blaise Zabini z płócienną torbą zapakowaną książkami – przynajmniej na to wyglądało z jej perspektywy. Minę miał podobną do niej. Czysty szok. Odchrząknęli oboje, a Ginny schowała się za drzwi.

- Um, hej? – Odezwała się cicho. Nie znała go dobrze. Wiedziała, że był na roku z Hermioną, Ronem i Harrym. Zamieniła z nim kilka słów, bardziej przez Hermionę niżby sama z siebie.

- Hejka. – Podrapał się za uchem. – Jest może Hermiona?

- Niestety, pojechała dzisiaj do rodziców. – Przeskoczyła z nogi na nogę. – Przepraszam, wejdź, ja zaraz przyjdę! – Nie czekając na jego odpowiedź, ani nie zważając na jego wyciągniętą dłoń, pobiegła do pokoju gdzie narzuciła na siebie puchaty w szlafrok i owinęła się nim ciasno. Powinno wystarczyć.

Kiedy ponownie weszła do przedpokoju mulat stał w środku, a drzwi były zamknięte.

- Jakbyś poczekała chwilę. – Zaczął z przewrotnym błyskiem w oku. – To dałbym ci torbę i poszedł sobie. – Zarumieniła się jeszcze bardziej, ale starała nie okazać niczego mocniej.

- Cóż, nie zaciągnęłam cię do wejścia. – Burknęła, ale odebrała od niego torbę i wstawiła ją za próg pokoju Hermiony. – Coś ty tam naniósł?

- Książki. – Wzruszył ramionami. – Ja to jeszcze ja, ale Granger mi to przytachała przed egzaminami. Sama.

- Ona potrafi zapomnieć, że ma ograniczenia, jeśli chodzi o książki. – Zachichotali i spojrzeli po sobie.

- Dobra, cel wykonany. Będę leciał. Mieszkanie samo się nie posprząta. – Ruszył do drzwi, a ona za nim patrzyła.

- Zabini. – Zawołła, dziwnie przytłoczona wolnym dniem. Od zakończenia Hogwartu dzieliła czas między Hermionę, Harry'ego i rodzinę. Hermiona jest u rodziców, a wyobrażenie odwiedzenia Nory i słuchanie o jak to przykro, że ona i Harry nie są razem…

- Co tam? – Spojrzał na nią przez ramię, już w otwartych drzwiach.

- A nie masz przypadkiem ochoty na piwo?

- Trzymaj. – Nad jej twarzą pojawił się kubek z parującą herbatą. Spojrzała na matkę i złapała porcelanę w dłonie.

- Dzięki. – Uśmiechnęła się i rozłożyła kocyk, żeby Jane mogła usiąść obok niej.

Wieczory w Farley Hill były chłodne mimo letnich miesięcy. Dlatego siedząc wieczorem na tarasie zawinęła się w kocyk i zapatrzyła się na sosnowy las, który rósł za ich domem.

- Panowie nadal grają? – Położyła głowę na ramieniu kobiety, nie przejmjąc się wibracjami od śmiechu.

- Grają. Wiesz jaki jest twój ojciec. – Spojrzały po sobie i się roześmiały. Kiedy William rozłożył szachownicę dwie godziny temu, tylko raz widziała jak Severus wstał. Jej ojciec nie zrobił tego nawet raz. – Ale trzeba mu oddać honor, na co dzień nie ma z kim grać. A powstrzymał się i wyciągnął tą głupią grę dopiero przy drugiej wizycie Severusa.

- Tak, trzeba mu przyznać, że wyjątkowo się postarał. – Uśmiechnęła się z rozczuleniem. Po chwili poczuła ciepłą dłoń mamy, głaszczącą ją po włosach.

- Coś się między wami zmieniło. – Jane odezwała się cicho po kliku minutach przyjemnej ciszy. Nie odpowiedziała od razu, pozwalając, żeby sens do niej doszedł w całości.

- Chyba całkiem sporo, mamo. – Przyznała, równie cichym głosem. – Aż tak widać?

- Tak. Choć nie mówię, że jak byliście tu na święta to było źle. – Zastrzegła. – Ale różnica jest oszałamiająca. Jakbyście zburzyli jakiś niewidzialny mur między wami.

- Bo tak było. – Hermiona wyprostowała się i spojrzała na matkę. – Nadal mamy sporo do rozwiązania między nami.

- Och, skarbie. – Jane cicho się zaśmiała i zaczesała córce włosy za ucho. – Zawsze jest. Na tym polega miłość, na rozwiązywaniu problemów między sobą.

