Rozdział 87: Nasi zwyczajni chłopcy

— No daaalej, wy pieprzone dupki! — krzyknął głośno Greg, podrywając się z kanapy i wpatrując się w telewizor. — Przestańcie skakać wokół, jak cholerne cioty i kopnijcie wreszcie tę pieprzoną piłkę!

Obok niego John jęknął głośno. Opadł na kanapę, przyjmując pozycję całkowicie inną od tej, którą wcześniej zajmował, z wyprostowanymi plecami. Obaj mężczyźni byli okropnie sfrustrowani, gdy obserwowali, jak ich drużyna Arsenal robi coś przeciwnego do strzelania goli.

— Jasna cholera — mruknął Greg, opadając z powrotem na kanapę.

Po drugiej stronie salonu mieszkania numer 221B przy Baker Street, przed oknami, stali bracia Holmes. Obaj byli raczej zirytowani swoimi partnerami. Mycroft ściskał grzbiet nosa, słuchając, jak Greg wykrzykuje wulgaryzmy. Westchnął.

— Dobry Panie… — mruknął, marszcząc brwi, gdy patrzył na Sherlocka.

Prowadzili ze sobą krótką rozmowę, skracając jej treść (ponieważ po prostu nie prowadzili normalnego dialogu). Teraz jego młodszy brat sięgał po skrzypce i z roztargnieniem szarpał za struny.

— Nigdy nie zrozumiem ich obsesji — skomentował Sherlock, zerkając na mecz piłki nożnej emitowany w telewizji. — Albo dlaczego muszą być tak głośni.

— Drogi bracie, niektórych rzeczy nie można zrozumieć — skomentował Mycroft.

Odwrócił się tak, że byli zwróceni do siebie nieco bardziej, dzięki czemu nie patrzył ciągle na swojego partnera i doktora Watsona. Włożył ręce do kieszeni i westchnął przez nos.

— Mógłby po prostu przekazać piłkę drugiej drużynie. Bo czemu nie, do diabła? — John sapnął, unosząc rękę w górę.

— Obaj są tacy zwyczajni — powiedział Sherlock podkreślając ostatnie słowo z niesmakiem.

— To ty byłeś pierwszym, który pozyskał przyjaciół, Sherlocku, nie ja — zauważył dobitnie Mycroft, ignorując miażdżące spojrzenie brata.

— Tak, ale naprawdę poszliśmy i znaleźliśmy partnerów, którzy są biegunowymi przeciwieństwami nas samych — kontynuował Sherlock

To było ciekawe. Przez większość czasu ledwo mogli być w tym samym pokoju, ale kiedy prowadzili właściwą rozmowę, była raczej intymna. W każdym razie przynajmniej dla braci Holmes.

— Nie moglibyśmy znaleźć ludzi takich jak my — stwierdził Mycroft. — Bylibyśmy singlami na zawsze.

— To prawda — mruknął Sherlock.

Zamilkli, zwracając swoją uwagę z powrotem na Grega i Johna. Równie dobrze mogłoby ich tutaj nie być, ponieważ ich uwaga była skupiona na meczu i nie zauważyliby nic innego, dopóki mecz się nie skończy. Zwykle wychodzili i szli do baru, aby obejrzeć rozgrywkę, pozwalając Mycroftowi pozostać w domu w ciszy i spokoju, ale w jakiś sposób zdecydowali, że będzie dobrze dla braci Holmes spędzić wspólnie czas. Mycroft nie mógł tego rozgryźć, ale w końcu postawili na swoim i był tutaj, więc musiał wykorzystać ten czas jak najlepiej.

— Zwariuję — warknął Greg, z frustracją chwytając się za swoje srebrzyste włosy.

— Mi to mówisz — burknął wściekle John.

— Choć raz, dlaczego do diabła, nie przyniosłeś ze sobą jakichś głupich akt sprawy — warknął niespodziewanie Sherlock.

Mycroft zamrugał i uniósł brew.

— Chcesz mi powiedzieć, że faktycznie przyjrzysz się jednej z moich spraw?

— Tak, wszystko, aby uciec od… tego. — Wskazał na pozostałych dwóch mężczyzn i sapnął. — Ale nie, jak zwykle jesteś całkowicie bezużyteczny.

Mycroft nie zaszczycił tego odpowiedzią. Zamiast tego obserwował swojego kochanka, nie mogąc powstrzymać małego uśmiechu, który pojawił się na jego twarzy. Nawet kiedy był bezsensowny i absurdalnie porywczy z powodu meczu, w którym nawet osobiście nie uczestniczył, był czarujący i uroczy. Te rzeczy nie powinny iść ze sobą w parze i nie powinno mieć to sensu, ale tak było. Zdarzało się, że złapał krótki moment, w którym John spoglądał na miejsce, w którym stali i uśmiechał się czule do Sherlocka. Zdarzało się, że zauważył uśmiech, który w odpowiedzi posłał mu Sherlock.

— Jest dla ciebie dobry — skomentował w następnej chwili ciszy. Sherlock wpatrywał się w niego. — John. Tak jak Gregory dla mnie.

— To twój punkt widzenia?

— Dlatego nie kwestionuję możliwości towarzyszących związkowi. Są dla nas dobrzy.

Sherlock, co zaskakujące, ponownie się uśmiechnął.

— Tak. Przypuszczam, że masz rację.