Rozdział 18: Niezbędna obecność
Mycroft po prostu nie mógł zrozumieć nagłej fascynacji młodszego brata na punkcie jego prywatnego życia. To było absurdalne i bardzo denerwujące. Sherlock nie wykazał nawet ułamka zainteresowania jakąkolwiek sprawą z nim związaną odkąd… był młodszy i wciąż mieli coś, co można byłoby nazwać funkcjonującym braterskim związkiem, ale nawet wtedy Sherlock nie posiadał wielkiego zainteresowania w tego typu sprawach.
Szczerze mówiąc Mycroft był trochę wdzięczny, że zaczęli ostrą dyskusję na temat dedukcji, która została zainicjowana wkrótce potem, choćby za to, że odwróciła ich uwagę od tej konkretnej rozmowy. Nie było powodu, by Sherlock siedział z nim i okazywał swoją troskę, że był samotny. Było to irytujące i coś czego Mycroft nie chciał dłużej słuchać niż było to konieczne.
Oczywiście, najbardziej denerwującą rzeczą w tym było to, że Sherlock nie mylił się. Mycroft naprawdę był samotny. Nie był to sentyment, z którym często się stykał i było to coś, co postanowił ignorować tak długo, jak był w stanie. Jednak było to coraz trudniejsze. Ponieważ w morzu śmiesznie powolnych umysłowo i niekompetentnych ludzi, była jedna osoba, która zaczęła się wyróżniać. Jeden, który… z powodów, których jeszcze nie mógł zrozumieć, był bardziej skomplikowany niż inni.
Być może zaimponowało mu to, jak mężczyzna prezentował się w roli inspektora. Albo sposób, w jaki poradził sobie z Sherlockiem (zwłaszcza podczas ich pierwszego spotkania, kiedy jego drogi młodszy brat był narkomanem). Nie miało to naprawdę nic wspólnego z jego rodziną lub jego otoczeniem, które było dość zwyczajne. Układanka jaką był Gregory Lestrade była taką, którą nawet Mycroft nie ułożył do końca.
Najgorsze było to, myślał sobie, siedząc przed kominkiem w swoim wielkim, niesamowicie cichym domu, pijąc szkocką, jak intensywne wydawało się jego uczucie do starszego mężczyzny. Dochodził do punktu, w którym niemal wymyślał powody, by osobiście spotkać się z inspektorem. Ich ostatnie spotkanie w gabinecie Lestrade'a było spowodowane wymówką, którą Mycroft wymyślił podczas jazdy. Dzięki CCTV dowiedział się, że była żona Gregory'ego zatruwa mu życie i w związku z tym poczuł ukłucie niepokoju. Dlatego też sam poszedł do jego biura, zamiast sprawdzić tylko nagrania.
Nie wiedział, dlaczego to zrobił. Nie było najmniejszej szansy, że będą w związku. Po pierwsze, do czegoś takiego potrzebna była chemia. Oczywiście istniał również seks, który nie wymagał głębszego związku emocjonalnego, ale Mycroft nie chciał towarzystwa Gregory'ego jedynie w ten sposób. Ponadto, nie można było budować relacji na czymś jednostronnym.
Inspektor nie lubił go. To było pewne. Nie, żeby Mycroft dał mu kiedykolwiek powód, żeby było inaczej. Wszystkie ich kontakty miały charakter profesjonalny. Przez większość czasu było to wymagane, ale czasami… Prawdę mówiąc, nie był kimś, kto dawał ludziom powód, by go lubić. Co było w porządku. Nie obchodziło go, co inni o nim myśleli. Ale jeśli chodziło o Gregory'ego… zależało mu.
Wzdychając, Mycroft oparł głowę o dłoń, odkładając szklankę na bok. To było śmieszne. Nie usychał z tęsknoty. Z pewnością był to irracjonalny kaprys. To był kompletny nonsens. Ale bez względu na to, jak bardzo się starał, nie mógł zaprzeczyć uczuciom, które rozwinął do Gregory'ego. Dlatego sprawdzał osobiście, co u niego. Dlatego nadal będzie to robił.
Nic się nigdy nie wydarzy. Na zewnątrz wyglądało, jakby Mycroft był z tym pogodzony. Musiał być. Nie miało znaczenia, że w środku panował totalny chaos. Nie liczyło się, że wewnątrz był w stanie wojny sam ze sobą i nie mógł przewidzieć, która strona przegrywa. To nie było ważne, ponieważ nikt by tego nie widział. Nawet jego młodszy brat.
Mycroft pozostanie na uboczu, robiąc to, co potrafił najlepiej. Wkraczać i znikać równie szybko, co stanowiło niepokojącą, ale konieczną obecność w życiu Gregory'ego Lestrade. To mu wystarczyło. Nawet jeśli większość nocy spędziłby na usychaniu z tęsknoty.