- A przypadkiem nie na spędzaniu wspólnie czasu i… no cóż, kochaniu się?

- To też, oczywiście. – Ton starszej kobiety przypominał Hermionie jej własny wszechwiedzący ton. – Ale mimo wszelkich koncepcji bratnich dusz, jeszcze nie narodzili się ludzie, którzy rozumieją się w stu procentach tylko od powiedzenia „cześć".

- Nigdy tak na to nie patrzyłam. – Przygryzła policzek od wewnątrz i znów zapatrzyła się w iglaki.

- Oczywiście, że nie. Jesteś jeszcze młoda i bardzo nieskora do tego typu uczuć. Nie patrz tak na mnie. – Zastrzegła od razu, w odpowiedzi na ukradkowe spojrzenie córki. – Zresztą, twoja młodość i tak nie działa na twoją korzyść.

- Co masz na myśli? – Zmarszczyła brwi.

- Severus jest jednak sporo starszy. – Już miała protestować, ale matka ją wyprzedziła. – I bardzo dobrze na twój intelekt. – Uśmiechnęła się porozumiewawczo. – Ale to, że jest starszy znaczy, że ma większy bagaż, z którym musi sobie poradzić. I tu szczęście Severusa, że trafił na tak mądrą dziewczynę jak ty. – Przewróciła oczami.

- Przestań, mamo! – Klepnęła ją w ramię.

- Zostawiłabyś go? Przez wzgląd na jego przeszłość i tego z czym nie umie sobie poradzić? – Spoważniały obie i spojrzały sobie w oczy.

- Nigdy.

- To wychowałam najmądrzejsze dziecko na ziemi.

Leżeli nadzy w łóżku i na boku, zwróceni do siebie. I choć ich klatki piersiowe się nie dotykały, nogi mieli splątane. Severus leniwie bawił się rozrzuconymi włosami, a Hermiona próbowała nie zasnąć.

- Jak ci się podobał dzień? – Szepnęła, jakby wcale nie mieli rzuconych zaklęć wyciszający sypialnie.

- Poza dość męczącą podróżą. – Zamyślił się przez moment. – To dobrze. – Bo tak było. Zarówno obiad jak i finalnie czterogodzinna partia szachów z Willem pozwoliły oderwać mu się od szarej rzeczywistości. – A jak z tobą?

- Powinieneś oberwać, za to, że nazwałeś podróż ze mną „męczącą" – Uśmiechnęła się leniwie. – Dobrze. Tęskniłam za nimi.

- Jak zawsze, Bambi. – Parsknęła śmiechem, ledwo już przytomna. – Śpij, jutro musisz być wypoczęta.

- Spokojnie, nie martw się tak. – Złapała go za rękę i pocałowała wierzch dłoni. – O czym gadaliście przez tyle godzin? Jeśli mogę się mieszać do męskich rozmów, oczywiście.

- Zostawię to dla siebie. – Przewróciła oczami. – Może poza tym, że twój ojciec już dał mi swoje błogosławieństwo. – Ocknęła się.

- Co zrobił? – Otworzyła oczy. – O nie mogę. – Zakryła dłońmi twarz. Jednak po chwili on je odciągnął.

- Co w tym takiego złego? Po prostu gadał od rzeczy, chyba jak każdy ojciec. – Zmarszczyła brwi.

- Od rzeczy? – Poprawiła się, unosząc na łokciu. – Czyżbyś nie potrzebował zgody mego ojca na proszenie mnie o rękę? – Parsknął i podłożył rękę pod głowę.

- Jakbym oszalał i jakimś biegiem nieszczęśliwego losu ci się oświadczył. – Zaczął poważnie. – To założyłbym, że sama podejmujesz decyzje i nie potrzebujesz zgody ojca. – Po chwili ciszy jednak dodał. – I wiem, że jakbym się spytał, a ty byś się o tym dowiedziała zerwałabyś zaręczyny, tylko po to żeby zrobić mi na złość.

Wybuchnęła śmiechem i poleciała do przodu. Żeby złapać równowagę wyciągnęła dłoń i oparła ją na pierwszej lepszej stabilnej rzeczy. Jego klacie.

W ułamek sekundy cały się spiął, a ona straciła oddech.

- Ju..już. – Szepnęła i chciała ją zabrać, ale zatrzymał ją.

