Rozdział 17: Obiad

W okresie, w którym się spotykali, Gregory i Mycroft zwykle jedli kolację w ładnej restauracji, która nigdy nie wystawiała im rachunku pod koniec wieczoru. Żaden z nich nigdy nie narzekał na to, więc było to lekkim zaskoczeniem, kiedy Greg odmówił ponownego wyjścia, gdy Mycroft zasugerował zjedzenie wspólnej kolacji w piątek. Ze swoim zaraźliwym, niemal dziecinnym uśmiechem, Lestrade zaproponował aby zamiast wyjść do restauracji, zjedli ugotowaną przez niego kolację w jego mieszkaniu. Mycroft wiedział, że miał pewne doświadczenie kulinarne, ale wciąż nie było to coś, czego się spodziewał.

A co było jeszcze bardziej mylące i nieco frustrujące, to odmowa Gregory'ego, by powiedzieć mu, co mieli jeść. Wszystko co mężczyzna robił, było dla polityka lekkim wyzwaniem.

— Podaj rodzaj wina — powiedział Gregory. — Nie potrzebuję szczegółów, tylko ogólny rodzaj. Ugotuję coś, co będzie do niego pasowało.

Mycroft właśnie to zrobił. Teraz w piątkowy wieczór, stał na progu domu swojego chłopaka z butelką białego wina w dłoni, zaintrygowany tym, co zastanie. Nie miał kontroli nad sytuacją ani nie wiedział, co się stanie i kiedy. To było coś, co sprawiało, że czuł się dziwnie. Był to jednak Gregory i wiedział, że może zaufać starszemu mężczyźnie, w sprawie tego co ten zaplanował.

— Masz doskonałe wyczucie czasu.

Usłyszał, zamiast standardowego powitania, kiedy Greg położył mu dłoń na plecach, wprowadzając go do środka. Unoszące się w mieszkaniu zapachy były niebiańskie. Mycroft był ogromnie podekscytowany tym, co przygotował starszy mężczyzna. Nie wątpił w jego kulinarne umiejętności i nie mógł się doczekać spróbowania tego, co zostało przygotowane, by pasować do podanego przez niego niejasnego opisu przyniesionego alkoholu.

Skoro o tym mowa, wyjęto mu butelkę z dłoni, aby mógł zdjąć płaszcz. Powiesił go na wieszaku i ruszył za Gregorym do kuchni.

— Nigdy wcześniej nie widziałem takiego wina — powiedział inspektor, gdy Mycroft podszedł do niego. — Co to jest?

— Francuskie białe wino— wyjaśnił Mycroft, przesuwając się, by móc oprzeć się o blat kuchenny. Chciał być blisko swojego partnera, ale również nie chciał mu przeszkadzać. Brwi inspektora uniosły się w zainteresowaniu, gdy umieścił wino w lodówce, aby się chłodziło, dopóki obiad nie będzie gotowy. —2010 Meursault, Jean-Michel Gaunoux.

— Interesujące… — mruknął Gregory, odwracając się do kuchenki i mieszając rzeczy w garnkach.

Mycroft był niezmiernie ciekawy potraw, ale postanowił, by jego nos wydedukował, co będą jedli.

— Krewetki? — zapytał, chociaż znał już odpowiedź. Gregory przytaknął z aprobatą. — I makaron. Tak, będą idealnie komponować się z winem.

— Mówiłem ci.— stwierdził starszy mężczyzna z bezczelnym uśmiechem.

Podczas przygotowania kolacji prowadzili lekką, przyjemną rozmowę o wszystkim, począwszy od córki Gregory'ego po najnowsze kłopoty Sherlocka, zakończywszy na omawianiu miejsca, do którego mieli wyjechać, gdy w końcu otrzymają swoje urlopy. Dzielili się delikatnymi dotknięciami i nieśpiesznymi, ale nieco rozpraszającymi pocałunkami i wreszcie jedzenie było gotowe. Mycroft zaczął nalewać wino, gdy Gregory nakładał im jedzenie. Całując się po raz ostatni, usiedli do kolacji.

Na posiłek składał się makaron z krewetkami w sosie orzechowym z dodatkiem kolendry, imbiru, papryki i odrobiny cebuli. Dodatkowo zostały przygotowane kromki pieczywa czosnkowego. Połączenie miodowego zapachu pochodzącego z wybranego przez niego wina i orzechowego posmaku dania było wyśmienite. Mycroft mruknął w uznaniu, gdy eksplozja smaków wybuchła mu na języku. Holmes uśmiechnął się z czułości, gdy naprzeciwko niego Gregory zachwycał się winem.

— Skąd je masz? — zapytał Gregory, spoglądając na trzymany kieliszek. Mycroft skrzyżował nogi pod stołem, uśmiechając się.

— Import z Francji — powiedział, słowo „oczywiście" wisiało w powietrzu nie wypowiedziane.

— Z importu? Myc, ile to kosztowało?

— Nie aż tak drogo, kochanie. Około 80 funtów*.

Te urocze brązowe oczy otworzyły się szeroko w szoku. Gregory spojrzał na niego, potem na wino i z powrotem na niego.

— Jedna butelka wina?! — zapytał z niedowierzaniem. Mycroft wzruszył ramionami.

— To nie jest wielka sprawa, Gregory. — Bo naprawdę nie było. — Poza tym, warte jest swojej ceny, nie sądzisz?

— Tak, ale.. Tak. Łał.

Microft zaśmiał się serdecznie i wrócił do posiłku. W pokoju zapadła cisza, która po prostu oznaczała, że cieszą się z obiadu i miłego towarzystwa. Kiedy skończyli, Mycroft pomógł w sprzątaniu, ignorując protesty Gregory'ego, że mógł to sam zrobić później. Kiedy wszystko było uprzątnięte, a ich żołądki pełne, Mycroft owinął ramiona wokół partnera, przyciągając go do siebie.

— Moje wyrazy uznania dla szefa kuchni — wymamrotał cicho, uśmiechając się.

Gregory odwzajemnił uśmiech i pochylił się, by pocałować Mycrofta. To był długi pocałunek, ich wargi poruszały się wzajemnie w fachowy sposób, a Gregory skubał delikatnie wargę polityka, zanim rozstali się.

—Cóż to za rodzaj komplementów, hmm? — zapytał szorstko, a jego uśmiech rozszerzył się w złośliwym grymasie.

Mycroft zaśmiał się i chwycił go za nadgarstek, ciągnąc go do salonu, gdzie mogli poczuć się o wiele bardziej komfortowo.

— Nie chciałbyś wiedzieć — odpowiedział.

*około 380 zł.