Rozdział 65: Rocznicowy obiad
Kiedy Greg przybył pod restaurację, której adres wysłał mu Mycroft, stanął wmurowany i wpatrywał się. Stał i gapił się na budynek, gdy cholerny szofer odjechał, by zaparkować samochód. Kiedy w końcu zmusił się do ruchu, wszedł do restauracji i znów zaczął się gapić. Chryste, to miejsce było wspaniałe. Było ogromne i onieśmielające. A stąd, gdzie stał, przy wejściu, wydawało się również być drogie. Greg nigdy w swoim życiu nie postawiłby stopy w takim lokalu. Jego instynkt kazał mu obrócić się na pięcie i odejść.
Greg nie był biednym człowiekiem. Nie żył w kiepskich warunkach życiowych. Jego życie domowe było wygodne i sensowne. Miał więcej szczęścia niż wiele innych dzieci, z którymi dorastał. Ale nie był bogaty. Stojąc w tym miejscu… Nie wyglądało na to, żeby tutaj pasował. Rozejrzał się nerwowo. Miał się tutaj spotkać z Mycroftem, ale nie miał pojęcia, gdzie on był. Pomieszczenie było tak ogromne, że sam Pan Bóg nie mógłby zobaczyć polityka w tym miejscu.
— Pan Lestrade? — Usłyszał po swojej lewej stronie.
Zaskoczony Greg odwrócił się, by zobaczyć, kto się do niego zwracał. Wydawało się, że był to kelner, który wpatrywał się w niego wyczekująco. Lestrade poczuł lekkie zawstydzenie. Czy naprawdę był taki oczywisty?
— Tak? — zapytał, przesuwając się nieznacznie.
— Proszę pozwolić mi wskazać stolik. Pan Holmes czeka. Czy mogę wziąć Pana płaszcz?
Delikatnie skinąwszy, Greg zdjął płaszcz, wyjął z niego komórkę, po czym podał okrycie chłopcu. Młodzieniec pochylił na chwilę głowę, po czym odwrócił się i skinął, by Greg poszedł za nim. Inspektor zrobił to, nie odrywając spojrzenia od stolików, słuchając spokojnych rozmów innych ludzi, którzy jedli. W końcu zatrzymali się. Mrugnął, wyjrzał zza chłopca, widząc swojego wspaniałego męża siedzącego przy stole. Na jego twarzy widniał uprzejmy uśmiech, który natychmiast ogrzał serce Grega. Lestrade usiadł, kiwając głową.
— Dziękuję, Jeremy — powiedział Mycroft.
Chłopiec skłonił się, podając Gregowi menu, po czym odszedł.
Inspektor odprężył się lekko, zerkając na jadłospis.
— Wierzę, że miałeś dobry dzień, najdroższy? — zapytał Mycroft.
Greg przez moment był rozproszony faktem, że menu nie zawierało żadnych cen. Dobry Panie, to nie był dobry znak. Spojrzał na młodszego mężczyznę.
— Um, tak. — Uśmiechnął się, odkładając kartę dań i skupiając się na swoim partnerze. — Jeremy?
— Znam dobrze wszystkich pracowników tutaj. — uśmiechnął się Mycroft.
Oczywiście, że tak. Greg był przekonany, że w Londynie nie było nikogo, kogo jego mąż nie znał w jakimś sensie.
— Jaki był twój dzień? — zapytał Greg, podtrzymując rozmowę.
— Taki, jak można było się spodziewać.
Greg podniósł kieliszek wina, obracając go lekko i pociągając łyk. To było dobre. Mycroft patrzył na niego z rozbawieniem, a jego niebieskie oczy błyszczały.
— Co? — zapytał, czując się skrępowany. Mycroft zaśmiał się cicho.
— Odpręż się, najdroższy. Należysz tutaj, tak samo jak ja — powiedział świadomie, kładąc ręce przed sobą.
— W tym menu nie ma cen — zauważył Greg, popijając kolejny łyk wina. Mycroft skinął głową.
— Tak, nie ma ich. Nie martw się o to, najdroższy. Po prostu wybierz coś, co brzmi pysznie.
— Nie martwić się o cenę? — zamrugał Greg. — Myc, założę się, że obiad tutaj kosztuje więcej niż moja miesięczna pensja.
— Nie martw się. Ja stawiam.
— O nie. Nie mogę ci na to pozwolić… — Greg westchnął, machając przed sobą ręką.
— Nonsens, Gregory — stwierdził lekceważąco Mycroft. Posłał starszemu mężczyźnie surowe spojrzenie, które jasno dawało znać, że nie ustąpi w tej sprawie. — To nasza rocznica, najdroższy. To jeden z moich prezentów dla ciebie.
Greg zarumienił się, spoglądając na swoje wino. Nie spodziewał się, że pierwszą rocznicę swojego ślubu spędzą w takim miejscu. Nie mógł nic poradzić na to, że poczuł się lekko zakłopotany oraz… przyjemnie. Uśmiechnął się, popijając kolejny łyk wina, po czym pochylił się, by ponownie spojrzeć na menu.
— Co polecasz? — zapytał z uśmiechem.
