Rozdział 4: Specjalna przesyłka
Mycroft pochylił się nad biurkiem opierając podbródek o dłoń, czytając dokumenty, które przeważnie nawiązywały do biznesu w Korei. Próbował się przez nie przedrzeć przez cały tydzień. Obok niego stała na wpół wypita filiżanka herbaty i komórka, po którą sięgnął, aby wysłać nową serię e-maili, by podjąć następne działania. W ciągu ostatnich czterech dni niemal nie był w domu. Zwykle wysyłał Antheę, żeby przyniosła mu ubrania na zmianę, ale biorąc pod uwagę, że ostatnio wprowadził się do niego pewien inspektor, to miał motywację, by sam wpaść po nie do mieszkania.
Ledwo się widywali, a Gregory na wpół spał, kiedy byli razem, ponieważ Mycroft mógł znaleźć wolny czas jedynie w środku nocy by wrócić do domu, przebrać się i wziąć prysznic. Jego praca była ważna i obaj byli świadomi jego długich godzin spędzonych w biurze, ale mimo wszystko było to frustrujące.
Delikatne pukanie do drzwi przyciągnęło jego uwagę. Wyprostował się, zanim pozwolił na wejście. Anthea wsunęła głowę do środka. Mycroft zastanawiał się, czy nie przyniosła mu więcej herbaty lub papierosów, ale uśmieszek na jej twarzy natychmiast temu zaprzeczył. Oparł się o krzesło i zaciekawieniem uniósł brew.
— Przesyłka dla pana, szefie — powiedziała, zanim ponownie skierowała swoją uwagę na Blackberry, z którym się nie rozstawała.
Otworzyła drzwi i do gabinetu wszedł mężczyzna w garniturze. Oczy Mycrofta otworzyły się szeroko, gdy ujrzał wazon w rękach mężczyzny, nie spuszczając z niego wzroku nawet, gdy ten został umieszczony na pustym miejscu na biurku. Dostarczyciel natychmiast wyszedł, a Anthea pozostała jeszcze przez chwilę, by popatrzeć na niego z rozbawieniem, zanim także odeszła.
Mycroft nadal się gapił. Co do licha…? Pochylił się i przesunął papiery na bok, żeby móc przyciągnąć wazon bliżej. W środku był bukiet składający się z białych i czerwonych róż z przyozdobieniem. To był… imponujący bukiet. Nigdy wcześniej w swoim życiu nie dostał czegoś takiego. Jego wrażliwy nos natychmiast wyłapał zapach: oczywiście były świeże. Mógł to stwierdzić po pierwszym spojrzeniu na nie, ale ich woń to potwierdziła. Podziwiał przez chwilę bukiet, zanim wyciągnął bilecik z plastikowej podstawki. Wiedział dokładnie, kto go wysłał, ale i tak chciał zobaczyć liścik.
„Tęsknię za Tobą. Wróć wkrótce do domu. – GL."
Prosta wiadomość, ale taka, która sprawiła, że na twarzy Mycrofta pojawił się nietypowy szeroki uśmiech. Przez chwilę patrzył na bukiet, po czym sięgnął po komórkę i wybrał jedyny numer, którego używał częściej niż do swojego młodszego brata.
— Słucham? — rozbrzmiał szorstki głos na drugim końcu połączenia.
— Gregory Lestrade — zaczął, nie mogąc powstrzymać rozbawienia wychodzącego na wierzch w jego gładkim tonie — cóż za wyszukany sposób, by prosić o moją obecność.
— Sądziłem, że to docenisz — odpowiedział starszy mężczyzna, tak samo rozbawiony. — Chciałem zwrócić twoją uwagę.
— Och, uwierz mi, miałeś moją uwagę od dnia, w którym się poznaliśmy, Gregory.
Jego partner mruknął. To była prawda i Mycroft nie miał problemu z przyznaniem się do tego.
— Czyli… wrócisz wkrótce do domu?
Nadeszło następne pytanie, które zostało wypowiedziane niemalże nieśmiało. Mycroft rozważył swoją pracę do zrobienia, a jego uśmiech zniknął. Spojrzał na papiery przed sobą, po czym na róże.
— Tak. Wrócę dzisiaj wieczorem, jeśli wszystko pójdzie dobrze.
— Mam nadzieję.
— Ja także, kochanie. W końcu muszę właściwie podziękować ci za tak piękny, romantyczny gest.
— Obiecujesz?
Rozbawiony ton powrócił, zmieszany z czymś bardziej intymnym. Wzbudziło to mrowienie wzdłuż kręgosłupa Mycrofta.
— Obiecuję — odpowiedział, a jego głos pogłębił się uwodzicielsko.