- Nie. – Ich oczy się spotkały. – Nie ty. – Wypuściła wstrzymywane powietrze i lepiej ułożyła dłoń. By po raz pierwszy dotknąć jego klatki piersiowej.

Tak, by widział jej powolne ruchy, uniosła drugą dłoń i położyła tuż obok ich złączonych. A on cicho na to pozwalał. Czuła spięte mięśnie, które z każdą sekundą po trochu się rozluźniały. Ale patrzyła tylko w jego czarne oczy, które teraz świeciły, jak nigdy dotąd.

- Jakbyś mi się oświadczył. – Szepnęła. – Nie obchodziło by mnie to, czy spytałeś mojego ojca. – Wyznała. – Bo byłabym najszczęśliwszą kobietą na świecie. I nie potrafiłabym cię zostawić.

- To dobrze. – Jego aksamitny głos też był cichy. – Bo ja nie poradziłbym sobie, gdybyś mnie zostawiła. Już nie.

Harry obudził się, kiedy kobieta, która spała obok niego wymknęła się z łóżka. Blond włosy zniknęły za drzwiami sypialni i po chwili trzasnęły te od łazienki. Westchnął ciężko, przewracając się na plecy. Wyobraził sobie, jaka byłaby to kabała gdyby nadal mieszkał z Ronem. Cóż, nie jest pewny czy Weasley nie przeniósł by się do Nory po ich awanturze, która skończyła się limem pod okiem wybrańca. Cóż, wtedy był „wybrańcem-srańcem" jeśli dobrze pamiętał słowa najlepszego przyjaciela.

Myśl o skomplikowanej sytuacji z Ronem przywołał skojarzenie Hermiony. Nad tym borykał się najdłużej poprzedniego wieczoru.

Hermiona Granger, TA Hermiona Granger chodziła ze Snape'm. I nic mu o tym nie powiedział, w przeciwieństwie do Rona, który był świetnie poinformowany jak i oswojony z sytuacją. Czyli musiał wiedzieć od dłuższego czasu. Więc owszem, nie kłamał, kiedy widzieli się ostatnim razem, ale cała sytuacja była niczym drzazga. Bardziej frustrująca niż boląca.

To wszystko sprawiło, że zdał sobie sprawę, jak więzi ich trójki osłabły. Zaczęło się chyba od zerwania Hermiony i Rona, które wywołało niemal permanentne napięcie między nimi, które zeszło… dopiero teraz.

Hary zmarszczył brwi.

Faktycznie, to co dało się wyczuć między tą dwójką niemal zniknęło podczas tych dwóch tygodni, kiedy Hermiona przypominała bardziej inferiusa niż samą siebie. Nie wiedział, co się wtedy z nią stało, bo jedyną osobą którą do siebie dopuściła był właśnie Ron. I może tamten okres pozwolił im całkowicie zamknąć ten drażliwy etap.

- Znów nad tym się męczysz. – Delikatny głos dziewczyny wybił go z myśli. Spojrzał na delikatną blondynkę z zielonymi oczami, która właśnie układała się na łóżku, żeby przytulić się do jego boku. Z westchnięciem przygarnął ją do siebie.

- Po prostu chyba dopiero zobaczyłem, jak źle się to wszystko potoczyło. – Podniosła głowę i spojrzała na niego.

- Wszystko, wszystko? – Spytała ostrożnie. Uważniej jej się przyjrzał i kiwnął głową.

- Chyba czas porozmawiać z Ginny. – Natalie uśmiechnęła się smutno.

- Tak, zasługuje na to.

- Hermiona? – Cichy szelest drzwi zmieszał się z szeptem jej matki. Otworzyła delikatnie oczy, ale zachodzące słońce dalej było za mocne. Skrzywiła się i ignorując migrenę odwróciła się do Jane.

- Co tam, mamo? – Uśmiechnęła się słabo i obserwowała, jak kobieta przechodzi przez taras i siada obok niej na schodach.

- Martwię się. – Delikatne ramiona objęły Hermionę, na co westchnęła.

Od rana rzucała zaklęcia na kominek. Kidy w końcu skończyła, koło siedemnastej, a przez otwarte połączenie przeszedł urzędnik ministerstwa, żądając stosownych uprawnień, Hermiona opadła z sił. Przy pomocy Severusa wyszła na taras i tam została, do tej pory.

- Nie ma o co. – Uśmiechnęła się. – Po prostu muszę odpocząć. – Westchnęła świeżym powietrzem. – Gdzie Severus?

