Rozdział 100: Ważne pytanie
— Tak bardzo przepraszam za spóźnienie — jęknął Greg, gdy prowadzono go do stolika na patio w super eleganckiej restauracji.
Mycroft czekał na niego z kieliszkiem wina w dłoni i zerknął na swojego partnera z lekkim uśmiechem.
— Zapewniam cię, że nic się nie stało. Usiądź, Gregory — powiedział płynnie, wskazując na krzesło stojące naprzeciwko.
Kieliszek wina również już czekał na inspektora, za co Greg był bardzo wdzięczny. Potrzebował tego po dniu, który miał.
— Już, tylko najpierw — powiedział z kuszącym uśmiechem Greg.
Podszedł i pochylił się, delikatnie całując młodszego mężczyznę. Potarł grzbietem palców policzek Mycrofta, który zanucił z radości. W porządku. Teraz mógł usiąść. Wślizgnął się na swoje miejsce i sięgnął po wino, sącząc je i wzdychając, kiedy wreszcie był w stanie się zrelaksować.
— Długi dzień — skomentował Mycroft.
Oczywiście spostrzeżenie, nie pytanie. Zawsze mógł to stwierdzić, więc Greg tylko skinął głową.
— Tak, cieszę się, że to koniec. Nienawidziłem tego, że przeszkodziło to w naszej kolacji — zmarszczył brwi, a Mycroft potrząsnął głową.
— Nic się nie stało, Gregory. Mój wieczór był wolny. — Mycroft uśmiechnął się i Greg poczuł odrobinę ulgi.
Jego „pomniejsze stanowisko w rządzie brytyjskim" zajmowało mu wiele czasu i nienawidził tej sprawy, która trzymała go z daleka, w tym niewielkim przedziale wolnego czasu, który udało im się wygospodarować. Ale w porządku. Mieli resztę nocy dla siebie.
Przyniesiono im posiłki bez konieczności zamawiania czegokolwiek. Mycroft czasami to aranżował, co powodowało uśmiech u Grega. Jedli, pili wino i relaksowali się, nie rozmawiając o niczym szczególnym i wszystko po prostu było przyjemne. Skrzyżował długie nogi pod stołem i otarł czubkiem buta o łydkę Grega. Starszy mężczyzna zrozumiał wskazówkę i wysunął nogę nieco dalej, unosząc ją i powoli ocierając się o drugiego mężczyznę. Patrzyli na siebie czule, a ich spojrzenia mówiły rzeczy, które nie wychodziły z ich ust.
Kolacja dobiegała prawie końca, a Greg był gotów uznać to za koniec wieczoru i udać się do domu. Myślał o przytulaniu się w łóżku, a może o wspólnym prysznicu, czymś w tym rodzaju. Jednak gdy przesunął się, by zacząć wstawać, kelner wrócił. Przyniósł ze sobą deser. Dwie porcje tiramisu i filiżankę kawy. Greg zamrugał. Mycroft nigdy nie zamawiał deseru, zawsze używając czegoś związanego z dietą jako wymówki. Nie tylko był to jakiś deser. Był to jeden z ulubionych Grega.
— Z jakiej to okazji, Myc? — zapytał z uśmiechem, podnosząc łyżeczkę.
To nie były urodziny żadnego z nich. To nie była żadna rocznica. Nie było nic… specjalnego w tym dniu. Wydawało się to bardzo przypadkowe. Oblizał wargi i ugryzł pierwszy kęs deseru, zanim zauważył zmianę w postawie Mycrofta. Był teraz trochę bardziej wyprostowany, trochę mniej odprężony niż wcześniej. Jeszcze nie dotknął swojego deseru. Greg zamrugał.
— Myc?
— Znamy się już prawie siedem lat, Gregory — zaczął cicho Mycroft.
Greg skinął głową, zlizując zabłąkane kawałki tiramisu z ust, wpatrując się w swojego partnera.
— Tak jest — skomentował po krótkiej chwili ciszy. Napił się swojej kawy. — Co się dzieje? Mycroft?
— Przyznaję, że nie wywarłeś na mnie zbyt wielkiego wrażenia, kiedy cię poznałem — przyznał Mycroft, kontynuując bez udzielania odpowiedzi na pytanie Grega. — Ale bardzo szybko stałeś się o wiele ważniejszym elementem mojego życia niż się spodziewałem. Stałeś się skałą w życiu mojego brata i zrobiłeś tego, czego ja nie mogłem. Wydostałeś go z narkotyków. Zmieniłeś jego życie i dlatego zmieniłeś moje. Przez resztę naszego życia nigdy nie będę w stanie wystarczająco ci podziękować ani naprawdę pokazać, w jakim stopniu jestem ci za to wdzięczny.
Greg zamrugał, czując, jak przepływa przez niego ciepło. Rzadko mówili do siebie w ten sposób, ale nie zamierzał narzekać. To była jedna z najsłodszych rzeczy, jakie usłyszał, nawet jeśli były to w zasadzie fakty. Było w tym coś innego, w tym jak stali się istotną częścią życia tego drugiego.
— To uświadomiło mi, jak bardzo cię kocham – kontynuował Mycroft. Greg uśmiechnął się. — Pamiętaj, nigdy wcześniej nie przywiązywałem do tego wagi. Byłem zawsze zbyt zajęty, by zajmować się jakimkolwiek związkiem lub zacząć rozważać ideę miłości. Teraz nie mogę wyobrazić sobie, jak moje życie byłoby kompletne bez tego. Bez ciebie.
Greg zamrugał, zdezorientowany, patrząc, jak Mycroft wstaje. Poczuł, że coś ściska jego serce. To było coś, czego jeszcze umysł nie dogonił. Jego oczy rozszerzyły się, gdy jego chłopak, miłość jego życia, podszedł do niego z jedną ręką w kieszeni marynarki. To było normalne dla Mycrofta, ale sprawiało, że serce Grega biło jeszcze szybciej.
— Mycroft — powiedział niepewnie. Wszystko wskoczyło na swoje miejsce, gdy Mycroft, publicznie, przy ludziach, osunął się przed nim na jedno kolano. Wyciągnął małe, aksamitne pudełko. — O Jezu Chryste.
— Gregory Lestrade, jesteś częścią mojej duszy. Byłbym wdzięczny, gdybyś zechciał połączyć się ze mną sposób formalny. Gdybyś mnie poślubił.
Pudełeczko zostało otwarte. Pierścionek był w zasadzie obrączką, ale było w nim coś na tyle innego, że widać było, że był pierścionkiem zaręczynowym. Greg nie potrafił wyrazić słowami, dlaczego tak pomyślał. Nie potrafił w ogóle ułożyć zdania. W ustach miał suchość i zamarł, gapiąc się. Mycroft spojrzał na niego cierpliwie, sztywny i pewny siebie, gdy klęczał przed nim.
— Mój Boże. — Greg odetchnął drżąco, a jego oczy zapiekły. — Ja… Kurwa. Tak, zgadzam się, ty draniu.
Mycroft uśmiechnął się szczerze i szeroko. Uśmiech zarezerwowany tylko dla Grega. Poruszył się, żeby wyjąć pierścionek, ale Greg nie pozwolił mu zajść tak daleko, gdyż wyskoczył z krzesła, upadając na kolana przed Mycroftem i przyciągając go do namiętnego pocałunku. Ściskając mocno pudełko, zamknął je, gdy obejmowali się i całowali, nie dbając o świat, w którym byli, ani o gapiów.
