Rozdział 51: Przestań się martwić
Mycroft po drugiej stronie pokoju maszerował od ściany do ściany. Greg obserwował go w milczeniu z krzesła, na którym siedział. Mycroft nigdy nerwowo się nie przechadzał. Musiał iść do domu. Wzdychając, zmusił się, by wstać, zerkając po raz ostatni na łóżko, na którym spoczywał, dużo szczuplejszy i bledszy niż zazwyczaj, śpiący Sherlock, po czym podszedł do swojego partnera. Stanął obok i wyciągnął rękę, by delikatnie chwycić biceps młodszego mężczyzny, zmuszając go do zatrzymania się.
— Chodźmy do domu — wyszeptał.
Mycroft westchnął przez nos, odwracając się do niego.
— Nic mi nie jest — nadeszła sucha odpowiedź.
Twarz polityka była pozbawiona emocji. Maska, którą nosił, gdy nie mógł sobie pozwolić na ujawnienie tego, co czuł. Greg wiedział o tym zbyt dobrze. Spojrzał z empatią na wyższego mężczyznę. Nie dał się tak łatwo oszukać.
— Chodźmy do domu — powtórzył, przyciągając go do drzwi. — Będzie spał godzinami, a John zaraz wróci. Chodź.
Mycroft nic nie powiedział, ale pozwolił poprowadzić się przez szpital na podjazd, gdzie czekał na nich jak zawsze czarny samochód. Otwierając drzwi, Greg zmusił Mycrofta, by wszedł pierwszy do środka, zanim dołączył do niego i zostali odwiezieni do domu.
Przejazd samochodem minął w ciszy. Mycroft przez większość czasu patrzył przez okno, zesztywniały, z dłońmi przylepionymi do boków. Greg pozostał z nim przez całą podróż. Wyciągnął rękę, by położyć ją na kolanie partnera, ściskając je delikatnie. Mycroft nie wykonał żadnego ruchu, by zauważyć ten dotyk. Wysiadanie z samochodu i wejście do domu, były podobne. Chociaż zamiast pozwolić Mycroftowi zniknąć gdzieś w domu po odwieszeniu płaszcza, Greg złapał go za rękę i chwytając ją mocno, pociągnął go do salonu, a później na kanapę.
— Nic mu nie będzie, Myc — powiedział po chwili Greg, obejmując ramieniem jego smukłe ramiona. Pochylił się i pocałował Mycrofta w policzek.
— Sherlock nie był w tak złym stanie odkąd… — zaczął młodszy mężczyzna, ale zamilkł.
To nie było zgodne z charakterem polityka, ale jeśli chodziło o Sherlocka, to Mycroft właśnie taki był. Przynajmniej w pewien sposób pozwolił Gregory'emu zobaczyć go w ten sposób po wspólnie spędzonych latach.
— Ostatni raz przedawkował — dokończył za niego Greg. — Wiem. Byłem tam wtedy.
— Jestem tego świadom. — Mycroft skinął głową, zamykając oczy. Czoło miał zmarszczone, ale nic więcej już nie powiedział.
— Chodź. — Greg skinął na niego, trącając Mycrofta, by się o niego oparł. Zaczął delikatnie gładzić włosy młodszego mężczyzny, próbując go uspokoić. Po chwili poczuł, jak napięcie opuszcza ciało partnera. — Nie ma niczego złego w baniu się.
— Nie boję się — prychnął z uporem Mycroft. Greg tylko się uśmiechnął.
— Po prostu mówię — skomentował.
Celowo nie przywoływał faktu, że wiedział, że było inaczej, ani że nie było sensu go okłamywać. Trzymał buzię na kłódkę. Nie było potrzeby wypowiedzieć tego na głos, gdy obaj o tym wiedzieli. Mycroft westchnął.
— To… jest niewygodne. Widząc go w takim stanie. Poza tym wszyscy lekarze są raczej niekompetentni. Szczerze mówiąc, będzie mu lepiej w moim domu pod moją opieką.
Greg nadal gładził jego włosy, delikatnie muskając czubek głowy, pozwalając Mycroftowi zdjąć to duszące uczucie z piersi. W ten sposób pokazywał, jak bardzo mu zależało. Widział przez maskę, którą polityk założył. Był absolutnie przerażony. To było poza jego kontrolą, a Mycroft nie radził sobie dobrze, gdy sprawy wymykały się z jego rąk.
— Przeszliśmy przez równie okropne rzeczy — powiedział. — Na początku takie sytuacje wydawały się bardziej normą niż cokolwiek inne. I zobacz, jak to się potoczyło. John przyszedł i Sherlock zrozumiał, co to znaczy być szczęśliwym. Przejdzie przez to. Ma powody, by to zrobić.
Cisza. Obaj mężczyźni wciąż siedzieli, nie wymieniając słów, które zostały zduszone. W końcu, po co najmniej pół godzinie milczenia, Mycroft podniósł głowę i obrócił się, by spojrzeć na Grega. Te przeszywające niebieskie oczy były pełne zmartwienia. Jego twarz jak zawsze była beznamiętna, ale Lestrade widział na niej rysy paniki. Zostały jednak zmieszane z niewielkim komfortem.
— Jestem pewien, że masz rację — powiedział cicho, wzdychając.
— Oczywiście, że tak. — Greg, uśmiechając się, pochylił się, by pocałować delikatnie Mycrofta. Ujął jego policzek, gładząc skórę i pocierając swoim nosem o jego, zanim się odsunęli od siebie. — Wrócimy tam jutro, okej?
Mycroft skinął głową i pochylił się, by uzyskać kolejny pocieszający pocałunek.
