Rozdział 15: Parasol
Mycroft uśmiechnął się uprzejmie, gdy wszedł do gabinetu Gregory'ego, powodując, że starszy mężczyzna podniósł wzrok znad papierkowej roboty, która niewątpliwie doprowadzała go do szaleństwa. Zadowolenie w oczach mężczyzny, wynikające z tej niespodzianki wystarczyło, żeby polityk uśmiechnął w sposób, w jaki mało osób miało przywilej go widzieć.
—Mycroft! — przywitał go Gregory, wstając i podchodząc do niego. Mycroft instynktownie wyciągnął rękę, ale zamiast uściśnięcia dłoni, został przyciągnięty do krótkiego uścisku, który sprawił, że jego żołądek zacisnął się. To było naprawdę szalone, ile uczuć miał w stosunku do inspektora. — Co cię tu sprowadza?
— Cóż — zaczął, przesuwając parasol z jednej ręki do drugiej. — Zaszyłeś się tutaj na cały dzień. Pomyślałem, że trochę świeżego powietrza będzie dla ciebie czymś dobrym. I jakiś lunch. Pozwól, że zaproszę cię na obiad, Gregory.
Mężczyzna zgodził się niemal natychmiast, na co Mycroft miał nadzieję. W zeszłym tygodniu nie byli w stanie się spotkać, ze względu na obowiązki wynikające piastowanych przez nich stanowisk. Gregory poszedł zabrać komórkę i marynarkę, a potem gdy wrócił, przyciągnął Mycrofta do pocałunku. Polityk oddał go z radością, a jego wolna dłoń uniosła się, by spocząć na ramieniu partnera, zanim się rozdzielili.
— Chodźmy — poprosił i wyszli razem z pokoju.
Przeszli przez budynek Scotland Yardu i wreszcie znaleźli się na zewnątrz, gdzie czekał na nich samochód. Jazda była krótka i znów byli na zewnątrz, kierując się w stronę małej piekarni, która słynęła ze swojego menu lunchowego. Pojawili się w idealnym momencie, jaki Mycroft mógł zapewnić i nie minęło wiele czasu, zanim zajęli miejsce i zaczęli jeść.
— Boże, to jak trafienie w dziesiątkę. Jak ty to robisz, Myc? — zapytał Gregory. Mycroft zamrugał, unosząc wzrok znad swojej zamówionej kanapki.
— Co robię? — zapytał, unosząc brew.
— Wiesz dokładnie, czego potrzebuję.
Mycroft uśmiechnął się przebiegle, odkładając kanapkę, by napić się herbaty.
— Gregory, to mój interes, by wiedzieć takie rzeczy — powiedział z rozbawieniem.
Inspektor po prostu się uśmiechnął i na chwilę zajął się swoją rybą i frytkami. Ponownie zanucił, dając znać, że chce zadać kolejne pytanie, które przyszło mu na myśl. Na szczęście skończył żuć, zanim to zrobił.
— Również zastanawiam się, dlaczego masz ze sobą swój parasol? Dziś jest niespodziewanie słonecznie.
Gregory miał rację. Pogoda była przyjemnie słoneczna i wydawało się, że jutro również taka będzie. Zbyt często mieli pochmurne, deszczowe dni, więc zawsze było miło mieć odrobinę słońca. Niezależnie od tego, Mycroft zawsze miał swój parasol ze sobą. Pogoda nie miała znaczenia.
— Nigdy nie wychodzę bez niego — podkreślił, jakby to była wystarczająca odpowiedź.
Spojrzenie jakie posłał mu Gregory, natychmiast udowodniło, że tak nie było.
— Wiem, ale dlaczego?
Mycroft zamilkł. Odkąd był nastolatkiem… Westchnął, myśląc o tym. Nigdy wcześniej nie ujawnił nikomu,dlaczego brał ze sobą parasol. Tylko on i Sherlock znali powód i nie rozmawiali o tym. Nie tylko dlatego, że nie wymieniali ze sobą zbyt wiele słów w tym czasie. Gregory stał się nieco poważniejszy, jakby znał głębie jego myśli.
— Nie musisz mi mówić, Myc — powiedział po chwili. — To nie jest ważna sprawa.
— Nie, w porządku, Gregory.
Mycroft napił się herbaty. Jeśli mógł komukolwiek powiedzieć, byłby to Gregory. Ich związek stawał się dość poważny, każdy z nich się angażował i musiał przyzwyczaić się do tego, że może się zwierzyć drugiemu człowiekowi bez obaw, że ten go osądzi lub poczuje niepotrzebną sympatię. Skinął głową, zanim się odezwał.
— Sherlock był wtedy młody. Musiał mieć… nie więcej niż sześć lat. Został oddany pod moją opiekę na cały dzień i chciał wyjść na zewnątrz, by zebrać próbki gleby. – Zdziwienie na twarzy Gregory'ego było niemal zabawne. — Tak, nawet w tym wieku był dość uparty w tego typu sprawach. Cóż, skończyło się na tym, że odeszliśmy daleko od domu. Żaden z nas w rzeczywistości nie myślał o tym. Było pochmurna, ale nie za bardzo. W końcu jednak zaskoczył nas deszcz. To był bardzo nagła, intensywna ulewa i mieliśmy długa drogę do domu. —Mycroft zamknął oczy, pamiętając ten incydent. Westchnął i niepotrzebnie poprawił serwetkę, przed kontynuowaniem: — Sherlock mocno zachorował tego wieczoru. Nie byliśmy odpowiednio ubrani na deszcz, a on był tak młody. Musiał pojechać do szpitala. Był to dość przerażający weekend i przyrzekłem sobie, że nigdy więcej nie pójdę nigdzie bez parasola.
I tak było. Chwytając filiżankę herbaty, dopił ją do końca, nie patrząc na starszego mężczyznę. Rzadko rozmawiał o swoim dzieciństwie, zwłaszcza o Sherlocku w czasie, gdy byli po prostu braćmi, a rzeczy między nimi nie były tak napięte jak teraz. Widząc ruch na granicy swojej wizji, podniósł wzrok i zobaczył stojącego Gregory'ego. Inspektor położył dłonie na stole i pochylił się nad nim. Przechylając głowę pocałował z czułością Mycrofta. Publicznie. Mycroft zamarł ze zdziwienia, ale poddał się i oddał pocałunek. Brązowe oczy Lestrade'a były tak pełne uczucia, kiedy wzrok mężczyzny spoczął na nim, że Mycroft poczuł, jak serce bolało go w cudowny sposób.
— Dziękuję, że mi o tym opowiedziałeś.
To wszystko, co powiedział Gregory. Nie prosił o więcej szczegółów, nie skupiał się na tym i nie próbował go pocieszyć ze względu na coś, co stało się wieki temu. Mycroft uśmiechnął się. Był to jeden z wielu powodów, dla których czuł, że zakochuje się w tym człowieku. Po prostu… wiedział.
— Nie ma za co, Gregory — wyszeptał cicho, uśmiechając się.
Zaczął jeść swoją kanapkę, gdy rozmowa potoczyła się na inny tor, gdy Gregory zaczął mówić o swoim wyjściu z córką. Wszystko było idealne.