- Z Willem ogarniają jadalnie. – Błysk winy w oczach matki zaniepokoił ją.

- Mamo? Czemu tam sprzątają, skoro jemy zazwyczaj w kuchni? – Spytała sceptycznie. Jane przygryzła wargę.

- Marlene przyjedzie za godzinę. – Wyrzuciła na jednym wdechu. Hermiona sapnęła i potarła oczy.

- Co ta wiedźma tutaj chce. – Jęknęła.

- Odwiedzić nas. Zadzwoniła po południu i jak usłyszała, że ty jesteś to zdecydowała, że przyjedzie.

- Raczej przyleci na miotle. – Burknęła obrażona. – Och, to bez sensu, przecież mam przyjaciela, który chętnie by poleciał na miotle. – Sarknęła do siebie, na co jej matka zachichotała.

- Herm, ja wiem, że jej nie lubisz i bywa…

- Wkurzająca?

- Ciężka. – Dokończyła z naciskiem Jane. – Ale jest twoją ciotką i ostatnią z rodziny twojego taty, musimy to uszanować.

- Ale on też jej nie lubi! – Zaprzeczyła gwałtownie. – Muszę ci przypominać, że jak okazało się, że to ja jestem faktyczną wiedźmą, stwierdził, że może Marlene też nią jest i to by tłumaczyło jej charakter? Potem przez godzinę musiał mnie przepraszać i sam stwierdził, że przegiął.

- Ale nadal jest jego kuzynką i choć nie jest najmilszą osobą, to nie zniżymy się do jej poziomu i miło ją ugościmy. – Zdecydowała stanowczo jej matka. Młodsza z kobiet tylko westchnęła i wstała ze stękiem.

- Idę się wykąpać i uzbroić. No i może przyszykować stos.

Zarówno Hermiona, jak i Severus wyglądali jakby zjedli coś wyjątkowo nieświeżego, ale nie chcieli się przyznać. Choć jedzenie było pyszne, siedząca naprzeciw nich ciotka Marlene skuteczne odciągała ich uwagę od kolacji. Wysoka, czarnoskóra kobieta, której czarne włosy z siwymi pasemkami były ściśnięte w koka na czubku głowy, opowiadała o ślubie jej pasierbicy, gestykulując przy tym dłońmi i brzęcząc pierścieniami na nich.

- A gdzie w takim razie Terry? – Ojciec Hermiony przerwał słowotok w pierwszej możliwej przerwie, za co córka była mu bardzo wdzięczna.

- Och, musiał zostać w biurze. Wiecie, jakieś sprawy zarządu. – Machnęła ręką. – Nie wykręcaj się z tematu, drogi Williamie. – Mężczyzna skrzywił się na ton kobiety, ale milczał pozwalając jej skończyć. – Kiedy i dla twojej pociechy zadzwonią dzwony weselne? – Pijący w tym momencie wino Severus zakrztusił się, ale sprawnie to zamarkował. Hermiona spojrzała na niego i upewniwszy się, że nic mu nie jest, zwróciła się do ciotki.

- Ta pociecha tu jest. – Odezwała się stanowczo. – A jako dama, ciociu Marlnene, musisz wiedzieć, że to niekulturalne ignorować osobę, o której się mówi. Jeśli taka sytuacja w ogóle występuje, co też jest nietaktem. – Na policzkach jej ciotki wykwitły rumieńce, a kątem oka zobaczyła, jak jej ojciec się uśmiecha, a po chwili krzywi. Najpewniej mama kopnęła go pod stołem. – Co do twojego pytania, nie śpieszy mi się do ołtarza. Najpierw muszę ustabilizować sprawę kariery, przede wszystkim. Później muszę się dowiedzieć czy mój partner też chce ślubu. Bo widzisz, ciociu, ślub nie jest mi potrzebny do udanego związku.

- Hermiona… – Jej mama zaczęła już połaniankę, jednak Marlene jej przerwała, jakby w ogóle nie było jej przy stole. Hermiona zazgrzytała na to zębami.

- Och, czyli ryzykujesz, że ten miły pan obok ciebie, cię zostawi z niczym, a umówmy się. Czas dla nas, kobiet, nie jest łaskawy. Zwłaszcza, że ty nie masz wysokiego pułapu na którym zaczynasz.

- Cóż, jeśli Severus mnie postanowi zostawić to zrobi to bez znaczenia, czy mamy ślub, czy nie. Kto jak nie ty o tym powinnaś wiedzieć, ciociu? Proszę przypomnij mi, Terry to mąż numer cztery czy pięć, bo pamięć mnie może mylić co do Benjamina, był w końcu zaskakująco krótko. – Kobieta zbladła i zacisnęła usta w cienką linię.

