Rozdział 127: Ostatnia kropla
Greg żałował, że jedna ręka nie wystarczyła, żeby policzył, ile razy Mycroft Holmes wsadził go do jednego ze swoich nieokreślonych czarnych samochodów i kazał zawieźć go w najbardziej przypadkowe miejsca w Londynie. Jeśli mężczyzna tak bardzo chciał się spotkać, to Greg nie rozumiał, dlaczego nie mogliby tego zrobić w jego biurze na komisariacie. Albo nawet w gabinecie Mycrofta, którego nigdy nie widział na oczy. Lub na neutralnym terenie, takim jak kawiarnia czy park.
Nie tak działał Mycroft. Dlatego po raz kolejny Greg został wysadzony w jakimś dziwacznym budynku, którego nigdy wcześniej nie zauważył. Przynajmniej ten nie był opuszczonym magazynem. Przynajmniej tyle. Z westchnieniem wsunął ręce do kieszeni płaszcza i wszedł do środka, aby znaleźć drugiego mężczyznę.
Nie powinien tego znosić. Gdyby to był ktoś inny, nie zrobiłby tego. A jednak… z Mycroftem się na to godził. Częściowo dlatego, że jak przypuszczał, łączył ich pewien rodzaj przyjaźni (przynajmniej najbliższe jej uczucie, na jakie Mycroft kiedykolwiek pozwalał). Po części było to spowodowane tym, że między nimi było napięcie, które było raczej urocze. Było tam wzajemne zauroczenie, którego Greg nie mógł pomylić z niczym innym. Początkowo myślał, że to było jednostronne, ale powoli z rzeczami, które Mycroft zaczynał mówić lub robić, uświadamiał sobie, że tak nie było.
Nic na ten temat nie powiedział. Mycroft również. Unosili się w tej dziwnej bańce tęsknoty za sobą, której żaden z nich nie miał odwagi przekłuć lub przekształcić w coś istotniejszego. Czasami było to frustrujące, ale Greg odkrył, że w pewnym sensie tego pragnął. Dlatego też te sprawy pozostały bez zmian.
— Ach, Gregory, dobrze, że przyszedłeś — przywitał go uprzejmie Mycroft.
Greg zwolnił, gdy wszedł do pokoju, wpatrując się w wyższego mężczyznę ubranego w nieskazitelny trzyczęściowy garnitur z parasolką w ręce, unosząc jedynie brew.
— Nie dałeś mi zbyt wiele opcji — skomentował sarkastycznie i lekko rozbawiony.
Mycroft uśmiechnął się na to złośliwie, śmiejąc się cicho.
— Tak, przypuszczam. To nie znaczy, że i tak tego nie doceniam — padła niemal złośliwa, ale szczera odpowiedź.
Sprawiła, że w żołądku Grega zatrzepotały motylki.
— Zatem, co mogę dzisiaj dla ciebie zrobić, Mycroft? — zapytał Greg, wędrując w głąb pokoju, tak że dzieliło ich zaledwie kilka kroków.
Skrzyżował luźno ramiona na piersi, wpatrując się w drugiego mężczyznę, zaciekawiony, a jednocześnie rozkojarzony oraz szczerze mówiąc trochę zirytowany. To zawsze było męczące, gdy odrywano go od tego, co robił (co było obecnie próbą oczyszczenia miejsce zbrodni, cholernie ważna praca), nawet jeśli z tego powodu mógł zobaczyć przystojną twarz polityka. Emocje walczyły w nim. Chciał być bardziej wkurzony na Mycrofta, ale nie mógł się na to zdobyć. Nie wtedy, gdy wpatrywał się w wąskie usta mężczyzna lub gdy te jasnoniebieskie oczy wbijały się w niego, wiedząc o nim tak dużo i gdy odczuwał… trochę intymność. Zadrżał.
— Jest pewna delikatna sprawa, którą chciałbym, żebyś się zajął — powiedział Mycroft, przechodząc w łatwy sposób do interesów. Poprawił chwyt na parasolce. — Rozmawiałem również z doktorem Watsonem, ale sprawa jest zbyt ważna, by powierzyć ją jednemu człowiekowi.
— Czy to na już? — zapytał Greg, częściowo słuchając.
Tak, potrafił określić, które emocje zaczynały wygrywać i nie wiedział czy byłby w stanie powstrzymać się przed…
— W rzeczy samej. Jak wiesz, Sherlock znajduje sobie w nocy niebezpieczne rozrywki. Cóż, niestety, ten rodzaj jest raczej poważny. Możesz, ale nie musisz, znać Rudobrodego… — zaczął wyjaśniać Mycroft. — Twoja wiedza na ten temat nie jest w rzeczywistości ważna. Koniecznie załatw mu sprawę, inspektorze. Daj mu coś, czym mógłbyś odwrócić jego uwagę. Nawet nie spojrzy na to, co mu daję, ale niezwykle ważne jest aby czymś się zajął, bez względu na to, jak proste to może być dla niego. Po prostu potrzebuje czegoś.
Mycroft wciąż mówił. Greg słuchał. Ale… to trwało tak długo. Mimo to wiedział, że nie pomylił sygnałów. Nie było mowy. Ich spojrzenia się spotkały i Mycroft zamilkł na chwilę, na tyle długo, że serce starszego mężczyzny podskoczyło w piersi. Nie wiedział, co go skłoniło do działania, ale w końcu coś w nim pękło. Coś, co powstrzymywało jego postanowienie, zostało odrzucone w dal.
Zanim zdołał się powstrzymać, nogi Grega poruszyły się. Zmniejszył dzielącą ich niewielką odległość, sprawiając, że Mycroft otworzył szeroko oczy ze zdumienia, a jego usta rozchyliły się w samą porę, by Greg pochylił się i je pochwycił. Rozległ się brzęk, gdy charakterystyczny parasol Mycrofta upadł na ziemię. Jego dłonie powędrowały prosto do klap marynarki i mocno je pochwyciły. Stali pod ścianą. Naprawdę byli tak blisko niej?
— Inspektorze — sapnął Mycroft, przerywając pocałunek, ale nie próbując w żaden sposób uciec. Jego blade oczy były odrobinę ciemniejsze i Greg znowu zadrżał.
— Mów mi Greg — mruknął, odchylając się do tyłu, by ponownie go pocałować.
Tym razem odgłos zaskoczenia wydobył się z Mycrofta, ale oddał pocałunek. Słodki Jezu, odwzajemnił pocałunek. Elegancki mężczyzna musiał być najlepszym całującym, jakiego Greg kiedykolwiek poznał i to sprawiło, że pogłębił pocałunek i uścisnął go jeszcze mocniej. Ich ciała napierały na siebie. Kiedy wsunął język do ust Mycrofta, polityk rzeczywiście jęknął.
— Kontynuujemy… rozmowę… gdzieś indziej… — szepnął Greg między pocałunkami.
Kiedy przerwał pocałunek i zaczął przesuwać ustami przez policzek i szczękę Mycrofta, drugi mężczyzna skinął głową.
— Zgadzam się, Gregory… — wydyszał. — To byłoby… najmądrzejsze. Najkorzystniejsze.