- Terry jest moim czwartym mężem. Benjamin był kochany, ale właśnie. Nie nadawał się na męża. Był młodszy, a wiadomo, że nie można przesadzać z różnicą wieku. Chcę żeby doceniali mnie za urodę, nie za wiek i to co mogą… ciumkać. – Wymownie spojrzała na Hermionę, a następnie na Jane. Widocznie dla jej matki było to za dużo i już otwierała usta, żeby ukrócić szwagierkę. Jednak to William ją ubiegł. Wstał, walnął płaską dłonią w stół, a plask rozniósł się po pomieszczeniu.

- Mam dość. – Warknął. – Jane przyjmuje to, że traktujesz ją jak głupiutką dziewczynkę, tylko dlatego, że jesteś jedyną, która mi została w rodzinie. I ja przymykam na to oko, tylko dlatego, że moja żona mnie o to poprosiła. – Wyprostował się dumnie. Teraz nie przypominał pogodnego człowieka, z którym Severus pił poprzedniego wieczoru. Teraz był prawdziwym taranem. – Ale do kurwy nędzy, nie będziesz obrażać mojej córki i jej partnera, który jest częścią tej rodziny bez tego skrawka papieru, którym można podetrzeć sobie du…

- Will! – Wtrąciła się Jane i to chyba pozwoliło się mężczyźnie opanować. Westchnął głęboko i opadł na miejsce.

- Więc, droga Marlene, po tym jak obraziłaś urodę mojej córki i moralność moją, Jane i Severusa, czy mógłbym cię prosić, żebyś mogła w końcu wróć do swojego obrzydliwie bogatego męża numer cztery i nie zawracać nam już dupy swoim towarzystwem? Proszę. – Kobieta wstała oburzona i spiorunowała ich wzrokiem.

- Jesteś nieokrzesany, William! Tak samo jak ta twoja żonka, którą znalazłeś na zajęciach. I to ona cię tak zdziczyła! Na tyle, że powalasz na takie coś swojej córce! Czy bardzo się będę mylić, że to jej nauczyciel? I że idzie w ślady swojej matki, że pnie się po tą swoją karierę przez jego łóżko?! – Tym razem to Severus wstał. W porównaniu do pana domu zrobił to cicho. Jednak atmosfera po tym jak to zrobił zrobiła się ciężka i mroczna.

Hermiona, która na niego patrzyła zdała sobie sprawę, że nigdy nie widziała takiego Severusa. Że po raz pierwszy widzi tego przerażającego śmierciożercę, który wiernie służył Czarnemu Panu.

- Jak pani zauważyła. – Zaczął aksamitnym tonem, ruszając ze swojego miejsca.– Pan domu, poprosił o opuszczenie tego domu, więc dobrze radzę, by pani to uczyniła.

- Jak śmiesz się do mnie odzywać, ty zbo…

- Proszę zważać na słowa. – Przerwał jej, podchodząc bliżej. – Mam bardzo dużo cierpliwości, gdy ktoś mnie obraża, ale niestety niezwykle krótki bezpiecznik, kiedy ktoś obraża Hermionę i jej rodzinę, która okazała mi tyle serca. – Stanął przed nią i okazało się, że jest tylko niewiele wyższy od kobiety. – Widzi pani, może i kiedyś byłem nauczycielem, ale to nie moja jedyna profesja i proszę mi wierzyć na słowo. Nie chciałaby się pani przekonać, jakimi rzeczami się kiedyś zajmowałem. – Coś na jego twarzy, w jego postawie czy słowach, starczyło, by Marlene straciła cały animusz.

- Ja… - Przełknęła ślinę. – Muszę jechać, muszę załatwić parę rzeczy.

- Pozwoli pani, że odprowadzę panią. – Severus przepuścił ją do drzwi.

- Nie trzeba, sama trafię do wyjścia. – I niemal wybiegła z ich domu, trzaskając drzwiami.

Wraz z dźwiękiem zamykanych drzwi Hermiona wstała i podeszła ostrożnie do mężczyzny. Jej rodzice przypatrywali się temu, ale na jej dyskretny znak, wstali i cicho wyszli z pomieszczenia, cicho między sobą rozmawiając.

- Severus? – Spytała delikatnie, kładąc mu dłoń na ramieniu.

- Tym jestem, Hermiono. – Zaczął ponuro, odwracając się do niej. – Oto cały ja. Jesteś w stanie to przełknąć? – Przypatrzyła mu się. Owszem, był przerażający. Wysoki, posępny i potężny czarodziej, który wygląda jakby czekał na twój minimalny błąd, by zabić.

- Takiego cię kocham. – Szepnęła ufnie. Dłońmi zjechała od jego ramion do nadgarstków i z powrotem. – Wiem, że byłeś śmierciożercą i cząstka niego nadal w tobie jest. Ale wiem też, że jesteś obrońcą. Moim obrońcą. – Stanęła na palcach i delikatnie go pocałowała. Dopiero po tym jego ramiona opadły, a postawa rozluźniła.

- Zasługujesz na kogoś lepszego. – Szepnął. – Nie masz ze mną pewnej przyszłości, a moja przeszłość pozostawia wiele do życzenia.

- Ale chce ciebie. – Skwitowała. – Nie zastanawiajmy się nad przyszłością bo nie wierzę we wróżbiarstwo, a przeszłość już minęła i nie mamy na nią wpływu.

- Twoi rodzice pewnie będą średnio zadowoleni, że w ogóle wpuścili mnie do domu.

- Żartujesz? – Do jadalni wparował William, a za nim jego żona.

- Przepraszam was, chciałam go odciągnąć, ale staruch się nie dał. – Przyznała skrzywiona Jane, jednak jej mąż to zignorował i podszedł stanowczym krokiem do Severusa.

- Jeśli nie to, że miałbym żonę, którą kocham, a ty nie byłbyś ukochanym mojej córki, to bym cię pokochał. – Uśmiechnął się szeroko, kładąc ręce na ramionach Severusa, kiedy tylko Hermiona usunęła się ojcu z drogi. – Chroniłeś ją Severusie. I to dla mnie największa wartość. Ba! Dała ci się chronić. – Pokręcił rozbawiony głową. – Do tego dogadałeś tej suce!

- William! – Syknęła Jane. – To nadal twoja kuzynka, opanuj się.

- Nie mam zamiaru. – Fuknął, odsuwając się od czarnowłosego. – Ma kij w dupie, od kiedy wzięliśmy ślub. I wyżywa się na tobie, bo na to pozwalałaś. Sam powinienem zainterweniować dawno temu, ale skutecznie mnie od tego odwodziłaś. Jane, skarbie, takimi ludźmi nie należy się przejmować. – Podszedł do żony i ją przytulił. Obrócił głowę do Severusa i uśmiechną się przekornie. – Zresztą, wolę nazywać Severusa moją rodziną niż tamtą… tamtego gumo… gumocoś, Hemriono, co to było?

- Gumochłon, tato.

Siedzieli w salonie i rozkoszowali się wieczorem. Jej rodzice poszli już do łóżka, a ona postanowiła pokazać mu kilka mugolskich filmów. Większość znał, ale udało jej się znaleźć pozycję, które powychodziły, kiedy on już odciął się od świata mugoli.

Wyciągnął się na kanapie, a ona umościła się między jego nogami. I tak trwali oglądając którąś część z serii o Bondzie. Bambi zrobiła popcorn i się nim zajadała, podczas gdy on złapał kilka ziarenek.

I chociaż próbował się skupić na filmie, jego myśli kręciły się wokół dzisiejszej kolacji z Marlene. A dokładniej o końcówce.

Ślub z Hermioną. Wydawało mu się to abstrakcyjne, zwłaszcza, że od niedawna dopiero są ze sobą. Jednak ich relacja nigdy nie przebiegała zdrowo. Nie potrzebowali dużo czasu, żeby mały żar zmienił się w pożogę która splątała ich ze sobą.

Przecież niedawno nie wyobrażał sobie życia z kimkolwiek u boku, a teraz nie wyobraża sobie życia bez niej. Nie wyobrażał sobie rodziny, a ją zyskał. Bez żadnej ceny. Bez żadnych haczyków. Było to dla niego nie do pojęcia.

- Nie oglądasz. – Mruknęła Bambi przechylając głowę do góry, żeby na niego spojrzeć.

- Co za bzdury, oczywiście, że… – Jego wypowiedź przerwał srebrzysty koń, który pojawił się przed nimi i przemówił głosem zapłakanej Ginny.

- Hermiona… proszę wracaj. Potrzebuję się, Harry… – Patronus się rozmył wpół zdania.